Wyróżnione

O zapomnianych bohaterach walk o Niepodległość Polski w 100-lecie odzyskania Niepodległości.

Do przedstawienia tego wspomnienia skłoniły mnie poniższa odezwa i tekst o zapomnianym chyba młodym człowieku Józefie Dyrce z Łukowej, który oddał swe życie w walce o polskość i  wolność Lwowa w 1918 roku.

 

Do szeregów !

Potowa miasta jeszcze dotąd jęczy pod straszliwymi rządami okrutnej, rozpasanej żołdackiej czerni. Nasi naj­bliżsi po tamtej stronie Lwowa, cierpiąc głód i niesłychany terror, ciągle jeszcze z dnia na dzień nadaremnie czekają wybawienia od hajdamackiej niewoli. Uratowaliśmy już od niej dziesiątki tysięcy mieszkańców, zorganizowaliśmy się
i zebrali środki do walki, jakich nie mieliśmy w pierwszych dniach po dokonaniu brutalnego ukraińskiego gwałtu. Ale dzieło nasze jeszcze nie skończone. Za nami dopiero połowa spełnionego obowiązku; decydujący bój przed nami. Dzień walki rozstrzygającej już bliski; pomnijmy, że od jej wyniku zawisła cała przyszłość nasza
i rodzin naszych. Albo zbierzemy raz wreszcie te siły, jakie są niezbędne, by dopełnić całkowitego zwycięstwa, albo przelana dotąd krew pójdzie na marne.

Polska pamięta o nas, wysuniętej na kresy swojej przedniej placówce; ona nas nie zdradzi i nie opuści! Jednak za naszą własną wolność, nasze życie i naszą przyszłość spokojną my sami przede wszystkiem winniśmy pójść do boju. Gdy wszyscy staniemy
w szeregu, zwycięstwo musi być nasze.

Polacy! W takiej chwili nikomu z nas nie wolno usuwać się od spełnienia obywatelskiego obowiązku. Kto tylko zdolny jest karabin dzierżyć w ręku, natychmiast do szeregu! Wszyscy bez wyjątku!

Kto Polak – do broni!

Lwów, dnia 12. listopada 1918.                                      Naczelna Komenda Wojsk Polskich.                                                                                                                    we Lwowie.

Odezwa powyższa wystosowana została do narodu Polskiego w związku z działaniami wojennymi, jakie podjęły wobec Polski oddziały ukraińskie – „Strzelcy Siczowi” wraz
z bojówkami ukraińskimi. 1 listopada 1918 jeszcze w trakcie działań wojennych  I wojny światowej Ukraińcy przejęli we Lwowie znaczną część urzędów i ogłosili powstanie Zachodnio- Ukraińskiej Republiki Ludowej.

Ludność polska nie została bierna i podjęła działania zmierzające do odzyskania miasta
i wyparcia sił ukraińskich z jego terytorium.  Walki uliczne w mieście trwały kilkanaście dni i były wspierane przez oddziały odrodzonego Wojska Polskiego i nazywane zostały „Obroną Lwowa”. Ostatecznie Lwów oswobodzony został 22 listopada 1918 roku. Jednak siły ukraińskie z ZURL kontrolowały tereny wokół Lwowa. Wielu obrońców Lwowa i jego polskości oddało życie, szczególnie dużo wśród poległych było młodych ludzi. Obrońcy Lwowa pochowani zostali na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie.

Orlęta II

Orlęta — kopia

Wśród tych mogił jest również podobno mogiła bohatera. o którym pisze  Tomasz Matczyński[1].

„Ziemia Lubelska”   9 stycznia 1920 roku

Z życia Województwa Lubelskiego. Wieści z Biłgorajskiego

„Wspomnienie o bohaterze”

Korespondencja własna „Ziemi Lubelskiej”

Wspomnienie o Józefie Dyrce opracował Tomasz Matczyński.

Piszą z Biłgorajskiej ziemi ze wsi Łukowa, kędy płynie Tanew, ta Tanew, nad brzegami której stał podwójny rząd potężnych armji, najpotężniejszych jakie świat kiedykolwiek widział i które  tam walczyły całemi tygodniami, to też te walki bezustanne i przemarsze miljonowych armji zniszczyły dorobek wieków; to ziemia Biłgorajska, sama zresztą z siebie jest uboga, do dnia dzisiejszego  jest nie obsiana jak należy, ale zroszona krwią, bratnią pokryta mogiłami i krzyżami, żelazem i kulami. Liczne wioski i dwory zamienione w zgliszcza.

Do spalonych wiosek z tęsknotą powracają wygnańcy i zastają ziemie nieobsiane, bez budynków i dachu nad głową, sami zaś wyglądają nędznie, istne szkielety; przychodzą z nadzieją odżywienia się, a niestety zastają głód i chłód; choroby już swoje zrobiły i robią dalej, a żadna opieka lekarska, od chorób zakaźnych nie uchroni ich.                                      Powiat Biłgorajski nigdy siebie nie mógł wyżywić, a cóż dopiero kiedy urodzaj nie dopisał, a kartofle, ten najważniejszy produkt słaby wydały plon, w części pozostały zmarznięte w ziemi. Wysiłki Starostwa i władz aprowizacyjnych, pomimo całej ich troskliwości, energji,  próśb i odezw nic nie zdziałają, bo z próżnego nikt nie naleje; słowem ratunku i to ratunku natychmiastowego na to potrzeba: chleba dla głodnych i jeszcze raz chleba!

Smutnie się u nas przedstawia oświata.

Lud, na ogół biorąc jest ciemny.

Natomiast jest faktem pocieszającym, iż obecnie młodzież garnie się do nauki, szkoły są przepełnione, nauczycielstwo pracuje nad siły, w najfatalniejszych warunkach w szczuplutkich pomieszczeniach, Kółko Rolnicze, pod światłem kierunkiem Instruktora p. Piaseckiego rozwija się, i robi postępy; kółkowicze już doceniają wartość i znaczenie kółek. Sklep spółkowy prosperuje świetnie, duszą taj kooperatywy jest miejscowy nauczyciel p. Chojno i gospodarz Polucha.

Jak zaznaczyłem lud nasz jest ciemny, ale i w tym ciemnym ludzie, znajdują się jednak rodziny światłe, żyjące pod dewizą: – „Bóg i Ojczyzna”. Do takich to rodzin bez zaprzeczenia należy powszechnie u nas szanowana rodzina włościańska Dyrków, znana z dziada pradziada jako rodzina czysta, nieskazitelnie uczciwa, uczynna, przykładnie zgodna i pracowita. To też i Bóg tej rodzinie błogosławił w dostatkach.

Obszerniej chcę pomówić o śp. Józefie syna Błażeja Dyrki, włościanina 10 morgowej osady ze wsi Łukowa.

Śp. Józef ukończył wzorowo przed kilku laty wiejską szkółkę, pod kierunkiem miejscowego nauczyciela p. K. Chojki. Ojciec widząc, że mały chłopczyna garnie się chętnie do nauki i sam prosi  o dalsze kształcenie go, postanawia, choć to po nad możność, uczyć małego Józika i oddać do szkół galicyjskich, nie zaś do rosyjskich, bo pragnie syna wychować w duchu polskim.

Mały Józik uradowany postanowieniem ojca, dostaje program i książki szkół galicyjskich i po pół roku mozolnej pracy zdaje do II klasy gimnazjum Jarosławskiego; nauki idą mu świetnie, profesorowie stawiają go za przykład, koledzy kochają serdecznie, miasto Jarosław zna małego Józika, jako niezmiernie uprzejmego i  sympatycznego młodzieńca, a wiele rokującego na przyszłość.

Śp. Józef na każde święta i wakacje zawsze przyjeżdża do rodzinnej swej wioski Łukowy i w tym czasie pracuje między wiejską młodzieżą rozwijając w niej ducha narodowego, urządza w domu ojca, lub na wycieczkach zebrania i pogadanki, a wszystko pod wzniosłymi hasłami, słowem stara się szlachetnie urobić dusze wieśniacze i praca nie idzie na marne, tak dochodzi do klasy VII-, gdy właśnie w miesiącu listopadzie 1918 r. hajdamacy napadają na Lwów.                                                                                              Wówczas 18 letni młodzieniec  śp. Józef zjawia się w rodzinnej swej wsi i nawołuje ochotników do obrony Lwowa. W pewien dzień listopada 1918 r. przed miejscowym kościołem  po sumie, po pierwszym gorącym przemówieniu, a przemówienie to trwało sporo czasu zapytuje:

 -„kto idzie ze mną„.

Cisza grobowa dokoła śp. Józef zbladł, oczy łez miał pełne. Lecz z zachowania się śp. Józefa widzę, że zachęcać jeszcze będzie. Po chwili słyszę:

„Przyjaciele, koledzy lat dziecinnych”, czyż Was nie uczyłem co Polak powinien kochać, co bronić, kogo nienawidzieć. Kto w Boga wierzy za mną” i oto z tysięcznej gromady występują ci, do których teraz się zwracał,: pierwszy A Kopciuch, bracia Czaparowscy i in. ogółem do 20.

Nie zawiodłem się na Was, prawi śp. Józef, dziękuję Wam; jutro o świcie wyjeżdżamy i, do piszącego zaś w te słowa odzywa się,  ze zwykłą sobie uprzejmością: „Proszę o konie dla nas”. Raniutko dnia następnego wyjechali.

Nie mam odpowiednio silnych słów, abym dostatnio określił tę duszę szlachetną, co tak ziemię swoją umiłowała. Przyjechawszy ze swymi kolegami uczniami ochotnikami do Jarosławia, śp. Józef oddaje ich w ręce doświadczone, dla odbycia krótkich ćwiczeń.

Sam zaś chwyta za oręż, bo Polska w niebezpieczeństwie i w pierwszych rzędach walczy nieustraszony; kula przeszywa serce, to wielkie serce, co tak miłowało Ojczyznę.

Śp. Józef Dyrka przeszedł przez to krótkie życie jako światło jasne, oddał Ojczyźnie swoje młodociane życie, gorące serce, swego ducha, swój trud, a umarł z bronią w ręku, broniąc tego, co najwięcej miłował.

Postać Jego opromieni u nas legendą.

Poległ śmiercią bohaterską dnia 21 listopada 1918 r. w obronie granic Polski, w bitwie pod Snopkowem, broniąc miasta Lwowa. Tak zginął syn chłopa z ziemi Biłgorajskiej.

Cześć prochom śp.  Józefa, cześć Jego pamięci!.

O jakiż to straszny cios, dla strapionego Ojca, jakiż jednak zaszczyt wychować tak pięknie swoje dziecko, jakaż chluba mieć takiego syna —„Bogu i Ojczyźnie oddałem swoje dziecko” są to słowa, wypowiedziane przez Ojca w dniu nabożeństwa żałobnego.

Miasto Jarosław uczciło tę bohaterską śmierć przez odprawienie patriotycznych nabożeństw, a następnie ufundowało wieczyste stypendjum im. Józefa Dyrki, z którego już korzysta najmłodszy brat śp. Józefa.

Kiedy doszła do nas ta smutna wiadomość, zamówiliśmy wspaniałe żałobne nabożeństwo, odprawione bezinteresownie przez miejscowe duchowieństwo.

Świątynia była przybrana zielenią, trumna na katafalku kwieciem spowita, udekorowana białemi orłami i sztandarami, delegowani żołnierze pełnili honorową służbę, W czasie mszy żałobnej były dane trzykrotne salwy; dziatwa odśpiewała rotę Konopnickiej, świątynia była wypełniona po brzegi.

W rocznicę śmierci, to jest dnia 21 listopada 1919 na życzenie ojca, zostało odprawione skromne nabożeństwo.

W dniu tym mieszkańcy wsi Łukowy postanowili złożyć hołd temu jednemu z najlepszych synów Ojczyzny, przez wmurowanie pamiątkowej tablicy miejscowym kościele. Składki na ten ceł przyjmuje miejscowy komitet i Związek Kółek Rolniczych w Biłgoraju.

A cóż się dzieje z uczniami ochotnikami! śp. Józefa? Po dzień dzisiejszy walczą z nieprzyjacielem; walczą mężnie na chwalę Ojczyzny;  kilku z nich zostało podoficerami.

Tomasz Matczyński[2].

Odwiedziłem  kościół w Łukowej z nadzieją, że sfotografuję umieszczoną w nim tablicę poświęconą   młodemu bohaterowi  Józefowi Dyrce, który oddał życie za Ojczyznę. Ale okazało się, że Tomasz Matczyński i mieszkańcy Łukowej bardzo szybko zapomnieli  o bohaterskim synu tej ziemi. Może w stulecie odzyskania Niepodległości  władze Gminy Łukowa upamiętnią tego  bohaterskiego człowieka, o którym tak szybko zapomniano?.  Andrzej Burlewicz

[1] Taką informację przekazał mi ks. Proboszcz z Łukowej. Kiedy byłem na tym cmentarzu w 2010 roku nie była mi znana historia młodego bohatera Józefa Dyrki z Łukowej, może udałoby mi się odnaleźć jego grób.

[2] Matczyński Tomasz ziemianin dzierżawca majątku  Łukowa. Majątek ziemski w 1930 r. liczył 483 ha, należał do Tomasza Matczyńskiego. zaś jego bracia Marek –Chmielek, a Marian – Szarajówka. http://ziemianie.pamiec.pl/pl/majatki/lu.html.

 

 

Reklamy

79 rocznica bombardowania Frampola

13 września 2018 roku minie  79 rocznica bombardowania Frampola. O tym jakże tragicznym dniu dla Frampola pisałem kilkakrotnie na moim blogu:

Frampol 13 września 1939.

1 wrz 2017 12:41

 

Ocalić od zapomnienia.

6 wrz 2016 10:49

 

Frampol 13 września 1939 – wspomnienia mieszkańców Frampola 

7 wrz 2015 15:21

Ten, który zniszczył Frampol 13 września 1939 roku.

7 paź 2015 19:16

 

Frampol wrzesień 1939 – Wspomnienia Jerzego Czerwińskiego

5 gru 2010 09:40

Plan Frampola

Mapka Frampola, kolorem żółtym oznaczono teren zniszczeń w wyniku bombardowania i wywołanych pożarów bombami zapalającymi.

Fot. 23 Wwidok zbombardowanego Frampola

Jedyne zdjęcie bardzo dobrej jakości obrazujące we  fragmencie ogrom zniszczeń powstałych w wyniku bombardowania, a otrzymałem możliwość jego publikacji od Pana Piotra Nasiołkowskiego ze Skarżyska-Kamiennej.

Nigdy nie za wiele jest jednak, o tym mówić i przypominać szczególnie młodym pokoleniom.  79 Rocznica wybuchu wojny i bombardowania Frampola sama w sobie mówi, że coraz mniej jest ludzi, którzy te wydarzenia pamiętają i na ten temat mogą coś powiedzieć. Powiedzieć jak, to naprawdę było, a nie przedstawiać „fikcję wyssaną z palca”.

Hitlerowski najeźdźca zniszczył Frampol. Na  małą osadę przez nikogo niebronioną, „bohaterscy” lotnicy Luftwaffe bezkarnie zrzucali bomby burzące i zapalające, zabudowania  w ponad 70%, uległy spaleniu bądź zburzeniu. Większość mieszkańców Frampola straciła dorobek życia całych pokoleń.
W czasie bombardowania Frampola zginęło dwoje mieszkańców Frampola:

Wacław Miazga lat 70,                                                                                                                          Władysława Małyszek lat 48,

Oboje zamieszkiwali przy ulicy Cichej, ich gospodarstwa były położone w niedalekiej odległości od siebie. Poniosła również śmierć nieznana z nazwiska uciekinierka z Krakowa, która zginęła koło kościoła, spłonęła, ponieważ w pobliżu niej wybuchła bomba zapalająca, o czym pisał w swych wspomnieniach Jerzy Czerwiński.

Niewielkie straty pośród ludności cywilnej można zawdzięczać temu, że wcześniej na Frampol zrzucone były bomby oraz temu, że istniał punkt nasłuchu i ostrzegania ludności przed samolotami wroga i ludność ewakuowała się w pobliskie doły – wąwozy i do lasu.

Stanisław Oszust we wspomnieniach tego dnia mówił o mieszkańcu Frampola wyznania mojżeszowego, który zginął na placu pomiędzy ulicami targową i Orzechową.

W czasie bombardowania zginęli i pochowani zostali na frampolskim cmentarzu żołnierze:

Kolewski Franciszek,

Kramer Zygmunt,

Kubicz Augustyn,

ilu żołnierzy zostało rannych w czasie nalotu źródła nie podają.

To, czego nie udało się zrobić 13 września 1939 roku dokonane zostało w listopadzie 1942 roku, kiedy to cała ludność żydowska Frampola  straciła życie zamordowana na miejscu, bądź przepędzona drogą śmierci do obozów zagłady.                                                  Ludność Frampola – który przed wojną liczył 3252 mieszkańców w tym 1446 mieszkańców wyznania mojżeszowego nagle zmalała o połowę, z pośród ludności żydowskiej praktycznie nie pozostał nikt. Przy życiu pozostało kilka osób wyznania mojżeszowego ukrywanych przez lata przez ludzi, którym nie był obojętny ich los i mieli warunki, aby ich przechowywać.

Ponieśli wielkie straty również pozostali mieszkańcy Frampola, którzy przez lata okupacji poddawani byli eksterminacji. Wielu ludzi wywiezionych zostało na roboty do Niemiec, część trafiła do obozów zagłady.  Z terenu gminy wysiedlono 1299 osób z tego z samego Frampola 738, całych rodzin bądź samotnych osób.

Powracając do dnia 13 września. Data ta powinna być żywa w naszej pamięci zawsze, by nikt nie mógł powiedzieć, że o zdarzeniach, jakie nastąpiły 13 września 1939 roku nie można było mówić w domach rodzinnych. Sądzę, że obecnie mamy możliwość upamiętnienia tej tragicznej daty w naszej historii. Wnioskowałem do władz Gminy Frampol    o nadanie rondu na drodze krajowej i wojewódzkiej nazwy -imienia „13 września”, ale niestety bez skutku. Mam prośbę do władz gminy, aby została poprawiona tablica na cmentarzu z wykazem poległych żołnierzy, ponieważ zawiera ona błędne informacje.

 

„Nasze Kresy” Adam Maciurzyński

W V części  materiału o członkach P.O.W z Frampola przedstawiłem sylwetkę Adama Maciurzyńskiego i jego działalność na rzecz utrzymania niepodległości i suwerenności Polski. Adam ubiegając się o nadanie Medalu Niepodległości pisał o swej działalności na tej niwie, o tym, że wydał broszurę „Nasze Kresy”, w której wskazywał na polskość ziem, którą w tym czasie starali się zagarnąć nasi sąsiedzi. Przedstawiam ten materiał w całości w wersji oryginalnej, a mogłem to zrobić dzięki uprzejmości Pana Iwo Hryniewicza pracownika Biblioteki Narodowej, za co serdecznie mu dziękuję.

Adam Maciurzyński, jak pisałem części V nie otrzymał żadnego odznaczenia Krzyża, czy Medalu Niepodległości bo szanowna komisja uznała jego wkład pracy był za mały w pracy o Niepodległość.

 

.Adam w Brześciu 1931 — kopia

 

Dr. Adam Maciurzyński

Nasze Kresy

(Ruś Czerwona, Śląsk Górny i Cieszyński, Orawa, Spisz)

Część I

Płock – 1919  Nakładem księgarni E. Trautmana. Warszawa –Gebethner i Wolff. Druk F. Pauli
w Płocku, Grodzka 6.

 

Wstęp

Nawet u narodów cieszących się ustawicznie niepodległością, a stojących na wysokim stopnia kultury i uświadomienia narodowego krańce państw a często zarysowują się niewyraźnie. Umyślnie i z wyszukaną przebiegłością pracowały zaborcze, a wrogie nam rządy, żeby nas nie tylko pogrążyć w największej ciemnocie umysłowej, nie tylko nie dać nam pojęcia o naszej sile narodowej, ale nawet usunąć jak najbardziej różnice między nami a najeźdźcami. Pracowały miljony marek, rubli i koron, aby zupełnie zatrzeć granice naszego narodowego posiadania.

Usypiano na krańcach naszej ziemi czujność narodową, by tern łatwiej zasymilować powiat za powiatem. Dziś naród polski drgnął i obudził się z wiekowego letargu niewoli. Zmartwychwstała Ojczyzna nasza, Polska, zbiera pod skrzydła swe dzieci. Jej najlepsi synowie pracują nad ustaleniem granic na kresach. Miljony jej synów nie znają kresów tych, a pisano o tern nie dość wiele. Niechże praca niniejsza idzie między lud i służy ku pożytkowi społecznemu, niech budzi nas z letargu nieświadomości. Poznajmy naszą ziemie, pokochajmy ją, a będziemy tym więcej jej bronili. Obowiązkiem każdego Polaka i Polki jest poznać węgły naszego domu narodowego.

Często w ostatnim czasie trafiło mi się słyszeć słowa: czemu mamy bronić Lwowa, wszak to ziemia ruska. Inni mogą sobie postawić pytanie podobne w sprawie Śląska, inni w sprawie Poznańskiego, Pomorza i t. d. Wszak w tych ziemiach moc jest niemców. A w końcu wypada pomówić też i o czwartym węgle naszego domu narodowego, o polakach, mieszkających na Litwie i Białorusi, o naszych wschodnich rubieżach. Ponieważ dziś, idąc sprawiedliwie, nie wystarcza tylko powoływać się na fakt dokonany, stworzony na podstawie przemocy i gwałtu, często przeto ciekawą jest rzeczą powołać się na dane historyczne od najdawniejszych czasów, bo te dają gwarancję pewności i sprawiedliwości. Przejdźmy je kolejno.

 

Ważniejsze z dzieł w sprawie kresów.

Romer E . : Polacy na kresach pomorskich i pojeziornych

Czekanowski J.: Stosunki narodowościowo – wyznaniowe na Litwie i Rusi.

Pawłowski S.: Ludność rzymsko -katol, w polsko-ruskiej części Galicji.

Zejszner: Spisz, Orawa (Bibl. Warsz, 1853, 54, 55 r.)

Tetmajer K.: O Spisz, Oraw ę, Podhale.

Zawiliński: Z kresów polszczyzny.

Czechowski A.: Prusy Wschodnie i Zach., W. Księstw o Poznańskie, Śląsk Pruski.

Chołoniewski A.: Gdańsk i Pomorze gdańskie.

Stam Jerzy: Gdańsk jako główny port Polski.

Bełza St.: W zapomnianej stronie.

Gołębiewski H.: Obrazki rybackie z półw. Helu.

  • Wasilewski L.: Litwa i Białoruś, m

Koszutski: Geografja handlowa Polski.

 

  1. R u ś C z e r w o n a .

Gdy sięgniemy pamięcią w stare, zamierzchłe dzieje, w czasy, kiedy to zaczęły się wyłaniać, jakby z poza mgły dziejowej, plemiona słowiańskie, to plemiona te, jak dowodzi porównawcza nauka języków słowiańskich, bardzo mało różniły się między sobą, i tylko ogromne obszary terytorjalne wpływały na różnice między nimi. Pod naciskiem zaborczości odwiecznej Niemców wytwarzają się (po upadku krótkotrwałego państwa wielko-morawskiego) na zachodzie: państwo czeskie i polskie. Książęta Polan z nad Gopła łączą kolejno Mazowszan, Ślęzan, Chrobatów Białych (około Krakowa), Chrobatów Czerwonych (dzisiejsza Ruś Czerwona).

U Nestora, ruskiego kronikarza, mnicha z Kijowsko – Pieczerskiej Ławry, znajdujemy bardzo ważną dla nas wzmiankę, udowadniającą, że Polacy byli pierwszymi gospodarzami na Rusi Czerwonej. Nestor mówi, że książę ruski Włodzimierz w drugim roku swego panowania, a w 981 po nar. Chrystusa wyprawił się na „Polaków i zajął grody ich: Przemyśl, Czerwień i inne,“ t. j. dzisiejszą Galicję Wschodnią, a zabrał ją Mieszkowi I, Ochrzciwszy z pomocą misjonarzy greckich w obrządku wschodnim, wprowadził ten odwieczny rozdział pomiędzy bratnie plemiona. Odtąd rozpoczyna się na tych ziemiach słowiańskich zażarta walka dwóch kultur, z dwu źródeł płynących:

Rzymu i Bizancjum.

Bolesław Chrobry przyłącza dalsze plemiona do swego państwa: Morawian, Słowaków, uśmierza walki domowe w Czechach, zaproszony przez tamecznych książąt. Roku 1018 odbiera grody Czerwieńskie, przyłącza Pomorzan, (między dolnym biegiem Wisły i Odry).

Za Mieszka II, jak wiadomo z historji, zabierają sąsiedzi i Ruś i Pomorze,  Morawy i Słowacczyznę. Wskutek łączności religijnej, przez obrządek wschodni, Chrobaci Czerwoni łączą się ściślej z Rusią Kijowską i zwą się Rusinami. Kościół odegrał tu rolę olbrzymią.

(Podobnie jak i dziś Słowianie-południowi jednym językiem mówiący, ale różnego obrządku, dzielą się na prawosławnych Serbów i katolickich Chorwatów).

Na Rusi Czerwonej z czasem tworzą się odrębne księstewka, walczące między sobą, wiążące się sojuszami z Polakami i Węgrami, dopóki nie zniosła ich straszna pożoga tatarska w 1240 r.

Odbudowując Ruś, ściągał licznych kolonistów polskich, Daniel Romanowicz. Po jego spadkobiercy, Jerzym, zmarłym bezpotomnie, objął w swe panowanie Ruś najbliższy jego krewny, Kazimierz Wielki i zagospodarował ją, gojąc rany kraju po nawale tatarskiej i wojnach domowych książąt ruskich.

Teraz rozpoczyna się praca kulturalna Polaków na Rusi z nową siłą.

Kazimierz Wielki nadaje całe obszary pustej ziemi rycerzom, aby ją zagospodarowali i bronili jej.  I tak otrzymuje w 1562 r. Stanisław ze Strożysk Rzeszów z okręgiem.

Nad Dniestrem, wojewoda Spytko z Melsztyna posiadł od Władysława Jagiełły w 1390 r. całą Samborszczyznę od Dobromila, aż ku Stryjowi.

Władysław Warneńczyk w 1441 r. obdarowuje zasłużonego w walkach z tatarstwem rycerza Jana z Sienna starodawnym Oleskiem z całym przyległym powiatem, roszczącym sobie po tym prawo do nazwy księstwa. Spytko z Melsztyna za wielkie zasługi w walce z hordą tatarską otrzymuje Księstwo Podolskie i daje gardło w bitwie z Ordą.

Bujna i nader żyzna ziemia na kresach wschodnich ściąga ludność z zachodniej Polski, która mimo grozy napadów tatarskich, uchodzi z gęsto zaludnionej Wielko i Małopolski i tu się osiedla.

Magnaci budują cały szereg zamków i zameczków, zakładają cały szereg miast, miasteczek i wsi. Za Kazimierza W. znane były jako miasta:

Lwów, Przemyśl, Sanok Halicz.

Wszystkie inne powstały, dopiero za dalszych rządów polskich, po większej części na całkiem pustym gruncie.

„Rzeszów i Stryj — małe osady, powiada w swych szkicach historycznych K. Szajnocha, — otrzymują przywileje od Władysława Jagiełły. W miejscu dzisiejszego Sambora stało spustoszone sioło Pohonicz, na którego gruncie wojewoda Spytko z Melsztyna około 1390 r. założył Sambor.

Złoczów należał w XV w., jako wioska do dóbr oleskich i wzniósł się dopiero za Siennieńskich, Górków i Sobieskich.

Tarnopol winien swój początek sławnemu Janowi Tarnowskiemu, założycielowi miasta w 1540 r. Brzeżany urosły w miasteczko w 1530 r. za staraniem Sieniawskich.

Żółkiew założył hetman Żółkiewski około 1597 r. na gruntach wsi Winniki.

Trzeci z hetmanów-założycieli Stanisław Rewera -Potocki około 1654 r. zbudował na gruntach wsi Zabłocia miasteczko Stanisławów.                                                                            Za Czortkowskich powstał Czortków roku 1522.

Zaleszczyki podniosły się dopiero za Poniatowskich w XVIII wieku;“

„Ledwie też nie każden z dawniejszych rodów polskich przyczynił się do uprawienia i zabudowania ziem czerwono-ruskich fundacją jakiegoś miasteczka.                                      Tęczyńscy np. w r. 1605 założyli Toporów, około 1560 r. Podgrodzie w pobliża Rohatyna.  Sieniawscy prócz Brzeżan r. 1552 wznieśli Prokopów czyli Wojniłów, 1549 r. Kałasz, 1578 r. Tustań czyli Chorostków, 1576 r. Oleszyce, około 1676 r. Sieniawę.

Zamojscy roku 1580 Zamość, 1615 r. Tomaszów, niegdyś Rogoźno, 1588 r. Krzeszów.

Tarnowscy prócz Tarnopola zbudowali około 1548 r. Tarnogórę.                                            Żółkiewscy przed założeniem Żółkwi dali około 1584 r. początek Brodom.                Potoccy prócz Stanisławowa założyli r. 1553 Suchostaw czyli Jabłonów , około 1570 r. Potok, 1676 r. Tartaków, około 1692 r. Krystynopol, 1715 r. Kuty

Herburtowie ufundowali 1515 r. Podkamień, 1538 r. Kukizów, 1566 r. Dobromil.

Żórawińscy 1489 r. Bukaczowce, 1563 r. Jaryczów, około 1563 r. Żórawno.

Lipscy 1607 r. Bełżec, około 1620 r. Lipsko w Żółkiewskim. Łaszczowie 1503 r. Strzemilcze, 1549 r. Łaszczów , niegdyś Domanysz.

Tarłowie 1570 Mikołajów,

Fredrowie 1580 r. Niemirów.

Firleje 1570 r. Firlejów.

Reje 1547 r. Rejowiec.

Jordanowie 1595 r. Mikulińce.

Sienieńscy 1504 r. Pomorzany.

Jazłowieccy 1559 Barysz.

Mieleccy 1548 r. Cljście nad Dniestrem.

Strusiowie Strusów .

Opalińscy 1638 r. Opalin.

Maciejowscy 1557 r. Maciejów.

Płazowie 1615 r. Płazów .

Pileccy 1569 r. Sokołów.”

Pozostawałoby jeszcze do wymienienia kilkadziesiąt innych fundacji między Sanem, Bugiem a  Zbruczem (w byłej Galicji Wschodniej na północ od Dniestru). Z tych przynajmniej znamienitsze niech nam będzie wolno przypomnieć w porządku chronologicznym.

Roku 1597 powstał Leżajsk, 1400 Hrubieszów, 1420 Dunajów, 1424 Sokal. Około 1451 Mrzygłód i Radymno, 1455 Rawa Ruska, 1471 Komarno i Kamionka Strumiłowa, 1510 Żurów, 1515 Uhrynów, 1516 Załośce, 1525 Husaków, 1550 Borek, 1558 Waręż, 1549 Budzanów, 1549 Mosty Wielkie, 1559 Husiatyn, 1571 Rozdół, 1588 Dubienka niegdyś Dębno, 1588 Korytnica niegdyś Wręby,  Magierów,

1610 Baligród, 1611 Janów , 1615 Sasów, 1619 Kasperowce czyli Lutomirsk. Po 1665 (Uścieczko nad Dniestrem, 1672 Wielkie Oczy i t. d .[1]) (Szajnocha „Szkice historyczne. Zdobycze pługa polskiego.”)

Ważną przyczyną tego ogromnego osadnictwa jest to, że rycerze polscy ogłaszali przy zakładaniu miast „słobodę” czyli „swobodę” t. j. wolność od wszelkich czynszów i danin na pewną ilość lat. Ludność więc z zachodnich prowincji polskich, gdzie, za przykładem Niemiec, pańszczyzna stawała się coraz uciążliwszą, uciekała ustawicznie na wschód, by tu na wolności dorabiać się chleba. Obok niewolnej ludności przybywała też i szlachta. Ludność polska kolonizowała Ruś i mieszała się z pozostałą po napadach tatarskich ludnością ruską, często przyjmowała jej zwyczaje, język i t. d.

W dalszym ciągu osadnictwo sięgnęło za Zygmunta III i Władysława IV aż do Dniepru, z tą samą siłą i przedsiębiorczością.

„Ja sam — mówi w swoim opisie Ukrainy zatrudniony przez Władysława IV inżynier francuski Beauplan: — „założyłem na Ukrainie przeszło 500 wsi, z których następnie do 1000 osad urosło.[2])

Zawierucha Chmielnickiego zmiotła wiele osad i zamieniła kraj w popioły. I znowu nie minęło lat 100, jak cały kraj zaludnili wychodźcy polscy łącznie z inną ludnością sąsiednich krajów.

I nic dziwnego, ho, jak mówi Kromer Marcin w drugiej połowie XVI wieku, „w stronach południowej Rusi już prawie więcej w używaniu jest djalekt polski niż ruski, gdyż dla żyzności gleby i harców z Tatarami chętnie tam osiadają Polacy.“ A było też wiele szlachty z „Korony”  zwabionej urodzajnością roli.

 Lecz sięgnijmy do nowszych czasów.

Ludność polska z czasem coraz bardziej się rutenizowała, a to głównie z winy krótkowzrocznej polityki możnowładców polskich, którzy dbali przede wszystkim o to, aby ich włości zapełniły się zbiegami. Na swoich terytoriach budowali oni wiele cerkwi, a mało kościołów.

Mamy dziś wiele dokumentów w b. Wschodniej Galicji, gdzie fundatorami cerkwi są polscy panowie. Chłop też polski przechodził, acz niechętnie, na obrządek wschodni, bo między pozostałą ludnością ruską czuł się on bliższym chłopu prawosławnemu, niż katolickiemu ekonomowi lub panu.
(A pamiętajmy, że to były czasy wszechwładnej w Europie pańszczyzny). Dotąd jeszcze pokutuje to zdanie wśród ludu. Kiedy pewnego razu na odczycie w tarnopolskim (1910) we wsi Hłuboczku zapytałem ludzi, czemu mówią między sobą po rusku, choć ze mną mówią po polsku, odrzekli mi:
-„Bo to, proszu pana, polska mowa to pańska, a ruska to chłopska”.  A w kościele modlą się po polsku. I tylko po tym można poznać polaków, którzy modlą się z dziada pradziada, choć ta modlitwa, gdy się jej uważnie przysłuchać, wiele ma słów dziś nieużywanych a znanych tylko badaczom  staropolszczyzny[3]. )

Lecz nie tylko chłopi rutenizują się. W okolicy Mikołajowa, na południe ode Lwowa, spotkałem wieś Czajkowice — sama herbowa szlachta polska greckiego obrządku, po rusku mówiąca.

I to, co mówił wieszcz nasz Mickiewicz o braci szlachcie w Dobrzyniu i okolicznych zaściankach, prawie słowo w słowo sprawdza się na nich. Cała wieś — sami Czajkowscy — z najrozmaitszymi przydomkami — przezwiskami (imioniskami), pełni dziwactw na punkcie szlacheckości.

Sami przyznają, że byli niegdyś Polakami ich ojcowie, bo z Polski przyszli, ale oni, ponieważ mieszkają na Rusi, to i są Rusinami. Takich wsi jak Czajkowice jest b. wiele.

Wiele też pracy potrzeba włożyć w ten lud, by dokrzesać  się polskości i doprowadzić, aby tym językiem, co mówią z Bogiem, mówili i między sobą.

W ostatnich czasach Rusini[4]) wszczęli walkę o polskie dusze, starając się na wszelki sposób przerobić wszystkich chłopów na Rusinów. W sposobach walki nie przebierali.

W Płotyczy (pod Tarnopolem) opowiadali mi chłopi z płaczem, że boją się przyznać do polskości, bo im wypasają nocami zboże, podpalają kopy zboża i siana. Wprost  trudno uwierzyć Polakowi z Galicji Zachodniej lub Wielkopolski jakie stosunki panują we Wschodniej Galicji. Wiele o tym mógłby napisać ze swych wspomnień prof. Stanisław Srokowski, który kilkanaście lat stał na czele bardzo ruchliwego Koła Towarzystwa Szkoły Ludowej (Polska Macierz Szkolna) w Tarnopola. Obok uniwersytetu ludowego w mieście T. założył 130 czytelń po wsiach, urządzał kursy handlowe, wysyłał prelegentów. Procent też Polaków z kilkunastu w okolicy wzrósł do 42%. Jak wielka jest jednak agitacja ruska, można poznać i z tego, że jednego roku przed wojną przeciągnęli w archidjecezji lwowskiej kilkanaście tysięcy dusz na swój obrządek. To też duchowieństwo polskie jęło się z całym zapałem pracy nad ludem, ratowania mniejszości polskich, budując kościółki, kaplice, tworząc ekspozytury i t. d. Sprawa rutenizacji idzie zaś tym łatwiej, że dzięki nadaniom szlachty polskiej parafje ruskie są bardzo gęsto rozsiane po krają i są bogato uposażone. Stosunek ten wypada kilkakroć więcej na korzyść Rosinów. Na przykład w parafji rzymsko-katolickiej (w potocznym życia ożywa się skróceń: parafja obrządku łacińskiego— w przeciwstawieniu do grecko-katolickiej, (zwanych krótko: greckiego obrządku), —składającej się z 15 do 20 wsi, przypadka  10 do 20 parafji ruskich.

