P.O.W. Frampol cz.V

Polska Organizacja Wojskowa we Frampolu cz. V.

W przedstawianych materiałach zachowuję pisownię oryginalną obowiązującą w tamtych latach.

W tej części przedstawię sylwetki ludzi związanych z Frampolem, poprzez ich działalność w organizacjach Niepodległościowych, którzy działali nie tylko na terenie Frampola, ale równiej w innych miejscach Rzeczypospolitej, a będą to MACIURZYŃSCY.

Z Maciurzyńskimi  związany jestem również ja, ponieważ moja babcia Malwina pochodziła z Maciurzyńskich. Zanim przystąpię do przedstawiania poszczególnych przedstawicieli tej rodziny działających na rzecz odzyskania niepodległości opowiem o tym, skąd przybyli do Frampola Maciurzyńscy.

W drugiej połowie XIX wieku, podjęta została  w roku 1859 przez Dziedzica Dóbr Kąty Juliusza Puchałę inicjatywa budowy nowego kościoła we Frampolu, zaofiarował na ten cel własną pomoc finansową i materialną. Formalności związane z pozwoleniem na budowę trwały bardzo długo. Dopiero przybycie do Frampola księdza Wiktora Krauze przyśpieszyło prace związane z budową nowego kościoła murowanego w miejsce kościoła drewnianego, który, w tym czasie miał już 140 lat i był w złym stanie technicznym. Kościół budowany w latach 1873-1878 w/g projektu Władysława Siennickiego budowniczego powiatu zamojskiego, był kościołem jednonawowym z wysoką wieżą frontową, mógł pomieścić ok. 1800 wiernych, jak szacował jej budowniczy ks. Krauze.

Pradziadek mój Andrzej Maciurzyński syn Józefa i  Julianny z Wiktorów (ur.1851)pochodził z Radomyśla nad Sanem. Nie wiem, jak to się stało, że znalazł się we Frampolu, ale chyba wiązało się to właśnie z budową kościoła w naszej miejscowości, wcześniej Andrzej ukończył Szkołę Techniczną w Warszawie. Wraz z nim przybył do Frampola jego młodszy brat  Franciszek (ur.1854). Bracia założyli tu rodziny pradziadek Andrzej ożenił z Marianną  Oleszków w 1876, a Franciszek z Katarzyną z  Miazgów w roku 1885.

Kartka od Adama

Kartka pocztowa z Radomyśla wysłane przez Adama Maciurzyńskiego w 1905 roku.

Rodziny, które założyli bracia były liczne, Andrzej z Marianną mieli dziewięcioro dzieci (siedmiu synów), a Franciszek z Katarzyną  ośmioro dzieci (dwóch synów). Ponieważ materiał o tych dwóch rodzinach jest bardzo obszerny informację o nich zamieszczę w dwóch odrębnych odcinkach.

W pierwszym odcinku przedstawię sylwetki i działalność na rzecz odzyskania Niepodległości synów Andrzeja : Adama, Apolinarego i Hieronima.

Na zakończenie wprowadzenia, słów kilka, o pozostałych trzech synach Andrzeja. Najstarszy z synów Kazimierz w chwili wybuchu I wojny światowej został internowany przez władze carskie i zaginął na terenie Rosji. Dwaj pozostali najmłodsi bracia Jan –Aleksander    (1889 – 1921) i Bolesław (1897 – 1935) służyli w wojsku.  Jak ciężkie były warunki tej służby niech świadczą te urywki listów pradziadka Andrzeja do syna Apolinarego.

-„W pierwszych dniach maja 1918 roku wraca do domu z wojska Bolesław wycieńczony i schorowany”.

W tym też czasie Aleksander szykuje się do wojska. Gdzie służył w wojsku, jak długo i w jakich warunkach, czy brał udział w wojnie z bolszewikami tego nie wiem, bo z tej korespondencji, jaka pozostała nic więcej o Aleksandrze nie można wyczytać i ustalić? Prawdopodobnie, jak miało to miejsce z Bolesławem służbę w wojsku okupił utratą zdrowia i przedwczesną śmiercią. Umiera bardzo młodo 29.01.1921 roku  w wieku 32 lat. Pochowany w grobowcu rodzinnym we Frampolu.

Wyjątek z listu Andrzeja do syna Apolinarego z 21 marca 1918 roku

   -„Piszę często do Bolka, ale on listów i posyłki z chlebem nie otrzymuje. Posłałem Adolka
(- syn Malwiny) na mój koszt za Kraków z chlebem, to mu zawiózł i wygląda bardzo marnie na ćwiczenia nie chodzi, bo nie ma siły tak wyschnięty i zmizerowany, może komisja go uwolni do domu na poprawę na czas jakiś dla nabrania sił. Jeżeli możesz to poślij, co Bolkowi to Ci zwrócę, bo z Galicji listy łatwiej dochodzą”.
    Kochający Cię ojciec Andrzej

– „Bolek powrócił do domu. 13-go kwietnia znękany i schorowany, dostał urlop na czas nieograniczony. Przewracał się dzisiaj, przy odżywianiu się lepszym, już nogi stawia lepiej i je, co parę godzin za czas spędzony w wojsku. Egzystencję swoją w wojsku zawdzięcza Tobie, że o nim pamiętałeś, gdyż od nas przesyłki rzadko go dochodziły”.                                  Bolesław umiera również bardzo młodo, w roku 1935, mając zaledwie 38 lat. Jak i wszyscy Maciurzyńscy oprócz Hieronima został pochowany w grobie rodzinnym we Frampolu.

 

Maciurzyński Adam

Adam w Brześciu 1931 — kopia

1880 – 1937

Odrzucony na posiedzeniu Kom. Dn.6.XII-32. N.60

 z powodu braku pracy niepodległościowej.