Parafja Turka jest tak wielka jak cały powiat Turka (1458 kim. kwadr.). W powiecie Skole są parafje liczące po 638 kim. kw. Księża ruscy ze swymi córkami i synami tworzą całą inteligencję wiejską i w swym własnym interesie, dla większych dochodów, starają się ściągnąć na ruski obrządek jak najwięcej parafjan.

Chłopek zaś polski bardzo często, czy to dla złej drogi, czy też dla odległości od kościoła swego, czy też z powodu choroby dziecka, chrzci niemowlę w najbliższej cerkwi, „boć jeden Pan Bóg polski czy ruski,“ i dziecko już liczą za rusina. A jest też ludności polskiej w Galicji Wschodniej sporo, bo część djecezji przemyskiej z 601,947 duszami i cała archidjecezja lwowska licząca 875,673 dusz[5].)

Ludność katolicka stanowiła przed wojną 55 %  ludności Galicji Wschodniej, a mieszkańcy używający języka polskiego jako mowy swej 44%.  Według obliczeń prof. Pawłowskiego  1919 r. mieszka w Galicji Wschodniej 3,300,000 greko-katolików, 1,800,000 Polaków i 700,000 żydów. Polskiego języka używało 2,600,000 mieszkańców, Rusińskiego 3,200,000, niemieckiego 70,000.

Dla uzupełnienia naszkicowanego obrazu dodam, iż wielką szkodę polskości wyrządziła austrjacka polityka.

Ona to w myśl zasady: „divide et im pera“ (różnij czyli dziel i panuj), zasiała nieustanną niezgodę pomiędzy polskim dworem, wydzielonym w osobną jednostkę administracyjną, w tak zwany „obszar dworski“ a wsią, z których każda również tworzy osobną gminę. Jeżeli się doda różne sprawy rolne podejrzliwość i nieufność włościan, to zrozumie się, jak trudna jest praca nad polskim ludem tamecznym. Praca jednak wydaje ładne owoce. W całej Rusi, a zwłaszcza w Tarnopolszczyźnie, cały szereg miasteczek i wsi czuje i myśli po polsku. Zakłada sobie szkoły dla mniejszości, tworzy współdzielcze spółki i sklepy, zawiązuje liczne Kasy Raffaisena, organizuje „ Drużyny Bartoszowe,“

Sokół Włościański i t. d. Wiele też ze szlachty, tak zw. „Podolacy,“ pracuje wraz z ludem i chętnie pomaga w oświacie i utrzymaniu polskości.

Punktem środkowym wszystkich instytucji oświatowych i społecznych jest Lwów. Na 200 tys. Mieszkańców  liczy on 61% Polaków -katolików . Jest to prawie tyle co w Warszawie (62% ma być:, Wilnie 53%).  Miasto wprawdzie założone przez księcia ruskiego Lwa 1253 r., ale gdyby nie opieka Kazimierza Wielkiego i innych królów polskich pozostałoby miasteczkiem mało znaczącemi, jak dawna stolica kniaziów ruskich Halicz lub Włodzimierz, które liczą dziś po kilkaset chałup i domków. Lwów na kresach stał się potężną warownią polskości, o którą się rozbijały zawsze najazdy Tatarów , Kozaków , Wołochów, Turków, Moskali. Bohaterscy obywatele miasta zasłaniali zawsze własnemi piersiami całą Polskę, a ich nieodrodni synowie i córki dowiedli dzisiaj jeszcze raz wobec całego świata, że Lwów jest polskim i takim być musi. Cała okolice Lwowa jest zasiana wsiami i siołami polskimi. I dziś „ Ukraińcy “ z całą zachłannością chcą zagrabić półtora miljona Polaków. Obowiązkiem przeto wszystkich nas obronić naszych braci od zupełnego zruszczenia i odcięcia całej masy ludności od pnia macierzystego.

Spieszmy z odsieczą Lwowa i bierzmy pożyczkę państwową, a ochronimy Ojczyznę od mnogich strat. Bo zruszczeni dziś nasi bracia, staną jutro we wrogich zastępach przeciwko nam.

 

  1. Ś l ą s k .

W ostatnim czasie wiele wrzawy światowej narobiła sprawa Śląska Cieszyńskiego. Zachłanność czeska, motywując swe prawa roszczeniami historycznymi  wbrew ugodzie tymczasowej z Polakami, napadła zdradziecko na starodawną ziemię Polski. Dla każdego z nas Polaków pretensje te do ludu polskiego są po prostu  zwykłą grabieżą, dla misji zagranicznych jednak, nie obeznanych ze stosunkami naszymi, mogły uroszczenia czeskie, poparte mapami historycznymi, mieć pewną rację, Mapy te, począwszy od końca X III w., wykazują, iż Śląsk jest prowincją Czech. Trwa to jednak niestety, jak wykażę niżej, paręset lat.

I nie dziwmy się Misji zagranicznej, bo niejeden z nas me mógłby rozsądzić sporu historycznego pomiędzy poszczególnymi prowincjami francuskimi czy angielskimi.

Drugą ważną naszą narodową placówką obok Chrobacji  Czerwonej a dzisiejszej Rusi jest Śląsk. Dzieje tej prastarej dzielnicy są tak dawne, Polska cala. Już najstarsi kronikarze niemieccy, jak Thiethmar (Ditmar) i Adelbold wspominają w swych zapiskach z X wieka, iż w tej krainie stykały się granice Serbji i Polski. Dziwne zdaje się to i nieprawdopodobne na pierwszy rzut oka, ale jest poniekąd i prawdziwe, skoro się zważy, że do dziś dnia mieszka na i Morawach do 1000 Serbów[6].)

Polacy tej dzielnicy, ochrzczeni przez Mieczysława I, dzielili długo wspólną dolę i niedolę całego narodu. Wskutek testamentu Bolesława Krzywoustego dostała się ona w udziale najstarszemu jego synowi, Władysławowi, Utracił ją jednak we walce z braćmi, których chciał pozbawić ojcowizny. Dopiero jego synowie odzyskali ją dzięki pomocy cesarza niemieckiego i jego wasala, najbliższego sąsiada Polski, księcia czeskiego, Władysława II. Czescy książęta już wtedy przyjmowali tytuły „najwyższego podczaszego cesarza niemieckiego “ (Sobiesław I)” i wzorowali się na urządzeniach niemieckich, przyjmowali ich dworskie zwyczaje, urządzenia na zamkach i t. d. Nic też dziwnego, że i polscy książęta z czasem zaczęli ich naśladować we wszystkim i powoli zatracać ściślejszą łączność z krajem macierzystym. Za wzorem książąt poszli bezmyślnie możni i szlachta. Na domiar nieszczęścia napad Tatarów zniszczył kraj aż po Lignicę, a nowo-powstające miasta zapełniły się kolonistami niemieckimi.

Lud jednak wiejski w znacznej części Śląska, trzymający się mocno swej mowy i swych starych zwyczajów, pozostał zawsze polskim. Stąd też i odwieczne prawo narodu polskiego do tej piastowskiej prastarej dzielnicy[7].)

Przejrzmy pokrótce historyczny proces. Wiadomo jest, iż książęta w średniowieczu uważali kraj za swoją prywatną własność. Dzielili kraj między synów, wyposażali nim córki, a że łatwiej było zniemczonym książętom ze Śląska porozumieć się ze słowiańskimi Czechami, więc też więcej mieli z nimi styczności. Widzimy też, jak z czasem rozdrabnia się Śląsk na kilkadziesiąt dzielnic. Dzielnice te kolejno jedna za drugą popadają w zależność od książąt i królików czeskich, zwłaszcza od bitwy lignickiej (1240), w której Polacy mieli otrzymać pomoc od na wpół zniemczonego króla czeskiego, Wacława I. Ten, po bezpotomnej śmierci i Mieszka raciborskiego, przywłaszcza sobie gwałtem przyległą ziemię opawską (stąd dzisiejsze prawa Czechów do Opawy i Raciborza). Synowie Władysława I, jednego z książąt opolskich, Bolesław, Kazimierz i  Mieczysław, już uwikłali się w zależność od Czechów. Roku 1295 uznają oni Wacława I za swego wodza, a  Mieczysław Lignicki 1305 r. wydaje swą córkę, Wiolę, za Wacława III. Lignica staje się własnością Czech. Na usprawiedliwienie książąt śląskich dodać by należało, że chytrość królów czeskich przy ogólnym zamieszania w Polsce wówczas zagarnęła całą zachodnią połać Polski, a Wacław II koronował się królem polskim 1300 r. w Gnieźnie. Napady na Polskę Krzyżaków, Brandenburczyków ułatwiły Wacławowi opanowanie tej części kraju.

Roku 1527-go przechodzą pod władzę czeską Księstwa:

Cieszyn, Oświęcim, Niemodlin, Opole, Racibórz, Bytom. Bolesław III, książę na Wrocławia, darowuje Czechom prawy brzeg Odry, zatrzymując sobie Opawę. Henryk  VI staje się podwładnem cesarza r. 1324, a Jana Czeskiego 1327 i przyrzeka, iż Wrocław „na wieczne czasy“ zostanie przy Czechach.

Książę na Lignicy, Bolesław, składa z Lignicy i Brzegu hołd Czechom. Synowie jego, nie mogąc wypłacić długów ojcowskich, do reszty wpadają w zależność od Czechów:

Jan na Styniawie, Henryk na Śagani, Konrad na Oleśnicy.

Zaledwie niektórzy mają pewną łączność z krajem macierzystym, naprz. Przemysław, książę na Głogowie (1310—11) żonaty z wnuczką Łokietka („wolę być żebrakiem wolnym, niż zależnym księciem“).  Gdy Henryk Jawornicki zrzekł się Łuży, Bolesław Ziembicki złożył hołd, Jan, ks. Góry, oddał połowę Głogowa, a z drogiej części wyrzucili Czesi ks. Sagańskiego, spraw a zależności Śląska od Czechow została przesądzona.

Kazimierz Wielki, zmuszony groźbami najazdu Czechów na Polskę, a chcąc zaprowadzić ład w wyniszczonym kraju, zrzeka się już tylko tytularnego swego władztwa nad Śląskiem w r. 1339.

Przechodzą więc w „wieczne posiadanie“ zagarnięte księstwa: Brzeg, Lignica, Sagan, Krosno, Oleśnica, Styniawa, Cieszyn, Niemodlin, Opole, Strzelce, Koźlę, Bytom, Racibórz, Oświęcim, Głogów, Wrocław. Ostatnia Ziembica wchodzi tytułem posagu w dom Karola I-go, króla czeskiego.

Szczątki południowo-wschodnie biskupi krakowscy kupiwszy od książąt: Zator, Siewierz, Oświęcim, uratowali  dla Polski. , . .

Od tej pory Śląsk jako państwo nie istnieje. —Istnieje on teraz tylko jako prowincja Czech, a po bohaterskiej śmierci ostatniego Jagiellona w Czechach, Ludwika, pod Mohaczem (1526) r., staje się prowincją habsburskich Rakus.

Rzecz znamienna, że Śląsk z wymarciem austriackich Habsburgów przechodzi w większej części do Hohenzollernów pruskich — odebrany  Marji Teresie przez Fryderyka II. Tylko południowy kraniec, tak zwany Śląsk Cieszyński i Opawski,  pozostają przy Austrji.

 W tym krótkim historycznym przeglądzie widzimy, jak władcy Czech, nie przebierali w środkach, od których ciągle, się roi w historii Śląska, byle zagarnąć naszą ziemicę.  Już to siłą, już to małżeństwem, już to intrygami pomiędzy braćmi, już to chytrością i podstępem, a potomkowie ich dzisiejsi, jeżeli ich nie przewyższają w tym, to bynajmniej im nie ustępują.

 

C z a s y   n o w s z e .

Przejdźmy do czasów nowszych. Śląsk pod panowaniem praskim został administracyjnie podzielony na 3 regiencje: opolską, wrocławską, lignicką (Śląsk Górny, Środkowy i Dolny). Resztę Śląska (1/8 część) pozostałego przy Habsburgach, podzielonego wrzynającym się klinem  Moraw , stanowi Śląsk Opawski i Śląsk Cieszyński. Co rzecz  ważna, iż zwierzchność kościelna, mimo podziała politycznego państwa, pozostała dawna.- prascy arcybiskupi wrocławscy zarządzali wiernymi i z monarchji  austrjackiej.

Z powoda polakożerstwa kardynała Koppa, w ostatnich latach przed wojną  Polacy i Czesi starali odłączyć się od Prus, a przyłączyć do której z dyecezji austrjackich: Czesi do Pragi, Polacy do Krakowa.

Obszar całego piastowskiego Śląska wynosi prawie tyle, co byłe gubernie: Kaliska, Piotrkowska, Kielecka i połowa Radomskiej. Obszar Śląska Cieszyńskiego mniej niż powiat płocki z płońskim, a Śląsk Opawski, obejmuje mniejsze terytorjum niż powiaty: płoński, płocki i lipnowski razem wzięte. (Obszar Śląska austrjackiego wynosi 5,150 kim. kw. czyli 94 mile kwadratowe. Sam Śląsk Cieszyński liczy 2,300 kim. kwadratowych).

Mowa ludu śląskiego, to odwieczne narzecze polskie, to język Reyów, Kochanowskich, Skargów, (bratowie, wróblowie, pachołcy), dziś jeszcze powszechnie używany w tym kącie państwa polskiego. Trąci on „ myszką,“ mimo woli przenosi nas w dawniejsze milsze nam czasy. Odczuwa się te archaizmy również w nazwiskach, (Bijok, Warzyńcok i t. d.). Mowa ta, jakby łańcuchem, łączy miejscowości od Wielkopolski, dążąc poprzez działy  Moraw , Orawy, Spiszu. To rozlewa się po nizinach aż do Krakowa, to znów chowa się za Tatry, by je objąwszy, wyłonić się znowu na Podhalu.

Mowa ta długi czas używana tylko wśród włościan, zepchnięta była do zabytków na wymarcia będących, jak ongiś język Drewian czyli Połabian, w XVII wieka ostatecznie zgiermanizowanych. Na naszych terytorjach prasłowiańskich widziało się ukradkiem na mapie rządu niemieckiego napis „ Wasserpolaken“ tak z w. Polacy mało  warci — to raczej Niemcy z polska jeszcze kaleczący.

Przecież Niemcy w swej zaciekłości dotąd nie chcą uznać Polaków w Polakach zamieszkujących b. zabór pruski i Śląsk, ale czelnie śmią nas nazywać Niemcami o polskiej tylko mowie. Znamienne było odezwanie się w ostatnim czasie ministra -prusaka do posła Korfantego: „I ty, panie Korfanty i tobie podobni, jesteście Niemcami mówiącymi po polsku“. I zdawało się, że jeszcze lat kilkadziesiąt, a przeszło półtora miljona dusz przepadnie dla narodu polskiego.

Ale znalazły się dzielne jednostki na Górnym Śląsku, jak Miarka Karol, [8]) Lompa, które rozbudziły duch narodowy. Jednym z największych jeszcze żyjących działaczy tam że i jednym z pierwszych posłów wybranych do parlamentu Rzeszy ze Śląska Górnego jest poseł Korfanty.

Dziś rejencja opolska liczy przeszło i,400,000 Polaków, ale wielu jeszcze ludzi jest słabo poczuwających się do polskości mimo ogromnej wprost pracy nad nimi.

Duchowieństwo dopiero na parafjach, o ile czuje się Polakami, wyrabia się, bo niechby w seminarjum spostrzeżono choć cień poczucia narodowego „polactwa“ już by taki alumn nie miał i godziny co porabiać w tym przybytku. Na polskie parafje kardynał Kopp nasyłał Niemców, by lud musiał z nimi mówić po niemiecku i, by łatwiej szła tym sposobem giermanizacja. To też mowa Ślązaków, aż strach co z a niemiecko-polska. By przekonać się, czy to możliwe, dość posłuchać mowy ich.

Co chwila to w polskiej formie niemieckie słowo (Kumie! Pojedziemy na banie — die Bahn — kolej). Spotykam dziewczynkę 12- letnią pod Białą i pytam „co niesiesz” „niosę friśtyk dla siostry co bigluje koszule“ (Frϋhstϋck — śniadanie, biegeln— prasować).

I tak bez końca. Albo. Jedzie dwóch włościan koleją, mówiących o gospodarstwie po polsku. Za chwilę słyszę: aber er sagte: i rozmowa toczy się już po niemiecku. Po 3 minutach znowu zwrot polski „ale co oni pletą” wprowadza nas w rozmowę poprzedniego tonu.

I tak w kółko. Wielu nie umie mówić po polsku, a uznaje się za Polaków i chce być Polakami. Razu pewnego rozmawiałem z takim -„Wasser-Polakiem“ słuchał, głową kiwał, potakiwał, że rozumiał, bo wstyd mu było powiedzieć, iż nie rozumie, a po skończonej mowie odzywa się do mnie:

„No ja, gut, aber erkfȁren sie mir das noch einmal deutsch“, (No tak, dobrze, ale objaśnij mi to pan jeszcze raz po niemiecku).

A jednak widać, że lud ten kocha Polskę. Nie chce on niemieckiej kultury choć błyszczącej, chce być tym, czym byli ojcowie. Chętnie uczy się po polsku i wstydzi się, że nie mówi dobrze swym językiem. Wiele też wydaje się pism i odezw w niemieckim języku dla uświadomienia Polaków.

Już po wybuchu rewolucji zaczęto wydawać pismo „Der weisse Adler“ „Biały Orzeł“ aby uświadomić o sprawach polskich na wpół zgiermanizowane rzesze i, jak się dowiaduję z gazet, cieszy się ono ogromną poczytnością wśród mas. Osobiście jestem zdania , by przyłączyć do Polski cały Śląsk, nie tylko Górny, ale Średni i Dolny, bo może nie wszystka polskość wygasła wśród ludu lub inteligiencji tamtejszej[9]) Zwłaszcza, że jeszcze dalej na zachodzie trzyma się bohatersko przeciw nawale giermańskiej 150.000 Serbo-łużyczan, zachowuje swój język, kulturę i obyczaje narodowe.

Na Śląsku Cieszyńskim ważną przeszkodą obok Niemców są Czesi. Czechizowali oni ustawicznie jako przełożeni po kopalniach robotników galicyjskich (ci prawie zawsze analfabeci dawali się przekonać przy spisach ludności, iż są Czechami, zwłaszcza, że bali się, by nie stracili zarobku. A naciąganie faktów stawało się czasem tragikomiczne. Np. w pewnej szkole było 200 dzieci polskich, a robotników i mieszkańców czeska gmina wykazała 16 Polaków !! Gdzie się inne sztuczki nie mogły udać, tam często renegaci (osławiony Kożdoń) wmawiali w lud, iż nie są oni Polakami, ale Ślązakami. Z darzył się przed paru laty taki fakt:

Pod czas poboru wojskowego w powiatowym  mieście stanęło do dwusta chłopaków na sali. Chciano ich rozdzielić według narodowości. Krzyknął więc podoficer po niemiecku, czesku i polsku:

– „Kto jest Niemiec niech idzie na prawo, kto Czech na lewo, kto Polakiem do drugiej izby. Kupa luda rozbiegła się, ale na środku pozostała część. Zirytowany podoficer podbiega i pyta: „a wy jakiej narodowości ?“ „My Ślązaki“ brzmiała odpowiedź”.

 

Ilość ludności.

Według ostatniego spisa austrjackiego z roku 1910 (w wielu wypadkach fałszowanego przez Czechów i Niemców ) ludność całego Śląska austrjackiego wynosi 640.000

dasz, a mianowicie: 235.000 Polaków, 225.000 Niemców, 180.000 Czechów. Śląsk Cieszyński zawiera 6 powiatów administracyjnych: Bielsko miasto, Bielsko wieś, Frysztat, Frydek miasto, Frydek wieś, Cieszyn. Podobnież i Śląsk Opawski liczy 6 powiatów: Frywałdów, Brantal, Karniów, Opawa miasto, Opawa wieś, Bielowiec. Podobnie i co do ludności obie te części są prawie równe. Gdzie mieszkają Polacy?. Zamieszkują oni zbitą masą powiaty: bielski (65.000 dasz czyli 70% ludności), cieszyński (70.000 dusz czyli 80%), frysztacki (72.000 dasz czyli 81%), Rydecki (15.000 dasz czyli 16%). Reszta mieszka już to po miastach’ Już to na Śląska Opawskim, gdzie jak wykazują obliczenia profesora Romera tworzą oni od 1 % do 5%. Jeżeli się zważy, że w większych miastach mieszkają w znacznej liczbie koloniści niemieccy, to łatwo się zrozumie, iż ludność polska^ stanowi ogromny procent żywiołu wiejskiego (w wielu wsiach 100%). Z wyjątkiem zniemczonego miasta Bielska i małego skraw ka nad rzeką Ostrawicą (powiat frydecki[10]), gdzie zamieszkuje polska ludność zczechizowana, cały Śląsk Cieszyński jest polski.

Ciekawą jest rzeczą co mówią w tej sprawie uczeni czescy. Sławny Szafarzyk[11]) uważał przed 50-iu laty jako granicę między ludnością czeską a polską rzekę Ostrawicę (prawy dopływ Odry), na zachód Czesi, na wschód Polacy. Szafarzyk w swem europejskiej sławy dziele: Starożytności słowiańskie (§ 38 str. 423) mówi: „Obywatele Opawy, Cieszyna, Karniowa według języka byli Lechowie.” To dowodzi, że najdawniejszą, tubylczą ludnością Śląska Cieszyńskiego i Opawskiego byli od dawna Polacy. Drugi uczony czeski, Szembera, w kilkanaście lat później posuwa ją dalej na w schód i dołącza do czeskiego posiadania wsie z ziemi polskiej, podobnież i jego kolega Bartosz. W miarę zagarniania ziem i polskiej powiększają się i apetyty, bo dzisiaj w „Ostrawskim Denniku“ 1919 r. żąda się kraju aż po Kraków jako „odwiecznej czeskiej” szkoda, że nie żądają aż po Bóg i Narew !

Co do wyznania to Śląsk Cieszyński zamieszkuje 250,000 katolików , (76% ludności), 78.000 ewangielików (22%), 6,000 żydów (2%). Ogromne pokrzywdzenie Polaków widoczne jest w dziedzinie oświaty, bo gdy na 56,000 Niemców jest 9 gimnazjów , 85,000 Czechów ma 1 szkołę średnią, to na 218,000 Polaków przypada jedno gimnazjum .

Krzywda ta wynika z tej przyczyny, iż o szkolnictwie krajowym decyduje tylko Wydział Krajowy. Ten wskutek wadliwej swej organizacji daje przewagę żywiołowi niemieckiemu z pokrzywdzeniem słowiańskich narodowości. Jeżeli się zaś zważy, że pomiędzy Polakami a Czechami były spory, to Niemcom łatwo udawało się unicestwiać nawet próby jakiejkolwiek reformy na polu szkolnictwa.

Ludność niektórych powiatów zachodnich Śląska Cieszyńskiego, jak zaznaczyłem, według dzisiejszego twierdzenia Czechów, jest czeska ponoć, ale w rzeczywistości jest ona rdzennie polska, a dzięki swej ciemnocie umysłowej, bałamucona jest przez naszych wrogów. Bo wystawmy sobie robotnika-analfabetę, któremu grożą wyrzuceniem z fabryki lub kopalni Czesi i Niemcy, jeżeli poda przy spisie, że jest Polakiem, lub dowiedzą się oni, iż głosuje na Polaka. Dla chleba idzie po linji najmniejszego oporu.

Proszę Pana“ — opowiadał mi jeden z nich — nasze Polaki to naród bidny. A polskiej szkole za naukę płacić trzeba, a w niemieckiej, albo czeskiej, to jeść dadzą i książki darmo i nauka darmo.” Tu zyski materjalne łatwo zachwieją słabą wolę. Co jest zaś charakterystycznem , że najmniej na te argumenty są odporni robotnicy-analfabeci  przybyli z b. Galicji lub b. Królestwa.

Pracę narodową podjęto dopiero kilkanaście lat temu.

Grono osób skupionych już to w Macierzy Szkolnej (tam zwaną: Towarzystwo Szkoły Ludowej – T. S. L.), zasilanej funduszami całej Polski, a szczególnie z Warszawy dzięki staraniom ś. p. H. Sienkiewicza i mecenasa Osuchowskiego, już to w innych instytucjach narodowych. Założono gimnazjum w Cieszynie, szkołę realną w Orłowej, mnóstwo szkółek i t. d. Kupiono gmach w Cieszynie, w którym ulokowano „Dom Ludowy.” Jest pocieszającem, że zrozumiały to i inne stronnictwa, które często zbyt ustępliwe są na gruncie narodowym. Także w ostatnich czasach i „Polska Partja Socjaldemokratyczna w Galicji i na Śląsku” wobec tej walki wynaradawiającej zajęła narodowe stanowisko i ujęła się za polskim robotnikiem wobec kapitalisty Niemca i Czecha, a typowem jest dla Śląska (obydwu zaborów), że tam niema posiadłości większych w ręku polskiej szlachty. Tam są-dwie wrogie sobie kategorje posiadania chłop-robotnik Polak i obszarnik-magnat, fabrykant Niemiec i rzadziej Czech. Toteż najbardziej prawy prawicowiec w zupełności będzie się pisał na patriotyczne mowy socjalistycznych posłów ze Śląska Cieszyńskiego, jak zarówno skrajny socjalista głosuje za wnioskami tamtejszego narodowego demokraty! Wspólny wróg łączy Polaków różnych partji.

Pragnę i staram się pisać najbardziej przedmiotowo o całej sprawie, gdyby zaś kto posądzał mnie o stronniczość, niech przejrzy numery „Dziennika Cieszyńskiego” zwłaszcza z czasów spisu ludności lub wyborów.

Co do granic narodowościowych w zachodniej części Śląska Cieszyńskiego, to w porównaniu z wymienionymi uczonymi czeskimi w swych badaniach i dociekaniach naukowych dalej dochodzę, bo stwierdzam, iż Czesi są napływową ludnością nie tylko na Śląska, ale i na sąsiednich Morawach. Lud bowiem morawski jako oddzielne plemię słowiańskie różnił się całkowicie od Czechów, a jest równie pokrewny Czechom, jak i Polakom.

Po upadku państwa wielkomorawskiego (początek X wieka) Morawy przyłączone zostały przez Bol. Chrobrego do Polski i zostawały z nią do 1029 r. Potem do 1197 r. należą do Czech. Odtąd do XIV wieka otrzymają wielki samorząd i mają oddzielny dwór z osobnymi morawskimi urzędnikami. Dalsza wspólna niedola i uciemiężenie ze strony Niemców łączą te dwa ludy słowiańskie.

Po głębokim upadku politycznym (od bitwy białogórskiej 1620 r. prawie do końca XVIII w.) dźwigają się Czesi, oddziaływują na Morawian i jednoczą ich ze sobą. Poza nimi oddziaływują także i na Słowaków, Morawcy czechizują się powoli, gdy tymczasem Słowacy sprzeciwiają się czechizacji, a uczeni ich jak Star J. głoszą zupełną odrębność narodową Słowaków.

Język Morawian dzieli się na 6 odrębnych od języka czeskiego narzeczy, a jedno z nich zwane laszskiem (lach-Polak) tuż za Ostrawicą, w okolicy górnej Odry i Morawy, zajmujące połać kraju wielkości Śląska Cieszyńskiego, jest więcej zbliżone do polskiego niż do czeskiego. Zachowało ono samogłoski nosowe, czego nie spotykamy poza polszczyzną w żadnym narzeczu słowiańskim np. za stodołum naszum, tum duugum cestum (tą długą ścieżką.)

Podczas mego pobytu na Morawach w 1915 r., nie umiejąc języka czeskiego, łatwiej mogłem rozmówić się ze starymi ludźmi mówiącymi po morawsku, niż z młodszym pokoleniem wychowanym w mowie czeskiej.

Czy przyjdzie do odrodzenia Morawian prawie zupełnie zczechizowanych — wątpię.

Natomiast na pewno nastąpi to ze Słowakami. Ci nie długo może wejdą we federację z Polską, zrażeni butnem postępowaniem „ braci -Czechów .“

Bogactwa Śląska

Obszar Śląska Górnego i kilka powiatów Średniego, 5 zamieszkanych przez Polaków wynosi do 15,000 kim. kwadratowych, (w górnym dorzecza Odry i Wisły). Południowa część Górnego i cały Cieszyński zawierają w swym wnętrzu olbrzymie, na miljardy rubli obliczone, pokłady węgla kamiennego. Co do znakomitości swego gatunku  równa się on najlepszemu węglowi w Niemczech i Anglji. ;

Teren ów bogactwu  naturalnego ziem i polskiej znany jest w raz z przyległymi częściami Polski pod nazwą „Zagłębia“ obejmuje on 6,000 kilom. 2 i rozciąga się poza Śląskiem w południowo-zachodniej części b. Galicji. Cały obszar ten produkuje rocznie do 57 miljonów tonn węgla[12]).

Najlepszy gatunek węgla mieści się w południowo –zachodniej części „ Zagłębia “ t. j. na Śląsku Cieszyńskim . Obfituje on w wielką ilość tłuszczu drzewnego. Dla tego też tutaj istnieją olbrzymie koksownie, które wytwarzają wiele produktów suchej destylacji, nader ważnych dla przemysłu[13] . Ciekawą rzeczą, jak wielką ilość węgla kryje Śląsk?

Otóż, przyjmując za normę, że do eksploatacji przy dzisiejszych maszynach nadają się pokłady najdalej do 1,000 metrów w głębi leżące, zobaczymy, iż na Śląsk Cieszyński przypada 11 miljardów , a na Górny Śląsk 51 miljardów tonn. Jeżeli zaś z czasem przy udoskonalonych maszynach można będzie dosięgnąć i do 2,000 metrów , to wówczas cały zapas węgla wyniósłby w całym „ Zagłębiu “ do 140 miljardów tonn (przy 106 mil. tonn w Anglji).

Wartość całego zapasu „Zagłębia“ licząc według produkcji roku 1912— 13, wyniesie 400 miljardów rubli czyli 800 miljard.. marek, a starczyłoby go na 1,500 lat[14]). Pamiętać przede wszystkiem należy, że bez węgla dziś nie może istnieć żaden przemysł fabryczny. Obok węgla wydobywają na Śląsku rudy cynkowe. Należy ta zaznaczyć, iż pod względem produkcji cynka przez cały wiek XIX Górny Śląsk zajmował pierwsze miejsce na kuli ziemskiej. Produkcja jego w 1913 r. doszła do 169 tys. tonn. Ołowiu produkcja w tymże roku wyniosła 52 tys. tonn, co stanowi trzecią część ołowiu wydobywanego na całym globie ziemskim.

Prócz tego mamy na Górnym Śląsku produkcję w 1913 r.: kadmu (38,600 klg.), srebra (7,380 klg.), miedzi (1,760 klg.), złota (2 klg.) Co do kadmu, to Śląsk dostarcza 90% wszystkiego metalu dobywanego na ziemi. — Dodać należy, że przy wypalaniu blendy cynkowej otrzymuje się olbrzymią ilość kwasu siarczanego (250 tys. tonn w 1913 r.)

Dla uzupełnienia obrazu bogactw naturalnych dodać należy, iż Górny Śląsk posiada i rudy ołowiane, żelazne, solanki, szczawy żelaziste.

(Nawiasowo wspomnę, iż do rozwoju przemysłu dzielnie pomaga sieć kolejowa. Na Górnym Śląsku na tysiąc kim. kwadratowych przypada i l l kim. kolei, gdy Poznańskie na tę samą ilość powierzchni ma 92 kim. kolei, Prusy Zachodnie 88, b. Galicja 53, b. Królestwo 28, Wołyń i Podole 23, Litwa i Białoruś 21).

Rozwój przemysłu b. ważny jest i dla tego że zatrudnia ludność na miejscu, a wstrzymuje wychodźstwo.

Śląsk Górny zatrudnia w swym przemyśle do miljona robotników. Na samych kopalniach węgla pracowało 1913 roku 123,000 robotników, prawie samych Polaków.

Na Śląska Cieszyńskim przoduje przemysł górniczo-hutniczy.

W roku 1916/17 produkcja węgla wyniosła w szybach polskich 38,000,000 centnarów metrycznych, w szybach czeskich 48,000,000 ctn. a 20 mil. ctn. przypadło na szyby morawskie. Wartość wszystkiego węgla wynosiła 100,000,000 koron.

Robotników pracuje na Śląska Cieszyńskim 24 tys. w kopalniach, w innych do 16 tysięcy, razem 40 tysięcy (Polaków.) [15])

Wartość wszystkiej produkcji Śląska Cieszyńskiego  wynosi 120 miljonów koron rocznie.

Uprzemysłowienie kraju wskutek obfitości węgla jest  wielkie.

Nie będę się rozwodził nad Śląskiem Górnym pokrytym wzdłuż i wszerz fabrykami ale wspomnę o Śląsku Cieszyńskim.

Pod Cieszynem w Trzyńcu są olbrzymie huty, we Frysztacie bardzo wielkie warsztaty, stalownie, fabryki wagonów; w Boguminie różne fabryki żelaza, rur, drutu i t. d. Przytem są liczne mniejsze fabryki: jak wyrobów chemicznych, sody, cementu (Hruszów, Piotrowice, Goleszów,) fabryki wyrobów tkackich (Bielsko) sacharyny (Bogumin) i t. d.

Wreszcie jak będziemy mieli te bogactwa, to nie tylko, że nie będziemy płacili obcym, ale państwo dochodami  z nich pokryje wiele swych potrzeb, bez przeciążania narodu koniecznemi podatkami. — Udowodniłem bardzo dobitnie, że obowiązkiem Polski bronić ćwierci miljona naszego ładu i miljardów leżących w ziemi, bo, ani wydmy piaszczyste, ani woda wiślana nie wyżywią nas.

III. O r a w a (po węgiersku Mrva.)

Przyznać się musimy sami przed sobą, że o tej części naszej Ojczyzny i o naszych braciach ta mieszkających dotychczas jeżeli nie nic zupełnie, to przynajmniej mało kto z nas coś słyszał i wiedział,  kraj to ciekawy bardzo. Leży on w górzystej części Karpat na zbocza Babiej Góry, na zachód od Tatr, pomiędzy Śląskiem Cieszyńskim, a częścią dawnego Województwa Krakowskiego, głęboko wrzynającego się w głąb Karpat. Hrabstwo Orawa jest wielkości powiatu (38 mil kwadr.) a liczy ludności do 90 tysięcy.

Północną część, a uboższą w żyzną glebę zamieszkają zwartą masą Polacy, południową zaś część dotykającą do hrabstwa liptawskiego Słowacy, pomieszani z Polakami. Na ogół liczba Polaków wynosi ta połowę ludności (50%). Kraina ta posiada wiele prześlicznych widoków górskich: strome zbocza, urwiska nadrzeczne, wodospady i t. d. Przytem zdrowy a cieplejszy klimat niż w samej Polsce, bo zasłonięty od północy górami. Orawa bardzo nadawałaby się na uzdrowisko klimatyczne Polski.

Najdawniejsze wzmianki o tym kraju, to panowanie tutaj Bolesława Chrobrego rozciągające się aż po Dunaj i Cisę, obejmujące zarazem i całą Słowację. Z następców jego odzyskuje zakarpacką część kraju Bolesław Śmiały, a lud jeszcze teraz uważa na południu rzekę Hornad, jako prawowitą granicę polsko- słowacką. I w tych stronach dalej na południe do Waga spotykamy „laszską“ mowę.

Dawna granica polska biegła rzeką Wagiem i rzeką Kisuczą. Z czasem zagarnęli Węgrzy i miasto Czaczę i część północną komitatu trenczyńskiego i sięgnęli do przełęczy Jabłonkowskiej.

Ludność ta mieszkała polska od dawien dawna, a pod rządem węgierskim Orawa tworzyła osobne żupaństwo (po słowacku hrabstwo), którym zarządzali Polacy: jak: ks. Opolscy, Ścibor ze Ściborzyc herbu Ostoja, Baliccy, Komorowscy, Piotr Kostka ze Siedlec, Dubowscy.

Z rodem Kostki łączy się ciekawa historja.

Gdy po śmierci Dubowskiego odzyskali Kostkowie na powrót zarząd żupaństwem, w córce Mikołaja, Barbarze, zakochał się, w czasach powstawania protestantyzmu, biskup nitrzański, Turzo. A ponieważ jako duchowny katolicki nie mógł się żenić, więc przyjął naukę Lutra i ożenił się. Ród jego dotąd posiada majętności na Orawie. Gdy austriaccy niemcy w roku 1670 zdobyli zamek orawski (w Kubinie) Polacy walczący po stronie Tökölego, wypędzili ich stamtąd. Po jakimś czasie wrócili tu znowu austrjacy. Z powstaniem dualizmu austro-węgierskiego, zaczęła się i madziaryzacja tych stron na sposób praskiej hakaty.

Jak dalece lud polski z Orawy przywiązany jest do Ojczyzny świadczą dowody nie z ostatnich dopiero dni.

W roku 1846 rząd austrjacki kierowany przez wroga wolności wszelkiej, Metternicha, wzburzył lud przeciw inteligencji w całej Galicji. Gdy zbałamucony lud rozpoczął po innych miejscach straszną rzeż (Horożanna) to Podhalanie z Chołowa ze swoim księdzem na czele wspólnie z Orawianami ze Suchej Hory porwali się na Austrjaków, aby ich wypędzić precz z kraju.

Dnia 22 lutego 1846 r. rozpoczęto powstanie od wywrócenia wszystkich austrjackich słupów graniczących między Galicją a Orawą.

Rząd austrjacki po wielu trądach stłumił powstanie, a co najważniejsza został zdemaskowany w ten sposób. Głosili bowiem dotąd jego agienci, iż są obrońcami ludu przeciw szlachcie. Tymczasem lud ten okazał, iż rząd austriacki jest wrogiem siejącym niezgodę między warstwami narodu.

Po rozpadnięciu się państwa austrjackiego, wojska polskie w listopadzie 1918 roku weszły na Orawę i Spisz, ale musiały czasowo stamtąd ustąpić wskutek intryg czerskich u Koalicji.

Jak Orawianie jednak kochają swą ojczyznę Polskę i jak pragną być z nią złączeni, to mamy dowody z tego, iż wybrani ich delegaci ks. Machay, Wojciech Halczyn i Piotr Borowy jeździli w kwietniu b. r. do Paryża, aby tam u przedstawicieli Koalicji wyrazić życzenia ludności. „My nie chcemy — mówili — niewoli czeskiej, my chcemy żyć razem ze swym narodem, z Polakami w Polsce.”

Wilson, ów najwyższy sędzia Europy, wzruszony tą prostotą ludzi niedyplomatów, przyrzekł zaspokoić życzenia ludności.

Sprawa sporna zarówno Orawy jak Śląska Cieszyńskiego i Spiszu, będzie rozstrzygnięta sądem polubownym pomiędzy Polakami i Czechami przy pośrednictwie Koalicji.

Najlepiej byłoby na podstawie plebiscytu rozstrzygnąć. My plebiscytu, wśród uświadomionego ludu tutejszego nie obawiamy się. Niech się lud wypowie.

Orawa to kraik o kulturze prasłowiańskiej w obyczajach, strojach tutejszego ludu, a język polski tutejszy to jakby echo rządów Bolesława Chrobrego. Co jest charakterystyczne tym krainom, to właśnie owo umiłowanie i zachowywanie dawnych zwyczajów. Strój orawiaków stanowi kapelusz szeroki, średnio długa brunatna gunia i jasno niebieska kamizelka. Kobiety noszą kierpce, płócienną odzież z czarnymi kawałkami perkalowemi naszywanemi dla ozdoby.

W sąsiednim hrabstwie trenczyńskim noszą w zimie czarne czapki baranie z buńczukiem czerwonym na głowie zwanym „pochwalone.”

Z głów się junaków czapka wełni

„Na każdej czapce „pochwalone”

„Jako nad basztą słońce w pełni”

jak powiada poeta.

Ciekawe są ich zwyczaje i przesądy. Dziewczynkę np. niosą rano do kościoła do chrztu, aby wcześnie zamąż wyszła. Młodzieniec mający narzeczoną nosi na kapeluszu zieloną wstążkę, a przy niej bukiecik sztucznych lub żywych kwiatów przypinanych przez narzeczoną co sobota. Narzeczona nosi zieloną wstążkę we warkoczu. Panna młoda na znak uległości zdejmuje buty po weselu narzeczonemu.

Panuje tu wielkie poszanowanie starszych. Na pogrzebach wygłaszają (ewangielicy) na cmentarzu kazanie, a „rechtor” szkoły (nauczyciel organista) pochwałę umarłego wierszem.

Sławny zbójnik Janosik stracony w 1713 roku, dotąd w oczach ludu uchodzi za bohatera i otoczony jest aureolą legiend i opowiadań o bajecznych jego czynach, walce z żołnierzami poszukującymi go w górach i lasach. Powszechna jest wiara w ukryte skarby i olbrzymie sumy pieniędzy, które Janosik zabrał bogaczom, a miał rozdać ubogim.

Zajęciami głównemi ludu jest chów bydła, owiec, uprawa lnu, wyrabianie płótna i handel nim. Bydło hodują z bardzo długimi rogami i kochają się w nim. Domy na południu powiatu bogaciej budowane, na piętro, z gankiem, a ładny kościół, to konieczna ozdoba wsi. Na północy hrabstwa wsie są rozsypane na większych przestrzeniach, na południu są skupione. Bardzo malowniczo przedstawiają się wioski na tle ciemnych hal pokrytych gęstymi lasami. W głębi lasów niekiedy trafiają się wśród groźnie spiętrzonych nagich skał przecudne jeziora o przezroczystej, fioletowej barcie wody. Nic też dziwnego, że takie czarujące widoki upajają, nie tylko człowieka o wyższej kulturze, ; ale oddziaływają na lud i wytwarzają w jego wyobraźni j rozmaite zabobony, wierzenia w rusałki, nimfy, wiły i t. d.

Każda też skała o kształtach przypominających człowieka  lub zwierzę, jest otoczona całym szeregiem podań, legiend ; zabobonów. I Pierwsze początki kultury wśród tego ludu szczepił; Kościół polski. Jak stwierdza wspomniany wyżej uczony etnograf czeski, Szembera, księża polscy pracowali tu do upadku niepodległości Polski. Z tą chwilą wycofano ich,  a nasłano księży słowackich. W drugiej połowie zeszłego  stulecia (1868) i tu zawitała węgierska HKT.

Co do wyznania mieszkało w hrabstwie orawskim (w połowie XIX stulecia) 74 tys. katolików, 8 tys. protestantów i 2 tys. żydów. Ci ostatni po największej części  utrzymywali się z dzierżawienia karczem, oberży, rzadziej  trudnili się rzemiosłem, rozpajali lud wódką (palenka) i niszczyli lichwiarskiemi usługami.

Wiele też ludności wędruje stąd z nędzy poza granice swych rodzinnych pieleszy  z towarami na plecach. U nas znani są oni jako „Węgrzy,” i wielu wyjeżdża do Ameryki.

Po lewej stronie od Orawy, w średnim biegu rzeki 3, Wagu, leży komitat trenczyński (po słowacku hrabstwo (trenczyńskie) z 16% Polaków, rozproszonych w większych i mniejszych skupieniach wśród Słowaków. Na południe, leży w górnym biegu Wagu, hrabstwo liptawskie z 20% „ Polaków. Hrabstwo to słynne jest szeroko ze swej bryndzy i wyrobów z owczego mleka. Tu kwitnie w całej pełni, chów owiec i bydła, a mieszkańcy jesienią pędzą całe ich stada do Preszburga i Pesztu.

Nieco dalej jeszcze na  wschód położony kraik bardzo dla nas ważny:

 Spisz (łac. Scepusia, niem. Zips).

To jakby brat naszej Orawy, kraina gór. Stąd rzeki wysyłają swe wody do dwu oddzielnych mórz. Z północnej części Dunajec i Poprad przez Wisłę do Bałtyku, Hernad z południowej części przez Cisę i Dunaj do morza Czarnego. Północna, większa część, jak widzimy, to dorzecze Wisły, to jakby pierwsze znamię przynależności tego kraju do Polski.

Spisz, urocza kraina o pysznym górskim klimacie, o prześlicznych poszarpanych turniach, strzelających w górę wierchach i przeglądających się w cudnym wód krysztale licznych (do 120) jezior, stawów górskich, oraz mnogich wodospadów . Sama przyroda tego zakątka polskiego ściąga rok rocznie tysiące wędrowców z całego świata. Drugie tyle przybywa ich dla poratowania zdrowia w wielu miejscach kąpielowych z różnemi wodami mineralnymi.

Tu w niedostępnych kniejach żyje niedźwiedź i sąsiad jego wilk w towarzystwie rysia, borsuka. Tu ojczyzna płochliwych kozic i małych świstaków uciekających przed napaścią człowieka na niedostępne szczyty i wierchy, do linji śniegowej wysoko sterczących turni. Spotykamy je w okolicy Białego jeziora, położonego u stóp Koperszadów (północny Spisz), w tej stolicy zimy. W krainie lodników, gdzie zamiera życie drzew , kosodrzewin i krzów , a tylko trawa mała ściele się gdzieniegdzie po ziemi — tu siedlisko kozic, świstaków . To je chroni od zupełnego wytępienia.

Lud tu mieszkający, jest tem samem plemieniem Podhalan, zamieszkujących polskie północne stoki Karpat zachodnich.

Ten sam język starożytny polski, zaklęty w jedne i te sam e formy i wyrażenia. Od wieków prawie, a zawsze ten sam , zawsze niezmienny ( „A to prosem pieknie, cisowa skała,“ — mówi wieśniak wskazując na skałę. „A czy dobrze idziemy do Nowej Białej ?“ pyta podróżny. „O hej, dobrze; ano widzą wiezą, a za pół godziny bedom w Biały“, albo „Ja tu w domu, a oni to kasi ze światu.”A skąd oni som?“ „Co oni kcom?“ „Ja musem wartko do domu” A co tez panocek haw robiom.”

Co do zajęć na ogół można powiedzieć, iż dorzecze Dunajca obsiadła ludność pasterska, mogąca na halach wypaść owce i bydło, a mniej się trudni rolnictwem dla braku dobrej gleby (Polacy). Dorzecze Hernadu i Popradu przy żyźniejszej glebie — zatrudnia ludność rolnictwem, rzemiosłami i górnictwem (Niemcy, Słowacy).  Spisz bowiem północny jest górzysty, a południowy więcej równinowy.

Pierwsi ze swem zajęciem, to jakby bliscy potomkowie owych przedhistorycznych nomadów-pasterzy. Kulturą też stoją o wiele niżej od drugich. Łatwiej napotkać między nimi ludzi o kulturze pierwotniejszej, jakby z czasów patryarchalnych, co się okazuje w ich zwyczajach, wierzeniach, gusłach, zabobonach, ale też w serdecznem ugoszczeniu podróżnego. Szkoda, że dotąd nikt nie zbadał szczegółowo zwyczajów tego ludu.

 Bogactwa naturalne Spiszu.

Kraina bardzo bogata jest w miedź, srebro, złoto, rudę żelazną, antymon, piryt, nikiel, cynober, w szczawy, wody kwaśne, łomy marmuru i t. d. Stąd też jest tu wiele fabryk żelaznych, fryszarek. miedzi najznakomitsza kopalnia była w połowie XIX wieku w Kotterbachu, (gdzie dobywa się także srebrnica) w Krompachu, w Smolniku, (miedź cementacyjna) w Jaklowcach (miedzianka i żelaźnica) Dawniej kopano miedź także w okolicy Helcmanowiec, Folkmaru, Aorgecan, w Stracenem nad rzeką Hnilcem.

Bardzo często spotyka się w tej okolicy skałę zieloną o metalicznym połyska zwaną „Gabro“ zdradzającą obecność miedzi. Niewątpliwie stąd pochodzi i nazwa całego hrabstwa Spisz (dawniej pisano od spiżu — Spiż).

Rudy bowiem miedziane (Chalkopiryt, Kapferkies) rozrzucone po krają zwane są w ustach ludu „spis“ skąd mogła powstać nazwa u niemieckich kolonistów Zips, Zepus, Scepusium.

Jak badacze językowi dowodzą, tutejsza ludność słowiańska jeszcze w czasach pogaństwa zajmowała się górnictwem, musieli też i nazywać swe rudy.

Drugim bogactwem kraju, to kopalnie złota i rtęci. Złoto wypłukują ze sproszkowanego w stępach kamienia w okolicy wsi Gielnica. Mieści się ono w żyle zwanej „Goldgang.“ Rtęć z kobaltem dobywano w dolinie rzeki Hnilca.

W tej okolicy miały powstać najpierwsze kopalnie, założone przez Sasów-kolonistów w XIII wieku. Liczne też są huty do wytapiania rud, fryszarki, wielkie piece palemanowskie, jak w Smolniku, Prankendorf, Helcmanowcach, Hϋttengrand Mathildenhϋtte, Nowa Wieś, Johannisstollen. Gdzieniegdzie spotykamy fabryki gwoździ, drutu, ryneczek (w Mathildenhϋtte).

W tamtej okolicy odkryto pokład magnetytu, (najlepszej rady żelaznej). W okolicy Kotterbach trafia się syderyt (jedna z najlepszych rud żelaznych), baryt, rtęć. W Grellenseifen spotykamy zarzucone
i wyeksploatowane  kopalnie rud. Rudy spiskie mają tę własność, iż trafiają się często żyłami w małej ilości, a nie tworzą zwartych, potężnych złożysk.

Dlatego też przemysł górniczy nie może się rozwinąć tak,  jak np. na Górnym Śląsku.

Ta zajęcie górnicze przechodzi we wielu wsiach dziedzicznie z ojca na syna. Wiele dobytych rud wytapia się na miejsca. Tu są liczne walcownie żelaza, blachy, i innych wyrobów, ale wiele też rudy wywozi się do Anglji i innych krajów.

Obok metali znajdujemy mnóstwo dobrego gipsu do wyrobów fajansowych „fajans z Nowej Wsi.“Z porcelanowej ziemi obok kopalni Johannisstollen wyrabiają sławne na Spiszu naczynia kuchenne.

Wielkim bogactwem dla kraju są łomy czerwonego lubowelskiego marmuru z okolicy Haligowiec. Od czasów Władysława Łokietka sprowadzano stąd olbrzymie bryły do Krakowa. Wiele pomników z czasów jagiellońskich robiono z tutejszego materjału zupełnie podobnego do marmuru szwedzkiego, lub marmuru z północnych Włoch.

Znaczna ilość jest miejscowości ze źródłami leczniczych wód. Okolice Lubowli obfitują w szczawę żelazistą (dla nerwowo chorych). W tej samej okolicy nad Popradem spotykamy szczawę w miejscowości Sulinie. Jest to najcelniejsza woda lecznicza, nasycona do najwyższego stopnia kwasem węglowym, który ją bardzo trudno opuszcza. Woda sulińska używana jest w całych północnych Węgrzech, a spotkać ją można i w aptekach zagranicą. Podobną mamy w Żegiestowie na galicyjskim brzegu Popradu. W odległości milowej od Podolińca, w Ruszbakach, wytryskują bardzo ciekawe źródła wody wapiennej. Nasycone one są kwasem węglowym, który zaraz się ulatnia i zabija zbliżające się owady i dzikie ptaki.

Podobne zjawisko można widzieć w Grocie Psiej pod Neapolem (Grotta del cane). (Psy które weszły do groty padły martwe; jak się okazało ciężki kwas węglowy zapełnia spód groty i szkodzi małym zwierzętom).

Europejskiej wprost sławy stały się kąpiele w Szmeksie. Tu można powiedzieć więcej ludzie ciągną do nader miłej górskiej okolicy z bujną roślinnością, pokrywającą wysokie szczyty gór (do 3.064 stop nad poziom morza). Lekkie górskie powietrze jest nadzwyczaj zdrowem i służy dzielnie kuracjuszom do rychłego odzyskania zdrowia.

Przed wojną spotykałem tam nie tylko najbliższych sąsiadów Spiszą Węgrów, Rosjan, Niemców, ale nawet Anglików. Woda tutejszych źródeł mineralnych zawiera szczawę żelazistą z obfitą ilością kwasu węglowego.

Co jest jednak największym skarbem tamtejszych stron, to nadzwyczaj zdrowe powietrze. Toteż górale z okolicy Łaczywnej, Hnilczyka nad Popradem , mają należeć do najpiękniej zbudowanych fizycznie ładzi. Na Spisz mogłaby Polska wysyłać do uzdrowisk zcherlałe dzieci miast i starszych chorych; można by go, jednem słowem, uczynić naszem krajowem uzdrowiskiem. Tam chorzy mogą nasycać swój wzrok pięknymi górskiemi widokami (Mniszek po niemiecku Einsiedel) gdzie coraz cudniejsze widoki górskie przesuwają się jak w kalejdoskopie, a szczyty górskie są pokryte lasami jodłowymi (do 4.600 stóp) i limbą na wyżynach sięgających do 5.900 stóp.

Ludność. ,

Co do ludności, to Spisz jakby mała wieża Babel. Mieszkają tu obok Polaków i Słowaków Niemcy, Cyganie, Żydzi, Węgrzy, Rusini. Całe hrabstwo liczyło w 1880 roku 174.000 mieszkańców. Z tych przeszło 60.000[16]) liczą Polacy, po 50.000 Niemcy i Słowacy, reszta przypada na pozostałe narodowości. Co do wyznania było tu 112.000 katolików, 22.000 unitów, 53.000 luteran, 6.000 żydów. Tym według ustawy węgierskiej nie wolno jest mieszkać w żadnym mieście górniczym. W Jaklowcach zamieszkują oni osobną ulicę prowadzącą do bogatych kopalni w Gielnicy. Polacy przeważają na północy Spiszu, Słowacy na południu. Cały obszar zawiera 64 mile kwadratowe, czyli 3.700 kim. kw., a dzieli się na 6 powiatów (bański, lewocki, hornacki, popradzki, tatrzański
i  magórzański).

Historyczna przynależność Spiszu do Polski.

Ciekawą jest rzeczą jak dawno datuje się przynależność do Polski Spiszu. Dla uniknięcia zarzutu jakiejkolwiek stronniczości przytoczę w pierwszym rzędzie pisarzy węgierskich i czeskich.

Najdawniejsza kronika węgierska, Anonima, notariusza króla węgierskiego Beli, wspomina, iż gdy Arpad zdobył górne Węgry, aż pod bór zwany Zepos, Borso, syn Bangera, wystawił obronny zamek na granicy polskiej pod Tatrami celem strzeżenia państwa. Dziś z tego zamku tylko ruiny. Leży on na rozciągłej wysokiej górze, wyskakującej z obszernych równin, na południe od miasta zwanego po słowacku Podhrad, po niemiecku Kirchdrauf, a po węgiersku zwany Szepes Varallya. Miejscowość ta leży  na 2 mile od południowej granicy hrabstw a spiskiego, u początków pasm tatrzańskich.[17])

Z tego wynika jasno, iż Spisz prawie cały należał najpierw do Polski.

W podobny sposób potwierdza nasze praw a do Spiszu również i czeski pisarz Kosmas. Nasi kronikarze jak Bogufał, Długosz, Miechowita stwierdzają to jednogłośnie i mówią, że nawet dalej sięgało panowanie Bolesława Chrobrego.

Pod względem administracji kościelnej należał on od czasów Chrobrego do dyecezji krakowskiej. Podanie mówi, że czasowo tu przebywał Bolesław Śmiały po zabiciu Stanisław a Szczepanowskiego, którą to prowincję przed tym odzyskał od królów węgierskich.

Bolesław Krzywousty miał wywianować Spiszem swą córkę Judytę, kiedy ją wydawał za królewicza węgierskiego Stefana, pod warunkiem , iż po jej śmierci wróci Spisz na powrót do Polski. Wiemy, na pewno, że gdy w Polsce były wojny domowe między synami Krzywoustego, Węgrzy wdzierali się co raz więcej i więcej w polskie posiadłości.

Spostrzegłszy naturalne bogactwa kraju sprowadzili kolonistów Niemców, a ci założyli dwadzieścia kilka miast z najważniejszem Lewoczą.

Choć jednak ustała tu w skutek niezgód domowych władza polityczna Polski, to jednak nie ustała władza biskupa krakowskiego. Bronił on dzielnie tego kraju przeciw roszczeniom biskupa węgierskiego w Ostrzychomiu, w noszącem  pretensje na podstawie, iż Spisz teraz należał do korony węgierskiej. Sprawa oparła się o Rzym . Wyrokiem sądu papieskiego przyznano Polakom część sporną Spiszu z miastami: Lubowlą, Podolińcem i Gniazdami.

Widzimy tu jak w czasach rozbicia politycznego, Kościół stał na straży dobra narodowego Polski. Niedługo potem osiedli w Podolińcu Cystersi, a król Zygmunt zapewnił im dochód z Lubowli w postaci dwóch postawów czeskiego sukna i beczki śledzi.

W 1412 roku powróciła jeszcze większa część Spiszu do Polski. Król węgierski, Zygmunt, przejął na siebie dług Krzyżaków od Władysława Jagiełły w sumie 40.000 kop groszy praskich, a jako zastaw dał 13 miast spiskich.

W traktacie tym wyraźnie zaznaczono , iż Podoliniec, Lubowla i Gniazda nie są Polsce zastawione, ale zwrócone.

Charakterystyczna jest umowa w tej sprawie, którą, jako dokument prawniczy średniowiecza przytoczę.

Przyznane są jako z a s t a w : …………. „Zamek Lubowla z miastem , miasto Podoliniec z zamkiem , Gniazda, Biała Spiska, Lubica, Wierzbów, Sobota Spiska, Poprad, Strażce, Włachy, Nowawieś Spiska, Raskinowce, Wielka, Podegrodzie (Podhrad) Spiskie, Maciejówce, Twarożna, z włościami do nich należącymi, oraz miastami i miasteczkami, ze wszystkimi przyległościami, czynszami, pożytkami, dochodami, prawami, grantami, łąkami, borami, barciami, rybołóstwami, stawami, sadzawkami, moczarami, wodami, biegiem rzek, młynami, tychże pożytkami, dąbrowami, sośninami, gajami, zaroślami, pestkami, ptasznictwem, łowiectwem,daninami przygodnemi i zwyczajnemi i wszystkiem cokolwiek do nich pod jaką bądź nazwą lub tytułem zalicza się i należy.“

Zastawione miasta nie tworzą zwartej części kraju, ale jakby 4 wyspy.

Co jest ciekawe, to, że owiany legiendą bohaterstwa nasz Zawisza Czarny, herbu Sulima, z Grabowa, był drugim zarządcą Spiszu z ramienia Władysława Jagiełły.

Spisz należał do roku 1769 do Polski. Wtedy dopiero za namową przewrotnego Fryderyka II pruskiego

w lutym 1769 r. rząd austrjacki zajął Spisz, a tem samem dał przykład, iż bezbronna Polska może być rozebrana.

(Porównaj z tem rozsiewane bajki po historjach austrjackich, jakoby Marja Teresa z płaczem rozbierała Polskę w 1772 r.).

Rząd Polski bezskutecznie protestował przeciw temu. Protest, nie poparty siłą wojskową, został zlekceważony.

Spisz był przy Polsce jako „zastaw“ przez 400 lat. Ludność polska tutejsza? Według najnowszej teorji Kramarzów, Masaryków, tu wyłącznie nie tylko wszyscy są Słowakami, ale najczystszej wody Czechami (od jak dawna?)

Tak szał tych ludzi szowinistów zaćmił, iż nie widzą rzeczywistości; nie pamiętają oni, iż ich własny rodak, czeski uczony, już wzmiankowany prze zemnie, Szembera, w swoich badaniach (Czasopis Czeskiego Muzeum) dochodzi do tej prawdy, iż stwierdza:

– „Mowa mieszkańców polskich w Spiszy, Orawie, Treńczyńskiem, jest taż sama co i w sąsiedniem krakowskiem i w cieszyńskiem, mianowicie w Piwnicznej, w Nowym Targu, Żywcu i Jabłonkowie.” (Główne cechy jej są: nosówki „ą, ę,” zamiast czeskiego „a“ np. ręka zamiast raka. Naleciałości słowackie w mowie tamtejszych Polaków objaśnia tem, że w szkołach magóranów, krajniaków i góralów polskich były szkoły słowackie).

Dodaje dalej ten pisarz, że polszczyzna w ogóle nie została jeszcze wtedy naruszona w ostach loda. Po upadku niepodległości Polski, ze Spiszą i przyległych do niego hrabstw , Austrja utworzyła osobne biskupstwo spiskie z przewagą elementu słowackiego i duchowieństwa madziarskiego albo madziarońskiego.[18])

 

Kultura polska na Spiszu.

Podoliniec.

Wojewoda krakowski, Jerzy Lubomirski, a zarazem starosta spiski, założył i uposażył w Podolińcu klasztor Pijarów. To pierwsze początki nauk pobierał wielki reformator naszego ustroju politycznego i naszej nauki ks. Stanisław Konarski. Klasztor ten i dotąd jest pierwszą szkołą średnią dla ludności spiskiej. To najpierw odbywają chłopcy nauki nim się udadzą dalej do seminarjów duchownych, czy na uniwersytet do Budapesztu. Dotąd uczą jeszcze księża Pijarzy, gdyż do świeckich ludność nie ma zaufania („nauka płoną” t. j. płonna — marna). Przez jakiś czas byli oni stąd wydaleni przez żydowsko-liberalny madziarski rząd. Struktura klasztoru, kościoła, dzwonnicy przypomina nam budowę gmachów krakowskich (dzwonnica robi wrażenie resztek starego ratusza z attyką jak na Sukiennicach).

Samo miasto Podoliniec— jak mówi starożytne pismo  powstało za czasów Bolesława Wstydliwego w roku 1244. Książę ten nadał Henrykowi, wójtowi wsi Podol, w nagrodę za waleczność przeciw Tatarom, przywilej założenia miasta z prawem niemieckiem, a przy tem rożne młyny, browary i połów ryb w promienia mili. Kunegunda w 1288 r. dodała przywilejów, a Wacław, król czeski i polski obdarzył pomniejszymi przywilejami w r. 1292. — W roku 1412 Zygmunt, król węgierski, ma go już w swem posiadaniu i nadaje mu prawo wolnego miasta.— W tymże jednak roku zostało zwrócone Polsce, jak pisałem o tem wyżej. Kazimierz Jagiellończyk ustanowił w niem w roku 1455 skład towarów i zalecaj starostom spiskim, ażeby dali baczenie, by kupcy nie mijali tego miasta.

 Lubowla.

Początki zamku i miasta giną w mrokach odległej starożytności. Najdawniejsza znana wzmianka o zamka się na XIV wieku. W roku 1508 umocnił go hrabia na Trenczynie. Ta w roku 1412 odbył się zjazd monarchów: polskiego W. Jagiełły i węgierskiego Zygmunta. Radzono przez siedem dni nad sprawami Krzyżaków i Wołochów.

W roku 1419 powtórnie przybył ta Jagiełło. Przybyli bowiem posłowie papiescy prosili o zawarcie przymierza z Krzyżakami. W roku 1453 zdobyli zamek husyci. Polska po ” świetnym zwycięstwie” pod Byczyną nad Maksymilianem, arcyksięciem austrjackim , odzyskała zamek paktami beńdzińskiemi.

W czasie wojny szwedzkiej ta schronił się wojewoda krakowski i starosta spiski Jerzy Lubomirski z klejnotami koronnymi. Na początku stycznia 1656 r. przybył ta, wracając do Polski ze Śląska, nasz nieszczęśliwy, a zacny król, Jan Kazimierz. Sejm w roku 1658 zaliczył ten zamek do sześciu najpotężniejszych twierdz, otrzymywanych kosztem Rzeczypospolitej. Równocześnie powiększył też załogę do 120 ludzi. Od roku 1669 uchwalił sejm polski otrzymywanie to załogi ze sto piechoty, na obronę zamku. W roku 1769 zdobyli zamek konfederaci barscy z Daszyńskim na czele, ale wkrótce musieli go opuścić, bo zagrabiła go Austrja i zlicytowała. Dziś jest w ręku prywatnych ludzi.

Kezmark.

Trzecim, a sławnym ze zjazdów węgiersko-polskich królów i szlachty obydwu królestw, jest Kezmark. Podobno najstarożytniejszym budynkiem miasta był klasztor zakonnic, zbudowany za synów Bolesława Krzywoustego. Potem przerobiono klasztor na zamek obronny. Przechodził on różne koleje, zwykłą miastom i zamkom średniowiecza, zmieniał kilkakrotnie panów. Wojewoda sieradzki, Hieronim Łaski, wyjednał miasto prawo składu. Co jest znamienne, iż w czasach wojen domowych, Kezmark stanowił jakby samodzielną republikę i wojował o pierwszeństwo ze sąsiednią niemiecką Lewuczą. Archiwa opowiadają o bitwach w których pojmano 114 Lewoczan, to znów 49 zabito i t. d.

Dziś miasto jest ważnym, handlowym punktem. Tu Spiszowiacy z północy sprzedają swe stada bydła i owiec, a nabywają zboża węgierskich równin.

Dalej na wschód rozpoczynają się wsie ruskie. Wszystkiej ludności polskiej w hrabstwach: trenczyńskim, orawskim, liptawskim i spiskim obliczają na 150.000.

[1] Dziś prawie połowa wyliczonych miejscowości, to miasta powiatowe o ludności od 15,000 do 40,000 mieszkańców.

[2] Szajnocha j. w.

[3] Rzecz charakterystyczna, że podobne zjawisko widziałem we wsi ruskiej pod Rzeszowem w polskiej części Galicji. Używają potocznie tylko mowy polskiej, a modlą się w cerkwi po rusku. Kazania są wygłaszane po polsku.

[4] Nazwa Ukraińców jest fałszywie używana przez agitatorów ruskich, pragnących w ten sposób nawiązać tradycję ze Siczą Zaporoską, dawnymi kozakami i hajdamakami, choć nic nie mają z nim i wspólnego.

[5] Obliczenie na podstawie schematyzmów obu djecezji z 1910 r.

[6] Sprawa Serbo- Łużyczan, Sorabów , zwanych przez Niemców Wenedami.

[7] Kronikarz Mateusz Cholewa daje jej tytuł „ Śląsk święty.“

[8] W 35 roku życia poczuł się Polakiem i zaczął uczyć się po polsku.

[9] Pamiętam jak przed kilku laty pisano obszernie, iż pewien Niemiec, magnat śląski, pod wpływem pism H. Sienkiewicza poczuł, iż w nim także płynie krew polska. Zapisał przeto testamentem majątek H. S. a ten miał oddać go synowi magnata, o ile ten będzie Polakiem. H. S. oddał szlachetnie cały majątek synowi, zostawiając do woli jego, czy chce być Polakiem lub nie.

[10] w 1900 r. według statystyki sfałszowanej terrorem czeskim podobno mieszkało w nim 7,300 Niemców, 14,000 Polaków i 70,000 Czechów.

[11] Slovensky Prehlad IV 65.

[12]  Tonna zawiera 60 pudów.

[13] Roczna produkcja koksu wynosiła w 1900 roku 18 miljonów centnarów metrycznych. (1 centnar metr. — 100 klg.).

[14] Cały majątek narodowy Niemiec w 1914 r. (ziemia, budynki, lasy, porty i t. d.) wynosił 520 miljardów marek.

[15] W okrągłych liczbach możemy podać zatrudnionych rob.:w górnictwie na terenie historycznej Polski do 300,000 a wartość produkcji na 500 miljonów rubli rocznie (Koszutski: Geogr. gosp. Polski).

[16] W roku 1850 według ówczesnej statystyki urzędowe] było Polaków 53 tysiące.

[17] Od tej miejscowości do północnej granicy Spiszą pod Nowym Targiem jest do 80 kim. odległości.

[18]  Madziaronami na Węgrzech nazywano szowinistów węgierskich (w Prusiech germanizatorzy, H. K. T.).

120 rocznica powstania Chóru Frampolskiego

W roku 2018 przypadają dwie ważne rocznice w życiu Frampola:

120 lecie powstania chóru parafialnego we Frampolu.

140 rocznica  benedykcji  kościoła parafialnego wybudowanego w lata 1873-1878 :

-„Po pięciu latach prac budowlanych w uroczystość św. Marcina 11 listopada 1878 roku miała miejsce podniosła uroczystość „benedykcja” – błogosławieństwo nowego kościoła. Poświęcenia kościoła dokonał ks. dziekan Andrzej Karnicki„.

 

Chór Parafialny przy kościele pod wezwaniem  Matki Boskiej Szkaplerznej i  św. Jana Nepomucena we Frampolu.

Jako wnuk jednej z pierwszych chórzystek Malwiny Burlewicz z domu Maciurzyńska
w 110 lecie jego założenia zacząłem gromadzić materiały i różne wiadomości związane  z powstaniem chóru jak i jego działalności i składów osobowych w całym okresie jego istnienia i był najstarszą organizacją zrzeszających ludzi z Frampola.                                      W roku 2018 mija 120 lat od jego założenia. Chcę uwiecznić pamięć o tych ludzi, którzy współtworzyli chór w okresie jego istnienia i tych, którzy po nas będą interesowali się historią Frampola, instytucji i organizacji społecznych, jakie we Frampolu działały, a szczególnie chóru. Oprócz mojej babci w pierwszych latach jego działalności aktywnie uczestniczyli bracia dziadka Leona, a szwagrowie Malwiny Hieronim i Jan Burlewiczowie.

Być może, że wymieniony w opracowaniu wydanym z okazji 100-lecia Wąsek Józef to mój pradziadek. Ale nie tylko to było inspiracją do tego, że chcę coś o chórze napisać. Chcę ocalić od zapomnienia nazwiska tych, którzy nie szczędząc czasu i sił zbierali się często po ciężkiej pracy, aby doskonalić swój śpiew i uświetniać uroczystości kościelne, rozsławiać Frampol poprzez udział w przeglądach chór, jakie na pewno również dawniej się odbywały.

Według zapisów zawartych w „Kronice Parafialnej”, „ Chór Kościelny”, jako chór 4-ro głosowy we Frampolu utworzony został w 1898 roku przez ówczesnego księdza proboszcza Józefa Żyszkiewicza i Michała Kochańskiego – organistę, który pracował w parafii w tym czasie.

 Józef Żyszkiewicz

  OLYMPUS DIGITAL CAMERA

1865 – 1944

Józef Żyszkiewicz urodził się w Urzędowie 10 marca 1865 roku. Był synem Tomasza i Anny z Gajeskich  małżonków Żyszkiewiczów mieszczan Urzędowskich.  Wyświęcony został na kapłana w 1889 roku. Ks. Żyszkiewicz w miesiącu czerwcu 1893 roku za zgodą władz Moskiewskich mianowany został wikariuszem filialnym we Frampolu, poprzednio pracował w Kijanach. Nowy wikary filialny zastał parafię z nowo wybudowanym kościołem, ale zaniedbaną moralnie, ponieważ Ks. Krauze skupiwszy się na budowie nie miał czasu na działalność czysto duszpasterską. Dla tego ksiądz Żyszkiewicz wszystkie swe siły skierował na pracę duszpasterską, a w szczególności leżało mu na sercu podniesienie moralne parafii, pracował w parafii 5 lat od czerwca 1893 do 20.04.1898,  to jest do czasu wydalenia Go z parafii przez władze carskie za organizowanie stowarzyszeń „wywrotowych”, zawieszony w obowiązkach z obowiązkiem przymusowego zamieszkania w Lublinie, a pięciu mieszkańców za współpracę z księdzem zesłanych zostaje na trzy lata do Odessy, byli to: Stanisław Miazga, Jan Miazga, Erazm Miazga, Serafin Miazga i Aleksander Kość . Ksiądz Żyszkiewicz założył chór przy kościele parafialnym. Ksiądz Żyszkiewicz z Lublina udał się do Mełgwi koło Świdnika, gdzie pracował przez 43 lata, jako proboszcz tamtejszej parafii.

Ksiądz proboszcz Józef Żyszkiewicz i organista Michał Kochański, podjęli się trudu utworzenia chóru frampolskiego w roku 1898, który działa do chwili obecnej.

Michał Kochański

Kopia Kochański

 Michał Kochański w parafii frampolskiej pracował 3 lata, był również organistą w parafii u franciszkanów w Puszczy Solskiej.

Bardzo duże zasługi dla rozwoju chóru miał proboszcz Antoni Sadłowski, który sprawował posługę kapłańską we Frampolu od 8 lutego 1899 roku do 17 czerwca 1920 roku. Organiści pracujący w parafii Frampol Zanim przejdę do pisania o chórze, chcę napisać kilka słów o organistach, którzy pracowali  w kościele filialnym parafii radzięckiej we Frampolu. Pisząc o Frampolu, jako mieście prywatnym analizując dokumenty udało mi się ustalić nazwiska kilku organistów, którzy pracowali w kościele filialnym we Frampolu przed powstaniem w pełni samodzielnej parafii:

–  W roku 1813 20 października zmarł we Frampolu  organista Franciszek Budkowski,        który pochodzi z Janowa. Miał 62 lata, mieszkał w domu plebańskim pod  numerem       108 przy ulicy Północnej.                                                                                                                   –   W roku 1833 organistą był Kazimierz Romański. Kazimierz Romański był organistą         Frampolskim kilka lat, a wynika to z zapisów w księdze urodzonych z roku 1833, kiedy    to ochrzczona   została córka Kazimierza i jego pierwszej żony Magdaleny z                Tokarzewskich – Franciszka Aleksandra oraz  zapisu w księdze zawartych małżeństw   z  roku 1839, kiedy to zawarł związek małżeński 40-to  letni wdowiec Kazimierz, z             Katarzyną Lisowską wdową.                                                                                                                –   W roku 1854 zawiadomienie o śmierci Pulcherii z Wisłockich Puchałowej składał,        organista Walenty Brzóz.                                                                                                                      – W roku 1856 zawiadomienie o śmieci Karola Wisłockiego byłego właściciela Frampola złożył   Aleksander Kość – organista,                                                                                                –  Ostatnim organistą przed powstaniem chóru był Serafin Miazga. Niżej wymienieni organiści pracowali w naszej parafii:

1           Michał Kochański                      1896-1899            3 lata                                                        2           Antoni Anusiewicz                    1899-1902              3 lata                                                      3           Antoni Stęgierski                       1902-1903              1 rok                                                      4           Teofil Podobiński                       1903-1904            1 rok                                                        5           Piotr Podobiński                         1904-1908            4 lata                                                      6           Józef Simbirowicz                      1908-1909           1 rok                                                        7           Adam Chróścicki                         1909-1911           2 lata                                                        8         Piotr Podobiński drugi raz         1911-1926           15 lat                                                        9         Władysław Szawaryn                1926-1926             6 m-cy                                                  10       Józef  Simbirowicz drugi raz    1926-1927                  1 rok                                                11       Józef Czerwieniec                         1927-1947              20 lat,                                                    12      Edmund Borzęcki                          1947-1953                 6 lat                                                    13     Józef Żyszkiewiczkiewicz             1953-1961                 8 lat                                                    14     Jan Cichocki                                    1961-1965                4 lat                                                    15     Zygmunt Królik                             1965-1968                3 lat                                                  16     Tomasz Koper                                1968-1988               20 lat                                                17      Piotr Koper                                      1988-1994                  6 lat                                                  18      Tomasz Zawisza                            1994-1995                  6m-cy                                            19      Zbigniew Wnuk                             1995-1996                 1 rok                                              20      Grzegorz Stręciwilk                       1996-1997                  1 rok                                              21     Zbigniew Wnuk                                1997-2012               5 lat                                                  22      Ireneusz Sajnaj                                 2012

 

 Skład chóru w początkach jego istnienia .                                                                                    Mężczyźni: – Franciszek Dubiel, Serafin Miazga, Lucjan Miazga, Paulin Sobczak, Leon Oszust, Stanisław Oszustowicz, Teofil Wąsek, Konstanty Małysz, Józef Wąsek, Leonard Oszust, Jan Oszust, Fabian Zalewa, Stanisław Miazga s. Jana, Jacenty Oszust, Stanisław Dudek, Teofil Krawczyk, Paulin Oszust, Ksawery Piasecki, Marcin Łaźniak, Franciszek Wąsek, Antoni Marchewka, Leonard Wach, Ksawery Dudek, Wiktor Brzóz, Hieronim Burlewicz, Stanisław Zalewa, Jan Burlewicz, Jan Gabryszewski.                                   Kobiety: – Pulcheria Miazga, Stanisława Filipowicz, Bronisława Filipowicz, Paulina Marchewka, Paulina Filipowicz, Natalia Dudek, Salomea Kłos, Malwina Burlewicz , Bronisława Zalewa, Weronika Maciąg, Maria Bełkowska, Helena Wąsek, Maria Oszust, Paulina Piasecka, Weronika Brzóz.