Życiorys

Urodziłem się 20.XII.1880 r. w Ujazdowie, pow. Zamojski , wojew. Lubelskie. Prócz nauki pobieranej w szkole ludowej we Frampolu, rodzice nauczyli mnie historii polskiej w domu. Z ukazaniem się „Robotnika”, wydawanego przez dzisiejszego Pierwszego Marszałka Polski , pomagałem w jego kolportowaniu (śp. Jan Brandt w Smoryniu i ks. P. Kwoczyński). Z wybuchem rewolucji w Rosji w  1905 r. rzuciłem się w wir pracy niepodległościowej w b. Królestwie a obszarze pow. Zamojskiego. Przenosiłem „ bibułę” z zagranicy przez  Łążek do Janowa Lubelskiego. Pojmany na granicy, skuty w kajdany, odstawiony zostałem do więzienia w Janowie. Gdzie siedziałem przez pewien czas. Dzięki staraniom mojej rodziny i Henryka Szulakiewicza (obecnie jeszcze mieszkającego w Janowie)odesłano mnie przez Biłgoraj i Tomaszów lubelski do b. Galicji (ojciec mój miał obywatelstwo galicyjskie, a mieszkał we Frampolu). Ukarano mnie, jako ob. galicyjskiego. W 1906 roku wróciłem znowu do miasta Frampola (pow. Zamojski) i tam zorganizowałem tajną szkołę dla dorosłych (patrz zał. 1). Przy tem prowadziłem tajne kółka polityczne, założone przez mego krewnego Leona Maciurzyńskiego. Miewałem odczyty tajnie- (na cmentarzu, po domach, w lesie). W różnych sprawach politycznych,
a zwłaszcza za wprowadzeniem  języka polskiego w gminie frampolskiej i sądów polskich. Usiłowałem ponadto założyć podobne koła w Goraju (pow. zamojski) i Kocudzy[1] (pow. biłgorajski). Świadkami powyższych poczynań są frampolscy mieszczanie, których w razie potrzeby mogę wskazać. We wsi Trzęsiny, dzięki pomocy pieniężnej śp. Jana Brandta  założyłem czytelnię ludową. Zaproszony przez Pol. Macierz Szkolną w Biłgoraju prowadziłem tam tajne kursy dla nauczycieli wioskowych, szkół powszechnych i kursy gimnazjalne (patrz załącznik 2).                                                 Aresztowany byłem  i odsiedziałem karę w tamtejszym więzieniu. Niezależnie od kary, na podstawie wizytacji mej szkoły przez Naczelnika Dyrekcji Szkolnej, otrzymałem szkołę powszechną w Grabówce, skąd po ½  roku zostałem wydalony na podstawie żądania żandarmerii rosyjskiej. Wysiedlono mnie z „granic Rosji”(załącznik 3).
Za powyższą oświatową pracę otrzymałem odznaczenie „Za Szkołę Polską” (Załącznik 4).

Wybuch wojny zastał mnie w powiecie krośnieńskim, w Miejscu Piastowem. Zaagitowałem między młodzieżą wiejską w M. Piastowym i sąsiednich wioskach. Tworzyłem oddziały, uczyłem musztry początkowej i odprowadzałem do p. Torny komendanta kadry w Krośnie, do I Brygady Marszałka Piłsudskiego. Z powodu choroby oczu nie przyjęto nie do oddziału. Kolejno zakrzątnąłem się około zaopatrzenia wojska polskiego i pracowałem dla intendentury (Załącznik 5). Po zajęciu wschodniej Małopolski przez Rosjan wyjechałem na zachód. Tam w miejscowościach Jordanów, Rabka, Mszana Dolna, Skawina i In. stały na stacjach wagony z oddziałami Legionu Wschodniego – który wtedy się rozwiązywał. Zająłem się agitacją za wstępowaniem  do I Brygady   i wielu przyrzekło pojechać do Krakowa do „Oleandrów” do Kadry. Poświadczeń tej pracy nie mam, gdyż nie było na to ani czasu, ani od kogo. Działałem samorzutnie. Mógłby może
(o ile żyje) poświadczyć tę pracę ks. Matysiak, który wówczas był wikariuszem w  Jordanowie. Na wychodźstwie: na Morawach w Bernie dalej, obok pracy oświatowej w gimnazjach dla uchodźców, prowadziłem działalność polityczną, odwiedzałem rannych legionistów, opiekowałem się nimi.

Toż samo czyniłem namawiając żołnierzy z rozwiązywanych Legionu Wschodniego, a stojącego oddziału w Jordanowie, Rabce, Muszynie itd., by wstępowali do I Brygady Marszałka Polski, a ówczesnego Dziadka-Komendanta.

W 1918/1919 r. utworzyłem „Uniwersytet Żołnierski” w Płocku, pracowałem w „Domu Ludowym”, agitowałem  za pożyczką (sam zakupiłem z 1 ½ tysiąca marek krótko i długo-terminowe), a w roku 1920 zakupiłem za 9 tysięcy marek, którą zamieniono na Konwersyjną nie dałem do wyższego przerachowania, by nie obarczać skarbu polskiego. (Dziś jestem w nędzy i bardzo bym pragnął jej przeliczenia!!). W  Płocku wydrukowałem dla plebiscytu górnośląskiego ( w kilkunastu tysiącach) broszurę pt. „Nasze Kresy”. Po powstaniu BBWR pracując   w Brześciu n/Bugiem zapisałem się doń. Obecnie pracuję w Wilnie w kole BBWR , jako sekretarz Koła „Śnipiszki”,( wskutek złośliwych intryg osobistych wrogów zostałem przeniesiony na emeryturę w Brześciu n. B). Pragnąłbym powrócić do służby rządowej, jako profesor gimnazjalny(mam pełne kwalifikacje).

 Dr. Fil. Adam Maciurzyński

Wilno d. 15/X.1933 ul. Pióromont 10,m6.

Zaświadczenia i poświadczenia pracy Adama Maciurzyńskiego:

Załącznik Nr 1.