Skład chóru w początkach jego istnienia przedstawiłem korzystają z opracowania wydanego w 100-lecie istnienia chóru.

Istnienie chóru, jego, jakość w bardzo dużej mierze zależała od tego, jakie warunki miał stworzone przez gospodarza parafii proboszcza oraz od organisty, jego zaangażowania, umiejętności i chęci uczenia śpiewu ludzi, którzy oprócz głosu niewiele więcej potrafili w śpiewaniu chóralnym.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Piotr Podobiński podjął pracę organisty w wieku 19 lat w roku 1904. Mimo tak młodego wieku wykazał duże zdolności muzyczne i zainteresowanie teorią i praktyczną nauką śpiewu chóralnego. Proboszcz ks. Antoni Sadłowski widząc i doceniając zdolności i zaangażowanie w pracy młodego organisty, skierował go do Konserwatorium w Warszawie. Piotr Podobiński wyjeżdża na studia w roku 1908, aby po ich ukończeniu i odbyciu służby wojskowej wrócić do Frampola w roku 1911. Praca młodego, energicznego, wykształconego i znającego swój fach organisty przynosi efekty.  Chór zwiększa swoją liczebność do około 60 stale uczestniczących w próbach chórzystów. Zwiększa się repertuar śpiewanych mszy 23, nieszporów, a trzeba pamiętać, że w obrządu nabożeństw używany był język łaciński.  Oprócz pieśni kościelnych chór śpiewał również pieśni i piosenki świeckie. Przy tak szerokim repertuarze chór chętnie był widziany na różnych uroczystościach kościelnych i świeckich organizowanych w okolicznych parafiach i  miejscowościach.

Skanuj09-02-09 1737

Zdjęcie powyższe, na którym znajdują się członkowie chóru Frampolskiego otrzymałem od Leszka Roga – wnuka wieloletniego (43 lat) organisty w Radzięcinie pana Adama Olekszyka. Zdjęcie wykonane po zachodniej stronie frampolskiego kościoła parafialnego. Na tym zdjęciu na pewno jest organista Piotr Podobiński, koło niego siedzi poniżej Stanisław Miazga. Koło fisharmonii siedzi Franciszek Dubiel, ojciec księdza Aleksandra Dubiela, który zginął prawdopodobnie w Ostaszkowie.  W prawym górnym rogu Leonard Wach, Klementyna Filipowicz, Jan Jasielski. Jest prawdopodobnie na tym zdjęciu i moja babcia Malwina, ale niestety nie mogę rozpoznać jej ani nikogo więcej. Jest to chyba najstarsze zdjęcie członków chóru Frampolskiego.

Na tym zdjęciu, które wykonano być może z okazji 25 lecia istnienia chóru,  wykonanym przed rokiem 1926 znajdują się chórzyści z początku jego istnienia, ale na pewno są na nim i ich następcy, którzy przystąpili do niego w latach późniejszych.

Z inicjatywy Piotra Podobińskiego po zakończeniu działań wojennych w roku 1918 założona została orkiestra strażacko-kościelna, której został kapelmistrzem i która przetrwała przez następne 21 lat do wybuchu II wojny światowej, uległa wtedy spaleniu większość posiadanych instrumentów muzycznych.

Orkiestra Frampolska około roku 1920

Piotr Podobiński opuszcza Frampol w roku 1926 i udaje się do pracy w Lublinie. Jego związek z Frampolem i chórem frampolskim nie urywa się, nadal utrzymuję kontakty  z ludźmi, z którymi żył i pracował przez tyle lat.

Po Piotrze Podobińskim organistą we Frampolu krótko jest Władysław Szawaryn i Piotr Simbirowicz. Sprawują swoje obowiązki do lipca 1927 roku.

Józef Czerwiński – Czerwieniec.

J Czerwiniec

Józef Czerwieniec, bo częściej używał tego nazwiska urodził się  16 października 1881 w Kurowie. W latach 1896-1900 uczęszczał do szkoły muzycznej – organistowskiej  w Lublinie z uprawnieniami do prowadzenia chórów i zespołów śpiewaczych. Będąc jeszcze w szkole podejmuje pracę organisty w parafii w Siennicy Różanej w powiecie Krasnostawskim. 24 czerwca 1927 roku Józef Czerwieniec podejmuje zaoferowaną mu pracę organisty w parafii we Frampolu. Dla mnie piszącego o nowym organiście, który przybył do Frampola ważne jest to, że jego przybycie do Frampola nastąpiło na kilka dni przed dwoma uroczystościami rodzinnymi to jest 50-cio leciem pożycia małżeńskiego pradziadków Andrzeja Maciurzyńskiego z Marianną z Oleszków oraz mszą prymicyjną mojego stryjka Adolfa Burlewicza. Uroczystości te miały miejsce w pierwszą niedzielę lipca 1927 roku. Nowy organista łączy swoją działalność z Katolickim Stowarzyszeniem Młodzieży Żeńskiej  i Męskiej organizacją, która w tym czasie organizuje się przy miejscowej parafii. Czerwieniec odmłodził istniejący czterogłosowy chór i utworzył jednocześnie chór żeński. Członkowie męskiej części organizacji KSM szkolą się w grze na instrumentach dętych i stanowić będą w krótkim czasie zaplecze miejscowej strażackiej orkiestry. Skład chóru pod koniec lat trzydziestych XX wieku.

Chór w latach 30-tych

Mężczyźni: od lewej Mazurek Franciszek, Krawczyk Bolesław, Ciekanowski Teofil, Kras Stanisław, Dudek Alfons, Wach Jan, Zalewa Stanisław – kościelny, Karczmarzyk Wiktor, Oszust Tadeusz s. Mikołaja, Dubiel Leonard.         Chórzystki: stoją od lewej – Miazga Maria c. Leona, Jasielska Leokadia, Wąsek Aleksandra, Krawczykiewicz Maria, Wąsek Maria, Jasińska Aleksandra c. Marcina, Małyszek Władysława, Gabryszewska Maria – Zalewa c. Karola, Maria Miazgowa c. Mikołaja. Filipowicz Franciszka – Sajowa, Marchewka Klementyna, Teresa Kość,                                                                                              Siedzą: Wanda Miazgowa, Oszust Sabina, Oszust Maria, Ks. Józef Paczos, organista Józef Czerwieniec, Oszust Feliksa, Kapica Sabina – Maciurzyńska.                                                      Na ziemi siedzą: Ciekanowska Wanda, Filipowicz Bronisława, chłopiec NN, Aleksandra Jasińska c. Paulina – Górska, Dudek Klementyna oraz syn organisty Jerzy Czerwiński – Zdzisław Czerwieniec.

KSK z organistą

Jak już pisałem Józef Czerwieniec podjął pracę we Frampolu 24 czerwca 1927 roku.  Z zamieszczonego zdjęcia widać, że skład jego stanowią ludzie młodzi. Zdjęcie wykonane  w latach 1927-1930, w czasie, gdy we Frampolu wikarym był ks. Józef Paczos.  Na zdjęciu od prawej: pierwszy rząd- Maria Karczmarzyk, Janina Wąsek-Dubiel, NN, drugi rząd: Helena Filipowicz, Oleniowa, Franciszka Saj, Józef Czerwieniec, NN, Filipowicz c. Adama , NN. Trzeci rząd Leokadia Ciekanowska, NN, Leokadia Karczmarzyk, Sabina Kapica-Maciurzyńska, NN, Maria Miazga – Deruś, Wanda Ciekanowska, Klementyna Oszust – Piasecka, NN, NN, NN, NN, dużo tych NN, a co będzie po latach. Trzeba robić wszystko, aby pamięć o tych, którzy byli wśród nas, a odeszli trwała w naszej pamięci jak najdłużej. Na zdjęciu Józef Czerwieniec w mundurze kapelmistrza orkiestry strażackiej, zdjęcie z lat 30-tych XX wieku. W okresie trzech pierwszych lat pracy w parafii Józefa Czerwieńca do roku 1930, dzięki wytężonej pracy i zaangażowaniu młodych Frampolan odmłodzono chór czterogłosowy, odmłodzono i powiększono orkiestrę, wyposażono ją w nowe zakupione w Warszawie instrumenty. Chór w latach trzydziestych bierze udział w konkursach chórów kościelnych organizowanych w Lublinie, a orkiestra dęta rywalizuje z najlepszymi orkiestrami w okolicy. Lata wojny i okupację przeżył we Frampolu. W późniejszym okresie przy wspomnianej organizacji młodzieżowej KSM rozwija się żeński zespół teatralny.

JasełkaZespół młodych frampolanek z koła KSM – Ż podczas próby.  Po 21 latach pracy w parafii Józef Czerwieniec przestał pracować we Frampolu  i wyjechał na małą parafię Blinów koło Kraśnika. Umiera w wieku 79 lat 30 czerwca 1960 roku. Spoczął na Frampolskim cmentarzu obok swej żony.

 

Edmund Borzęcki.

Edmund Borzęcki

Edmund Borzęcki był organistą we Frampolu w latach 1947- 1953 w trudnych latach powojennych, w okresie odbudowy Frampola ze zniszczeń wojennych. Mieszkańcy Frampola, a szczególnie część młodzieży, tej bardziej zaangażowanej w życiu społecznym skupiła się przy młodym wówczas organiście, który z energią zabrał się do swej pracy  i reaktywowania z dużymi już tradycjami chóru kościelnego. Skupił dużą grupę przedwojennych chórzystów i nowych adeptów, miłośników śpiewu chóralnego. Edmund Borzęcki wzorem swoich poprzedników włączył się w życie społeczności Frampola. Współorganizuje zespół teatralny, współpracuje z miejscową Strażą Pożarną. Pod jego kierownictwem szybko rozrasta się chór i wzbogaca swój repertuar. Chór pod jego kierownictwem występuje na uroczystościach kościelnych i imprezach świeckich nie tylko we Frampolu i pobliskich parafiach, ale również w takich miejscowościach jak Biłgoraj, Lublin czy Zamość. Podczas swojego pobytu we Frampolu mieszkał w domu przy ulicy Cichej stanowiącym własność rodziny Chojnackich,  a to z tego powodu, że spalona w czasie działań wojennych organistówka nie była jeszcze odbudowana. W domu tym odbywały się również próby chóru. Borzęcki prowadził również naukę gry na instrumentach dzieci z miejscowej szkoły podstawowej. W roku 1953 opuszcza Frampol i przenosi się do Tomaszowa Lubelskiego. Mimo stosunkowo krótkiego pobytu we Frampolu chór pod jego kierownictwem szybko rozwija się pod względem artystycznym wzbogacając swój repertuar.

Chór frampolski

Zdjęcie chórzystów, którzy zbierali się w domu Jana Chojnackiego przy ulicy Janowskiej róg z Cichą, aby tam ćwiczyć swój głos. Był to początek lat 50-siątych XX wielu półwiecze istnienia chóru (dom ten został sprzedany, rozebrany i wywieziony).

Nazwiska osób uwiecznionych na zdjęciu poszczególne rzędy od prawej strony siedzą: Maria Gabryszewska, Bronisława Orlińska, Zofia Korczak, Jadwiga Oszust, Janina Chmiel, Jezierska Bogumiła, Janina Kras z córką, drugi rząd: Maria Jasielska, Stanisława Gabryszewska, Robert Marchewka, Kazimiera Filipowicz, Stanisław Miazga, Jadwiga Halska, Edmund Borzęcki – organista, Maria, Gabryszewska, Stanisław Wach, Jadwiga Wąsek, Jan Krawczyk, • trzeci rząd: Maria Filipowicz, Stanisław Olszyński, Romana Osińska, Antoni Małyszek, Helena Frelas, Stanisław Dubiel, Władysława Bełkowska, Maria Krawczykiewicz, Stanisław Krawczykiewicz, Tadeusz Saj, Jadwiga Miazga, Tadeusz Orliński, Jan Wąsek, czwarty rząd: Janina Świeżawska, Maria Chodaczyńska, Krystyna Wąsek, Irena Wąsek, Janina Zwolak, Maria Miazga, Jadwiga Ciszewska, Zygmunt Karczmarzyk, Bronisława Wąsek, Mieczysław Osmólski, Bogumiła Olszyńska, Ryszard Wąsek, ostatni rząd: Eugeniusz Miazga, Jan Dubiel, Tadeusz Jasielski, Lucjan Strzałka, Stanisław Kapica, Władysław Molenda, Ryszard Szynderski.

Józef Żyszkiewicz.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Józef Żyszkiewicz pracował, jako organista po Edmundzie Borzęckim przez 8 lat  w latach 1953 – 1961. W czasie swej pracy we Frampolu udoskonalał brzmienie chóru  i starał się utrzymać jego liczebność i skład na poziomie, jaki zastał przybywając do Frampola. Był dobrym nauczycielem i dyrygentem. Dla urozmaicenia repertuaru chóru wprowadził do jego repertuaru wiele nowych kolęd, pieśni kościelnych jak również piosenek świeckich. Widział potrzebę stałego zasilania chóru w młodych ludzi, aby poprawiać jego brzmienie i aby możliwe było utrzymanie jego działalności na lata przyszłe.

Kolejni proboszczowie i organiści starali się o to, aby frampolski chór rozwijał się  i wzbogacał swój repertuar, następował stały napływ nowych śpiewaków, ale było  i tak, że chór był zbędny, a Ci, którzy przez wiele lat nie szczędząc czasu i sił uczestniczyli  w pracach chóru powinni przestać uczęszczać na próby. Całe szczęście wszystko przemija  i nastąpił czas, że chór znów jest potrzebny i jest mile widziany na wszystkich uroczystościach parafialnych jak i na uroczystościach w innych parafiach i miejscowościach. W roku 1958 kiedy proboszczem parafii Frampol był ksiądz Jan Kozak chór obchodził swe  60-cio lecie istnienia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAKopia Chór poł.lat 70-tych

Na powyższym zdjęciu chórzyści:  Lucyna Osmólska, Jan Wąsek, Romuald Miazga, Antoni Małyszek, Stanisław Wach, Tadeusz Saj, Stanisław Miazga, Pulcheria Małyszek, Tadeusz Serocki, Stefan Zalewa, Bogumiła Jezierska, Jadwiga Oszust, Maria Jasielska, Jadwiga Wąsek, Janina Chmiel, Zygmunt Karczmarzyk, Wanda Dudek, Józef Wach, Barbara Gajór, Kazimiera Korczak, Bronisława Wąsek, Jadwiga Ciszewska, Maria Filipowicz, Maria Chodaczyńska, Kazimiera Filipowicz, Jadwiga Miazga, Stanisław Dubiel, Helena Wąsek, Bogumiła Olszyńska, Leokadia Dubiel, Janina Krawczyk, Leokadia Karczmarzyk, Leokadia Dziurżyńska, Barbara Dubiel, Władysława Zalewa, Jan Jasielski. Proboszcz ks. Jan Kozak, wikary Stanisław Chmiel, dominikanin ks. Mateusz Bogucki, organista Jan Cichocki. Zdjęcie wykonane około 1964 roku, w pracach chóru bierze udział ponad 40 osób wtedy jeszcze stosunkowo młodych nic, więc dziwnego, że odnosił sukcesy i był chętnie zapraszany na różnego rodzaju uroczystości kościelne w okolicy. Kolejni organiści, którzy pracowali z chórem parafialnym.

Jan Cichocki.

Cichocki

Jan Cichocki pracuje we Frampolu, jako organista stosunkowo krótko, bo około 4 lat w latach 1961-1965. Po nim w latach 1965-1968 pracuje jeszcze Zygmunt Królik.

 

Tomasz Koper.

Tomasz Koper 1931-1988

Tomasz Koper podejmuje pracę w parafii Frampol 22 maja 1968 i pełni obowiązki organisty przez prawie 20 lat to jest do czasu swej przedwczesnej śmierci 20 lutego 1988 roku. Zamiłowanie do muzyki Tomasz miał od dziecka. Po ukończeniu szkoły podstawowej podejmuje naukę w 6 cio letniej Szkole Muzycznej w Lublinie, którą kończy dopiero w roku 1955 to jest po 8 latach, a to z tego powodu, że w roku 1951, kiedy był w przedostatniej klasie, powołany został do odbycia zasadniczej służby wojskowej. Nie były to lata całkowicie stracone, bo w wojsku został przydzielony do dętej orkiestry pułkowej. Pomagał kapelmistrzowi w prowadzeniu czterogłosowego chóru pułkowego. Po odbyciu służby wojskowej dokończył naukę i 1956 roku otrzymał dyplom ukończenia Szkoły Muzycznej.  Tomasz Koper kochał swą pracę i był bardzo zaangażowany •w prowadzeniu chóru  i doskonaleniu jego śpiewu. Obdarzony pięknym głosem – baryton, potrafił przyciągać ludzi do pracy w chórze. Potrafił pięknie grać na organach, a gra jego na tym instrumencie sprawiała przyjemność nie tylko jemy, a w szczególności słuchaczom. Potrafił znaleźć wspólny język z ludźmi ciężko pracującymi czy to na roli czy też wykonujących inne zawody i zachęcić ich do ćwiczeń w późnych godzinach wieczornych i nocnych, bo tylko wtedy mogli znaleźć czas na próby.  Pracował nie tylko, jako organista w kościele, ale pracował również z młodzieżą prowadząc chór mieszany w Gminnym Ośrodku Kultury. Tomasz Koper umiera 20 lutego 1988 roku. Pochowany został na miejscowym cmentarzu.

Po śmierci ojca stanowisko organisty obejmuje jego syn, który łączy pracę organisty z pracą nauczyciela muzyki w Państwowej Szkole Muzycznej I –go stopnia w Biłgoraju. W szkole tej uczył przedmiotów teoretycznych i prowadził chór. Piotr Koper, bo o nim mowa studiował w Instytucie Muzykologii Kościelnej KUL oraz był członkiem chóru akademickiego. Podejmując po ojcu obowiązki organisty frampolskiego miał już praktykę w tym zawodzie, ponieważ pracował od 1981 roku, jako organista najpierw w Dzwoli, a następnie w Kocudzy. Tak jak ojciec obdarzony był pięknym głosem i umiejętnością prowadzenia chóru. W roku 1994 Piotr wyjeżdża z Frampola i obejmuje stanowisko organisty w parafii w Dobroń. Nie traci kontaktu z Frampolem i na 100-lecie jego istnienia aktywnie włącza się w organizację i w przebieg w dniu jubileuszu. 75 lecie istnienia chóru.

75-cio lecie chóru

 

 

Chór 02.09.1973-75-lecieZdjęcie wykonane z okazji 75- cio lecia chóru 2 września 1973 roku     Siedzą od lewej: ks. wikary Zeń, proboszcz Jan Kozak, wikary ks. Aleksander Szczygielski, organista Tomasz Koper. Chórzyści od prawej: pierwszy rząd: Zofia Krawczyk, Wanda Ciekanowska, Jadwiga Ciszewska, Jadwiga Miazga, Bronisława Wąsek, Leokadia Dubiel, Janina Chmiel, Jadwiga Wąsek, Pulcheria Małyszek, przed nią mały jeszcze przyszły organista Piotr Koper, drugi rząd od lewej: Stanisława Gabryszewska, Krystyna Sobczak, Jadwiga Oszust, Bogumiła Jezierska, Kazimiera Filipowicz, Bronisława Góra, Maria Chodaczyńska, Maria Filipowicz, Helena Frelas, od prawej: Stefan Zalewa, Antoni Małyszek, Stanisław Korczak, Zygmunt Karczmarzyk, Józef Wąsek, Daniela Dubiel, Stanisław Dubiel, Helena Wąsek, Maria Jasielska, Jan Kapica, Janina Krawczyk, Józef Wach, Jan Wąsek.   W 75-cio lecie swego istnienia chór nadal liczny, ale widać, że coraz starszy wiekiem swych członków. Nie widać wśród chórzystów młodych ludzi. Całe szczęście  w latach dziewięćdziesiątych do chóru coraz częściej zaczną napływać ludzie młodzi  i w wieku średnim, co umożliwi dalszą jego działalność.    Na zdjęciu podczas próby w 1998 roku: Anna Zbrońska, Maria Chodaczyńska,  Bolesław Korczak, Jadwiga Biernat, Jadwiga Cieszewska, Bronisława Góra, Bronisława Wąsek, Pulcheria Małyszek, Tadeusz Saj, Janina Chmiel, Bogumiła  Włodzisław Jasiński, Jan Wąsek.

 

Stulecie chóru frampolskiego.

100-lecuie chóru

Skład chóru w stulecie jego istnienia i ilość przepracowanych w nim lat:

Żyjący chorzyści w jego stulecie

60 lat Wanda Dudek, Kazimiera Filipowicz, Maria Jasielska,                                                        51 lat Jadwiga Biernat, Janina Chmiel, Maria Chodaczyńska, Jadwiga Cieszewska Stanisław Dubiel, Bogumiła Jezierska, Bolesław Korczak, Kazimiera Korczak, Janina Krawczyk, Jadwiga Miazga, Bogumiła Olczyńska, Jadwiga Oszust, Tadeusz Saj, Bronisława Wąsek,                                                                                                                                47 lat Leokadia Dubiel, Bronisława Góra                                                                                       45 lat, Pulcheria Małyszek                                                                                                                   40 lat, Zygmunt Wasilik 40 lat,                                                                                                  Włodzisław Jasiński 25 lat, Jan Świeżawski 23 lat.                                                              Pozostali chórzyści ze stażem od 10 lat do 1 roku w kolejności: Ewa Ficek, Anna Zbrońska, Maria Czerniak, Ryszard Filipowicz, Henryk Mazurek, Anna Dycha, Edward Kaproń, Lucyna Litwiniuk, Monika Mydlak, Anna Padiasek, Krystyna Zalewa, Ks. Jan Radziszewski, Andrzej Cichocki, Tadeusz Kowalik, Władysław Serocki, Bogusław Zalewa, Alicja Domańska, Krystyna Dycha, Urszula Gabryszewska, Marian Krawczyk, Józef Laskowski, Grzegorz Osmólski, Beata Padiasek, Monika Zalewa, Bożena Ciekanowska, Teresa Jasielska, Piotr Jasiński, Danuta Odrzywolska.

Córka organisty frampolskiego Tomasza Kopra Marta Hetman w 2001 roku pisze  i broni pracę magisterską napisaną na zakończenie swoich studiów na Akademii Świętokrzyskiej im. Jana Kochanowskiego w Kielcach. Praca magisterska, którą napisała Marta pod kierownictwem naukowym dr Marii Kaczmarskiej nosi tytuł:                                – „ Działalność chóru parafialnego we Frampolu w latach 1898-1998”, jest odzwierciedleniem dorobku chóru, zaangażowania organistów oraz większości księży proboszczów. W ostatnich latach frampolskim chórem zajmował się Włodzisław Jasiński nie, jako organista, ale społecznie szkolił chórzystów i dyrygował chórem w czasie uroczystości kościelnych we Frampolu jak również w czasie koncertów organizowanych w zaprzyjaźnionych parafiach czy przeglądów. Ponieważ praca chórzystów i dyrygenta przynosiły efekty chór chętnie był zapraszany na różnego rodzaju uroczystości czy imprezy nie tylko kościelne.

Chór Frampolski w 120-lecie swego istnienia.

W dniu dzisiejszym 15 lipca 2018 roku w kościele parafialnym we Frampolu odprawiona została uroczysta suma z okazji dorocznego odpustu poświęconego Matce Bożej Szkaplerznej  oraz 120 rocznicy powstania chóru parafialnego.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Polska Organizacja Wojskowa we Frampolu cz.VII i ostatnia

Kończę przedstawianie sylwetek ludzi z Frampola, który w ten czy inny sposób,  większym, czy mniejszym stopniu przyczynili się, swoją działalnością w Polskiej Organizacji Wojskowej do odzyskania Niepodległości. Chciałbym, aby przyszłe pokolenia Frampolaków pamiętały o tych ludziach.

Społeczeństwo Frampola i okolicznych wniosek  na pamiątkę odzyskania Niepodległości postawiło pomnik w miejscu,  w którym stał pomnik poświęcony carowi Aleksandra II – Pomnik Wdzięczności[1].

Na tablicy zamieszczony został następujący napis:

-„Na większą chwałę Serca Pana Jezusa i na pamiątkę odzyskania Ojczyzny. Wzywał Cię naród wzywał Cię lud, gdy mu dokuczał wolności głód, zdobywszy wolność perłę wszech cnót będzie Cię sławił nasz Polski lud. Parafianie frampolscy z wiosek i miasta. 1918″.

Przed tym pomnikiem tak,  jak przed wojną teraz i dzisiaj odbywają się uroczystości z okazji świąt państwowych.

Pomnik wdzięczności 

Warta przy pomniku 12.05.1936 

 Zdjęcia powyższe wykonane zostały w roku 1935 – śmierć Józefa Piłsudskiego.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

 Oprócz wiadomości, które zawarte były w dokumentach, których skany otrzymałem od pana Zenona Baranowskiego starałem się dodać ze swej strony inne informacje, bądź uzupełnić zdjęciami osób o których pisałem. Nie zawsze zdołałem ustalić powiązania rodzinne osób, jak np. Stanisława Oszusta, nie zdołałem nic ustalić, a to między innymi z tego względu, że ludzi o nazwisku „Oszust”, „Oszustowicz” było bardzo dużo, z tego powodu, po wojnie pozmieniali swoje nazwiska. Przedtem posługiwano się dla ich rozróżnienia na podstawie przydomków – „Stachunio, Kulawy Antek, Siemiczka”, Tadzik Kościów, Kręcony Franek itp.”.

 

 

 Dubiel Franciszek

Franciszek Dubiel

1872-1942

Syn Józefa i Tekli z Banasikowskich małżonków Dubielów.

Niestety niewiele mogę napisać o Franciszku Dubielu i jego działalności w P.O.W. ponieważ jego dokumentów związanych z ubieganiem się o Medal Niepodległości nie widziałem, za to przedstawiam kserokopie dokumentów związanych z jego nadaniem, które zachowały się w zbiorach potomków z tej rodziny.

O dwóch jego synach pisałem: – o Aleksandrze- księdzu,  w roku 2010 na – bilgorajska.com.pl.

Ksiądz Aleksander Dubiel zginął w nieustalonym do tej pory miejscu na terenie Rosji. Jako jeniec radziecki przebywał początkowo w Kozielsku, o czym świadczy list, jaki napisał do swoich bliskich w Lublinie kpt. Michał Hakiel 29 listopada 1939 roku, którym przekazuje ukłony między innymi od ks. Dubiela? Z nieznanych powodów przeniesiony zostaje do obozu w Ostaszkowie, skąd 8 stycznia 1940 roku wysłał kartkę pocztową do swojego ojca, w tym też obozie przebywał, co najmniej do pierwszych dni kwietnia 1940 roku. Na liście wywozowej z obozu w Ostaszkowie nr 019/2 z 7 kwietnia 1940 roku pod poz. 38 znajduje się nazwisko ks. Dubiela. Jeńcy umieszczeni na takiej liście kierowani byli do dyspozycji NKWD w Kalininie – Twer. Zamordowany w kwietniu 1940 r. w Charkowie. Data śmierci nieznana. Prawdopodobnie wszyscy zamordowani zostali pochowani w mogile zbiorowej w okolicy wsi Miednoje .

O synu Franciszku- lotniku pisałem na moim blogu, jeszcze na Onecie 28 maja 2014 roku. Franciszek Dubiel zmarł 6 września 1939 roku w szpitalu w Bochni, do, którego został przewieziony ranny po ostrzelaniu jego samolotu przez ochronę lotniska.

P1040212 modified

Dyplom i legitymacja Franciszka Dubiela:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

    Monitor Polski nr 140/1938[2]

 

Niderla  Augustyn  ps.  „Rejtan”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 1877

Syn   Józefa   i    Pauliny  zam.  Zamość  ul.  Lipska 17

Dokładny życiorys i przebieg pracy ideowo-niepodległościowej:

Ż y c i o r y s

Urodziłem się we wsi Białowola, gm. Mokre, pow. zamojskiego, w woje­wództwie lubelskim, dnia 1 stycznia 1877 r. z ojca Józefa i matki Pauliny. Jestem wygnania rzymsko-katolickiego i od roku 1906, tj. od 29 lat żonaty, oraz mam 6-ro dzieci – trzech chłopców i trzy dziewczynki w wieku od lat 28 -10. Jestem stanu włościańskiego i rodzice moi byli bardzo uboczy, żyli i utrzymywali się li tylko z pracy rąk. Ojciec mój zarobkował  pracą po folwarkach jako dozorca. Z tych względów rodzice nie byli w stanie dać mi wykształceni a, lecz dali mi należyte wychowanie do­mowe. Władam biegle językiem polskim w słowie i piśmie. Mając lat 8, już czytałem elementarz polski i książeczkę do nabo­żeństwa, oraz katechizm.  W 8-mym też roku życia przystąpiłem po raz pierwszy do spowiedzi i komunji świętej, i  w ogóle byłem wychowywany moralnie zgodnie z zasadami mojej religji.

Od 8-go roku życia nie używałem prawie żadnych rozrywek ale interesowałem się dziejami historycznemi  Polski. geografią i t.p.

Za zaoszczędzone grosze kupowałem książki .podręczniki naukowe do pisania i działań artymetycznych.  O własnych siłach studjowałem do lat 40 życia wszelkie interesujące mnie zagadnienia z dziedziny historji ojczystej i innych przedmiotów naukowych. Oczywiście czyniłem to w chwilach wolnych od pracy, gdyś przede wszystkiem musia­łem pracować na utrzymanie.  W  24-tym roku życia młodzi i starzy w moim środowisku uważali mnie za człowieka uczonego  i ludność bardzo garnęła się do mnie. Najbardziej pociągającym powodem był fakt, że czytałem literaturę polską i gazety przynoszące wiadomości z pola bitew na dalekim wschodzie, (było to w okresie wojny rosyjsko-japońskiej). Takimi więc od roku 1904-6 stanąłem na czele miejscowego społeczeństwa jako informator obywateli i wówczas udzieliłem pierwszych wiadomości o dążeniach do niepodległości Polski (mieszkałem wtedy we wsi Ruszów gm. Łabunie. pow. Zamojskiego). Od tego czasu zacząłem informować ludność polską o uciskach zaborcy i o potędze dawnej Polski. Tym sposobem w dalszym ciągu zjednałem sobie jeszcze bardziej społeczeństwo polskie i  do tego stopnia, że w każde święto i niedzielę schodzili się do mnie starzy i młodzi ludzie na czytanie książek i gazet.
W międzyczasie zmuszony byłem ze względów życiowych przenieść się z Ruszowa do osady i gminy Frampol, pow. Biłgorajskiego. Poza czytaniem gazet można było przy tej okazji śmiało odśpiewywać pieśni polskie i recytować  wiersze naszych wieszczów. Pamiętam dobrze, że najulubieńszym wierszem ludności był wiersz „Oda do młodości”. Również ludność chciała bardzo słuchać kazania ks. Skargi.
W roku 1905 wstąpiłem do Ochotniczej Straży Ogniowej we Frampolu. Fotografja ogólna tej straży z owego czasu znajduje się w Wojskowym Biurze Historycznem w Warszawie, gdzie wysłałem takową w roku 1932.

 W roku 1915 wstąpiłem do Polskiej Organizacji Wojskowej, która posiadała we Frampolu swój oddział miejscowy. W roku 1918 zostałem mianowany komendantem miejscowym P.O.W. i opiekunem tej organizacji.  Przez cały czas należenia do P.O.W. agitowałem wśród miejscowej i okolicznej ludności i zjednywałem coraz to nowych członków do P.O.W. Również byłem upoważniony do odbierania od nowo wstępujących członków przysięgę na wierność Naszej Ojczyźnie.

W chwili upadku okupacji austryackiej, stanąłem na czole oddziału P.O.W. i rozbrajałem posterunki żandarmerji i oddziałów wojskowych, wypędzając wroga poza granice naszej Ojczyzny.

 W r.  1918 po wypędzeniu okupantów zostałem wybrany jednogłośnie na  Wójta gminy Frampol, gdzie pełniłem obowiązki do roku 1920. Potem na własne żądanie zrezygnowałem ze stanowiska  Wójta gminy Frampol, przenosząc sie do Zamościa. Oprócz tego w r. 1918-20 r. zostałem mianowany przez władze powiatowe Komendantem Straży Obywatelskiej we Frampolu na gminę Frampol. Mając dane do dyspozycji 2 konie wierzchowe i 2 karabiny w roku 1920 w czasie wojny z bolszewikami byłem czynny jako kolporter pism i ulotek, na powiaty zamojski i tomaszowski w celu przejścia wojsk bolszewickich na stronę polską. W wojsku rosyjskim nie służyłem z powodu wysokiego losu, zaś w  polskiem z powodu pełnienia obowiązków Wójta gminy i Komendanta  Straży Obywatelskiej oraz wieku i nieodpowiedniego stanu zdrowia. Jestem odznaczony Medalem Niepodległości, Krzyżem Legjonowym, Krzyżem P.O.W. i  Krzyżem Walecznych. Wiarygodność powyższych danych mogę stwierdzić dokumentami.

 Zamość  dnia 24 marca 1936 r.

Podpis: – Niderla Augustyn „Rejtan”. Zamość dn.11.VIII.36

                                                                                                                                              Świadkowie, którzy mogą stwierdzić prawdziwość pracy niepodległościowej:

Dudek Paweł -Krasnystaw, Miazga Józef s. Jana komendant oddziału Frampol, Filipowicz Adam – Frampol, Kowalik Leonard wójt gm. Frampol, Oszustowicz Bronisław, Sitarz Franciszek, Wydrych Józef, Pomarański Zygmunt, Strzelecki Zygmunt, Kozakiewicz Józef, Szwajkowski – prezes Sądu, Jasiński Jan –Łabunie, Podobiński Piotr-Lublin, Wojda Antoni –Telatyn, Buczkowska Maria Telatyn, Głogowska Felicja –Folwark Łachowce, Filipowicz Jan –Frampol, Gabryszewski Jakub – Frampol.

Odznaczenie: Medal Niepodległości przyznano na posiedzeniu Komitetu 20.12.1932.  Zarządzenie  Prezydenta RP ogłoszono  dnia 22.12.1937 w MP nr 293, poz.341[3].

 

 Oszust Andrzej[4] ps. „Pień”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 1896 -1960

 Dokładny życiorys i przebieg pracy ideowo-niepodległościowe:

 W miesiącu styczniu 1916 roku wstąpiłem do POW, byłem szeregowcem, od roku 1917 do rozbrojenia okupantów sprawowałem funkcję zbrojmistrza z polecenia komendanta miejscowego zajmowałem się zbieraniem i skupowaniem broni dla POW. Brałem udział w manewrach na Szperówce, Zwierzyńcem i pod Gorajem, a w dniu 28 października  czynny udział brałem w rozbrajaniu okupantów w osadzie Frampol i posterunku żandarmerii w Goraju. Należałem do zaprzysiężonej 5-ki, do szkolenia innych peowiaków  i  ich poglądy na organizację. Po rozbrojeniu okupantów wstąpiłem, jako ochotnik w dniu 1 listopada 1918 roku do nowo tworzących się oddziałów polskich służąc w kompanii Żandarmerii Wojskowej, aż do zwolnienia się  (10.07.1921)

Posiadał: -„ Medal za Wojnę”.

Świadkowie, którzy mogą stwierdzić prawdziwość pracy niepodległościowej:

Kłos Tadeusz, Miazga Stanisław s. Wacława.

Odznaczenie: Medal Niepodległości przyznano na posiedzeniu Komitetu 25.01.1937.  Zarządzenie  Prezydenta RP ogłoszono  dnia 21.04.1937 w MP nr 93, poz.128[5].

 

 Oszust  Bronisław[6]  ps. „Lanca”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

1895 -1978

Frampol ul. Tkacka 29

Dokładny życiorys i przebieg pracy ideowo-niepodległościowe:

Urodziłem się dnia 24 grudnia 1895 roku we Frampolu pow. Biłgorajski, województwo Lubelskie. Swoje młodzieńcze lata spędziłem pod opieką swych rodziców mając wychowanie religijne, zaś później rodzice posłali mnie do szkoły powszechnej, którą ukończyłem   z bardzo dobrym wynikiem. Że mój ojciec był bardzo gorliwy rolnik posiadając około 10 morgów ziemi więc i mnie , jako syna najął do pracy. Pracując i pomagając ojcu wówczas zobaczyłem, że Austriackie ułany jadą, ale mnie to nie cieszyło, gdyż chciałem widzieć Wolną Polskę. A wówczas na terenie Frampola zaczęło istnieć P.O.W.  i  tam wstąpiłem, byłem zaprzysiężony dla przyszłej Ojczyzny pracowałem, byłem pobity przez okupantów. A czasie należenia do P.O.W. , to okupanci wywieźli mnie. Należałem, jako członek czynny do P.O.W. Brałem czynny udział w ćwiczeniach P.O.W. , w manewrach w Goraju, pod Szperówką i Zwierzyńcem. Brałem czynny udział w proteście Brzeskim i jak nadmieniłem w rozbrajaniu  okupantów. Wstąpiłem do Wojska Polskiego, jako  ochotnik, a po odbyciu służby 2 i ½ roku zostałem zwolniony.

Podpisał Bronisław Oszust

Świadkowie, którzy mogą stwierdzić prawdziwość pracy niepodległościowej:

Józef Miazga , Józef Wydrych St. sierż. 36 pp. Warszawa, Bolesław Jasiński-Zakłady Elektroniczne Warszawa, Bolesław Wąsek Frampol, Andrzej Oszust, Paulin Dudek, Robert Strużak-insp. Janów Lubelski, Stanisław Oszust s Mateusza –Frampol, Stanisław  Chodaczyński, Jan Miazga, Lucjan Miazga, Ludwik Witold.

Dla przypomnienia fragment tekstu Niderli Augustyna przekazanego  do Wojskowego Biura Historycznego:

-„Żandarmi okupacyjni zaaresztowali dwóch członków z POW.  Oszustowicza Bronisława i Wąska Bolesława[7]. Niderla nie namyślając się długo zobaczył trąbkę strażacką wiszącą na ścianie szopy strażackiej, dał rozkaz koledze z POW. oblecieć ulicami miasta i trąbić jak na pożar, żeby się zlecieli ludzie z okolicy, tak też się stało, że kiedy tłum się zleciał POW. miało wielką siłę. Niderla Augustyn dając natychmiastowy rozkaz szturmować budynek gdzie mieścił się posterunek. Zostały powybijane wszystkie okna i wszystkie drzwi wyłamane, żandarmi ustąpili i oddali aresztowanych. Zabitych nie było, lekko ranny Oszustowicz Bronisław – aresztowany. Od tej chwili zaczęło napływać coraz więcej członków. Organizacja była silna, licząca około 120 członków. Cała Straż Ochotnicza przeszła do POW., chociaż dalej nadal była strażą”.

Brak informacji o tym, czy został uhonorowany Medalem Niepodległości.

Na kwestionariuszu adnotacja: Brak dokumentów.

 

Oszust Franciszek[8] ps. „Orzech” 

Franciszek Oszust

1897 – 1963

Dokładny życiorys i przebieg pracy ideowo-niepodległościowe:

Urodziłem się 4 października  1897 we Frampolu, dziecięce lata spędziłem pod opieką rodziców, a w 10 roku życia zacząłem uczęszczać do szkoły powszechnej rosyjskiej we Frampolu. Po ukończeniu pomagałem rodzicom na roli oraz pracy domowej w tkactwie. W roku 1914 nastała wojna światowa, wkroczyły do nas wojska austriackie, ja mając niemiłe oko na okupantów. Byłem bardzo dokuczliwy, przez co zostałem w dniu 8 września 1914 roku internowany i wywieziony do Wiednia. Zbiegiem okoliczności po 3 letniej niewoli udało mi się uciec i 8 września 1917 roku powrócić do naszej miejscowości. Zaraz dowiedziałem się, że we Frampolu istnieje P.O.W. , natychmiast wstąpiłem, ażeby stałą przeszkodą w okupacji naszej Ojczyzny. Wszelkimi sposobami utrudniałem okupantom wywożenie zboża, również dodawałem otuchy swoim kolegom, że wkrótce nastąpi, że Ojczyzna będzie wolna i to przy końcu października 1918 roku zbrojnie wystąpiłem przeciwko posterunkowi żandarmerii we Frampolu rozbrajając ich, a broń zabrałem dla użytku, do rozbrojenia innego posterunku okupant.
Po rozbrojeniu upantów w dniu 4 listopada wstąpiłem do tworzącego się 35 pp. W Zamościu, w którym przesłużyłem do ukończenia wojny Polsko – Bolszewickiej do roku 1921. Po zwolnieniu się z armii polskiej otrzymałem zagon pola od rodziców i samodzielnie do obecnej pory na nim pracuję.

Był ranny w bitwie pod Łużnicem  8 czerwca 1919.

Świadkowie, którzy mogą stwierdzić prawdziwość pracy niepodległościowej:

Chodaczyński Stanisław, Miazga Józef, Wąsek Bolesław, Strużak Robert.

Wniosek o przyznanie Medalu Niepodległości pozytywnie zaopiniowany przez Okręgową Komisję Odznaczeniową Związku Peowiaków w Lublinie, a Zarząd Związku Peowiaków w Lublinie przychylił się do wniosku 26.10.1936 roku.

Odznaczenie: Medal Niepodległości przyznano na posiedzeniu Komitetu 19.04.1937.  Zarządzenie  Prezydenta RP ogłoszono  dnia 8.11.1937 w MP nr 259, poz.409[9].

 

Oszust Stanisław [10]  ps. „Czapla”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

1900 – 

Dokładny życiorys i przebieg pracy ideowo-niepodległościowe:

W dniu 10 marca 1917 roku wstąpiłem  do POW we Frampolu, jako zaprzysiężony pełniłem funkcję szeregowego. Wszelkie ćwiczenia odbywałem uczciwie w P.O.W. Brałem czynny udział w proteście Brzeskim, w rozbrojeniu okupanta. Po rozbrojeniu okupantów  w dniu  3 listopada 1918 roku wstąpiłem jako ochotnik do tworzącej się Armii Polskiej i zostałem przydzielony do 35 pp. ,  później przydzielony do 23 pp., z którego to pułku po ukończonej wojnie Polsko – Bolszewickiej zostałem zwolniony. Lecz nie długo trwało moje zwolnienie – bo trzeba było pójść i odeprzeć wroga z Górnego Śląska i tam jako ochotnik walczyłem z Niemcami. Po zakończeniu powstania powróciłem do domu, gdzie do obecnej pory pracuję dla dobra ojczyzny i jej sławy.

Zaprzysiężony członek organizacji w P.O.W. pełnił funkcję szeregowca, jego bezpośrednim przełożonym był Robert Strużak, a Komendantem Obwodu był Józef Miazga.  Do wojska jako ochotnik wstąpił bezpośrednio po mobilizacji  P.O.W.  i służył od 4.11.1918 do stycznia 1922 w 23 pułku piechoty.Był ranny w prawą nogę w wojnie z bolszewikami 21 lipca 1920 roku,  w walce pod Styrem.

Świadkowie, którzy mogą stwierdzić prawdziwość pracy niepodległościowej:

Franciszek Oszust, Stanisław Chodaczyński.

Otrzymał Medal Niepodległości zarządzeniem Prezydenta RP z 21.04.1937 r. Ogłoszone
w Monitorze Polskim  nr 93 z dnia 23.04.1937, poz. 128.[11].

 

Siemczyk Józef  ps. „Bagnet”[12].

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

1901- 1997

Dokładny życiorys i przebieg pracy ideowo-niepodległościowe:

 Urodziłem się 19 marca 1901 roku we Frampolu. Dziecięce lata spędziłem w domu pod opieką rodziców, mając 10 lat zacząłem uczęszczać do szkoły powszechnej we Frampolu, a po ukończeniu takowej, na dalsze kształcenie nie mogłem sobie pozwolić ponieważ pochodzę z  niezamożnej rodziny i nadal pozostałem w domu jako małoletni, wówczas wybuchła wojna europejska. Ja jako młody chłopak przyglądałem się różnym wojskom, podobały mi się szable, karabiny…. Zacząłem wyrabiać z drzewna i tworzyć armię chłopaków.  Na początku roku 1917  zaciekawiło mnie po co starsi, a nawet  i w tym samym wieku chłopcy chodzą poza miasto do 2 wiorst, więc i ja tam po kryjomu dotarłem i zauważyłem, że się bawią  z różnymi karabinami i odbywają różne ćwiczenia. Więc zapragnąłem i ja być takim żołnierzem, nie zwlekając ani godziny zgłosiłem się u miejscowego Komendanta[13] o  przyjecie mnie do tego oddziału. Nie trwało to długo , natychmiast zostałem zaprzysiężony i przydzielony do ćwiczącego się oddziału, także dowiedziałem się, że się nazywa P.O.W.

W P.O.W. gorliwie i sumiennie spełniałem wszystkie rozkazy, odbywałem wszelkie ćwiczenia, brałem czynny udział w proteście Brzeskim w rozbrojeniu okupantów, a po rozbrojeniu wstąpiłem jako ochotnik w dniu 6 listopada 1918 roku do tworzącego się 35 pp. WP w Zamościu, biorąc czynny udział  w wojnie z Bolszewikami, po zakończeniu wojny w grudniu zostałem zwolniony z wojska jako młody, a dalszą służbę w WP odbyłem od 1922 do1923 r. w stopniu plutonowego.

Odznaczenie: Medal Niepodległości przyznano na posiedzeniu Komitetu 22.02.1937.  Zarządzenie  Prezydenta RP ogłoszono  dnia 05.08.1937 w MP nr 178, poz.294[14].

 

Strużak Robert     ps. „Kiliński”.

R.Strużak 16.02.1917 Frampol —

1897 –

Dokładny życiorys i przebieg pracy ideowo-niepodległościowe:

Urodzony jestem we Frampolu powiatu Biłgorajskiego w dniu 7 czerwca  1897 r. Ukończyłem wyższy kurs Administracji Komunalnej przy Wolnej Wszechnicy Polskiej w Warszawie i od roku 1915 pracuję w samorządzie gospodarczym terytorialnym. W roku 1916 wstąpiłem do organizacji: -„Polska Organizacja Wojskowa” we Frampolu pod pseudonimem „Kiliński” wkrótce mianowany zostałem Komendantem miejscowym po zorganizowaniu oddziału  około 30 ludzi i pełniłem tam służbę do 4 listopada 1918 roku, tj. do czasu rozbrojeniu miejscowego posterunku żandarmerii we Frampolu i wstąpiłem z oddziałem do 35 pp. W Zamościu. W czasie służby  w P.O.W. załatwiałem wszystkie rozkazy otrzymywane od Komendanta Powiatowego Ob. Stefana Pomianowskiego, organizowałem oddziały w Radzięcinie gm. Goraj i w Kocudzy gmina Kocudza, przewoziłem nielegalną bibułę i komunikaty z Zamościa pokrywając wydatki własnym kosztem i rozdawałem je członkom P.O.W, sołtysom, radnym itp. Ukrywałem dwóch legionistów uciekających ze Szczypiórna? przed aresztowaniem przez żandarmów austriackich, dostarczając im własne cywilne ubranie, pieniądze na drogę oraz fałszywych legitymacji, które sam sfałszowałem. Jeden nazwiskiem Górski, a drugi nie pamiętam. W roku 1918 urządziłem manifestację Brzeską we Frampolu, zrewoltowałem tłumy i skłoniłem, aby nie oddawano zboża okupantowi. Za to zostałem aresztowany i oddany pod sąd wojenny C K w Zamościu oraz  zwolniony ostałem z posady sekretarza gminy Kocudza i oddany pod nadzór żandarmerii. Sprawę rozmyślnie przewlekałem i dzięki temu nie skończyła się przed rozbrojeniem armii austriackiej, a ja uniknąłem kary śmierci za zbrodnie stanu. Aresztowanych przez żandarmów w 1918 roku kolegów z P.O.W. Ob. Bolesława Wąska i Bronisława Oszusta przy pomocy podburzonego tłumu bez rozlewu krwi zdołałem zmusić żandarmów do wypuszczenia na wolność i w październiku 1918 roku bez nakazu rozbroiłem przy pomocy swoich ludzi Posterunek Żandarmerii we Frampolu zabierając 17 karabinów, skrzynkę amunicji, koce …… i dwa wierzchowe konie, które oddałem porucznikowi Tomaszewskiemu w Szczebrzeszynie, a w zdobyte karabiny uzbroiłem swój oddział i wysłałem na pomoc do Zamościa do rozbrojenia 30 pp. Austriackiej. Następnie zaopatrzywszy pozostałych ludzi z oddziału za własne pieniądze pojechałem
z nimi do 35 pp.  WP w Zamościu i odbyłem służbę na froncie Białoruskim. Będąc w Zamościu w początku 1919 roku brałem udział , jako dowódca plutonu pod rozkazami śp. Majora Lisa-Kuli w tłumieniu buntu czerwonej gwardii. Świadkiem może być Ob. porucznik Madejczyk ówczesny Komendant Powiatowy Żandarmerii Wojskowej w Zamościu. Obecnie pracuje w Związku Strzelców jako powiatowy skarbnik, w komitecie FON, jako Sekretarz, w komitecie Funduszu Pracy, jako sekretarz i innych.

Janów  Lub.                                 Robert Strużak

Świadkowie, którzy mogą stwierdzić prawdziwość pracy niepodległościowej:

ks. Kanonik Sadłowski- b. proboszcz w Frampolu obecnie w Turobinie pow. Krasnostawski. Erazm Miazga b. wójt gminy Frampol zamieszkały we Frampolu. Zygmunt Strzelecki b. Sędzia Pokoju we Frampolu obecnie zamieszkały w Warszawie ul. Prusa XI A 16 B m 7a. Stanisław Miazga zamieszkały we Frampolu i wszyscy inni mieszkańcy osady Frampol.

Wniosek o Krzyż Niepodległości.

Posiadane odznaczenia : Medal Niepodległości  MP 48/1932[15], Krzyż POW, Krzyż Legionów, Medal Zasługi dla Pożarnictwa, Medal  za Wojnę, Medal  za 10-cio lecie Odzyskania Niepodległości.

 

 

Śliwiński Aleksander

1880 –                                                                                    Pieczątka. Brak podstaw.2287

Do Komitetu Krzyża i Medalu Niepodległości w Warszawie Al. Ujazdowskie 1.

Aleksandra  Śliwińskiego s. Wojciecha zam. we Frampolu pow. Biłgoraj.

Prośba

Niniejszym  proszę łaskawie o przyznanie mi odznaczenia za moją pracę Niepodległościową w latach 1904-6 r.

Urodziłem się we Frampolu w m. lutym 1880 r. Ukończyłem miejscową szkołę powszechną, a następnie nauczyłem się garncarstwa i już od młodych lat pracowałem w tym  zawodzie. W roku 1904 wstąpiłem we Frampolu, jako członek zaprzysiężony do tajnej Organizacji Niepodległościowej założonej przez p. Moskalewskiego Stanisława ówczesnego pracownika Ordynacji Zamojskiej, a później Wojewodę Lubelskiego. Praca w tej organizacji biegła w dwóch kierunkach: 1. Uświadamianie narodowe i wykuwanie silnych charakterów, z oddaniem życia i mienia walczyły o wolność uciemiężonego narodu, 2. Robota sabotażowa i stałe nękanie nienawistnego zaborcy. Działalnością tej organizacji kierowali: p. Moskalewski Stanisław i  p. Kwiatkowski, który po odzyskaniu Niepodległości był inspektorem Wojewódzkim P.Z.U.W. w Lublinie, a obecnie zdaję się piastuje ten sam urząd w Brześciu n. Bugiem.

Zebrania konspiracyjne odbywały się w lasach, bądź to na cmentarzu grzebalnym lub w prywatnych domach. Kierownikiem oddziału we Frampolu był Leon Maciurzyński, obecnie zamieszkały w Zamościu przy ul. Piłsudskiego 45. Na zebraniach panowie Moskalewski, Kwiatkowski i inni wygłaszali odczyty o wielkich wodzach polskich, o świetnych dziejach Narodu Polskiego, wpajając w nas dumę narodową urabiając nas na silnych, odważnych i gotowych na wszelkie poświecenia, by zrzucić jarzmo niewoli. Gdy w 1904 r. otrzymaliśmy polecenie zwierzchnich władz organizacyjnych, że chwila jest ważna, że trzeba przygotować się do możliwego objęcia władzy w swe ręce przeprowadziliśmy w swej organizacji zebranie przedwyborcze, na którym przydzielono poszczególne funkcje urzędowe osobom z pośród członków organizacji, a następnie za naszą agitację odbyło się jawne zebranie gminne, na którym przeprowadziliśmy wybory funkcjonariuszów zarządu gminnego jak: – wójta, sekretarza, sołtysów i innych i przeprowadziliśmy uchwałę, że urzędowanie ma się odbywać w języku polskim. Protokół z tegoż zebrania został sporządzony w j. polskim i załączony do akt uchwał zebrań gminnych. Ten śmiały czyn spotkał się z represją zaborcy, bo do miasteczka naszego wtargnęła „sotnia” kozaków wraz z naczelnikiem powiatu, chcąc nas pod grozą szabel i dzid zmusić do zrzeczenia się tej uchwały.

Myśmy jednak twardo stali przy swoi. Naczelnik powiatu uchylił naszą uchwałę, to my wnieśliśmy odwołanie od jego decyzji do gubernatora i przedłożyliśmy naczelnikowi dowód urzędu pocztowego o wniesieniu odwołania do gubernatora, naczelnik pieniąc się ze złości i odgrażając odjechał jak niepyszny ze swoimi „mołojcami”. W życiu organizacji brałem zawsze czynny udział i posłusznie spełniałem polecenia władz organizacyjnych kolportując pisemka i broszury polityczne, jak „Polak”, „Ziemia Chełmska” i innych, uczęszczałem stale na wszystkie zbiórki i zebrania, brałem czynny udział w robocie sabotażowej i innej pracy. Podczas wyżej wymienionego zebrania gminnego pełniłem funkcję strażnika – wartownika. W chwilach gorących zawsze stawałem  gotów na wszystko.

Prawdziwość podanych faktów stwierdzam własnoręcznym podpisem. Aleksander Śliwiński Frampol dn. 28.XII.1937.

My niżej podpisani, jako członkowie tajnej Organizacji Niepodległościowej w latach 1904-6, własnoręcznym podpisem stwierdzamy wiarygodność wyżej przytoczonych faktów.

Aleksander Śliwiński                                                    Frampol 28. XII.1937 r.

My niżej podpisani, jako członkowie tajnej Organizacji Niepodległościowej w latach 1904-6, własnoręcznym podpisem stwierdzamy wiarygodność wyżej przytoczonych faktów.

Paulin Jasiński, Józef Filipowicz, Władysław Miazga, Adam Filipowicz, Leonard Kras, Wacław Miazga.

Własnoręczność podpisów/w stwierdził Wójt Gminy Frampol Jan Dziuba. Frampol, dnia 29.XII.1937 r.

 

Wąsek Bolesław[16]ps. „Sęp”.

Bolesław Wąsek senior

1897- 1943

Dokładny życiorys i przebieg pracy ideowo – niepodległościowej:

Urodziłem się dnia 23 lipca 1897 roku we Frampolu powiatu biłgorajskiego. Dzieciństwo spędziłem pod opieką rodziców, a w dziesiątym roku życia rodzice posłali mnie do szkoły powszechnej we Frampolu, po ukończeniu takowej prywatnie przygotowywałem się do gimnazjum w zakresie 4 –klas i na tem swoją naukę zakończyłem, ponieważ w roku 1914 wybuchła wojna światowa i mój ojciec został zabrany do armii rosyjskiej. Więc ja jako najstarszy z rodzeństwa musiałem pozostać w domu i ogarnąć opieką swoją młodsze rodzeństwo borykając się z życiem materialnie, gdyż moi rodzice byli niezamożni i małorolni. Czując się pokrzywdzonym , że ojciec mój został zabrany przez moskali do armii rosyjskiej, więc z chwilą założenia organizacji POW we Frampolu , a mając to na względzie i czując się pokrzywdzonym , że Ojczyzna nasza już dosyć jest okuta w kajdany wstąpiłem do POW, ażeby w jakiś sposób zaszkodzić okupantowi. Wciągnięty zostałem do organizacji w dniu 4 marca 1916 roku, brałem czynny udział we wszystkich ćwiczeniach i manewrach w Szperówce, Zwierzyńcu i pod Gorajem, brałem jawnie świadomy protest i manifestację Brzeską oraz czynny udział w rozbrajaniu Austriaków. Byłem aresztowany przez żandarmów austriackich , za jawną działalność w P.O.W.  na szkodę okupantów, a po rozbrojeniu okupantów wstąpiłem do nowo tworzącej się Armii Polskiej, jako ochotnik do 35 pp. , w którym przebyłem do zwolnienia do domu po ukończeniu wojny Polsko –Bolszewickiej. A w czasie od roku 1915 do roku 1920 pracowałem w kółku dramatycznym, na rzecz instytucji społecznych – dla powstałego z niewoli Państwa Polskiego.

Bezpośrednim przełożonym Bolesława Wąska w POW był Robert Strużak, Komendantem był Józef Miazga, Bolesław w organizacji pełnił funkcję sekcyjnego.                                          W czasie wojny Polsko-Bolszewickiej brał udział w bitwie nad Styrem.

 Świadkowie ,którzy mogą stwierdzić działalność niepodległościową:

Miazga Józef, Strużak Robert, Oszust Franciszek, Chodaczyński Stanisław.

Okręgowa Komisja Odznaczeniowa Peowiaków w Lublinie postawiła wniosek o nadanie Krzyża Niepodległości 24 października 1936 roku.

Zarządzeniem Prezydenta Rzplitej[17]  z dnia 8 listopada 1937 roku otrzymał Medal Niepodległości
MP 259. Poz. 409 z 10 listopada 1937 r.

Zamieszkały we Frampolu przy ul. Butlerowskiej 12[18].

Witold Ludwik  PS.”Miecz”

murarz Frampol ul. Przemysłowa 17

Dokładny życiorys i przebieg pracy ideowo – niepodległościowej:

W miesiącu marcu 1917 roku wstąpiłem do POW we Frampolu, brałem czynny udział w wszystkich ćwiczeniach, w rozbrojeniu okupantów, w Proteście Brzeskim oraz wywożeniu zboża  przez okupantów  wracając zboże z powrotem gospodarzom, stale byłem ścigany przez okupantów za powyższe wzmianki, za które byłem  niejednokrotnie przez żandarmów pobitym, po rozbrojeniu okupantów wstąpiłem do Polskiej Żandarmerii  Wojskowej, w której przebyłem  przez 6 miesięcy  jako ochotnik. Po 6 miesiącach zostałem przez Komisję Lekarską zwolniony z żandarmerii, jako nienadający się do służby.

 Świadkowie ,którzy mogą stwierdzić działalność niepodległościową:

Stanisław Oszust s. Mateusza Frampol, Augustyn Niderla Zamość ul. Lipska 17

Zarząd Okręgu Związku Peowiaków w Lublinie do wniosku okręgowej komisji  przychyla się dnia 28 grudnia 1937 . Podpisał Prezes  St. Lelek

Odrzucono na posiedzeniu Komitetu z dn. 26.06.1938 protokół posiedzenia nr  131.

 

Wydrych Józef PS. ”Paw”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

1900 -?

  1. Dokładny życiorys i przebieg pracy ideowo-niepodległościowej:

Urodziłem się dn. 8.III.1900 r. w osadzie Frampol ,pow.  Biłgoraj, woj. Lubelskie  z ojca Pawła i matki Teofili z Poterańskich  małż. Wydrychów. Ukończyłem 4 klasy szkoły ludowe rosyjskiej, w os. Frampol w 1914 r.  Zamieszkiwałem stale przy rodzicach.

W roku 1915 –gdy armia austryacka wycofała się za granice b. Kongresówki i wojska  rosyjskie poszły do Karpat zaczęła  się agitacja do organizowania się celem dania rękojmi Legionistom walczącym po stronie Austrii. Zapisałem się dnia 2 marca 1915 roku. Kilka miesięcy siedzieliśmy  prawie bezczynnie, dopiero w lipcu 1915 r., gdy wojska rosyjskie wycofały się z Galicji i przyszli austryjacy zaczęła się organizacja rozwijać,  lecz praca szła bardzo ciężko, gdyż w zakątkach gdzie zamieszkiwałem była straszna ciemnota, więc bardzo ostrożnie musieliśmy działać z obawy przed denuncjacją. Członków miejscowych było zaledwie 3-ch. Dopiero w marcu 1916 r. zostałem wydelegowanym do Lublina na 4-ro tygodniowy  kurs instruktorski- organizatorów POW. Kurs ten trwał około 3-ch tygodni  i musiał być w  przyśpieszonym tempie  zakończony egzaminami w  nocy , gdyż zaczęły się prześladowania żandarmów C K musieliśmy z Lublina uciekać, każdy w swoją stronę po otrzymaniu instrukcji od Kmdta Kursu ob. Piotra Osmólskiego urzędującego przy ul. Namiestnikowskiej 8. ,kur 3 odbywał się  w gmachu czytelni Społecznej przy ul.  Dominikańskiej 3.  Z  Lublina do mojej miejscowości oddalonej 0,70 wiorst uciekałem pieszo i tylko nocami aby się nie natknąć na żandarmów i nie  byś aresztowanym ,gdyż żadnych dowodów osobistych nie posiadałem, ani też przepustki jakie obowiązywały nawet przy udawaniu się z gminy do gminy innej. Po  powrocie do domu,(gdzie wszystkim było wiadomo, że byłem na kursie straży ogniowej w Lublinie) zacząłem wraz z ob. Strzeleckim – Sędzią Pokoju we Frampolu ostrożnie uświadamiać młodzież zaciągając ją w pierwszym rzędzie, jako niby nowoprzybyłych z kursu pożarnictwa, do straży ogniowej ochotniczej, pomału wciągać do P.O.W. W miasteczku istniała w tym czasie straż ogniowa składająca się z mężczyzn starszych. Młodzież więc była zaciągana do oddziału II-go, którego ja byłem komendantem, aby mieć  możność pomału poznać ludzi i mając pewien wpływ powoli uczynić z nich członków czynnych POW.W tym samym czasie został zawiązany wydział Narodowy do którego należeli w pierwszym rzędzie obywatele nie wykluczając i młodzieży. Z tego źródła czerpaliśmy również materiał do POW. , Starszych, jako członków honorowych, zaś młodzież, jako członków czynnych. Po pewnym czasie miałem 48-miu członków czynnych POW zaprzysiężonych i wszyscy należeli do straży ogniowej, z którymi , regularnie co niedziela były przeprowadzane ćwiczenia oficjalnie częściowo z narzędziami, częściowo musztra bez broni, zaś 2 lub 3 razy tygodniowo w nocy w lasach ćwiczenia musztry z bronią i ćwiczenia polowe. Ponieważ wójt gminy Erazm Miazga i sekretarz gm. Ob. Różycki Roman byli członkami honorowymi POW w roku 1916 -1917 wyrobili mi posadę milicjanta w gminie, którym byłem do 1.XI.1917, poczem otrzymałem posadę pomocnika  sekretarza w tejże gminie, gdzie pracowałem do dnia 1.XI.1918 tj. do czasu mobilizacji P.O.W., a to z tego powodu by mieć pewne utrzymanie mając posadę i możność większą działania w organizacji. W sierpniu 1917 r. na rozkaz Komendanta VIII Okręgu P.O.W. ob. Lelka Sowy odbyły się ćwiczenia polowe w lasach hr.  Zamojskiego w  Zwierzyńcu Lubelskim, kilka obwodów to: Zamojskiego, Tomaszowskiego i Biłgorajskiego w czasach austriackich żandarmów i urzędników. Po  ćwiczeniach tych  zaczęło się prześladowanie przez żandarmerię i wtedy zostałem aresztowany wraz z kilkoma  innymi członkami POW rzekomo niby chcieli nas wysłać  na roboty jakieś do Kozienic, jednak dzięki ostrej interwencji miejscowego Komendanta Posterunku Werbunkowego Legionistów Polskich sierż.  Ziębolewski u komendanta post. Żandarmerii, gdzie oświadczył tenże sierż. Ziębolewski, że jesteśmy zaciągnięci , jako legioniści i czekamy na karty powołania, zostaliśmy z aresztu zwolnieni. Praca nasza stała się jednak uciążliwa, lecz nie ustawała. W tym czasie również zorganizowaliśmy koło amatorskie, które było inicjatorem  i organizatorem zaś reżyserem Kmdt. Grupy Ob. „Kmicic” Miazga Józef. Dochód z teatru był oficjalnie przeznaczony na rewizyta przeciwpożarowe, zaś nieoficjalnie pieniądze szły na rzecz POW, a w szczególności na zakup karabinów i amunicji oraz krótkiej broni palnej dla peowiaków, którą można było nabyć u chłopów na wsiach, tak, że każdy z członków POW posiadał własny karabin i mógł w każdej chwili stanąć z bronią w ręku do walki. Ponadto na rozjazdy instruktorów i kurierów, z czego, ja osobiście kilka razy jeździłem do Leżajska w Galicji do gimnazjum, gdzie miałem kolegów i tam została utworzona komenda miejscowa POW na podstawie moich instrukcji i wcielone później do komendy w Przeworsku.                                              Pocztę konspiracyjną osiadałem w swoim ręku osobiście jako komendant poczty. Otrzymywałem komunikaty P.O.W, Rządu, ob. Ursusa, ob. Pomarańskiego Zygmunta w księgarni w Zamościu rozdawałem nie tylko członkom POW, lecz także w czasie nabożeństwa w kościele każdej niedzieli chłopom ze wsi i obywatelstwu miejscowemu wkładałem niewidocznie do kieszeni  korzystając
z dużego natłoku, tak, że bardzo wielu posiadało wiadomości nielegalne, lecz nie wiedzieli skąd i w jaki sposób im się dostawało. W marcu 1918 r. po traktacie Brzeskim, ponieważ zamojskie zostało przydzielone do Chełmszczyzny, a wtem i moja gmina i oddane przez Austriaków Ukraińcom , zaczął się ruch ogólny i wiece protestacyjne. Ponieważ  żandarmi nie dopuszczali do zebrań stoczyliśmy z miejscowym posterunkiem walkę otwartą. Przede wszystkim odebraliśmy kilkaset korcy zarekwirowanego przez Austriaków zboża. Wiozących na podwodach zboże chłopów z sąsiedniej  gminy Goraj do stacji  kolejowej Zwierzyniec przez Frampol nie puściliśmy podburzając tłum, aby zboże zabrał, co też się stało. Podczas tego ruchu zostało kilku peowiaków aresztowanych przez żandarmów, których w gminie było 12-stu plus 10-ciu landszturmistów. Podburzony tłum ruszył na posterunek, gdzie po wyłamaniu całego ogrodzenia domu powybijano wszystkie szyby w oknach posterunku, rozbito areszt i wypuszczono aresztantów. Cały pluton peowiaków był w ostrem pogotowiu ukryty za domami, aby z chwilą użycia broni przez żandarmów do tłumu, zaatakować i rozbroić  żandarmów ponieważ ci ostatni zachowywali się spokojnie wobec tego nie doszło i z naszej strony do użycia broni.  W kilka dni po tym przyjechał z Zamościa „Kreis Komendant Ober Fischer” i zarządził zebranie gminne celem wyjaśnienia zajść , wzywał by zwrócono zabrane im zarekwirowane zboże mówiąc:          – „ o ile nie oddacie tego coście zabrali z pod opieki żandarmów dobrowolnie, użyjemy siły, gdyż mam do dyspozycji wojsko broń i armaty”,                                                                          na co otrzymał wręcz odpowiedź:                                                                                                      – „wy macie  armaty i puste żołądki my mamy chleb i zdrowe pięści, więc się nie damy”,        poczem rozeszli się zebrani do domów, zaś komendant powiatu  odjechał grożąc karami. Jednak na tym się skończyło. Zaś komendant posterunku żandarmerii zaczął nas strasznie śledzić i prześladować, nocami przeprowadzając rewizje po domach, lecz nic nie mógł znaleźć. W niedługim czasie, bo w sierpniu został zastrzelony na górze pod Szczebrzeszynem, gdy  wracał z Komendy Powiatu i od tego czasu prześladowanie nas ucichło, gdyż  nawet nocą żandarmi nie wychodzili na miasto i żadne patrole. Mieliśmy więc możliwość spokojnego przeprowadzania ćwiczeń i szkolenia się z bronią. W nocy z ½ listopada 1918 r. zostało zarządzone ostre pogotowie peowiaków , rano o godz. 6-tej dn.  2-go rozbroiliśmy miejscowy posterunek żandarmerii wystawiając pluton w sile **[19]48 ludzi uzbrojonych pod dowództwem moim, jako komendanta miejscowego i komendanta Grupy ob. „Kmicica”, cały majątek i magazyny oraz 2 konie wierzchowe Polskiej Siły Zbrojnej. Tegoż samego dnia rozbroiliśmy żandarmów sąsiedniego posterunku w Goraju, obsadziliśmy posterunki peowiakami, wprowadzając ład i porządek. Wieczorem tegoż dnia zostałem wyznaczony z 8-ma ludźmi, jako  konwój, do eskortowania rozbrojonych żandarmów do st. kol. Zwierzyniec  skąd pociągiem mieli odjechać w swoje strony rodzinne. W  Zwierzyńcu zameldowałem się u komendanta  miejscowego  ob. Pawłowskiego Tadeusza (obecnie por. względnie kpt. służby czynnej)  i intendenta P.O.W. ob. Stelmaszczuka Eugeniusza, który prowadził magazyny żywnościowe odebrane  Austriakom po rozbrojeniu w Zwierzyńcu. Tam po nawiązaniu  łączności i porozumieniu się co dalej czynić, pobrałem  prowiant na cały stan plutonu na 3 dni i wróciłem do  swojej komendy.

Dnia  3-go otrzymałem rozkaz udania się z częścią plutonu na mobilizację do Zamościa, zaś druga połowa  oddziału  pod dowództwem Kmdta  Grupy Kmicica została na miejscu  jako  Straż  Bezpieczeństwa Publicznego wzgl. żandarmeria polska, czyli:  ja   do Zamościa przyprowadziłem jako Komendant Miejscowy   POW pół pluton 24-ch  ludzi i tyleż zostało na miejscu. Odjeżdżający mój pół pluton do Zamościa pod moim osobistym dowództwem furmankami, ludność całego miasteczka i pobliskich wiosek wraz z orkiestrą strażacką, po uprzednim  nabożeństwie w Kościele miejscowym parafialnym odprawionym przez proboszcza  ks. Sadłowskiego i udzielonym błogosławieństwie  odprowadziła 4 km. za  miasto, żegnając nas owacyjnie, co może być dziś stwierdzone przez  wszystkich mieszkańców Frampola. W Zamościu utworzono z nas I kompanię Wojsk Polskich.
Ja zostałem zatwierdzony jako sekcyjny w   II-gim plutonie. Poczem w kilka wybierano dwa plutony z   całej kompanii na ochotnika na front, z  czego  jeden pluton miał iść  pod Rawę Ruską  zaś drugi pluton  pod Włodzimierz Wołyński. Ja zgłosiłem się na ochotnika  do plutonu odchodzącego pod Włodzimierz pod d-twem ppor. Stankiewicza  z-cy  pchor.  Stelmaszczuka  Eugeniusza. W drodze po przybyciu do Hrubieszowa został pluton nasz zatrzymany i wcielony do kompanii  Hrubieszowskiej, którą dowodził  kpt. Zborowski, po oczyszczeniu z band ukraińskich  Hrubieszowa i Uściługa dotarliśmy do Włodzimierza Wołyńskiego gdzie po wypędzeniu Ukraińców  wcieleni zostaliśmy do grupy D-twa wojskowego Mjra  Bończy  jako grupa szturmowa, która w grudniu została wcieloną, a właśnie z niej  na początku  powstał baon szturmowy wówczas.  Od tego czasu do chwili  obecnej bez przerwy służę czynnie w W.P  nadmienić muszę iż z całego plutonu ja jedynie ja  jechałem na ochotnika na  front, zaś reszta peowiaków zawiodła mnie, gdyż pozostawszy  w  Zamościu w kadrze . Inni  poza mną oraz  część pozostała  w gminie z Kmdtem grupy jako straż obywatelska w kilka tygodni  po mobilizacji byli prawie wszyscy w domu nie wiem z jakiego  powodu. Wobec  tego faktu nie starałem się ani dla jednego o krzyż P.O.W. i żaden z nich dotychczas  nie posiada, gdyż w bieżącym roku będąc  na urlopie stwierdziłem**[20]

Wydrych Józef St. sierż.

Został odznaczony zarządzeniem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 25 lutego 1931 roku Medalem Niepodległości  MP 48/1932.