Biłgorajskie Koło  Macierzy Szkolnej

L.138/21                                                                                                                                                                                                                                          Poświadczenie                                                                    Zarząd Biłgorajskiego Koła „Polskiej Macierzy Szkolnej” stwier­dza niniejszym, iż p. Adam Maciurzyński w czasie od 2/IV do 15/XI 1907 r. prowadził w Biłgoraju 3 oddziały szkoły powszechnej od 8 rano do 1 po­południu, i kursy dla dorosłych analfabetów od 3 do 6 po południu. Przez miesiące lipiec, sierpień, wrzesień i październik pro­wadził przygotowawczy kurs dla nauczycieli wioskowych całego powiatu /razem 28 osób obojga płci/. Na kursie tym uczył przedmiotów najpotrzeb­niejszych do prowadzenia szkoły a więc: religji, języka polskiego, aryt­metyki, historji Polski, geografji, historji powszechnej /w zarysie/ zasadniczych pojęć pedagogicznych prowadzenia dzieci, metodyki ucze­nia różnych przedmiotów itd. w zakresie I i II roku seminar. naucz: Lekcje odbywały się w lokalu szkółki przy ul. Radzięckiej, w domu p. Matrasia. Kursiści na nauczycieli mieli lekcję dwa razy tygodniowo:
w czwartek i niedzielę od 3 do 8 po południu. Po ukończeniu kursu złożyło z nich 24-ro egzamin
z postępem bardzo dobrym, dobrym i dostatecznym, czworo zaś nie złożyło egzaminu. Komisją egzaminacyjną byli: kierownik kursu p. Maciurzyński oraz cały zarząd Koła Pol. Macierzy Szkolnej w Biłgoraju przy asyście zaproszonych gości. Kursiści ci, mimo zakazów rządu nauczania po wsiach, prowa­dzili po wsiach szkółki tajne. P. Maciurzyński został za „nielegalne” prowadzenie szkoły osadzony w miejscowym areszcie, a po odbyciu te­goż zmuszony był wskutek zakazu żandarmerji przerwać naukę w Biłgo­raju; w połowie listopada 1907 roku i udał się do Grabówki, gdzie otrzymał szkółkę ludową od dyrekcji szkół w Lublinie. Przez cały czas swego pobytu w Biłgoraju i prowadzenia nauki p. Maciurzyński wywiązy­wał się dobrze z powierzonego mu zadania ku ogólnemu zadowoleniu mieszkańców miasta Biłgoraja, a swojem  ze wszech miar sumiennem wypełnianiem obowiązków oraz taktownem postępowaniem zasłużył sobie na serdeczną wdzięczność u ludności.

Sekretarz :/-/ Zofja Skulska         M.P.            /-/ Ks.C.Koziołkiewicz Biłgoraj d.10 kwietnia 1921 roku

Dnia 24 kwietnia 1925 r. N.324 poświadczyłem odpis niniejszego.

 Notarjusz /-/ St. Płoński M.P.. Z dokumentu tego wydałem 15.4-21 kopię p. Maciurzyńskiemu za N.164

/—/ Pietrasiewicz       Przewodniczący /—/ K. Dąbrowski

Załącznik Nr 2.

Zaświadczenie.

My niżej podpisani mieszkańcy osady Frampol stwierdzamy, iż p. Maciurzyński Adam pracował w naszym mieście bardzo wiele dla oświaty obywateli przez prowadzenie kursów dla dorosłych w roku 1906, które prowadził począwszy od miesiąca października, do kwietnia , ucząc młodzież wszystkich przedmiotów wyższych oddziałów szkoły powszechnej jak :  rachunków, gramatyki polskiej, przyrody, fizyki itd.  Lekcje odbywały się w domu Andrzeja Maciurzyńskiego i tajnie przed policją. Uczestnikami były osoby płci obojga w wieku od 14-17 lat. Celem nauki było pogłębienie wiedzy dorosłej młodzieży. Nauka odbywała się za niską opłatą. W roku 1916 w czasie  okupacji austryjackiej pan Maciurzyński prowadził taką samą naukę dla dorosłej młodzieży w szkole miejskiej, publicznie. Uczestników było do 100 osób. Lekcje trwały od 8 do 11 godz. Wieczorem. Nauka odbywała się w miesiącach: sierpniu, wrześniu i październiku. W tym okresie , co niedziela, miewał p. Maciurzyński,
w tych samych godzinach publiczne odczyty dla ludności całego miasta. Słuchaczy było zwykle 200-250. Przedmiotem odczytów były literatura  i  historia polska, ustrój konstytucyjny w różnych państwach Europy, sejm, jego prawa i obowiązki, prawo głosowania, sprawy społeczne- jak kooperatywy, zrzeszanie się itd. Jednym słowem p. Maciurzyński czynił to z poświęceniem, bezinteresownie i bezpłatnie, a potrafił wszystkich zapalić i zachęcić do nauki. Czas nauki był przeplatany w pauzach śpiewem: przeto wszyscy mieszkańcy naszego miasta żywią zawsze serdeczną wdzięczność za pracę nad sobą dla p. Maciurzyńskiego. Prawdziwość powyższych danych gotowi jesteśmy w razie potrzeby stwierdzić nawet pod przysięgą. Frampol dnia 5 kwietnia 1921 roku. Podpisali : Leon Burlewicz, Karol Gabryszewski, Stanisław Oszustowicz, Bernard Zalewa, Franciszek Kapica , Chołota Kazimierz, Stanisław  Filipowicz, Stanisław Bohdanowicz. Własnoręczność podpisów stwierdził  dnia 5 kwietnia 1921 roku Sędzia Pokoju  Z. Strzelecki  Sąd Pokoju we Frampolu.

Załącznik Nr 3.

Dr.  Maciurzyński.

Z czasów carskiej niewoli[2]

Rok- 1904 dla carskiej Rosji był rokiem wielkiej klęski, poniesionej w wojnie z Japonją. To też rok następny 1905 był jakby owym rokiem „wiosny ludów” (1848), rokiem nadziei na zdobycie wolności obywatelskiej. Pierwsza „Duma” rosyjska nie ziściła aspi­racji ludności i nie była początkiem owej błogiej ery, owego złotego wieku starorzym­skiego Saturna, W owym to czasie, kiedy ziemstwa rosyjskie, skorzystawszy z klęski rządu na Dalekim Wschodzie na polach Laojanu, Fort Artura i Mukdenu, zażądały pew­nej swobody w wypowiadaniu swych myśli, zwołania parlamentu (Dumy), odbywała się omawiana przez nas akcja.

,,.Los wypadł na mnie, opowiada p. Stanisław Kr”, bym się zajął dostarczeniem większej ilości „bibuły”- do Janowa Lubelskiego i okolicy, a wypadło mi to tym lepiej, iż na tym odcinku granicznym nie byłem znany rosyjskim władzom celnym. Podczas mych częstych przyjazdów do b. Królestwa, przebywałem Przyjechawszy do pogranicznego miaste­czka w b. Galicji, Radomyśla nad Sanem, wyszukałem lwowskich kolegów z politechniki i uniwersytetu i razem naradzaliśmy się nad sposobem przedostania się na „drugą stronę.” Uchwaliliśmy, bym, wziąwszy przepustkę nadgraniczną, dozwalającą zapuścić się na odległość 30 km., przebył komorę celną w Łążku Czerwonym, a do Ireny, wioski le­żącej już po tamtej stronie, dostarczą mi koledzy „bibułę” przez przemytnika. Prze­pustkę, ważną na kilka jeszcze dni, „wypoży­czyłem” od kolegi. Z trudnością przebywaliśmy błotniste łąki radomyślskie,  z rzadka porosłe skarłowaciałą sosną, potem przesypywaliśmy kołami głębokie piachy Brzózy, aż w końcu dostaliś­my się do nadgranicznego lasu. Była cisza. Skwar południowy ukrył wszelkie ptactwo, tylko wiatr smutnie kołysał wysoko w niebo strzelającemi wierzchołkami sosen. Serce bib mi gwałtownie. Zdawało się, iż słychać było w poszumie smutnym drzew jakieś tajemnicze ostrzeżenie, jakby jakieś złe przeczucie przej­mowało duszę i radziło zaniechania zamiaru. Koledzy poważnie rozmyślali nad przeprowa­dzeniem planu, ja zaś z trudnością broniłem się przed smutnemi myślami.

 „Przecież u li­cha nieraz przebywałem granicę” — myśla­łem — „ I nic mi się nie stało, a różne rze­czy się miało nieraz w zanadrzu.” Skrzypiąc, przywlókł się wóz do wsi Brzózy, Ostrożnie wstąpiliśmy do jednego i drugiego przemytnika, do przemytniczki „Basi”, ale nikt nie miał ochoty wtrącać się do „polityki”, „Wód­kę” —mówili-— „jedwabie, sukna, korty prze­niesiemy każdej chwili dokąd pan zechce, ale gazetów to przenigdy na świecie, bo za to strasznie karzą „Mochy”.

Na komorze cel­nej nie chciano mnie przepuścić, ba za parę dni kończył się termin przepustki. Wstyd mi było powracać w obawie przed urojonemi strachami. Zresztą „do odważnych świat na­leży” —pomyślałem sobie. Pójść muszę i pójdę. Utwierdził mnie też w tem postanowieniu jeden z przemytników, który przedstawiał łatwość przebycia granicy, a nawet, w razie schwytania, możliwość przekupienia „sołdata” paru rublami. Najważniejszą zaś była obietni­ca, że mnie nocą przeprowadzi przez granicę. Postanowiłem czekać nocy, Koledzy odjechali. Pierwszy raz przebywałem „zieloną granicę”, Tysiączne racje „za” i „przeciw” kołowały w głowie, wzajemnie się zwalczając  tym bardziej, iż jak mówili przemytnicy, nadzwyczajne zarządzenia na granicy poczynili Moskale, obawiając się szpiegostwa na rzecz.., Japonji.

Po wieczerzy, późno w noc, opłaciwszy trzema florenami przemytnika, ruszyłem w dro­gę — po „złote runo”, polityczne. Paczki „Polaka”,  „ Przeglądu Wszechpolskiego” i. t. p. druków miały krzepić patriotyzm, podtrzymy­wać opór przeciw rusyfikacyjny rodaków pod zaborem moskiewskiem. Przytem ostrożne żywe słowo mogło też coś znaczyć w tak przełomowych chwilach, gdy w państwie bia­łych carów czuć było rewolucją. Byłem dumny, że i ja dorzucę cegiełkę do odbudowania wolnej Polski, granicę w innych punktach.

Przewodnik wyprowadził mnie za wieś w pola i ukazał w dali jakąś majaczącą wiel­ką ciemną masę. W tym kierunku polecił mi iść, a gdy napotkam granicę ostrożnie prze­być ją chyłkiem. Z tą przestrogą, wypowie­dzianą szeptem, oddalił się cichutko. Ja po­szedłem dalej.

Podobnie jak lis, skradający się do kur­nika i pełzający w ciszy nocnej, by nie zbu­dzić czatujących psów, tak samo i ja skra­dałem się chyłkiem, bez szelestu do granicznej ścieżki, po której tam i z powrotem chodzili żołnierze. Od czasu do czasu przystawałem, by wyczuć w ciemności i ciszy nocnej czy czasem kto w pobliżu nie porusza się, nie szepcze przypadkiem. Głęboka cisza zalegała pola.
W trwodze prześlizgnąłem się przez rów i ścieżkę graniczną, Już kilkadziesiąt kroków oddaliłem się od niebezpiecznej linji szatańskiej. Już powoli zaczęła rosnąć nadzie­ja, że szczęśliwie doczołgam się do majaczą­cej w ciemności grupy drzew… W tem niedaleko huknął głos żołnierza; „Kto idiot?” Krew mi zamarła w żyłach.