Krzyż Niepodległości otrzymał zarządzeniem Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 28 grudnia 1933 roku MP 23/1934[21].

Ponadto był wyróżniony: Krzyż P.O.W, Krzyż frontu Litewsko-Białoruskiego, Medal za Wojnę, Medal 10-lecia Niepodległości.

Zalewa Bernard [22]  PS. „Sokołówka”

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

1896 – 1983

Frampol ul. Ogrodowa nr 10

Dokładny życiorys i przebieg pracy ideowo-niepodległościowe:

Urodziłem się dnia  20.VIII.1896 roku we Frampolu . Dziecięce lata spędziłem pod opieką  rodziców. Później uczęszczałem do szkoły powszechnej. Po ukończeniu takowej, jako chłopiec pomagałem rodzicom w gospodarstwie domowym, a mianowicie wiłem cewki, gdyż ojciec mój zajmował się tkactwem. Mając lat 18 pomału zacząłem pracować samodzielnie, trochę
w gospodarstwie rolnym, trochę na warsztacie tkackim. W dniu 10.XI.1916 roku wstąpiłem do P.O.W.  we Frampolu, złożyłem przysięgę i zostałem wcielony do szeregów. Odbywałem wszelkie ćwiczenia dzienne i nocne, byłem na manewrach pod Szperówką, Zwierzyńcem i Goraju, brałem czynny udział w proteście Brzeskim oraz rozbrajaniu okupantów. A po rozbrojeniu okupantów wstąpiłem jako ochotnik do Wojaka Polskiego w dniu 3 listopada 1918 roku, w którym służyłem aż do ukończenia wojny Polsko-Bolszewickiej w 35pp. 10 kompanii.

Świadkowie, którzy mogą stwierdzić prawdziwość pracy niepodległościowej:

Jan Jasielski, Franciszek Oszust, Stanisław Miazga.

 Adnotacja Koła Powiatowego Związku Peowiaków w Biłgoraju: Peowiakiem był, z wojska samowolnie na kilka tygodni przyjechał do domu, a następnie sam wrócił do wojska.

Medal  Niepodległości przyznano na posiedzeniu Komitetu w dniu 9.05.1938 roku protokół 127 str. 38.

Zarządzeniem Prezydenta Rzeplitej z  19.06.1938 roku ogłoszone  MP Nr 140, poz. 245 z dnia 22.06. 1938[23] roku.

[1] Wyjątek z opisu Frampola i jego okolic etnografa Hieronima Rafała Łopacińskiego, który przygotował na jego polecenie Hieronim Brzóz w roku 1889, który w tym czasie był alumnem Seminarium Duchownego w Lublinie. W opisie nie ma ani słowa na temat ratusza stojącego pośrodku rynku:

-„Była wówczas w osadzie stacja pocztowa, szkółka początkowa i jedenaście drobnych sklepików i kramów wokół rynku. Prawdziwą jego ozdobę i osobliwość stanowi jednak stojący na środku pomnik cara Aleksandra II, ufundowany z wdzięczności na zniesienie pańszczyzny”.

[2] http://niezwyciezeni1918-2018.pl/nie/form/r593087627,DUBIEL-FRANCISZEK.html

[3]http://niezwyciezeni1918-2018.pl/nie/form/r32308144418677,NIDERLA-AUGUSTYN.html

[4] Syn Franciszka i Franciszki z Miazgów małżonków Oszustów urodzony 29 listopada 1897 roku we Frampolu. Handlowiec- zamieszkały Rynek 22 we Frampolu. Zmienił nazwisko na Ostaszewski. Zmarł 15.06.1960 r. spoczywa na Frampolskim cmentarzu.

[5] http://niezwyciezeni1918-2018.pl/nie/form/r60319909501818,OSZUST-ANDRZEJ.html

[6] W 1953 zmienił nazwisko na Osiński

[7] Brat mojej mamy.

[8] Syn Teofila i Zofii z Filipowiczów małżonków Oszustów. We Frampolu -„Kręcony Franek”.

[9]http://niezwyciezeni1918-2018.pl/nie/form/r5242320630111,OSZUST-FRANCISZEK.html

[10]  Syn Mateusza i Marianny z Wydrychów ur. 18 stycznia 1900. Zamieszkiwał we Frampolu przy ulicy Orzechowej.

[11]http://niezwyciezeni1918-2018.pl/nie/form/r7751198359459,OSZUST-STANISLAW.html

[12] Pochowany na Frampolskim cmentarzu.

[13] Bezpośrednim przełożonym J. Siemczyka był Strużak Robert miejscowy komendant, komendantem obwodu był Józef Miazga PS. Kmicic.  Józef Siemczyk PS. Bagnet pełnił funkcję łącznika od 10.03.1917 do 6.11.1918.

[14] http://niezwyciezeni1918-2018.pl/nie/form/r203236744,SIEMCZYK-JOZEF.html

[15] http://niezwyciezeni1918-2018.pl/nie/form/r61963007423843,STRUZAK-ROBERT.html

[16] Syn Stanisława i Weroniki z Dubielów małżonków Wąsków. Bolesław Wąsek był najstarszym z dzieci Weroniki i Stanisława Wąsków. Urodził się 24 lipca 1897 roku we Frampolu i tu mieszkał ze swoją rodziną aż do tragicznej śmierci w dniu 23 lutego 1944 roku.

[17] http://niezwyciezeni1918-2018.pl/nie/form/r25514255437,WASEK-BOLESLAW.html

[18]  W czasie II wojny światowej Bolesław ps. Sęp był komendantem WOSP (Wojskowej Służby Ochrony Powstania) rejonu „Liceum”, do organizacji należały wszystkie jego dzieci poza najmłodszą Zosią. Bolesław „junior” ps. „Grot”, Irena ps. „Jolanta”, Zdzisław ps. „Tygrys”, cały dom Bolesława był do dyspozycji organizacji. Zmarł w wyniku odniesionych ran wioząc z synem Bolesławem „juniorem” meldunek do leśnych oddziałów partyzanckich „ Ojca Jana”, o stacjonujących we Frampolu oddziałach wojskowych. Pochowany na Frampolskim cmentarzu.

[19] Tekst pomiędzy znakami ** nie jest w pełni zgodny z oryginałem ponieważ brak jest części tekstu przy prawym marginesie.

[20] Na tym kończy się życiorys sporządzony przez J. Wydrycha

[21] http://niezwyciezeni1918-2018.pl/nie/form/r344726110,WYDRYCH-JOZEF.html

[22] Syn Tomasza i Karoliny z Oleszków małżonków Zalewów.

[23] http://niezwyciezeni1918-2018.pl/nie/form/r723128229391,ZALEWA-BERNARD.html

Polska Organizacja Wojskowa we Frampolu cz. VI.

P.O.W. Frampol cz.VI.

W tej części poświeconej członkom P.O.W. z Frampola, którzy działali na rzecz Niepodległości i ubiegali się o nadanie Krzyża bądź Medalu Niepodległości przedstawię Miazgów. Rodzina Miazgów jedna z liczniejszych rodzin we Frampolu reprezentowana tu jest przez kilka osób. Nie wiem czy są to wszystkie osoby o tym nazwisku, które działały na rzecz odzyskania niepodległości.  Nie wszyscy też z ubiegających się,  jak i to miało miejsce wobec wcześniej opisanych zostali uhonorowani.

Sylwetki  Miazgów Erazma i Stanisława mogliśmy poznać wcześniej, kiedy przedstawiałem na moim blogu 4 marca 2011:

–„Opis prześladowań Frampola przez Moskali w roku 1897” spisany przez córkę Stanisława Miazgi Mariannę 20 lipca 1927 roku. Ojciec mój, jak pisze Marianna  Stanisław Miazga był promotorem różańca świętego w śpiewie, stryj Jan Miazga dozorcą kościelnym, stryjek Erazm Miazga był zakrystianem i śpiewakiem chóralnym. Serafin Miazga również był śpiewakiem i zarazem organistą. Aleksander Kość pomagał im gorliwie w tej pracy pobożnej.

-„Komendantem obwodu był wówczas  Miazga Józef s. Jana „Kmicic”. Ponieważ był słuchaczem Uniwersytetu w Warszawie w czasie jego nieobecności zastępował Go Niderla Augustyn s. Józefa – „Rejtan Tadeusz”. Wiele jeszcze obywateli o szlachetnych uczuciach, jak Miazga Stanisław i Miazga Jan – synowie Andrzeja, Kość Aleksander byli wywiezieni przez moskali do Odessy, za sprawy niepodległościowe przed 1904 rokiem”.

W pracach na rzecz P.O.W.  angażowały się również kobiety, wśród ich były córki Stanisława i Erazma Miazgów.

-„Służba zdrowia zorganizowana z kobiet: – Miażdżanka Klementyna, – Miażdżanka Maria córki Stanisława, Maciurzyńska Maria, Wąskówna Maria – obecnie Dziubowa. Miażdżanka Maria córka Erazma- obecnie Oszustowiczówna[1].

Miazga Erazm[2]

Erazm Miazga 06.04.1919

1866 -1948

Skrócony życiorys mieszkańca osady Frampol, gminy Frampol, powiatu biłgorajskiego Erazma  Miazgi syna Andrzeja i Marianny z Oszustów, urodzonego w dniu 7 grudnia  1865 r. w osadzie i gminie  Frampol, gdzie do obecnego czasu zamieszkuje.

Urodziłem się w osadzie  i gminie, Frampol w dniu 7 grudnia 1865 roku z ojca Andrzeja i matki Marianny z Oszustów, którzy trudnili się rolnictwem posiadając około 15-to morgowe gospodarstwo rolne, zaś w miesiącach zimowych, ubocznie dorywczo  trudnili się tkactwem. Wówczas jako 28 letni młodzieniec zostałem zaangażowany do czynnych wystąpień oraz kolportowania tych pism i książek przez księdza Józefa Żyszkiewicza, pod którego kierownictwem łącznie z innymi pracowałem do roku 1897, ponieważ jednak znaleźli żandarmi rosyjscy w naszym domu kilka książek Polskich nielegalnych wówczas oraz pisma „Polak” w roku 1897 w miesiącu kwietniu ja i mój brat Stanisław Miazga zostaliśmy aresztowani i wywiezieni przez żandarmów rosyjskich do więzienia  na Zamku  w Lublinie, gdzie przebywaliśmy przez siedem tygodni, poczem zwolnieni, a następnie w miesiącu wrześniu  1899 roku otrzymaliśmy nakaz opuszczenia granic byłej Polski i udania się do miasta Odessy na dwa lata, gdzie zmuszeni byliśmy wyjechać i tam przebywaliśmy do miesiąca września 1901 roku. Po powrocie z wysyłki do Odessy dalej pracowaliśmy niepodległościowo, lecz więcej ostrożnie z byłym właścicielem  (dziś nieżyjącym)  majątku Smoryń, w gminie Frampol  Janem Brandtem, w następstwie czego w latach 1905 do 1907 roku zorganizowaliśmy w osadzie Frampol Ochotniczą Straż Pożarną, Kasę Stefczyka (dawniej Spółdzielcza Kasa) oaz Stowarzyszenie Spożywców. Kiedy byliśmy zesłani do Odessy ja i mój brat Stanisław  Miazga razem ojciec nasz mający wówczas około 67 lat tak się naszą wysyłką przejął, że leżał chory blisko rok, poczem uległ paraliżowi i zmarł, tak, że gdy powróciliśmy do domu ojciec nasz już nie żył, zaś gospodarstwo z braku rąk do pracy było całkowicie zrujnowane.-

Zaznaczam przy tem,  że do obecnego czasu interesuje się pracami społecznymi   włącznie od zarania Niepodległości  Państwa Polskiego,  idąc po linii,  jaką mam wskazał Wielki  Nasz Wódz I Marszałek Polski Józef Piłsudski.

-osada Frampol, dnia 5 listopada 1937 r.                          – podpis Erazm Miazga

My niżej podpisani mieszkańcy osady i gminy Frampol stwierdzamy prawdziwość co do słowa powyżej przytoczonego życiorysu p. Erazma Miazgi syna Andrzeja i Marianny z Oszustów, co możemy, jako naoczni świadkowie dokładnie obznajomieni z pracą Niepodległościową wymienionego w każdej chwili przysięgą.

Powyższe stwierdzamy własnoręcznemi podpisami.

Osada Frampol dnia 6 listopada 1937 roku: Teofil Oszust, Jan Wąsek, Stanisław Miazga, Franciszek Miazga.

Zarząd Gminy we Frampolu we Frampolu                 osada Frampol, dnia 27 listopada 1937 r.

powiatu biłgorajskiego

Z a ś w i a d c z e n i e.

Zarząd Gminy we Frampolu, niniejszem zaświadcza, że p. Erazm Miazga syn Andrzeja i Marianny urodzony w 1865 roku ,z zamkniętych księgach ludności stałej osady Frampol, tom 1, str.124 posiada adnotację w jeżyku rosyjskim: -„Pozostał  pod nadzorem policji od 1898 roku Nr 6869n,zaś jak można-było ustalić z zeznań świadków wymieniony pozostawał pod nadzorem policji za bojkotowanie zarządzeń władz rosyjskich, za co był aresztowany oraz później wydalony na okres dwuletni do Odessy.-                                          Zaświadczenie niniejsze wydaje się p. Erazmowi Miazdze celem przedłożenia Odnośnym Władzom.-

Podpisał Wójt gminy Frampol: Jan Dziuba podpis nieczytelny. Pieczęć okrągła Zarządu Gminy Frampol pow. Biłgorajski.

Komitet Krzyża i Medalu Niepodległości odrzucił wniosek na posiedzeniu Komitetu w dniu 21.06.1937 protokół posiedzenia  129.

Miazga Stanisław.

Stanisław Miazga

1860 – 1945

Skrócony życiorys mieszkańca osady Frampol, gminy Frampol, powiatu biłgorajskiego. Stanisława  Miazgi syna Andrzeja i Marianny z Oszustów, urodzonego dnia 5 maja 1860 r. w osadzie i gminie  Frampol, gdzie do obecnego czasu zamieszkuje.

Urodziłem się w osadzie  i gminie, Frampol w dniu 5 maja 1860 roku z ojca Andrzeja i matki Marianny z Oszustów, którzy trudnili się rolnictwem posiadając około 15-to morgowe gospodarstwo rolne, zaś w miesiącach zimowych, ubocznie dorywczo  trudnili się tkactwem.

Kiedy miałem około lat 37,przybył do Parafii Rzymsko Katolickiej ksiądz Józef Żyszkiewicz, obecnie kanonik Rzymsko katolickiej parafii Mełgiew, który rozwinął pracę niepodległościową przez bojkotowanie zarządzeń władz rosyjskich ,bojkotowanie nauczania dzieci z Frampola w szkole języka rosyjskiego ,oraz rozpowszechnianie wówczas nielegalnych książek o Polsce i pism sprowadzanych z za kordonu granicznego byłej Galicji,  jak. „Polak” , „Zorza” i t. p.  Wówczas jako 37 letni młodzieniec zostałem zaangażowany do czynnych wystąpień przeciw władzom rosyjskim, a w szczególności przeciw nauczaniu języka rosyjskiego w miejscowej szkole przez nauczyciela nazwiskiem Kowalski , który szpiegował wszelkie nasze poczynania, jak również kolportowałem otrzymywane od księdza  Żyszkiewicza  książki i pisma jak „Polak’ „Zorza” itp. do roku 1897,ponieważ  jednak podczas jednej z rewizji stale przeprowadzanych w domu ojca gdzie mieszkaliśmy żandarmi znaleźli w domu naszym kilka książek nielegalnych oraz pisma „Polek” w roku 1897 w miesiącu kwietniu ja i mój brat Erazm Miazga zostaliśmy aresztowani, ja byłem aresztowany na dwa tygodnie przed moim bratem i odstawiony do więzienia w Zamościu gdzie siedziałem przeszło dwa tygodnie poczem byłem odstawiony do więzienia na Zamku w Lublinie, tam zaś po licznych śledztwach po  za siedem tygodni zostałem zwolniony,  z tem,  że nam się stawić zaraz do Naczelnika Powiatu w Zamościu, gdzie pros to z Lublina się udałem, razem z innymi i łącznie z bratem Erazmem Miazgą  u Naczelnika Powiatu w Zamościu wszyscy inni zostali zwolnieni do domu zaś  ja zostałem aresztowany i odstawiony do więzienia w Janowie Lubelskim, gdzie z orzeczenia administracyjnego za czynne wystąpienia przeciw nauczaniu języka rosyjskiego w szkole Frampolskiej odsiedziałem jeden miesiąc aresztu czyli z więzienia w Janowie Lubelskim zostałem zwolniony w początkach, miesiąca lipca 1897 roku, zaś po około dnu latach w miesiącu wrześniu 1899 roku zostałem wydalony z granic Polski do Odessy na dwa lata gdzie przebywałem do miesiąca września 1901 roku.

Po powrocie z wysyłki z Odessy dalej pracowałem niepodległościowo lecz więcej ostrożnie z byłym właścicielem majątku Smoryń Janem Brandtem, następstwie czego w latach 1905 do 1907 roku zorganizowaliśmy we Frampolu Ochotniczą Straż Pożarną, Kasę Stefczyka /dawniej Spółdzielcza Kasa/ oraz Stowarzyszenie Spożywców. Kiedy byliśmy zesłani do Odessy ja i mój brat Erazm Miazga razem ojciec nasz mający wówczas około 67 lat tak się przejął naszą wysyłką, że rozchorował się i leżał około rok, a następnie uległ paraliżowi i zmarł, tak że gdy powróciliśmy do domu ojciec nasz już nie żył, zaś gospodarstwo z braku rąk do pracy było całkowicie zrujnowane.- Nadmieniam że za prace w obronie religii Rzymsko Katolickiej zostałem odznaczony przez Ojca Świętego: – Medalem Zasługi. -Zaznaczam przytem,  że do obecnego czasu interesuje się pracami społecznymi   włącznie od zarania Niepodległości  Państwa Polskiego,  idąc po linii,  jaką mam wskazał Wielki  Nasz Wódz I Marszałek Polski Józef Piłsudski.

-osada Frampol, dnia 26 listopada 1937 r. – Podpis: Stanisław Miazga.

My niżej podpisani mieszkańcy osady i gminy Frampol stwierdzamy prawdziwość co do słowa powyżej przytoczonego życiorysu p. Stanisława Miazgi syna Andrzeja i Marianny z Oszustów, co możemy, jako naoczni świadkowie dokładnie obznajomieni z pracą Niepodległościową wymienionego w każdej chwili przysięgą. Powyższe stwierdzamy własnoręcznemi podpisami. Osada Frampol dnia 26 listopada 1937 roku: Adam Filipowicz, Franciszek Oszust, Antoni Krawczyk, Leonard Kras, Józef Filipowicz, Nikodem Dubiel.

Zarząd Gminy we Frampolu                                                osada Frampol, dnia 27 listopada 1937r. powiatu biłgorajskiego

L:Z/M/937,

Z a ś w i a d c z e n i e.

Zarząd gminny we Frampolu ,niniejszym zaświadcza, że mieszkaniec osady  Frampol, gminy tutejszej  Stanisław  Miazga syn Andrzeja urodzony w 1860 roku, posiada adnotację w zamkniętych księgach ludności stałej tom I, stronica 520 następującej treści w języku rosyjskim: -„Pozo­staje pod nadzorem policyjnym od  1898 roku Kr.6869”,przytem jak wy­nika z zeznań świadków wymieniony pozostawał pod nadzorem policji za bojkotowanie zarządzeń władz rosyjskich oraz  rozpowszechnianie  nielegalnych książek i pism, za co również  „był aresztowany, odsiady­wał karę w więzieniu, a następnie „był wydalony na okres dwuletni do Odessy.

Zaświadczenie niniejsze wydaje się p. Miazdze Stanisławowi ce­lem przedłożenia Odnośnym Władzom.

– Podpisał Wójt Gminy Frampol Jan Dziuba podpis nieczytelny.                                                  Pieczęć okrągła Zarządu Gminy Frampol pow. Biłgorajski.

Komitet Krzyża i Medalu Niepodległości odrzucił wniosek na posiedzeniu Komitetu w dniu 21.06.1937 protokół posiedzenia  129.

Miazga Jan[3]

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

1897 – 1977

Dokładny życiorys i przebieg pracy ideowo-niepodległościowej:

Urodziłem się w miesiącu styczniu 1897 we Frampolu. Młodzieńcze lata spędziłem  pod opieką rodziców, mając lat 15 zacząłem poszukiwać pracy na utrzymanie rodziców i siebie, gdyż rodzice  moi byli niezamożnymi.
W roku 1916 w miesiącu styczniu zapisałem się do POW we Frampolu, wszelkie rozkazy i polecenia spełniałem uczciwie, brałem udział w manewrach w Szperówce koło Szczebrzeszyna pod  Zwierzyńcem n/Wieprzem i pod Gorajcem. Brałem czynny udział w proteście Brzeskim w rozbrojeniu okupantów. Ukończyłem 3 tygodniowy kurs Peowiacki w Lublinie, a po rozbrojeniu okupantów w dniu 6 listopada wstąpiłem do tworzącej się Armii Polskiej, jako ochotnik  pełniąc służbę sanitariusza przy szpitalu wojskowym w Zamościu. Po zakończeniu wojny Polsko-Bolszewickiej zostałem zwolniony do cywila.

Podpisał Jan Miazga.

Świadkowie, którzy mogą stwierdzić prawdziwość pracy niepodległościowej:

Bolesław Wąsek, Andrzej Oszust, Stanisław Miazga.

Odznaczenie: Medal Niepodległości przyznano na posiedzeniu Komitetu 22.02.1937.  Zarządzenie  Prezydenta RP ogłoszono  dnia 05.08.1937 w MP nr 178 poz.249[4].

Miazga Józef[5]  PS. „Kmicic”

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

1895 -1955

  1. Dokładny życiorys i przebieg pracy ideowo-niepodległościowej:

Urodzony we Frampolu pow. Biłgorajskiego w sierpniu 1895r. Ukończył gimnazjum i dwa lata studiował na uniwersytecie w Warszawie. W styczniu 1916 r. zorganizował Komendę miejscową P.O.W, we Frampolu, która liczyła kilkudziesięciu członków. Był jej ko­mendantem następnie mianowany został Komendantem podobwodu Okr. 8 a. Zorganizował Komendy miejscowe P.O.W. w Goraju, Gorajcu, Teodorówce i Sokołówce.

W roku 1916-17-tym całkowicie oddaje się szkoleniu w mustrze swych oddziałów. Nagromadził i przechowywał broń i amunicję. Kilkakrotnie aresztowany i karany przez okupanta.  Prowadzi konspiracyjną robotę przeciw nim. Ze swojemi oddziałami rozbraja okupantów na lokalnym terenie. W listopadzie 1918 r. wstępuje z odziałem do W.P. a i roku 1920-tym powtórnie. Obecnie pracuje we Frampolu w przemyśle lnianym.

Odznaczenie: Medal Niepodległości przyznano na posiedzeniu Komitetu 19.04.1937.  Zarządzenie  Prezydenta RP ogłoszono  dnia 8.11.1937 w MP nr 259, poz.409.

Komitetu Krzyża i Medalu Niepodległości

            w Warszawie

Miazgi Józefa Frampol pow. Biłgoraj

Otrzymałem zawiadomienie za N 15/25515,że w dniu 8 listo­pada b.r. zostałem odznaczony Medalem Niepodległości.

Mając zaszczyt otrzymać odznaczenie Niepodległościowe, jednocześnie czuje się pokrzywdzonym, z racji nie przyznania mi Krzyża Niepodległości, który mi przysługuje.

Prowadziłem prace Niepodległościowe jeszcze w gimnazjum rosyjskiem. Zorganizowałem kilka komend miejscowych P.O.W. byłem ko­mendantem miejscowym we Frampolu, później komendantem podobwodu ok. 8, przez dwa lata wyłącznie poświęcałem się organizacją i szkoleniem członków P.O.W. Za moją przyczyną komendy P.O.W. powiększały swych  członków do kilkudziesięciu. Byłem prześladowany i aresztowany i ka­rany za przechowywanie broni, nocowanie i ukrywanie legionistów, instruktorów i kurierów P.O.W. Na rozkaz mobilizacyjny wstąpiłem do Wojska Polskiego na czele oddziału kilkudziesięciu ludzi. Tym bardziej uważam się za pokrzywdzonego, że byli moi podkomendni, którzy wstąpili do P.O.W. za moją namową, otrzymali niektórzy Krzyże „: Niepodległości owe”.

Przeto zwracam się z prośbą o zrewidowanie akt i przyzna­nie mi Krzyża Niepodległościowego. O pracy mojej stwierdzić mogą b. komendant okręgu Sowa-Lelek i b. komendant obwodu Sitarz Franciszek, obaj zamieszkali w Lublinie.

Zaznaczam że przez Okręgową Komisję Odznaczeniową w Lublinie, zosta­łem przedstawiony do Krzyża Niepodległości.

  Frampol dnia 14 grudnia 1937 r.

Brak informacji czy otrzymał Krzyż Niepodległości

Być może, że odznaczenie nie zostało przyznane w związku z głośnym procesem karnym.

Miazga Lucjan[6] PS. „Sosna”

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

1899 – 1978

Dokładny życiorys i przebieg pracy ideowo-niepodległościowe:

Wstąpiłem do POW w  dniu 10 marca 1917 roku we Frampolu, gdzie pełniłem funkcję szeregowego. Wszelkie rozkazy sumiennie  wypełniałem biorąc czynny udział w proteście Brzeskim, w rozbrojeniu zostałem pobity przez austriackiego oficera w czasie służby. Wówczas oficerowie austriaccy wywozili mundury samochodami, lecz na to interweniowałem i sam odebrałem  samochód ciężarowy mundurów na rzecz przyszłej armii Polskiej. Brałem udział we wszystkich ćwiczeniach POW odbywających  na terenie miejscowem poza Frampolem. Po rozbrojeniu okupantów wstąpiłem w  dniu 3 listopada 1918 roku do 35 pp. Jako ochotnik poczem zostałem przydzielony do żandarmerii wojskowej, gdzie służyłem do zwolnienia nie 1921 roku.

Świadkowie, którzy mogą stwierdzić prawdziwość pracy niepodległościowej:

Chodaczyński Stanisław, Oszust Stanisław zam. Frampol. pow. Biłgoraj.

Odznaczenie: Medal Niepodległości przyznano na posiedzeniu Komitetu 15.03.1937.  Zarządzenie  Prezydenta RP ogłoszono  dnia 8.11.1937 w MP nr 259, poz.409[7].

Miazga Wacław  s Pawła.

1869 –

Przedstawiam pismo jakie wystosował do Komitetu Krzyża i Medalu Niepodległości Wacław Miazga s. Pawła zam. we Frampolu.

Prośba

Niniejszym proszę łaskawie o przyznanie i odznaczenia za moją pracę Niepodległościową w latach 1904-6 r.

Urodziłem się we Frampolu w m. wrześniu 1869  r. Ukończyłem miejscową szkołę powszechną, a następnie nauczyłem się tkactwa, zaś obecnym moim zajęciem jest praca na roli.

W 1904 r. wstąpiłem we Frampolu jako członek zaprzysiężony do tajnej Organizacji Niepodległościowej założonej prze śp.  Moskalewskiego Stanisława ówczesnego pracownika Ordynacji Zamojskiej, a późniejszego Wojewodę Lubelskiego. Praca w tej organizacji prowadzona była w dwóch kierunkach:

  1. Uświadamianie i wykuwanie silnych charakterów, któryby z  oddaniem życia i mienia walczyły o wolność uciemiężonego narodu,
  2. Robota sabotażowa i stałe nękanie nienawistnego zaborcy.

Działalnością tej organizacji kierował p. Moskalewski Stanisław i p. Kwiatkowski, który po odzyskaniu niepodległości był Inspektorem Wojewódzkim PZU w Lublinie, a obecnie zdaje się piastuje ten sam urząd w Brześciu nad Bugiem. Zebrania konspiracyjne odbywały się w lasach, bądź to na cmentarzu grzebalnym lub w prywatnych domach. Kierownikiem oddziału we Frampolu był Leon Maciurzyński, obecnie zamieszkały w Zamościu przy ul. Piłsudskiego 45. Na zebraniach panowie Moskalewski, Kwiatkowski i inni wygłaszali odczyty o wielkich wodzach polskich, o świetnych dziejach Narodu Polskiego, wpajając w nas dumę narodową,  urabiając nas na silnych i odważnych obywateli, gotowych na wszelkie poświęcenia, by zrzucić jarzmo niewoli.                              Gdy w 1904 r. otrzymaliśmy polecenie od zwierzchnich władz organizacyjnych, że chwila jest ważna, że trzeba przygotować się do możliwego objęcia władzy w swe ręce przeprowadziliśmy w swej organizacji  zebranie przedwyborcze na którym przydzielono poszczególne funkcje urzędowe osobom z pośród członków organizacji, a następnie za naszą agitacją odbyło się jawne zebranie gminne, na którym przeprowadziliśmy wybory funkcjonariuszów zarządu gminnego jak: wójta, sekretarza, sołtysów itp., przeprowadziliśmy uchwałę, że odtąd urzędowanie ma się odbywać w języku polskim. Protokół z tego zebrania został sporządzony w j. polskim i załączony do akt uchwał zebrań gminnych.

Ten śmiały czyn spotkał się z represją zaborcy, bo do miasteczka naszego wtargnęła sotnia kozaków wraz z naczelnikiem powiatu, chcąc nas pod grozą szabel i dzid zmusić nas do zrzeczenia się tej uchwały. Myśmy jednak twardo stali przy swoim. Naczelnik powiatu uchyli naszą uchwałę, to my wnieśliśmy odwołanie od jego decyzji do gubernatora i przedłożyliśmy naczelnikowi dowód urzędu pocztowego o wniesieniu odwołania do gubernatora, naczelnik pieniąc się ze złości i odgrażając odjechał niepyszny ze swoimi mołojcami.                                                                                                        W życiu organizacji brałem czynny udział , byłem skarbnikiem tej organizacji, zaś na manifestacyjnym zebraniu gminnym, o którym napisałem powyżej – zostałem wybrany sołtysem. Na zebrania i zbiórki uczęszczałem punktualnie, wykonywałem posłusznie zlecenia władz organizacyjnych czy to przy kolportowaniu pism, broszur politycznych, jak „Polak”, „Ziemia Chełmska” i innych, czy to biorąc udział w robocie sabotażowej, zamalowywaniu napisów rosyjskich, wybijaniu okien itp. W chwilach gorących nigdy mnie nie brakowało.                                                                                                                        Prawdziwość zapodanych powyżej faktów stwierdzam własnoręcznym podpisem

Frampol dn. 28.XII.1937 r.                                                                                  Wacław Miazga

My niżej podpisani, jako członkowie tajnej Organizacji Niepodległościowej w latach 1904-6 r. własnoręcznym podpisem stwierdzamy wiarygodność wyżej przytoczonych faktów:

Paulin Jasiński, Józef Filipowicz, Władysław Miazga, Adam Filipowicz, Aleksander Śliwiński, Leonard Kras.

Własnoręczność podpisów stwierdził ówczesny Wójt Gminy Frampol: Jan Dziuba.

Adnotacja pa piśmie :Brak podstaw 15870.

 

[1] Wyjątki z ankiety  opracowanej przez Pana Niderlę na prośbę Wojskowego Biura Historycznego w związku z opracowywaniem przez tą instytucję monografii P.O.W. i jej roli w dziele odzyskania niepodległości i późniejszej organizacji wojska polskiego.

[2] Erazm Miazga  1866-1948 syn Andrzeja i Marianny z Oszustów ożenił się w roku 1889 z Teofilą Dubiel, siostrą mojej babki Weroniki z Dubielów Wąskowej. Związek małżeński zawarty został 15(22) stycznia 1889 roku

[3] Syn  Ignacego i Marianny z Tujaków urodzony 17 stycznia 1897 roku w Wólce Abramowskiej gm. Goraj.

[4] http://niezwyciezeni1918-2018.pl/nie/form/r74219653,MIAZGA-JAN.html

[5] Syn Jana i Magdaleny z Filipowiczów ur. 11 sierpnia 1895 roku we Frampolu zmarł 15.06.1955 r. pochowany na Frampolskim cmentarzu.

[6] Syn Mikołaja i Eugenii- Pelagii zd. Gabryszewska ur. 16.04.1899 r.  we Frampolu ul. Wesoła 3. „Lucio-Lucio”.

[7] http://niezwyciezeni1918-2018.pl/nie/form/r9432556201,MIAZGA-LUCJAN.html

Polska Organizacja Wojskowa we Frampolu V.a.

W poprzednim wpisie na moim blogu przedstawiłem Maciurzyńskich synów Andrzeja, którzy działali Polskiej Organizacji Wojskowej nie tylko na terenie Frampola i powiatu zamojskiego, do którego Frampol należał. W tym wpisie przedstawiam dwóch synów, jakich miał Franciszek Maciurzyński, którzy działali w P.O.W. i ubiegali się o nadanie Krzyża bądź Medalu Niepodległości. a mianowicie Leona i Stanisława. Przynajmniej kilka zdań należy napisać o jednej z córek Franciszka Mariannie, która, jak pisze w ankiecie o Frampolskiej P.O.W [1]działała w kobiecej służbie zdrowia Augustyn Niderla.

 

Maciurzyński Leon[2]

1887 – 1953

Do Komitetu Krzyży i Medalu Niepodległości ·
w Warszawie, Al. Ujazdowskie 1

Leona Maciurzyńskiego mieszkańca m. Zamościa, ·ul. Marsz. Piłsudskiego 45

P O D A N I E.

Załączam przy niniejszem dowód należenia do organizacji tajnej niepodległościowej w latach 1904 – 1906 w organizacji ludzi starsz., dowód zorganizowania i prowadzenia przeze mnie organizacji tajnej młodzieży, oraz dowód aresztowania mnie i wywiezienia przez Moskali. Na podstawie powyższych dowodów uprzejmie proszę o zaliczenie mnie do pracowników niepodległościowych i przedstawienie mnie do od­znaczenia właściwego mojej działalności i stanowisku więźnia politycz­nego odznaką Niepodległości.

Mój krótki życiorys:

Urodziłem się 30 marca 1887 r. we Frampolu, pow. dawnie i zamojskie­go, a obecnie pow. biłgorajskiego. Ojciec mój Franciszek, austr.  poddany z Radomyśla nad Sanem, osiedlił się za paszportem i ożenił z poddaną ros. Katarzyną z Miazgów i mieszkał stale we Frampolu, za paszportem.

Początkowe nauki brałem we frampolskiej szkole początkowej, a później uczyłem się prywatnie, gdyż jako obcy poddany w progimnazjum zamojskiem nie zostałem przyjęty, gdzie zgłoszony byłem do 2 klasy.                                                                                                      W latach 1900 – 1903- uczyłem się częściowo w domu, częściowo w Galicji.

W 1904 r. została u nas we Frampolu założona szkoła tkacka przez śp. Stanisława Moskalewskiego i ja do tej szkoły wstąpiłem, a po jej ukończeniu odbyłem kurs kilkomiesięczny w Stanisławowie pod Warszawą w 1905 r. oraz w Krośnie w ciągu 4 tygodni. W listopadzie założyliśmy spółkę tkacką we Frampo­lu, której byłem Kierownikiem do 4 listopada 1906 r.

Pracowałem w akcji politycznej prowadzonej przez śp. St. Moskalewskiego od 1903 r.
i należałem do tajnego koła niepodległościowego zor­ganizowanego przez Moskalewskiego, a na jego rozkaz zawiązywałem koła – po okolicznych wsiach, oraz koła młodzieży osobno, które się znajdowały, pod moim kierownictwem. Byłem członkiem delegatem do władz powiatowych organizacji i co miesiąc jeździłem na zebrania powiatowe sprawozdaw­cze do Zwierzyńca.                                                                                  W zorganizowanej poczcie przez Moskalewskiego, przez którą, przychodziła nielegalna literatura z Galicji do Królestwa i Lit­wy, ja otrzymałem odcinek od Ulanowa w Galicji, do Zwierzyńca ( Ord. Za­mojskich). Przez mój etap przewożone były pisma „Polak”, „Socjaldemokra­ta Królestwa i Litwy” , (o ile mnie pamięć nie myli taki był tytuł soc. Pisma), wszelkiego rodzaju druki nielegalne, niepodległościowe, broszu­ry i małe książeczki o treści historycznej i niepodległościowej, oraz rewolwery i naboje do nich. Przewoziłem również ludzi w obie strony jadące drogę, nielegalną, między nimi był raz pułkownik armji rosyjskiej Polak. Dnia 4 listopada 1906 r. zostałem ostrzeżony, że mam być areszto­wany, więc tego dnia wieczorem opuściłem dom i w nocy byłem już w Galic­ji, kiedy byli w domu ojca mojego po mnie żandarmi rosyjscy.

Do września 1910 r. byłem w Stanach Zjednoczonych w Ludlow Mass. gdzie należałem do 59 Oddziału Związku Młodzieży Polskiej w U.S.A przez trzy lata byłem członkiem Zarządu Oddziału.
Po śmierci Stołypina wróci­łem do rodzinnego miasta i dalej pracowałem przez 1911 r. w organizacji tajnej, ale 3 stycznia 1912 r. zostałem aresztowany i wywieziony przez Zamość – Tomaszów do Galicji. Do 1915 r. pracowałem jako kierownik składnicy Kółka Rolniczego ( handlu nauczyłem się w Ameryce).  W 1913 r. odby­łem służbę wojskową austryjacką  w ersatz rezerwie przez 8 tygodni, a w 1914 r. na mobilizacji otrzymałem 4 tyg. urlopu z powodu choroby. W cza­sie urlopu miejscowość Mielnica pow. Borszczów, gdzie byłem kierownikiem składu została zajęta przez Moskali i ja zostałem wywieziony do podolskiej gub,  gdzie pracowałem we dworze jako kancelista, a w końcu buchalter w ma­jątku Barbary Hanenko w Mogilnie pow. Hajsyn[3].