Zostawiwszy paczki z bibułą w zbożu, rzuciłem się całą siłą do ucieczki w kierunku majaczącej w oddali wsi. Ogień i woda nie powstrzymałyby mnie. Dziwna jakaś energja wstąpiła we mnie i jakby unosiła ponad zagony ziemniaków i zboża, kłosami siekącego po twarzy. Krzyki i groźby leciały za mną, a co najważniejsza, ode wsi, na przełaj, zbli­żała się do mnie sylwetka drugiego żołnierza… Byłem otoczony i pochwycony. Na strzały w górę — sygnały do komory celnej — za­uważyłem, że nagle zapaliły się tam liczne światełka w oknach, jak gromada wiejskich rozpustnych dzieci biegnie do chłopców, któ­rzy schwytali sowę, i otacza ją z krzykiem i hałasem, tak samo, z tak zwanego „postu” (posterunku) straży granicznej, wybiegła gro­mada łudzi, na pół nagich, w bieliźnie, pieszo i na koniach z latarniami, pochodniami, lam­pami, aby zobaczyć kogo tam schwytano i za kim się tak uganiano po polach. Tymczasem stałem, trzymany przez dwóch uzbrojonych drabów. Po kilkunastu minutach nadjechał jakiś podoficer „starszy” i krótko zapytał mnie, com zacz i kto mnie przeprowadzał przez granicę — czy nie „Basia”?.

Odrzekłem spokojnie, iż sam przeszedłem granicę i nie wiedząc o tem, zbłądziłem, wracając do wsi. Podoficer odrzekł, iż na posterunku pokażą mi „prostą drogę”, jeżeli się nie przyznam szczerze.

Przybyliśmy na posterunek. Wprowa­dzono mnie do kancelarji komendanta, gdzie zaczęła się natychmiast indagacja. Oznajmi­łem, że jestem malarzem z Rzeszowa I że idę szukać roboty do Królestwa, bo w Galicji jej niemą, Nie wiele skłamałem, bo kiedyś, po maturze gimnazjalnej, podczas wakacji, malowałem okna i drzwi.

Nie wiem, co to miało znaczyć, iż na gwałt dowiadywali się, czy mnie nie prze­prowadzała „Basia”. Musiałem dać słowo honoru, iż nie przeprowadzała. To ich uspokoiło.  Była godzina 1 w nocy. Odprowadzono mnie do zakratowanego „pokoju gościnnego”. Nie mogłem narzekać na brak czystości i porząd­ku. Ponieważ nie znaleziono przy mnie żad­nych papierów podejrzanych, a przy tem  zauważyli  żołnierze i przypomnieli komendantowi, iż byłem na komorze poprzedniego dnia  z przepustką, celem przejścia granicy, sądziłem, że mi nic nie grozi i spokojnie spałem Ja całą noc.

Tej samej nocy była jeszcze awantura na granicy. Ten „ktoś”, ścigany przez żołnierzy, umknął szczęśliwie za granicę. Następnego dnia przyniesiono na podarunek moje paczki „bibuły”
i  przedłożona  przed oczy, twierdząc, iż znaleziono je w tem miejscu, gdzie mnie pierwszy raz spotkali 10. Zebrałem z całą siłą zimną krew i zaprzeczyłem kategorycznie,  że  gazety, odwinięte z paczek, nie są mi znane, że żadnych paczek nie miałem.  Z całą pewnością — rzekłem porzucił je ten człowiek, który przekradał w nocy i uciekł z powrotem za granicę.

Spokojna postawa, zimna krew, ani jedno drgnięcie muskułu podczas badań, to nieodzowne  warunki w takich okolicznościach. Urzędnik bardzo się irytował  i beształ mnie, zarzucał szpiegostwo, pewien urzędnik komory celnej  garbus, podobno syn popa z Tarno­grodu, aż go musiał hamować naczelnik urzędu.

Przed południem przesłuchiwano mnie, a potem przez cały czas pilnowany byłem przez żołnierzy na ganku mieszkania komen­danta posterunku. Przybył tani także eskortu­jący mnie podoficer. Chciał się dowiedzieć, co też zagraniczne gazety piszą o niepokojach w Rosji. Udałem, że polityką nie zajmuję się, że  jestem robotnikiem-malarzem i nie mam czasu nawet gazet czytać.

Po południu, ze skrępowanemi rękoma w tył silnym powrozem, którego koniec trzymał żołnierz,
w towarzystwie podoficera, jadącego na koniu z dobytą szablą, maszerowałem pieszo do Zaklikowa. Upał był straszny. W Frenie, znajdującej się w pobliżu Czerwonego Łążka, na początku wsi spostrzegłem kobietę w bra­mie i poprosiłem o wodę do picia. Widocznie wygląd mój zewnętrzny, czy też towarzystwo „dobrane”, w jakiem przebywałem, nie wzbudziły zaufania, gdyż nastąpiła odmowa, poparta słowami:  -„O ty, złodzieisku, chcesz jeszcze wody? . Przódy zdechniesz, niż ci dam”. Odpar­łem, że złodziejem nie jestem i gdybyście wie­dzieli za co mnie aresztowano nie odmówili­byście wody. Ulitował się podoficer I kazał żołnierzowi przynieść wody.

Po kilku godzinach marszu przybyliśmy do Zaklikowa. Tam wprowadzono mię do aresztu gminnego. Na odjezdnem przybył do mnie podoficer: wyraził mi wyrazy współ­czucia i życzył prędkiego odzyskania wolności. W areszcie powiedziano mi, że gdyby kto za mną poręczył, to mógłbym być tylko ka­rany grzywną za przejście granicy i odsta­wiony do Galicji. Przypomniałem sobie wó­wczas, z opowiadania rodziców, że w Zakli­kowie mieszkają jacyś dalecy kuzyni: Du­dziński i Majewski.

Dudziński był poważnym obywatelem zaklikowskim i piastował urząd wójta. Powo­łałem się na niego. W kancelarji gminnej nie było go, posłano na poszukiwania gońców. Niezależnie sołtys poszedł po furmankę, by imię odesłać „forszpanem” dalej. Dudzińskiego nie znaleziono — był w polu. Tymczasem furmanka zajechała i pod strażą odwieziono mnie do sąsiedniej wsi Potoku, leżącej na trakcie do Janowa Ordynackiego (lubelskiego). Tu umieszczono mnie w areszcie gminnym. Był już wieczór. Poprosiłem chleba i mleka na wieczerzę. Chleb otrzymałem, mleka za­brakło, a właściwie stróżowi, mimo otrzyma­nego napiwku, nie chciało się iść na wieś.

Zmęczony położyłem się na narach (prycza). Po chwili drzemki, zerwałem się — oblazło mnie robactwo. Całą noc, która wy­dała mi się nadzwyczaj długą, spędziłem na rozmyślaniu i spacerze od jednego zakrato­wanego okna do drugiego. Odczułem po raz pierwszy w życiu, co znaczy więzienie. Po­mimo wszystko, nie narzekałem i nie żałowałem, iż wdałem się w niebezpieczną imprezę.

Następnego dnia, jak tylko świtać po­częło, zazgrzytał we drzwiach aresztu klucz i stróż przybył mi oznajmić, bym się gotował do dalszej podróży w kierunku Janowa. Po półgodzinnej pauzie, weszło kilku strażników, i mocno uzbrojonych, i przeprowadziło mnie do kancelarji gminnej. Tam zastałem dygnitarzy gminy: wójta, pisarza i sołtysa. Wójt  dość grzecznie mnie przywitał, na moje pytanie, oznajmił, że odtransportuje mnie do Janowa, do dyspozycji naczelnika żandarmerji. Zatrwożyła mnie nieco taka odpowiedź, ale cóż było robić, byłem w ich mocy. Na pisarzu nie zrobiłem zdaje się, dobrego wrażenia. Załatwiał moje sprawy urzędowo, od czasu  do czasu z ukosa rzucając wzrokiem na mnie siedzącego nieruchomo, jak delikwent, czekaj jacy rozstrzygnięcia swego losu.

Po upływie pewnego czasu, sołtys zameldował o przybyciu nakazanych furmanek.
Z przepisanemi  ostrożnościami  wyprowadzono z kancelarji gminnej i posadzono pomiędzy wójtem i strażnikiem. Za sobą i przed sobą, miałem uzbrojonych aniołów stróżów. W drodze zaczęła się inwigilacja: skąd  jestem i za co mnie aresztowano?.            Odpowiedziałem odysseuszowskim frazesem o pochodzeniu z Rzeszowa i o poszukiwaniu pracy malarskiej. Wójt chytrze się uśmiechnął, zauważyłem na twarzy niedowierzanie. Spojrzał znacząco na strażnika i rzekł, siląc się na największy spokój i słodycz: .Mnie się zdaje, że jest inaczej, może pan śmiało powiedzieć przed nami, a może doradzilibyśmy, jak się tłomaczyć”. „Proszę pana”, odparłem, „za przejście granicy nie potrzeba tłomaczeń, chyba pan, chce mi pomóc, przez wypożyczenie paru rubli na zapłacenie kary granicznej”.

Zamilkł. Z rozmowy wójta ze strażnikiem dowiedziałem się, że poprzedniego dnia pod Modliborzycami  zamordowano wieśniaka z zasadzki.  Mordercy nie ujęto.                          Z temi wiadomościami  przybyliśmy do małego miasteczka – Modliborzyc.                            Mieścinka ta, podobnie jak wszystkie nasze „grody”, brudna, błotnista, zamieszkała w centrum przez synów Izraela, a po brzegach przez ludność polską, posiada urząd gminy na samym końcu miasta od „przyjazdu janowskiego”, lub, jak tam mówią, przy janowskim „kołowrocie”.

Kancelaria gminna w wielkim budynku, mieszczącym zarazem szkołę, posiadała areszt czysto wybielony, dokąd mię wprowadzono, po dokonanej manipulacji — oddania i przyjęcia aresztowanego. Po pewnym czasie przyprowadzili strażnicy do tej samej celkl jakiegoś wieśniaka. Mimo woli spytałem go, i za co też został aresztowany. „ Oj proszę  Pana — odrzekł — niewinnie. Wczoraj wieczorem szedłem sobie pod lasem, a tu słyszę: „Zabił, zabił chłopa”. Ze strachu uciekłem przez las do wsi. A tu za mną ludzie gonią. Musieli mnie poznać, bo rano przyszli strażniki i zabrali mnie”.

Uczułem nagle wstręt do tego człowieka,  bo z wczorajszego opowiadania całego zajścia, przyczyny zabójstwa i opisu człowieka, poznałem, że to ten sam. Pokłócili się na jarmarku o konia i zabójca odgrażał się,  że zabity nie dojedzie do domu. Tak też się stało.

Po kilku godzinach otworzono areszt wprowadzono mnie do kancelarji gminnej. Zdziwiło mnie nieco, że nie było żadnego uzbrojonego „opiekuna”, tylko stali jacyś dwaj mieszczanie. Widocznie obawa ucieczki, w miarę oddalania się od granicy, malała. Było to tylko zbudzenie. Po chwili stróż gmin­ny wyniósł z komory kajdany i okuł ml ręce i nogi. Mój Boże — powiedziałem głośno — nigdy się nie spodziewałem, abym został kajdaniarzem.