Na wieść o wolnej Polsce wróciłem 31 grudnia 1918 r. i osiedli­łem sie w Zamościu. Tu pracując we własnym przedsiębiorstwie handlowem byłem współzałożycielem T-wa Rozwój oddział w Zamościu  i Stow. Kupców Polskich w którym 19-ty rok jestem w zarządzie.

Do żadnej organizacji politycznej nie należałem w niepodległej Już Polsce, a byłem bliski Stronnictwu Narodowemu. Od śmierci śp. Marszałka Piłsudskiego zerwałem tę słabą łączność ze Str. Narodowem, gdyż nikczemny stosunek Stronnictwa do majestatu śmierci Największe­go Polaka bardzo boleśnie mnie dotknął. Do politycznych partii nie na­leżę dla tego, że w Ameryce wyrobiłem sobie opinię, że wtedy tylko Polska silną będzie kiedy pozbędzie się klas i stanów, a dobro Narodu będzie najwyższem dla Polaka hasłem.

Zamość dnia 3 grudnia 1937 roku   podpis:  Leon Maciurzyński

3 załączniki:

Ja niżej podpisany Jan Wąsek syn Józefa mieszkaniec osady Frampol, powiatu Biłgorajskiego, mający obecnie lat 72, były  wójt    gminy Frampol  w latach od 1905 do 1914 roku włącznie, za czasów rosyjskich, wiedząc że za fałszywe zeznanie grozi mi odpowiedzialność osobista, oświadczam co następuje:

– „Kiedy byłem wójtem gminy Frampol, jak wyżej zaznaczone, w pierwszych dniach miesiąca stycznia prawdopodobnie dnia 2 stycznia 1912 roku, nadeszło od Naczelnika Powiatu pismo z Zamościa, na skutek zarządzenia Generał-Gubernatora z Warszawy, by zaaresztować p. Leona Maciurzyńskiego syna Franciszka urodzonego w dniu 30 marca 1887 roku we Frampolu, i odstawić go do dyspozycji Naczelnika Powiatu w Zamościu celem odeskortowania go zagranicę do byłej Galicji, jako szkodliwego działacza przeciwko ówczesnym Władzom Rosyjskim”.
Polecenie to wykonałem.

Osada Frampol  dnia 4 listopada 1937 r. Podpisał Jan Wąsek

Własnoręczność podpisu Jana Wąska mieszkańca osady Frampol, byłego wójta gminy Frampol zaświadczył Wójt Gminy Frampol Jan Dziuba podpis nieczytelny 4 listopad 1937 r.

 Zaświadczenie.

My niżej podpisani stwierdzamy że p. Leon  Maciurzyński, zamieszkały w Zamościu był  członkiem tajnej Organizacji  we Frampolu przez śp. Stanisława Moskalewskiego i był delegatem z Frampola do władz powiatowy  Organizacji. Osobiście Kierować zawożonymi przez siebie Kołami Młodzieży Niepodległościowej we Frampolu i okolicznych wioskach. Był kierownikiem etapu Ulanów – Zwierzyniec, – drogi po której przycho­dziła z Krakowa do Królestwa nielegalna literatura niepodległościowa, a cza­sem broń (rewolwery i naboje), oraz nielegalny przejazd przez granicę. Tajną działalnością w latach 1904 – 1906 p. Maciurzyński bardzo się przyczynił do podniesienia uświadomienia narodowego naszej okolicy. W końcu 1906 roku musiał p. Maciurzyński uciec za granicę unikając aresztowania. Po powrocie w   roku 1910 roku owocnie pracował nadal do chwili aresztowania go przez władze rosyjskie i wydalenia z granic państwa jako cudzoziemca, co nastąpiło w  styczniu 1912 roku.
Frampol dnia 3 listopada 1937

 Członkowie Tajnej Organizacji Niepodległościowej  we Frampolu:

Adam Filipowicz l 68, Paulin Jasiński l. 59, Franciszek Dubiel l. 60, Wacław Miazga l. 68, Józef Filipowicz l. 63, Erazm Miazga l. 72, Stanisław Miazga l. 77, Franciszek Oszust l. 67.

Własnoręczność podpisów w/w stwierdza Wójt Gminy Frampol Jan Dziuba 5 listopad 1937 r.

Brak jest informacji o tym, czy Leon Maciurzyński otrzymał Krzyż, bądź Medal Niepodległości. W wykazie http://niezwyciezeni1918-2018. Lista-odznaczonych-Krzyżem-i-Medalem –  Niepodległości nie figuruje.

 

 

Maciurzyński Stanisław[4] PS.  „Zawisza”.

Stanisław Maciurzyński s.Fr

           1900 – 1963

Był synem Franciszka i Katarzyny z Korczaków małżonków Maciurzyńskich.

Frampol ul. Targowa 63

Dokładny życiorys i przebieg pracy ideowo-niepodległościowe:

Urodził się dnia 24 listopada 1900 roku we Frampolu. Lata dziecięce spędził pod opieką rodziców, którzy wychowywali go w duchu narodowym . Przed wojną Europejską ukończył szkołę powszechną we Frampolu. W roku 1916 uczył się prywatnie w Leżajsku i wstąpił do gimnazjum i tam w dniu 1 grudnia 1916 roku wstąpił do POW pod pseudonimem „Zawisza”. Był zaprzysiężonym członkiem POW, uczęszczał na wszystkie ćwiczenia i zbiórki POW. Wszelkie prace POW wykonywał gorliwie i sumiennie, jako gorliwy i uczciwy obywatel. Brał czynny udział w manifestacjach (Akt Brzeski) i rozbrajaniu okupantów. Podczas wakacji utworzył wespół z kolegami i komendantem POW z Frampola przedstawienia amatorskie, o podłożu patriotycznym dla rozbudzenia ruchu narodowego wśród młodych wygłaszał pogadanki o dawnej wolnej i niepodległej Polsce o wielkich synach polskich wodzów i wojowników.                                                          W roku 1918 do wojska nie poszedł – pozostał w szkole. W roku 1919 stawał na komisję poborową – WKU Lublin i otrzymał odroczenie służby wojskowej  art.64 – jako uczeń.

W roku 1920 wstąpił do wojska i pracował w PKU Zamość, skąd w listopadzie 1920 roku miał odroczoną służbę wojskową, jako uczeń art.64. Wskutek zubożenia ojca podczas wojny wystąpił na Boże Narodzenie z VII klasy gimnazjum w Leżajsku. W styczniu 1922 roku zgłosił się do PKU Zamość , gdzie odbył służbę i został zdemobilizowany w październiku 1922 roku. W roku 1924 złożył egzamin dojrzałości przed Państwową Komisją Egzaminacyjną. Po śmierci ojca pracował kilka miesięcy w Sądzie Okręgowym w Zamościu, skąd zwolnił się na własną prośbę i osiadł we Frampolu. Przez kilka lat pracował w zarządzie Ochotniczej Straży Pożarnej we Frampolu. Był członkiem Rady Gminnej we Frampolu i przewodniczącym Komisji Rewizyjnej tejże  Rady do czasu wyborów ostatnich. W tym że czasie był członkiem Powiatowego Sejmiku w Biłgoraju. Następnie był prezesem Rady Nadzorczej Spółdzielni Spożywców we Frampolu, jak również jest członkiem Rady Nadzorczej Hurtowni Spółdzielczej  w Biłgoraju. Obecnie jest prezesem Zarządu Spółdzielni Spożywców we Frampolu, prowadzi jej rachunkowość i jest jej kierownikiem  oraz jest sekretarzem Zarządu Koła Powiatowego Związku Peowiaków.

Świadkowie, którzy mogą stwierdzić prawdziwość pracy niepodległościowej:

Antoni Kowalik  były komendant placówki P.O.W. w Leżajsku,

Józef Miazga komendant placówki P.O.W. Frampol,

Stanisław Miazga s. Wacława i Edmund Jasiński wszyscy zamieszkali we Frampolu oraz porucznik Leon Miazga – kompania Saperów w Czortkowie.

Odrzucono na posiedzeniu Komitetu 9.05.1938, Prot.127.

 

[1] 10. Służba zdrowia zorganizowana z kobiet: – Miażdżanka Klementyna, – Miażdżanka Maria córki Stanisława, Maciurzyńska Maria, Wąskówna Maria – obecnie Dziubowa. Miażdżanka Maria córka Erazma- obecnie Oszustowiczówna.

[2] Zmarł 13.08.1953. Pochowany na cmentarzu w Janowie Lubelskim.

[3] Maciurzyński Leon ur.1887 roku † – kupiec. Przybył do Zamościa w 1919 roku z Ukrainy. W  latach międzywojennych właściciel znanego najlepiej zaopatrzonego ze wszystkich polskich sklepów-sklepu galanteryjnego (ul. Staszica 13), prowadził też sklep żołnierski w 3p.a.l., długoletni prezes Stowarzyszenia Kupców Polskich[3].

[4] Zmarł 30.09.1963, pochowany na Frampolskim cmentarzu.

P.O.W. Frampol cz.V

Polska Organizacja Wojskowa we Frampolu cz. V.

W przedstawianych materiałach zachowuję pisownię oryginalną obowiązującą w tamtych latach.

W tej części przedstawię sylwetki ludzi związanych z Frampolem, poprzez ich działalność w organizacjach Niepodległościowych, którzy działali nie tylko na terenie Frampola, ale równiej w innych miejscach Rzeczypospolitej, a będą to MACIURZYŃSCY.

Z Maciurzyńskimi  związany jestem również ja, ponieważ moja babcia Malwina pochodziła z Maciurzyńskich. Zanim przystąpię do przedstawiania poszczególnych przedstawicieli tej rodziny działających na rzecz odzyskania niepodległości opowiem o tym, skąd przybyli do Frampola Maciurzyńscy.

W drugiej połowie XIX wieku, podjęta została  w roku 1859 przez Dziedzica Dóbr Kąty Juliusza Puchałę inicjatywa budowy nowego kościoła we Frampolu, zaofiarował na ten cel własną pomoc finansową i materialną. Formalności związane z pozwoleniem na budowę trwały bardzo długo. Dopiero przybycie do Frampola księdza Wiktora Krauze przyśpieszyło prace związane z budową nowego kościoła murowanego w miejsce kościoła drewnianego, który, w tym czasie miał już 140 lat i był w złym stanie technicznym. Kościół budowany w latach 1873-1878 w/g projektu Władysława Siennickiego budowniczego powiatu zamojskiego, był kościołem jednonawowym z wysoką wieżą frontową, mógł pomieścić ok. 1800 wiernych, jak szacował jej budowniczy ks. Krauze.

Pradziadek mój Andrzej Maciurzyński syn Józefa i  Julianny z Wiktorów (ur.1851)pochodził z Radomyśla nad Sanem. Nie wiem, jak to się stało, że znalazł się we Frampolu, ale chyba wiązało się to właśnie z budową kościoła w naszej miejscowości, wcześniej Andrzej ukończył Szkołę Techniczną w Warszawie. Wraz z nim przybył do Frampola jego młodszy brat  Franciszek (ur.1854). Bracia założyli tu rodziny pradziadek Andrzej ożenił z Marianną  Oleszków w 1876, a Franciszek z Katarzyną z  Miazgów w roku 1885.

Kartka od Adama

Kartka pocztowa z Radomyśla wysłane przez Adama Maciurzyńskiego w 1905 roku.

Rodziny, które założyli bracia były liczne, Andrzej z Marianną mieli dziewięcioro dzieci (siedmiu synów), a Franciszek z Katarzyną  ośmioro dzieci (dwóch synów). Ponieważ materiał o tych dwóch rodzinach jest bardzo obszerny informację o nich zamieszczę w dwóch odrębnych odcinkach.

W pierwszym odcinku przedstawię sylwetki i działalność na rzecz odzyskania Niepodległości synów Andrzeja : Adama, Apolinarego i Hieronima.

Na zakończenie wprowadzenia, słów kilka, o pozostałych trzech synach Andrzeja. Najstarszy z synów Kazimierz w chwili wybuchu I wojny światowej został internowany przez władze carskie i zaginął na terenie Rosji. Dwaj pozostali najmłodsi bracia Jan –Aleksander    (1889 – 1921) i Bolesław (1897 – 1935) służyli w wojsku.  Jak ciężkie były warunki tej służby niech świadczą te urywki listów pradziadka Andrzeja do syna Apolinarego.

-„W pierwszych dniach maja 1918 roku wraca do domu z wojska Bolesław wycieńczony i schorowany”.

W tym też czasie Aleksander szykuje się do wojska. Gdzie służył w wojsku, jak długo i w jakich warunkach, czy brał udział w wojnie z bolszewikami tego nie wiem, bo z tej korespondencji, jaka pozostała nic więcej o Aleksandrze nie można wyczytać i ustalić? Prawdopodobnie, jak miało to miejsce z Bolesławem służbę w wojsku okupił utratą zdrowia i przedwczesną śmiercią. Umiera bardzo młodo 29.01.1921 roku  w wieku 32 lat. Pochowany w grobowcu rodzinnym we Frampolu.

Wyjątek z listu Andrzeja do syna Apolinarego z 21 marca 1918 roku

   -„Piszę często do Bolka, ale on listów i posyłki z chlebem nie otrzymuje. Posłałem Adolka
(- syn Malwiny) na mój koszt za Kraków z chlebem, to mu zawiózł i wygląda bardzo marnie na ćwiczenia nie chodzi, bo nie ma siły tak wyschnięty i zmizerowany, może komisja go uwolni do domu na poprawę na czas jakiś dla nabrania sił. Jeżeli możesz to poślij, co Bolkowi to Ci zwrócę, bo z Galicji listy łatwiej dochodzą”.
    Kochający Cię ojciec Andrzej

– „Bolek powrócił do domu. 13-go kwietnia znękany i schorowany, dostał urlop na czas nieograniczony. Przewracał się dzisiaj, przy odżywianiu się lepszym, już nogi stawia lepiej i je, co parę godzin za czas spędzony w wojsku. Egzystencję swoją w wojsku zawdzięcza Tobie, że o nim pamiętałeś, gdyż od nas przesyłki rzadko go dochodziły”.                                  Bolesław umiera również bardzo młodo, w roku 1935, mając zaledwie 38 lat. Jak i wszyscy Maciurzyńscy oprócz Hieronima został pochowany w grobie rodzinnym we Frampolu.

 

Maciurzyński Adam

Adam w Brześciu 1931 — kopia

1880 – 1937

Odrzucony na posiedzeniu Kom. Dn.6.XII-32. N.60

 z powodu braku pracy niepodległościowej.

Życiorys

Urodziłem się 20.XII.1880 r. w Ujazdowie, pow. Zamojski , wojew. Lubelskie. Prócz nauki pobieranej w szkole ludowej we Frampolu, rodzice nauczyli mnie historii polskiej w domu. Z ukazaniem się „Robotnika”, wydawanego przez dzisiejszego Pierwszego Marszałka Polski , pomagałem w jego kolportowaniu (śp. Jan Brandt w Smoryniu i ks. P. Kwoczyński). Z wybuchem rewolucji w Rosji w  1905 r. rzuciłem się w wir pracy niepodległościowej w b. Królestwie a obszarze pow. Zamojskiego. Przenosiłem „ bibułę” z zagranicy przez  Łążek do Janowa Lubelskiego. Pojmany na granicy, skuty w kajdany, odstawiony zostałem do więzienia w Janowie. Gdzie siedziałem przez pewien czas. Dzięki staraniom mojej rodziny i Henryka Szulakiewicza (obecnie jeszcze mieszkającego w Janowie)odesłano mnie przez Biłgoraj i Tomaszów lubelski do b. Galicji (ojciec mój miał obywatelstwo galicyjskie, a mieszkał we Frampolu). Ukarano mnie, jako ob. galicyjskiego. W 1906 roku wróciłem znowu do miasta Frampola (pow. Zamojski) i tam zorganizowałem tajną szkołę dla dorosłych (patrz zał. 1). Przy tem prowadziłem tajne kółka polityczne, założone przez mego krewnego Leona Maciurzyńskiego. Miewałem odczyty tajnie- (na cmentarzu, po domach, w lesie). W różnych sprawach politycznych,
a zwłaszcza za wprowadzeniem  języka polskiego w gminie frampolskiej i sądów polskich. Usiłowałem ponadto założyć podobne koła w Goraju (pow. zamojski) i Kocudzy[1] (pow. biłgorajski). Świadkami powyższych poczynań są frampolscy mieszczanie, których w razie potrzeby mogę wskazać. We wsi Trzęsiny, dzięki pomocy pieniężnej śp. Jana Brandta  założyłem czytelnię ludową. Zaproszony przez Pol. Macierz Szkolną w Biłgoraju prowadziłem tam tajne kursy dla nauczycieli wioskowych, szkół powszechnych i kursy gimnazjalne (patrz załącznik 2).                                                 Aresztowany byłem  i odsiedziałem karę w tamtejszym więzieniu. Niezależnie od kary, na podstawie wizytacji mej szkoły przez Naczelnika Dyrekcji Szkolnej, otrzymałem szkołę powszechną w Grabówce, skąd po ½  roku zostałem wydalony na podstawie żądania żandarmerii rosyjskiej. Wysiedlono mnie z „granic Rosji”(załącznik 3).
Za powyższą oświatową pracę otrzymałem odznaczenie „Za Szkołę Polską” (Załącznik 4).

Wybuch wojny zastał mnie w powiecie krośnieńskim, w Miejscu Piastowem. Zaagitowałem między młodzieżą wiejską w M. Piastowym i sąsiednich wioskach. Tworzyłem oddziały, uczyłem musztry początkowej i odprowadzałem do p. Torny komendanta kadry w Krośnie, do I Brygady Marszałka Piłsudskiego. Z powodu choroby oczu nie przyjęto nie do oddziału. Kolejno zakrzątnąłem się około zaopatrzenia wojska polskiego i pracowałem dla intendentury (Załącznik 5). Po zajęciu wschodniej Małopolski przez Rosjan wyjechałem na zachód. Tam w miejscowościach Jordanów, Rabka, Mszana Dolna, Skawina i In. stały na stacjach wagony z oddziałami Legionu Wschodniego – który wtedy się rozwiązywał. Zająłem się agitacją za wstępowaniem  do I Brygady   i wielu przyrzekło pojechać do Krakowa do „Oleandrów” do Kadry. Poświadczeń tej pracy nie mam, gdyż nie było na to ani czasu, ani od kogo. Działałem samorzutnie. Mógłby może
(o ile żyje) poświadczyć tę pracę ks. Matysiak, który wówczas był wikariuszem w  Jordanowie. Na wychodźstwie: na Morawach w Bernie dalej, obok pracy oświatowej w gimnazjach dla uchodźców, prowadziłem działalność polityczną, odwiedzałem rannych legionistów, opiekowałem się nimi.

Toż samo czyniłem namawiając żołnierzy z rozwiązywanych Legionu Wschodniego, a stojącego oddziału w Jordanowie, Rabce, Muszynie itd., by wstępowali do I Brygady Marszałka Polski, a ówczesnego Dziadka-Komendanta.

W 1918/1919 r. utworzyłem „Uniwersytet Żołnierski” w Płocku, pracowałem w „Domu Ludowym”, agitowałem  za pożyczką (sam zakupiłem z 1 ½ tysiąca marek krótko i długo-terminowe), a w roku 1920 zakupiłem za 9 tysięcy marek, którą zamieniono na Konwersyjną nie dałem do wyższego przerachowania, by nie obarczać skarbu polskiego. (Dziś jestem w nędzy i bardzo bym pragnął jej przeliczenia!!). W  Płocku wydrukowałem dla plebiscytu górnośląskiego ( w kilkunastu tysiącach) broszurę pt. „Nasze Kresy”. Po powstaniu BBWR pracując   w Brześciu n/Bugiem zapisałem się doń. Obecnie pracuję w Wilnie w kole BBWR , jako sekretarz Koła „Śnipiszki”,( wskutek złośliwych intryg osobistych wrogów zostałem przeniesiony na emeryturę w Brześciu n. B). Pragnąłbym powrócić do służby rządowej, jako profesor gimnazjalny(mam pełne kwalifikacje).

 Dr. Fil. Adam Maciurzyński

Wilno d. 15/X.1933 ul. Pióromont 10,m6.

Zaświadczenia i poświadczenia pracy Adama Maciurzyńskiego:

Załącznik Nr 1.

Biłgorajskie Koło  Macierzy Szkolnej

L.138/21                                                                                                                                                                                                                                          Poświadczenie                                                                    Zarząd Biłgorajskiego Koła „Polskiej Macierzy Szkolnej” stwier­dza niniejszym, iż p. Adam Maciurzyński w czasie od 2/IV do 15/XI 1907 r. prowadził w Biłgoraju 3 oddziały szkoły powszechnej od 8 rano do 1 po­południu, i kursy dla dorosłych analfabetów od 3 do 6 po południu. Przez miesiące lipiec, sierpień, wrzesień i październik pro­wadził przygotowawczy kurs dla nauczycieli wioskowych całego powiatu /razem 28 osób obojga płci/. Na kursie tym uczył przedmiotów najpotrzeb­niejszych do prowadzenia szkoły a więc: religji, języka polskiego, aryt­metyki, historji Polski, geografji, historji powszechnej /w zarysie/ zasadniczych pojęć pedagogicznych prowadzenia dzieci, metodyki ucze­nia różnych przedmiotów itd. w zakresie I i II roku seminar. naucz: Lekcje odbywały się w lokalu szkółki przy ul. Radzięckiej, w domu p. Matrasia. Kursiści na nauczycieli mieli lekcję dwa razy tygodniowo:
w czwartek i niedzielę od 3 do 8 po południu. Po ukończeniu kursu złożyło z nich 24-ro egzamin
z postępem bardzo dobrym, dobrym i dostatecznym, czworo zaś nie złożyło egzaminu. Komisją egzaminacyjną byli: kierownik kursu p. Maciurzyński oraz cały zarząd Koła Pol. Macierzy Szkolnej w Biłgoraju przy asyście zaproszonych gości. Kursiści ci, mimo zakazów rządu nauczania po wsiach, prowa­dzili po wsiach szkółki tajne. P. Maciurzyński został za „nielegalne” prowadzenie szkoły osadzony w miejscowym areszcie, a po odbyciu te­goż zmuszony był wskutek zakazu żandarmerji przerwać naukę w Biłgo­raju; w połowie listopada 1907 roku i udał się do Grabówki, gdzie otrzymał szkółkę ludową od dyrekcji szkół w Lublinie. Przez cały czas swego pobytu w Biłgoraju i prowadzenia nauki p. Maciurzyński wywiązy­wał się dobrze z powierzonego mu zadania ku ogólnemu zadowoleniu mieszkańców miasta Biłgoraja, a swojem  ze wszech miar sumiennem wypełnianiem obowiązków oraz taktownem postępowaniem zasłużył sobie na serdeczną wdzięczność u ludności.

Sekretarz :/-/ Zofja Skulska         M.P.            /-/ Ks.C.Koziołkiewicz Biłgoraj d.10 kwietnia 1921 roku

Dnia 24 kwietnia 1925 r. N.324 poświadczyłem odpis niniejszego.

 Notarjusz /-/ St. Płoński M.P.. Z dokumentu tego wydałem 15.4-21 kopię p. Maciurzyńskiemu za N.164

/—/ Pietrasiewicz       Przewodniczący /—/ K. Dąbrowski

Załącznik Nr 2.

Zaświadczenie.

My niżej podpisani mieszkańcy osady Frampol stwierdzamy, iż p. Maciurzyński Adam pracował w naszym mieście bardzo wiele dla oświaty obywateli przez prowadzenie kursów dla dorosłych w roku 1906, które prowadził począwszy od miesiąca października, do kwietnia , ucząc młodzież wszystkich przedmiotów wyższych oddziałów szkoły powszechnej jak :  rachunków, gramatyki polskiej, przyrody, fizyki itd.  Lekcje odbywały się w domu Andrzeja Maciurzyńskiego i tajnie przed policją. Uczestnikami były osoby płci obojga w wieku od 14-17 lat. Celem nauki było pogłębienie wiedzy dorosłej młodzieży. Nauka odbywała się za niską opłatą. W roku 1916 w czasie  okupacji austryjackiej pan Maciurzyński prowadził taką samą naukę dla dorosłej młodzieży w szkole miejskiej, publicznie. Uczestników było do 100 osób. Lekcje trwały od 8 do 11 godz. Wieczorem. Nauka odbywała się w miesiącach: sierpniu, wrześniu i październiku. W tym okresie , co niedziela, miewał p. Maciurzyński,
w tych samych godzinach publiczne odczyty dla ludności całego miasta. Słuchaczy było zwykle 200-250. Przedmiotem odczytów były literatura  i  historia polska, ustrój konstytucyjny w różnych państwach Europy, sejm, jego prawa i obowiązki, prawo głosowania, sprawy społeczne- jak kooperatywy, zrzeszanie się itd. Jednym słowem p. Maciurzyński czynił to z poświęceniem, bezinteresownie i bezpłatnie, a potrafił wszystkich zapalić i zachęcić do nauki. Czas nauki był przeplatany w pauzach śpiewem: przeto wszyscy mieszkańcy naszego miasta żywią zawsze serdeczną wdzięczność za pracę nad sobą dla p. Maciurzyńskiego. Prawdziwość powyższych danych gotowi jesteśmy w razie potrzeby stwierdzić nawet pod przysięgą. Frampol dnia 5 kwietnia 1921 roku. Podpisali : Leon Burlewicz, Karol Gabryszewski, Stanisław Oszustowicz, Bernard Zalewa, Franciszek Kapica , Chołota Kazimierz, Stanisław  Filipowicz, Stanisław Bohdanowicz. Własnoręczność podpisów stwierdził  dnia 5 kwietnia 1921 roku Sędzia Pokoju  Z. Strzelecki  Sąd Pokoju we Frampolu.

Załącznik Nr 3.

Dr.  Maciurzyński.

Z czasów carskiej niewoli[2]

Rok- 1904 dla carskiej Rosji był rokiem wielkiej klęski, poniesionej w wojnie z Japonją. To też rok następny 1905 był jakby owym rokiem „wiosny ludów” (1848), rokiem nadziei na zdobycie wolności obywatelskiej. Pierwsza „Duma” rosyjska nie ziściła aspi­racji ludności i nie była początkiem owej błogiej ery, owego złotego wieku starorzym­skiego Saturna, W owym to czasie, kiedy ziemstwa rosyjskie, skorzystawszy z klęski rządu na Dalekim Wschodzie na polach Laojanu, Fort Artura i Mukdenu, zażądały pew­nej swobody w wypowiadaniu swych myśli, zwołania parlamentu (Dumy), odbywała się omawiana przez nas akcja.

,,.Los wypadł na mnie, opowiada p. Stanisław Kr”, bym się zajął dostarczeniem większej ilości „bibuły”- do Janowa Lubelskiego i okolicy, a wypadło mi to tym lepiej, iż na tym odcinku granicznym nie byłem znany rosyjskim władzom celnym. Podczas mych częstych przyjazdów do b. Królestwa, przebywałem Przyjechawszy do pogranicznego miaste­czka w b. Galicji, Radomyśla nad Sanem, wyszukałem lwowskich kolegów z politechniki i uniwersytetu i razem naradzaliśmy się nad sposobem przedostania się na „drugą stronę.” Uchwaliliśmy, bym, wziąwszy przepustkę nadgraniczną, dozwalającą zapuścić się na odległość 30 km., przebył komorę celną w Łążku Czerwonym, a do Ireny, wioski le­żącej już po tamtej stronie, dostarczą mi koledzy „bibułę” przez przemytnika. Prze­pustkę, ważną na kilka jeszcze dni, „wypoży­czyłem” od kolegi. Z trudnością przebywaliśmy błotniste łąki radomyślskie,  z rzadka porosłe skarłowaciałą sosną, potem przesypywaliśmy kołami głębokie piachy Brzózy, aż w końcu dostaliś­my się do nadgranicznego lasu. Była cisza. Skwar południowy ukrył wszelkie ptactwo, tylko wiatr smutnie kołysał wysoko w niebo strzelającemi wierzchołkami sosen. Serce bib mi gwałtownie. Zdawało się, iż słychać było w poszumie smutnym drzew jakieś tajemnicze ostrzeżenie, jakby jakieś złe przeczucie przej­mowało duszę i radziło zaniechania zamiaru. Koledzy poważnie rozmyślali nad przeprowa­dzeniem planu, ja zaś z trudnością broniłem się przed smutnemi myślami.

 „Przecież u li­cha nieraz przebywałem granicę” — myśla­łem — „ I nic mi się nie stało, a różne rze­czy się miało nieraz w zanadrzu.” Skrzypiąc, przywlókł się wóz do wsi Brzózy, Ostrożnie wstąpiliśmy do jednego i drugiego przemytnika, do przemytniczki „Basi”, ale nikt nie miał ochoty wtrącać się do „polityki”, „Wód­kę” —mówili-— „jedwabie, sukna, korty prze­niesiemy każdej chwili dokąd pan zechce, ale gazetów to przenigdy na świecie, bo za to strasznie karzą „Mochy”.

Na komorze cel­nej nie chciano mnie przepuścić, ba za parę dni kończył się termin przepustki. Wstyd mi było powracać w obawie przed urojonemi strachami. Zresztą „do odważnych świat na­leży” —pomyślałem sobie. Pójść muszę i pójdę. Utwierdził mnie też w tem postanowieniu jeden z przemytników, który przedstawiał łatwość przebycia granicy, a nawet, w razie schwytania, możliwość przekupienia „sołdata” paru rublami. Najważniejszą zaś była obietni­ca, że mnie nocą przeprowadzi przez granicę. Postanowiłem czekać nocy, Koledzy odjechali. Pierwszy raz przebywałem „zieloną granicę”, Tysiączne racje „za” i „przeciw” kołowały w głowie, wzajemnie się zwalczając  tym bardziej, iż jak mówili przemytnicy, nadzwyczajne zarządzenia na granicy poczynili Moskale, obawiając się szpiegostwa na rzecz.., Japonji.

Po wieczerzy, późno w noc, opłaciwszy trzema florenami przemytnika, ruszyłem w dro­gę — po „złote runo”, polityczne. Paczki „Polaka”,  „ Przeglądu Wszechpolskiego” i. t. p. druków miały krzepić patriotyzm, podtrzymy­wać opór przeciw rusyfikacyjny rodaków pod zaborem moskiewskiem. Przytem ostrożne żywe słowo mogło też coś znaczyć w tak przełomowych chwilach, gdy w państwie bia­łych carów czuć było rewolucją. Byłem dumny, że i ja dorzucę cegiełkę do odbudowania wolnej Polski, granicę w innych punktach.

Przewodnik wyprowadził mnie za wieś w pola i ukazał w dali jakąś majaczącą wiel­ką ciemną masę. W tym kierunku polecił mi iść, a gdy napotkam granicę ostrożnie prze­być ją chyłkiem. Z tą przestrogą, wypowie­dzianą szeptem, oddalił się cichutko. Ja po­szedłem dalej.

Podobnie jak lis, skradający się do kur­nika i pełzający w ciszy nocnej, by nie zbu­dzić czatujących psów, tak samo i ja skra­dałem się chyłkiem, bez szelestu do granicznej ścieżki, po której tam i z powrotem chodzili żołnierze. Od czasu do czasu przystawałem, by wyczuć w ciemności i ciszy nocnej czy czasem kto w pobliżu nie porusza się, nie szepcze przypadkiem. Głęboka cisza zalegała pola.
W trwodze prześlizgnąłem się przez rów i ścieżkę graniczną, Już kilkadziesiąt kroków oddaliłem się od niebezpiecznej linji szatańskiej. Już powoli zaczęła rosnąć nadzie­ja, że szczęśliwie doczołgam się do majaczą­cej w ciemności grupy drzew… W tem niedaleko huknął głos żołnierza; „Kto idiot?” Krew mi zamarła w żyłach.

Zostawiwszy paczki z bibułą w zbożu, rzuciłem się całą siłą do ucieczki w kierunku majaczącej w oddali wsi. Ogień i woda nie powstrzymałyby mnie. Dziwna jakaś energja wstąpiła we mnie i jakby unosiła ponad zagony ziemniaków i zboża, kłosami siekącego po twarzy. Krzyki i groźby leciały za mną, a co najważniejsza, ode wsi, na przełaj, zbli­żała się do mnie sylwetka drugiego żołnierza… Byłem otoczony i pochwycony. Na strzały w górę — sygnały do komory celnej — za­uważyłem, że nagle zapaliły się tam liczne światełka w oknach, jak gromada wiejskich rozpustnych dzieci biegnie do chłopców, któ­rzy schwytali sowę, i otacza ją z krzykiem i hałasem, tak samo, z tak zwanego „postu” (posterunku) straży granicznej, wybiegła gro­mada łudzi, na pół nagich, w bieliźnie, pieszo i na koniach z latarniami, pochodniami, lam­pami, aby zobaczyć kogo tam schwytano i za kim się tak uganiano po polach. Tymczasem stałem, trzymany przez dwóch uzbrojonych drabów. Po kilkunastu minutach nadjechał jakiś podoficer „starszy” i krótko zapytał mnie, com zacz i kto mnie przeprowadzał przez granicę — czy nie „Basia”?.

Odrzekłem spokojnie, iż sam przeszedłem granicę i nie wiedząc o tem, zbłądziłem, wracając do wsi. Podoficer odrzekł, iż na posterunku pokażą mi „prostą drogę”, jeżeli się nie przyznam szczerze.

Przybyliśmy na posterunek. Wprowa­dzono mnie do kancelarji komendanta, gdzie zaczęła się natychmiast indagacja. Oznajmi­łem, że jestem malarzem z Rzeszowa I że idę szukać roboty do Królestwa, bo w Galicji jej niemą, Nie wiele skłamałem, bo kiedyś, po maturze gimnazjalnej, podczas wakacji, malowałem okna i drzwi.

Nie wiem, co to miało znaczyć, iż na gwałt dowiadywali się, czy mnie nie prze­prowadzała „Basia”. Musiałem dać słowo honoru, iż nie przeprowadzała. To ich uspokoiło.  Była godzina 1 w nocy. Odprowadzono mnie do zakratowanego „pokoju gościnnego”. Nie mogłem narzekać na brak czystości i porząd­ku. Ponieważ nie znaleziono przy mnie żad­nych papierów podejrzanych, a przy tem  zauważyli  żołnierze i przypomnieli komendantowi, iż byłem na komorze poprzedniego dnia  z przepustką, celem przejścia granicy, sądziłem, że mi nic nie grozi i spokojnie spałem Ja całą noc.

Tej samej nocy była jeszcze awantura na granicy. Ten „ktoś”, ścigany przez żołnierzy, umknął szczęśliwie za granicę. Następnego dnia przyniesiono na podarunek moje paczki „bibuły”
i  przedłożona  przed oczy, twierdząc, iż znaleziono je w tem miejscu, gdzie mnie pierwszy raz spotkali 10. Zebrałem z całą siłą zimną krew i zaprzeczyłem kategorycznie,  że  gazety, odwinięte z paczek, nie są mi znane, że żadnych paczek nie miałem.  Z całą pewnością — rzekłem porzucił je ten człowiek, który przekradał w nocy i uciekł z powrotem za granicę.

Spokojna postawa, zimna krew, ani jedno drgnięcie muskułu podczas badań, to nieodzowne  warunki w takich okolicznościach. Urzędnik bardzo się irytował  i beształ mnie, zarzucał szpiegostwo, pewien urzędnik komory celnej  garbus, podobno syn popa z Tarno­grodu, aż go musiał hamować naczelnik urzędu.

Przed południem przesłuchiwano mnie, a potem przez cały czas pilnowany byłem przez żołnierzy na ganku mieszkania komen­danta posterunku. Przybył tani także eskortu­jący mnie podoficer. Chciał się dowiedzieć, co też zagraniczne gazety piszą o niepokojach w Rosji. Udałem, że polityką nie zajmuję się, że  jestem robotnikiem-malarzem i nie mam czasu nawet gazet czytać.

Po południu, ze skrępowanemi rękoma w tył silnym powrozem, którego koniec trzymał żołnierz,
w towarzystwie podoficera, jadącego na koniu z dobytą szablą, maszerowałem pieszo do Zaklikowa. Upał był straszny. W Frenie, znajdującej się w pobliżu Czerwonego Łążka, na początku wsi spostrzegłem kobietę w bra­mie i poprosiłem o wodę do picia. Widocznie wygląd mój zewnętrzny, czy też towarzystwo „dobrane”, w jakiem przebywałem, nie wzbudziły zaufania, gdyż nastąpiła odmowa, poparta słowami:  -„O ty, złodzieisku, chcesz jeszcze wody? . Przódy zdechniesz, niż ci dam”. Odpar­łem, że złodziejem nie jestem i gdybyście wie­dzieli za co mnie aresztowano nie odmówili­byście wody. Ulitował się podoficer I kazał żołnierzowi przynieść wody.