Na to ofuknął mnie stróż: -„ stul gębę”!.                                                                                            Wyczytałem w oczach otoczenia pogardę, ani odrobiny współczucia, i przypomniał mi się obrazek z lat dziecięcych, kiedy przez rodzinne miasteczko, położone w Zamojszczyźnie nie, pędzono gromadę aresztantów, skazanych na katorgę. Ludność odnosiła się do nich ze strachem i odrazą. Bano się podać wody lub kawałek chleba. Dzwonienie kajdan, prze­kleństwa skazanych i straży czyniły z tego towarzystwa jakieś demoniczne zjawiska, jakby jakąś scenę z dantejskiego piekła, żywcem do polski przeniesioną.

Wyruszyliśmy z Modliborzyc w grobowym nastroju. Żaden z moich towarzyszy nie przemówił słowa ani między sobą, ani do mnie. Do  Janowa była marna szosa, po deszczu, pełna kałuż wody i błota. Prowadzono mnie środkiem drogi, a gdym chciał ominąć jaką kałużę, słyszałem groźby i przekleństwa. Dla uniknięcia niepożądanych zawikłań towarzyskich  brnąłem na przełaj. Rytmika dzwonienia kajdanami wleczenia po szosie przypomina mi  niewolników w Rzymie, skazanych na mielen­ie w podziemnych młynach, poganianych biczami przez dozorców.

Szczęściem 8 kim , dzielących Modliborzyce od Janowa, przebyliśmy w niedługim czasie. Nie pamiętam jakie wrażenie sprawił na mnie Janów i ja na ga­wiedzi tamtejszej, dość że, po załatwieniu formalności w powiecie, odprowadzono mnie do budynku, mieszczącego kryminał. Stamtąd po paru dniach, przeprowadzono do jakiegoś tymczasowego więzienia, bo widziałem tam ludzi, zapędzanych wieczorem, a rano puszczanych (najwięcej izraelitów, karanych za brak porządku przed domem).

Towarzystwo, które tu zastałem, przy­jęło mnie rozmaicie: zawodowi złodzieje tę­pym wzrokiem spoglądali z pode łba, inni, przygodni mieszkańcy tego przybytku, z płaczem nad swą niedolą, rozpytywali mnie o powody aresztowania. Tłomaczyłem się „przestępem” granicy. Nawiasowo dodam, że moi najnowsi towarzysze niedoli kajdan nie widzieli, bo mię rozkuto w powiecie.

Ciekawe tez panują zwyczaje w więzieniu. Przytoczę najbardziej charakterystycz­ny, a tem jest „wożenie dęba”. Każdy no­wicjusz kryminalny, wchodząc między aresz­tantów, musi się wkupić, że tak powiem, do towarzystwa, ceremonia polegała na tem, że kandydat kupował wódkę i zakąskę u stróża więziennego i całe towarzystwo starszych cechu złodziejskiego uroczyście się raczyła  bożemi darami,  gdy sam fundator siedział na piecu i śpiewał ku rozweseleniu różne piosenki. Jeśli kto się nie poddał temu obrzędowi, ten był bity, aż do spełnienia ceremonii. Drugiego dnia około południa, po długich szeptach i namowach, przystąpił do mnie jeden ze „starszych” i zapytał:

– „ a czyś ty bracie woził dęba?”.

 Przeczułem, że coś się „święci” niedobrego, więc rzekłem odważnie,  a jak ty bracie myślisz?.  Stropił się nieco mój interlokutor i chwilę nie wiedział, co dalej począć. W tem z pomocą przybył mi jakiś cechowy” i  zawołał z kąta (dotąd nie brał udziału w naradach): to nasz człowiek, on by na tobie powoził jeszcze lepiej. Ucieszyłem się bardzo i, całkiem pewny siebie, dorzuciłem —„naturalnie, że tak”.

Powoli zacząłem poznawać bliżej całe towarzystwo. Siedział tam od 8-miu miesięcy chłopina galicyjski. Schwytany na granicy za „przestęp”, czekał zmiłowania bożego w kry­minale. Ciekawe horoskopy na przyszłość dla mnie — pomyślałem. Drugi współtowarzysz, co to przybył ml z pomocą w ciężkiej chwili, „wożenia dęba”,  był zawodowym złodziejem, a specjalnością jego było okradanie podróż­nych w wagonach. Fach swój wykonywał, że tak powiem, międzynarodowo, bo jeździł ko­lejami od Władywostoku do Strasburga, a widziały go więzienia nie tylko rosyjskie ale i niemieckie, austriackie i węgierskie, rumuńskie itp. Wiele opowiadał rzeczy o swych przygodach, a z opisu miast, zwy­czajów ludów, wśród których przebywał, wi­dać było, iż nie mijały się z prawdą słowa jego. Podczas długich piekielnie dni w wię­zieniu, z ogromnych nudów człowiek by i z sza­tanem rozmawiał, to też, dla zabicia czasu słuchałem jego opowiadań-. Darzył mnie szcze­gólną grzecznością i usłużnością, co mnie zadziwiło.

Razu jednego zapytałem, jaka jest przy czyna tej niezwykłej sympatji? Jak tylko posłyszałem pańskie nazwisko — odparł — przypomniałem sobie pana, jako znajomego Na to powiedzenie ciarki mnie przeszły. Ochłonąwszy nieco, zapytałem o szczegóły. A czy pamięta pan — rzekł — jak dziesięć  lat temu uczył pan w Głuchach pod Borow­cem (gmina Józefów, powiat biłgorajski) u państwa Cieślińsklch dzieci ich Romana i Antosię? Pamiętam — odparłem. A czy, przypomina pan sobie tam gajowego Jedliń­skiego, co pracował przy koniach, a mały pastuch cały rok pasł bydło po lesie?. Przypomi­nam. — Otóż tym małym pastuchem byłem ja. Bardzo pana polubiłem za to, że nauczył pan mnie czytać i pisać. Ale sprzykrzyło mi się pasanie bydła i poszedłem do większego miasta. Tam dostałem się w złe towarzystwo, a nikt mnie nie przestrzegł. Zacząłem kraść. Wepchnęli mnie do więzienia; tu nasłucha­łem się różnych opowiadań o złodziejskich sztuczkach i nauczyłem się profesji złodziejskie). Wyszedłem z więzienia czeladnikiem, a po drugim pobycie — majstrem.