Po kilku godzinach marszu przybyliśmy do Zaklikowa. Tam wprowadzono mię do aresztu gminnego. Na odjezdnem przybył do mnie podoficer: wyraził mi wyrazy współ­czucia i życzył prędkiego odzyskania wolności. W areszcie powiedziano mi, że gdyby kto za mną poręczył, to mógłbym być tylko ka­rany grzywną za przejście granicy i odsta­wiony do Galicji. Przypomniałem sobie wó­wczas, z opowiadania rodziców, że w Zakli­kowie mieszkają jacyś dalecy kuzyni: Du­dziński i Majewski.

Dudziński był poważnym obywatelem zaklikowskim i piastował urząd wójta. Powo­łałem się na niego. W kancelarji gminnej nie było go, posłano na poszukiwania gońców. Niezależnie sołtys poszedł po furmankę, by imię odesłać „forszpanem” dalej. Dudzińskiego nie znaleziono — był w polu. Tymczasem furmanka zajechała i pod strażą odwieziono mnie do sąsiedniej wsi Potoku, leżącej na trakcie do Janowa Ordynackiego (lubelskiego). Tu umieszczono mnie w areszcie gminnym. Był już wieczór. Poprosiłem chleba i mleka na wieczerzę. Chleb otrzymałem, mleka za­brakło, a właściwie stróżowi, mimo otrzyma­nego napiwku, nie chciało się iść na wieś.

Zmęczony położyłem się na narach (prycza). Po chwili drzemki, zerwałem się — oblazło mnie robactwo. Całą noc, która wy­dała mi się nadzwyczaj długą, spędziłem na rozmyślaniu i spacerze od jednego zakrato­wanego okna do drugiego. Odczułem po raz pierwszy w życiu, co znaczy więzienie. Po­mimo wszystko, nie narzekałem i nie żałowałem, iż wdałem się w niebezpieczną imprezę.

Następnego dnia, jak tylko świtać po­częło, zazgrzytał we drzwiach aresztu klucz i stróż przybył mi oznajmić, bym się gotował do dalszej podróży w kierunku Janowa. Po półgodzinnej pauzie, weszło kilku strażników, i mocno uzbrojonych, i przeprowadziło mnie do kancelarji gminnej. Tam zastałem dygnitarzy gminy: wójta, pisarza i sołtysa. Wójt  dość grzecznie mnie przywitał, na moje pytanie, oznajmił, że odtransportuje mnie do Janowa, do dyspozycji naczelnika żandarmerji. Zatrwożyła mnie nieco taka odpowiedź, ale cóż było robić, byłem w ich mocy. Na pisarzu nie zrobiłem zdaje się, dobrego wrażenia. Załatwiał moje sprawy urzędowo, od czasu  do czasu z ukosa rzucając wzrokiem na mnie siedzącego nieruchomo, jak delikwent, czekaj jacy rozstrzygnięcia swego losu.

Po upływie pewnego czasu, sołtys zameldował o przybyciu nakazanych furmanek.
Z przepisanemi  ostrożnościami  wyprowadzono z kancelarji gminnej i posadzono pomiędzy wójtem i strażnikiem. Za sobą i przed sobą, miałem uzbrojonych aniołów stróżów. W drodze zaczęła się inwigilacja: skąd  jestem i za co mnie aresztowano?.            Odpowiedziałem odysseuszowskim frazesem o pochodzeniu z Rzeszowa i o poszukiwaniu pracy malarskiej. Wójt chytrze się uśmiechnął, zauważyłem na twarzy niedowierzanie. Spojrzał znacząco na strażnika i rzekł, siląc się na największy spokój i słodycz: .Mnie się zdaje, że jest inaczej, może pan śmiało powiedzieć przed nami, a może doradzilibyśmy, jak się tłomaczyć”. „Proszę pana”, odparłem, „za przejście granicy nie potrzeba tłomaczeń, chyba pan, chce mi pomóc, przez wypożyczenie paru rubli na zapłacenie kary granicznej”.

Zamilkł. Z rozmowy wójta ze strażnikiem dowiedziałem się, że poprzedniego dnia pod Modliborzycami  zamordowano wieśniaka z zasadzki.  Mordercy nie ujęto.                          Z temi wiadomościami  przybyliśmy do małego miasteczka – Modliborzyc.                            Mieścinka ta, podobnie jak wszystkie nasze „grody”, brudna, błotnista, zamieszkała w centrum przez synów Izraela, a po brzegach przez ludność polską, posiada urząd gminy na samym końcu miasta od „przyjazdu janowskiego”, lub, jak tam mówią, przy janowskim „kołowrocie”.

Kancelaria gminna w wielkim budynku, mieszczącym zarazem szkołę, posiadała areszt czysto wybielony, dokąd mię wprowadzono, po dokonanej manipulacji — oddania i przyjęcia aresztowanego. Po pewnym czasie przyprowadzili strażnicy do tej samej celkl jakiegoś wieśniaka. Mimo woli spytałem go, i za co też został aresztowany. „ Oj proszę  Pana — odrzekł — niewinnie. Wczoraj wieczorem szedłem sobie pod lasem, a tu słyszę: „Zabił, zabił chłopa”. Ze strachu uciekłem przez las do wsi. A tu za mną ludzie gonią. Musieli mnie poznać, bo rano przyszli strażniki i zabrali mnie”.

Uczułem nagle wstręt do tego człowieka,  bo z wczorajszego opowiadania całego zajścia, przyczyny zabójstwa i opisu człowieka, poznałem, że to ten sam. Pokłócili się na jarmarku o konia i zabójca odgrażał się,  że zabity nie dojedzie do domu. Tak też się stało.

Po kilku godzinach otworzono areszt wprowadzono mnie do kancelarji gminnej. Zdziwiło mnie nieco, że nie było żadnego uzbrojonego „opiekuna”, tylko stali jacyś dwaj mieszczanie. Widocznie obawa ucieczki, w miarę oddalania się od granicy, malała. Było to tylko zbudzenie. Po chwili stróż gmin­ny wyniósł z komory kajdany i okuł ml ręce i nogi. Mój Boże — powiedziałem głośno — nigdy się nie spodziewałem, abym został kajdaniarzem.

Na to ofuknął mnie stróż: -„ stul gębę”!.                                                                                            Wyczytałem w oczach otoczenia pogardę, ani odrobiny współczucia, i przypomniał mi się obrazek z lat dziecięcych, kiedy przez rodzinne miasteczko, położone w Zamojszczyźnie nie, pędzono gromadę aresztantów, skazanych na katorgę. Ludność odnosiła się do nich ze strachem i odrazą. Bano się podać wody lub kawałek chleba. Dzwonienie kajdan, prze­kleństwa skazanych i straży czyniły z tego towarzystwa jakieś demoniczne zjawiska, jakby jakąś scenę z dantejskiego piekła, żywcem do polski przeniesioną.

Wyruszyliśmy z Modliborzyc w grobowym nastroju. Żaden z moich towarzyszy nie przemówił słowa ani między sobą, ani do mnie. Do  Janowa była marna szosa, po deszczu, pełna kałuż wody i błota. Prowadzono mnie środkiem drogi, a gdym chciał ominąć jaką kałużę, słyszałem groźby i przekleństwa. Dla uniknięcia niepożądanych zawikłań towarzyskich  brnąłem na przełaj. Rytmika dzwonienia kajdanami wleczenia po szosie przypomina mi  niewolników w Rzymie, skazanych na mielen­ie w podziemnych młynach, poganianych biczami przez dozorców.

Szczęściem 8 kim , dzielących Modliborzyce od Janowa, przebyliśmy w niedługim czasie. Nie pamiętam jakie wrażenie sprawił na mnie Janów i ja na ga­wiedzi tamtejszej, dość że, po załatwieniu formalności w powiecie, odprowadzono mnie do budynku, mieszczącego kryminał. Stamtąd po paru dniach, przeprowadzono do jakiegoś tymczasowego więzienia, bo widziałem tam ludzi, zapędzanych wieczorem, a rano puszczanych (najwięcej izraelitów, karanych za brak porządku przed domem).

Towarzystwo, które tu zastałem, przy­jęło mnie rozmaicie: zawodowi złodzieje tę­pym wzrokiem spoglądali z pode łba, inni, przygodni mieszkańcy tego przybytku, z płaczem nad swą niedolą, rozpytywali mnie o powody aresztowania. Tłomaczyłem się „przestępem” granicy. Nawiasowo dodam, że moi najnowsi towarzysze niedoli kajdan nie widzieli, bo mię rozkuto w powiecie.

Ciekawe tez panują zwyczaje w więzieniu. Przytoczę najbardziej charakterystycz­ny, a tem jest „wożenie dęba”. Każdy no­wicjusz kryminalny, wchodząc między aresz­tantów, musi się wkupić, że tak powiem, do towarzystwa, ceremonia polegała na tem, że kandydat kupował wódkę i zakąskę u stróża więziennego i całe towarzystwo starszych cechu złodziejskiego uroczyście się raczyła  bożemi darami,  gdy sam fundator siedział na piecu i śpiewał ku rozweseleniu różne piosenki. Jeśli kto się nie poddał temu obrzędowi, ten był bity, aż do spełnienia ceremonii. Drugiego dnia około południa, po długich szeptach i namowach, przystąpił do mnie jeden ze „starszych” i zapytał:

– „ a czyś ty bracie woził dęba?”.

 Przeczułem, że coś się „święci” niedobrego, więc rzekłem odważnie,  a jak ty bracie myślisz?.  Stropił się nieco mój interlokutor i chwilę nie wiedział, co dalej począć. W tem z pomocą przybył mi jakiś cechowy” i  zawołał z kąta (dotąd nie brał udziału w naradach): to nasz człowiek, on by na tobie powoził jeszcze lepiej. Ucieszyłem się bardzo i, całkiem pewny siebie, dorzuciłem —„naturalnie, że tak”.

Powoli zacząłem poznawać bliżej całe towarzystwo. Siedział tam od 8-miu miesięcy chłopina galicyjski. Schwytany na granicy za „przestęp”, czekał zmiłowania bożego w kry­minale. Ciekawe horoskopy na przyszłość dla mnie — pomyślałem. Drugi współtowarzysz, co to przybył ml z pomocą w ciężkiej chwili, „wożenia dęba”,  był zawodowym złodziejem, a specjalnością jego było okradanie podróż­nych w wagonach. Fach swój wykonywał, że tak powiem, międzynarodowo, bo jeździł ko­lejami od Władywostoku do Strasburga, a widziały go więzienia nie tylko rosyjskie ale i niemieckie, austriackie i węgierskie, rumuńskie itp. Wiele opowiadał rzeczy o swych przygodach, a z opisu miast, zwy­czajów ludów, wśród których przebywał, wi­dać było, iż nie mijały się z prawdą słowa jego. Podczas długich piekielnie dni w wię­zieniu, z ogromnych nudów człowiek by i z sza­tanem rozmawiał, to też, dla zabicia czasu słuchałem jego opowiadań-. Darzył mnie szcze­gólną grzecznością i usłużnością, co mnie zadziwiło.

Razu jednego zapytałem, jaka jest przy czyna tej niezwykłej sympatji? Jak tylko posłyszałem pańskie nazwisko — odparł — przypomniałem sobie pana, jako znajomego Na to powiedzenie ciarki mnie przeszły. Ochłonąwszy nieco, zapytałem o szczegóły. A czy pamięta pan — rzekł — jak dziesięć  lat temu uczył pan w Głuchach pod Borow­cem (gmina Józefów, powiat biłgorajski) u państwa Cieślińsklch dzieci ich Romana i Antosię? Pamiętam — odparłem. A czy, przypomina pan sobie tam gajowego Jedliń­skiego, co pracował przy koniach, a mały pastuch cały rok pasł bydło po lesie?. Przypomi­nam. — Otóż tym małym pastuchem byłem ja. Bardzo pana polubiłem za to, że nauczył pan mnie czytać i pisać. Ale sprzykrzyło mi się pasanie bydła i poszedłem do większego miasta. Tam dostałem się w złe towarzystwo, a nikt mnie nie przestrzegł. Zacząłem kraść. Wepchnęli mnie do więzienia; tu nasłucha­łem się różnych opowiadań o złodziejskich sztuczkach i nauczyłem się profesji złodziejskie). Wyszedłem z więzienia czeladnikiem, a po drugim pobycie — majstrem.

Po kilkunastu dniach przyprowadzono do naszego towarzystwa i owego mordercę wieśniaka (z pod Modliborzyc). Nie chciał się przyznać, mimo gróźb, bicia. Razu jed­nego przybyło do celi dwóch strażników. Zaczęli pić z owym wieśniakiem wódkę, serdecznie rozmawiać, bratać się, a delikatnie podchodzić go. W przystępie dobrego humoru przyznał się do wszystkiego. Następnego dnia wywieziono go do Lublina.

Tymczasem, jak w kalejdoskopie, zmie­niało się życie więzienne. Coraz to nowi przybywali towarzysze, inni wychodzili. Nie  bito nas tam i jeść dawano, choć skromnie, ale było można wyżyć; tylko straszna zmora I niepewności  losu dręczyła mnie ciągle. Do rodziców bałem się dać znać, by ich nie narazić na prześladowania Moskali, a innej drogi wydobycia się nie było. W końcu  zdecydowałem się przez pewnego żydka, handlarza mąką, który ustawicznie jeździł do Szczebrzeszyna, dać list do mojej matki. — Spotkał matkę na podwórzu. Po odczytaniu paru słów. zemdlała. Żyd narobił hałasu, a sam uciekł, nie czekając zapłaty.

Następnego dnia, po południu podczas przechadzki po podwórzu więziennem, przy­stąpił dyskretnie do mnie ów „międzynarodowiec” – znajomy i szepnął, że jakaś pani stoi za parkanem i chce ze mną mówić.

Domyśliłem się, kto to był, ale strach mnie przejął spojrzeć na matkę, by jej nie dobić  swym wyglądem i położeniem. Trzeba było też działać bardzo ostrożnie, bo straż niedopuszczała do żadnego zetknięcia się z obcymi ludźmi będących pod śledztwem.

Podobnie jak owi na wpół mityczni to­warzysze trojańscy osłonili Pandarosa, kiedy ten gotował się do zdradzieckiego strzału na Menelaosa, a towarzysze Wojskiego, gdy ten gotował zamach na życie Płuta, tak też, ów mój „znajomy” z Głuch, wraz z drugim stanęli  około bramy l zasłonili mnie podczas rozmowy z matką. Lakonicznie porozumieliśmy się, jak działać dalej należy. Podziwiałem matkę, gdy po spartańsku, z zaclśniętemi ustami, znosiła katusze.

W całej sprawie bardzo wiele zaważyła i pomoc pewnego znajomego matki mej (p. Henryka Szulakiewicza. Ten zaprosił do siebie na przyjacielską rozmowę referenta: spraw karnych z powiatu, polaka. Ułożono, wraz z matką i siostrą moją, plan dalszego działania. Trzeba było usunąć z dokumentów (bumag) cokolwiek by mnie obciążało. A-wtedy sprawę zbagatelizowano by i traktowano tylko, jako zwykły „przestęp granicy”.

W kilka dni po owych zajściach przy­było do mej celi dwóch wyższych urzędników policyjnych w celu przeprowadzenia osobiście Indagacji. Jak się dowiedziałem z toku roz­mowy, byli to: naczelnik straży ziemskiej i naczelnik żandarmerji. Starałem się zbaga­telizować całą sprawę i przedstawić, jako błahostkę, a konsekwentnie trzymałem się raz zeznanych i sto razy powtarzanych anegdot o malarstwie.

Porównali następnie, jak mię informował ów referent Polak, — mo­je zeznanie z pierwotnemi zeznaniami i do­kumentami. Sąd wypadł na moją korzyść. Poruszyła matka wszelkie możliwe sprężyny w powiatowym urzędzie i mieście, aby mnie uwolnić.

— Dni jednak płynęły za dniami nieskończenie długie, a ciężkie. Codziennie z zazdrością patrzyłem na tych, którzy o dru­giej godzinie po południu opuszczali więzienie, by wyfrunąć na wolność. Przyrzekłem owemu galicyjskiemu wieśniakowi, że po uwolnieniu postaram się przez starostwo w Nisku uwolnić i jego. Niestety człowiek w szczęściu i po­wodzeniu zapomina o dniach niewoli.

— Coś podobnego, jak owi biblijni dostojnicy Faraona egipskiego  zapomnieli o więzionym Hebreju, patryarsze Józefie. —

Upłynęły tygodnie. Pewnego dnia wypro­wadzono zwalnianych aresztantów do naczel­nika, po chwili jednak odprowadzono jednego, a zażądano Stanisława Kr. To mnie wołano. Za godzinę byłem wolny. U p. Szulakiewicza mogłem powitać mą matkę i serdecznie po­dziękować owemu Polakowi, który się przy­czynił do mego uwolnienia. Sprawa jednak nie była skończona. Potrzeba było dostarczyć mnie do granicy, a ponieważ obawiał się ów urzędnik, by mnie na Łążku Czerwonym nie zatrzymano i nie cofnięto z powrotem, więc i wyprawiony zostałem przez Biłgoraj, Józefów, Tomaszów Lubelski na tamtejszą komorę celną. Staruszek jakiś wziął moje papiery i miał niby to ruszyć na piechotę ze mną do i Biłgoraja, odległego o 30 kim. od Janowa, : Wzięła go matka na swe konie i pojechaliśmy w inną stronę — do domu rodziców.

Po nocnym odpoczynku i zupełnem prze­braniu się, około południa przybyliśmy do Biłgoraja. Odstawiono mnie do aresztu. Cze­kała mnie długa, bo 10 milowa uciążliwa droga do wyżej wspomnianej komory celne. Przemyśliwałem jakby tu sobie ułatwić. Na wszelki wypadek dałem stróżowi aresztu 30 kop. napiwku. Ten nadspodziewanie mi dopomógł.

– „Proszę Pana, rzekł, panu mogą dać furmankę do granicy, jak się pan za­melduje, że jest chory”.

Przyjemnie byłoby skrócić drogę, ale niebezpiecznie zapowiadać, iż się jest chorym. A nuż odeszlą do szpi­tala do Lublina, a tymczasem zrobi się „od­krycie” w Janowie i nastąpi cofnięcie wysła­nia mnie za granicę.

Dotąd więcej ryzykowałem postanowi­łem i dalej próbować szczęścia. Posłano mię do powiatowego lekarza dr. Grzywińsklego.  Faktycznie nie byłem chory. Pouczył mnie więc życzliwie, na co mam narzekać, gdyby mnie jeszcze Moskal jaki badał i wszczął ze mną rozmowę, przypuszczając, iż jestem studentem. Nie wiedziałem jednak z kim mówię, a więc musiałem zachować ostrożność. Jak się później okazało, gdym prowadził kursa Polskiej Macierzy Szkolnej w Biłgoraju, p. Grzywiński był to zacny patrjota i bardzo wspierał wszelką konspiracyjną narodową pra­cę. Nie pomogły zamykania drzwi i poufna próba rozmowy. Bałem się, bym nie padł ofiarą i ciągle udawałem „malarza”, prostaka.

Na podstawie świadectwa lekarskiego otrzymałem parę koni, która mnie, bez dal­szych szczególniejszych przygód, odwiozła do Tomaszowa.

Tam doznałem serdecznego zajęcia się mną i współczucia ze strony urzędnika w tamtejszym powiatowym zarządzie p. Za­rębskiego. Pragnąłem być jak najrychlej od­stawiony do granicy, co mi się udało. Jak z jednej strony doznałem okrutnego, wprost nieludzkiego obchodzenia się ze mną ze stro­ny urzędników rosyjskich w Łążku Czerwo­nym, tak z drugiej strony potrafiłem wzbudzić współczucie, mimo ustawicznego odgrywania komedii malarskiej, w urzędnikach  Polakach.

Popchnięty pod belkę graniczną, znalazłem się na galicyjskiej stronie i odetchnąłem wolnością i swobodą.

Natychmiast z Bełżcu posłałem do zna­jomych z Radomyśla depeszę, iż jestem wol­ny, bo ci dowiedzieli się o mem uwięzieniu wszczęli znowu starania, by mnie wydobyć za pomocą ministerjum spraw zagranicznych — Na szczęście starania te były zbyteczne.

 

Załącznik Nr 4.

Odpis. Komisja Odznaczeniowa Odznaki Honorowej „Za Walkę o Szkołę Polską” Warszawa Krakowskie Przedmieście 89 m2 Warszawa 21.V.1932 roku. JW. Pan Dr Adam Maciurzyński w Brześciu  n/Bugiem . Wielce szanowny Kolego!. Uprzejmie komunikujemy, że Szanownemu   Koledze została przyznana odznaka honorowa „Za Walkę o Szkołę Polską”. Z koleżeńskim pozdrowieniem. Prezes Komitetu Obchodu 25 lecia Walki o Szkołę Polską(-) Stanisław Dobrowolski. Prezes Komisji Odznaczeniowej (-) Bernard Chrzanowski, Vice  Prezes Komisji  Odznaczeniowej (-) M-r Aleksander Krueger. Kapt.

Załącznik Nr 5.

Miejsce Piastowe d. 7 sierpnia 1931 r.

Urząd Parafialny w Miejscu Piastowem                                                                                              1.123/31

Zaświadczenie Niżej podpisany stwierdza, iż p. Adam MACIURZYŃSKI z chwilą, wybuchu wojny światowej /1914-1918/ pracował wiele nad uświadomieniem ludności w Miejscu Piastowem, zebrał i utworzył oddział ochotników do legionu Mar­szałka Józefa Piłsudskiego, dał im początkowe wyszko­lenie i odprowadził do punktu zbornego w Krośnie, wcie­lając ich do oddziału p. Tormy. Prócz tego P. Maciurzyński  zajmował się zbiórką, rzeczy potrzebnych Intendenturze polskiej dla umundurowania ochotników. Powyższe stwierdzam własnoręcznym podpisem naoczny świadek.

/-/ X. Antoni Sobczak, proboszcz.

/Pieczęć Kościoła parafialnego w Miejscu Piastowem/.

W punkcie 8 kwestionariusza „Uwagi i podpisy Komisji”:

–  Nie zasługuje z powodu zbyt małego udziału w pracy o Niepodległość.

Pięć podpisów nieczytelnych.

Ocenę takiego stanowiska komisji weryfikacyjnej pozostawiam bez komentarza, a pozostawiam ją czytającym.

Powściągliwość i Praca -1937 wydawnictwo  Towarzystwa Św. Michała Archanioła
w Miejscu Piastowym  , to na łamach tego pisma publikował Adam Maciurzyński  publikował między innymi  artykuł „W grodzie Franciszka Buttlera, Frampolu”. Materiał ten przedstawiałem na moim blogu na przełomie lat 2015/2016. Tam też wspomniał o peowiakach z Frampola:

-P. O. W. (Polska Organizacja Wojskowa). W tym czasie na wezwanie Dziadka Komendanta“, zaczęły się tworzyć oddziały P. O. W. w Polsce. We Frampolu zorganizowali jeden oddział bracia Cichońscy i legjonista z Lublina „Lelek ״. Mimo ciągłych rewizyj, aresztowań, gnębień ze s trony austrjacko chodacznikowsko- dziadowskiej żandarmerji, organizacja rozwijała się dzielnie i doszła do 50 członków. Kilku z nich poległo w obronie Ojczyzny, a mianowicie: Gabryszewski Stanisław (w Brodach) Jan Kras, Władysław Lipiński i Władysław Cichoński, a wszyscy inni, którzy wyruszyli byli w bój, powrócili ranni do domu. Jeden z Peowiaków frampolskich, Stanisław Chodaczyński, w brawurowym napadzie na bolszewików, zabrał im dwie armaty, za co został odznaczony przez władze wojskowe.

Sylwetkę Stanisława przedstawiłem wcześniej.

Maciurzyński Apolinary

 

Apolinary

1886 -1935

 Aptekarz Rożniatów (Małopolska)

Województwo Stanisławów

Decyzja Komitetu.

Odrzucono na pos. Kom 6.12.1932

Apteka M-ra  A. Maciurzyńskiego                                                          Rożniatów  dnia 15marca 1930

Rożniatów (Małopolska)

Życiorys

M-ra  Apolinarego Maciurzyńskiego aptekarza w Rożniatowie Małopolska

M-r  Apolinary Maciurzyński ur. we Frampolu ziemi lubelskiej w r. 1886 syn śp. Andrzeja „poddanego austriackiego, który po ukończeniu szkoły technicznej w Warszawie zamieszkał w Kongresówce
„za paszportem”, jako budowniczy. Za szerzenie  wiedzy polskiej i pism odsiadywał areszt i był karany administracyjnie. Jako „niebłagadiożny”  nie otrzymał obywatelstwa rosyjskiego. Dzieci musiał wysyłać na naukę do Galicji.                                                                Syn Kazimierz zesłany na Sybir do Tobolska (1914) zaginął.                                                        Syn Adam Dr  Filozofii jest prof. W Brześciu.                                                                                  Syn Hieronim kapitan W.P. w rezerwie w Modliborzycach woj. Lubelskie.                              Syn Apolinary wysłany jako 12-to letni do Galicji do Miejsca Piastowego, gdzie kończy niższe gimnazjum, we  Lwowie kończy wyższe gimnazjum, tu należy do Kółka tajnego młodzieży. Jako student  7-mej  klasy uczę w szkole Macierzy Polskiej w Biłgoraju guberni lubelskiej i kursach dla analfabetów.  W szkole, w której kierownikiem był brat Adam słuchacz Uniwersytetu we Lwowie, po zamknięciu „Macierzy”, aresztowaniu brata uczę dalej dzieci polskie w domach prywatnie . W roku 1908 zaczynam praktykę do zawodu aptekarskiego. Biorąc udział w życiu narodowem w Sokole i T.S.P Wojskowo należę do „Landsturmu”?. Jako jedyny dyplomowany aptekarz w Sokalu, a potem
w Rożniatowie reklamowany za czasów austr., a potem i polskich. Za czasów austr. Pracuje w Sokole i TSL, jako członek, potem długi szereg lat, jako prezes.

W czasie tzw. „Ukrainy” apteka moja jest pod okiem Ukraińców. „Kuźnia polska” rychłe oswobodzenie ratuje od ewentualnego nieszczęścia.

W oswobodzonej Polsce:

  1. Jestem członkiem Rady przybocznej Komisarza zarządu w Rożniatowie,
  2. jestem członkiem Komisji aprowizacyjnej pow. W Dolinie,
  3. jestem członkiem Komisji aprowizacyjnej wRozniatowie,
  4. jestem członkiem Komisji podatkowej w Dolinie,
  5. Przewodniczącym Komisji przeciwpożarowej w Rożniatowie,
  6. Sekretarzem Organizacji Narodowej w Rożniatowie,
  7. Prezesem Polskiego Towarzystwa „Sokół” w Rozniatowie,
  8. Prezesem organizatorem i założycielem Polskiej ochronki dla dzieci w Rożniatowie,
  9. Prezesem organizatorem i założycielem Kółka Rolniczego w Rożniatowie,

   10, Prezesem organizatorem i założycielem Ochotniczej Straży Pożarnej w Rożniatowie,

  1. Sekretarzem L.O.P. w Rożniatowie.. Jako prezes Sokoła organizowałem zbiórki np. na ciepłą odzież dla żołnierzy ( do dyspozycji Generała Iwaszkiewicza). Organizuję odczyty i wiece w sprawie Śląska, Spiszu i Orawy.
  2. Członek Radu miasta Rożniatowa.

Obecnie piastuję godności :

  1. Prezes Ochotniczej Straży Pożarnej w Rożniatowie,
  2. Zastępca Prezesa Kółka Rolniczego.
  3. Członek Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”.
  4. Członek T.S.L.
  5. Członek L.O.P.
  6. Członek Strzelca.
  7. Członek Izby Aptekarskiej we Lwowie.
  8. Członek Towarzystwa Aptekarskiego we Lwowie.

Był członkiem kolejnych 11 organizacji i stowarzyszeń wspierających różne inicjatywy społeczne.

Był fundatorem dzwonu „św.  Apolinarego”,  w kościele katolickim w Rożniatowie. Ciekawe czy ten dzwon zachował się do obecnych czasów.

Komisja uznała, że Nie zasługuje: Zbyt mały udział w pracy o Niepodległość.

Sześć podpisów nieczytelnych.

 

 

 

Maciurzyński Hieronim

Kopia Hieronim 18

  1893 – 1943

Życiorys

Hieronim Maciurzyński urodził się 30 września 1893 roku we Frampolu był synem Andrzeja i Marianny z Oleszków. Ojciec Hieronima pochodził z Radomyśla nad Sanem. Jako młody chłopiec w wieku 14 lat wyjechał do Warszawy gdzie się uczył po ukończeniu szkoły średniej w Wyższej Szkole Technicznej, po ukończeniu, której przybywa na Lubelszczyznę. Około roku 1876 przybywa do Frampola i tu w roku 1877 żeni się z Marianną Oleszek. Przybycie do Frampola wiązało się prawdopodobnie z tym, że we Frampolu podjęta została budowa nowego kościoła murowanego, wybudowanego w miejsce zniszczonego kościoła drewnianego.  Hieronim pochodził z wielodzietnej rodziny, rodzice mieli dziewięcioro dzieci,  urodził się, jako przedostatni z ich dzieci. Ukończyłem szkołę powszechną w  Frampolu, wstąpiłem do szkoły Macierzy Polskiej
w Biłgoraju, a po zamknięciu tejże wrócił do Frampola. Ojciec Hieronima sam wykształcony, nie szczędził sił i środków na kształcenie swoich dzieci. Dwaj starsi bracia Adam skończył studia wyższe na Uniwersytecie w Pradze i uzyskał tytuł doktora filozofii, drugi brat Apolinary ukończył Uniwersytet we Lwowie i  był magistrem farmacji.

Dalsza część życiorysu  napisana została przez Kapitana rez. Hieronima Maciurzyńskiego z Modliborzyc  na żądanie Związku Straży Pożarnej  Okręg Janowski z dnia 6 lipca 1932. Członek Zarządu Związku Straży Pożarnych w pow. Janów Lubelski  i Naczelnik  IV i V Rejonu,.

W roku 1908 wstąpiłem do Straży Pożarnej pod dowództwem p. Jana Woińskiego, obecnie zam. w Lublinie ul Zamojska Nr 25.                                                                                  W roku 1910 uczyłem się zawodowo na felczera w Lublinie i przez cały czas byłem świadkiem zmagań patriotycznych i krwi przelewu na ulicach Lublina. W tymże roku zapragnąłem dalszego kształcenia się, opuściłem Lublin, aby przedrzeć się do Tarnopola. Na granicy koło Ulanowa zostałem schwytany przez moskali zbity i etapami gnany do Biłgoraja, gdzie osadzony zostałem w więzieniu. Mieszczanie na czele z bratem moim Kazimierzem wyjednali odstawienie  mnie do granicy i oddanie mnie władzom austryjackim, na podstawie przynależności ojca mego do Radomyśla  n/Sanem.                    W Tarnopolu po wstępnem egzaminie, przyjęty zostałem do V klasy wyższej szkoły Realnej. Wkrótce zostałem przyjęty do drużyny skautowskiej, później do Drużyny Strzeleckiej pod pseudonimem „Moskal”. Wstąpiłem również do tajnego związku  „Młodzieży Narodowej”, gdzie po uzyskaniu zaufania sprawowałem różne funkcje oraz byłem delegatem na zjazd we Lwowie.
W życiu szkolnem zaś prowadziłem bojkot towarów pruskich i byłem kierownikiem sklepu szkolnego. W roku 1914 zdałem maturę i jako poborowy zostałem wcielony do armii austryjackiej.

Wybuch wojny  światowej zastał mnie we Frampolu, stawiłem się do Radomyśla skąd odstawiono mnie do Rzeszowa. Z Rzeszowa uciekłem do Krakowa i zameldowałem się w N.K.N[3]. jako strzelec z prośbą o przydział do Legjonów. Kazano mi wracać z tem iż odniosą się drogą służbową.
W międzyczasie odstawiono mnie do Wiednia do 4 p. p. , potem do 71 p. p., a stąd w charakterze tłumacza języków słowiańskich, przydzielony zostałem do sądu dywizyjnego na froncie rosyjskim. Kiedy zauważono z mej strony pewną opiekę nad niewinnie posądzonymi popami i wieśniakami, odstawiono mnie do pułku, gdzie zostałem komendantem plutonu karabinów maszynowych biorąc udział w bitwach pod Załoźcami[4] i Gontową ?.

Z frontu wysłano mnie do szkoły oficerskiej w NAGYSZEBEN (Siedmiogród), którą ukończyłem z wynikiem pomyślnym 24 listopada 1916 r. Po ukończeniu szkoły odbyłem front serbski i włoski, będąc przez 21 miesięcy w pierwszej linji, jako komendant plutonu i baterji miotaczy, ciężkich i lekkich min. Na lagunach morza adrjatyckiego zachorowałem na malarję tropikalną (pod Gryzolerą) i  15 sierpnia 1918 r. zostałem odesłany do szpitala.
Przewrót państw centralnych zastał mnie w Pradze czeskiej, gdzie występowałem wobec zebranego ludu, jako reprezentant Polski.                                                                                        W dniu 11 listopada 1918 stawiłem się do dyspozycji D-cy W.P.  w  Janowie Lubelskim, jako ochotnik podporucznik. Pełniłem funkcje komendanta kompanji, przeniesiony do 23 p. p. potem do I i II Baonu Lubelskiego, przebyłem całą kampanię bolszewicką i bitwy pod Równem, Tyszowcami, Komarowem, przetrwałem oblężenie Zamościa i pogoń za bolszewikami, aż do Dubna.

Z Dubna przeniesiono mnie do Wołyńskiej Inspekcji  Etapowej na referenta służby wewnętrznej i personalnej, stąd przeniesiony zostałem do Włodzimierza Wołyńskiego w charakterze komendanta Miasta, tu też zetknąłem się z organizacjami społecznymi  w których brałem żywy udział.

8 czerwca 1921 r. zostałem przeniesiony do Szefostwa Intendentury w Lublinie w szarży kapitana, pełniąc prace biurowe. Podczas pobytu w  Lublinie uczęszczałem w charakterze zwyczajnego słuchacza na Uniwersytecie w Lublinie, studjując prawo i nauki społeczno-ekonomiczne.

W dniu 1 sierpnia 1922 roku zwolniono mnie na własną prośbę  do rezerwy, to celem zajęcia się gospodarstwem rolnem mej żony w Modliborzycach.

Po dwumiesięcznym pobycie w rezerwie powołano mnie do  gdzie odbyłem roczne przeszkolenie Radjotelegraficzne w Zegrzu i Benjaminowie. Dziennikiem personalnym M. S. Wojsk. Nr: 67/23 z dniem 30 października 1923 zostałem zwolniony do rezerwy. Dnia 21 grudnia 1924 r. pracowałem jako nauczyciel gimnazjum w Janowie Lub. poczem powróciłem na gospodarstwo w Modliborzycach.

W styczniu 1925 r. zostałem nauczycielem szkoły powszechnej w Modliborzycach, a w maju tegoż roku zostałem komendantem Straży  Pożarnej tamże.                                          W Majdanie Modliborzyckim założyłem Koło Młodzieży Wiejskiej i kursy wieczorowe, które prowadziłem przez trzy lata. W roku 1926 byłem współzałożycielem Związku Okręgowego w Kraśniku, gdzie dotąd jestem członkiem.                                                              Od lipca 1928 r. jestem naczelnikiem rejonowym. W samorządzie pracuję od lat trzech, a mianowicie jako: Członek Rady Gminnej, Przewodniczący Kom. Rew. Rady, członek kom. rew. Sejmiku Powiatowego oraz członek kom. rew. Wojewódzkiej do spraw wodnych.

Modliborzyce, dnia 11. Sierpnia 1932.

Mianowania oficerskie:

– podchorąży – 25 grudzień 1916 rok.

– podporucznik – 1 luty 1918 rok.

– kapitan – 17 kwietnia 1921 rok.

Odznaczenia wojskowe austriacko-węgierskie:

Medal Walecznych srebrny II klasy, brązowy Krzyż Karola.

Odznaczenia wojskowe austriacko-węgierskie:

Medal Walecznych srebrny II klasy, brązowy Krzyż Karola.

Odznaczenia w II Rzeczypospolitej

Medal Niepodległości – 24 października 1932 roku[5].

Hieronim umiera 9 lutego 1943 roku w obozie jenieckim w wieku 50 lat. Jego grób nr 454 znajduje się na małym cmentarzu wojennym w Hammerstein – Czarne w pow. Człuchowski, woj. pomorskie. Pod koniec marca 1943 roku żona Maria Maciurzyńska otrzymuje zawiadomienie o śmierci Kpt. Hieronima Maciurzyńskiego.

 

Z pośród trzech braci jedynie Hieronim uhonorowany został Medalem Niepodległości.

 

[1] Świadkami wieśniacy: Stręciwilk, Jarosz, Małek, b. nadleśniczy ordyn. Zamojskich p. Mieszkowski, z Frampola Józef Filipowicz.

[2] Zamieszczone w piśmie „Wspólna Praca” poświęconego sprawom Ziemi Łomżyńskiej w nr  8-11 z 1925 roku.

[3] Naczelny Komitet Narodowy.

[4] Załoźce – osiedle typu miejskiego w obwodzie tarnopolskim, w rejonie zborowskim Ukrainy, leżące nad Seretem.

[5] Monitor Polski nr 245 poz. 270 z 1932. http://niezwyciezeni1918-2018.pl/nie/form/r968889003464,MACIURZYNSKI-HIERONIM.html