Po kilkunastu dniach przyprowadzono do naszego towarzystwa i owego mordercę wieśniaka (z pod Modliborzyc). Nie chciał się przyznać, mimo gróźb, bicia. Razu jed­nego przybyło do celi dwóch strażników. Zaczęli pić z owym wieśniakiem wódkę, serdecznie rozmawiać, bratać się, a delikatnie podchodzić go. W przystępie dobrego humoru przyznał się do wszystkiego. Następnego dnia wywieziono go do Lublina.

Tymczasem, jak w kalejdoskopie, zmie­niało się życie więzienne. Coraz to nowi przybywali towarzysze, inni wychodzili. Nie  bito nas tam i jeść dawano, choć skromnie, ale było można wyżyć; tylko straszna zmora I niepewności  losu dręczyła mnie ciągle. Do rodziców bałem się dać znać, by ich nie narazić na prześladowania Moskali, a innej drogi wydobycia się nie było. W końcu  zdecydowałem się przez pewnego żydka, handlarza mąką, który ustawicznie jeździł do Szczebrzeszyna, dać list do mojej matki. — Spotkał matkę na podwórzu. Po odczytaniu paru słów. zemdlała. Żyd narobił hałasu, a sam uciekł, nie czekając zapłaty.

Następnego dnia, po południu podczas przechadzki po podwórzu więziennem, przy­stąpił dyskretnie do mnie ów „międzynarodowiec” – znajomy i szepnął, że jakaś pani stoi za parkanem i chce ze mną mówić.

Domyśliłem się, kto to był, ale strach mnie przejął spojrzeć na matkę, by jej nie dobić  swym wyglądem i położeniem. Trzeba było też działać bardzo ostrożnie, bo straż niedopuszczała do żadnego zetknięcia się z obcymi ludźmi będących pod śledztwem.

Podobnie jak owi na wpół mityczni to­warzysze trojańscy osłonili Pandarosa, kiedy ten gotował się do zdradzieckiego strzału na Menelaosa, a towarzysze Wojskiego, gdy ten gotował zamach na życie Płuta, tak też, ów mój „znajomy” z Głuch, wraz z drugim stanęli  około bramy l zasłonili mnie podczas rozmowy z matką. Lakonicznie porozumieliśmy się, jak działać dalej należy. Podziwiałem matkę, gdy po spartańsku, z zaclśniętemi ustami, znosiła katusze.

W całej sprawie bardzo wiele zaważyła i pomoc pewnego znajomego matki mej (p. Henryka Szulakiewicza. Ten zaprosił do siebie na przyjacielską rozmowę referenta: spraw karnych z powiatu, polaka. Ułożono, wraz z matką i siostrą moją, plan dalszego działania. Trzeba było usunąć z dokumentów (bumag) cokolwiek by mnie obciążało. A-wtedy sprawę zbagatelizowano by i traktowano tylko, jako zwykły „przestęp granicy”.

W kilka dni po owych zajściach przy­było do mej celi dwóch wyższych urzędników policyjnych w celu przeprowadzenia osobiście Indagacji. Jak się dowiedziałem z toku roz­mowy, byli to: naczelnik straży ziemskiej i naczelnik żandarmerji. Starałem się zbaga­telizować całą sprawę i przedstawić, jako błahostkę, a konsekwentnie trzymałem się raz zeznanych i sto razy powtarzanych anegdot o malarstwie.

Porównali następnie, jak mię informował ów referent Polak, — mo­je zeznanie z pierwotnemi zeznaniami i do­kumentami. Sąd wypadł na moją korzyść. Poruszyła matka wszelkie możliwe sprężyny w powiatowym urzędzie i mieście, aby mnie uwolnić.

— Dni jednak płynęły za dniami nieskończenie długie, a ciężkie. Codziennie z zazdrością patrzyłem na tych, którzy o dru­giej godzinie po południu opuszczali więzienie, by wyfrunąć na wolność. Przyrzekłem owemu galicyjskiemu wieśniakowi, że po uwolnieniu postaram się przez starostwo w Nisku uwolnić i jego. Niestety człowiek w szczęściu i po­wodzeniu zapomina o dniach niewoli.

— Coś podobnego, jak owi biblijni dostojnicy Faraona egipskiego  zapomnieli o więzionym Hebreju, patryarsze Józefie. —

Upłynęły tygodnie. Pewnego dnia wypro­wadzono zwalnianych aresztantów do naczel­nika, po chwili jednak odprowadzono jednego, a zażądano Stanisława Kr. To mnie wołano. Za godzinę byłem wolny. U p. Szulakiewicza mogłem powitać mą matkę i serdecznie po­dziękować owemu Polakowi, który się przy­czynił do mego uwolnienia. Sprawa jednak nie była skończona. Potrzeba było dostarczyć mnie do granicy, a ponieważ obawiał się ów urzędnik, by mnie na Łążku Czerwonym nie zatrzymano i nie cofnięto z powrotem, więc i wyprawiony zostałem przez Biłgoraj, Józefów, Tomaszów Lubelski na tamtejszą komorę celną. Staruszek jakiś wziął moje papiery i miał niby to ruszyć na piechotę ze mną do i Biłgoraja, odległego o 30 kim. od Janowa, : Wzięła go matka na swe konie i pojechaliśmy w inną stronę — do domu rodziców.

Po nocnym odpoczynku i zupełnem prze­braniu się, około południa przybyliśmy do Biłgoraja. Odstawiono mnie do aresztu. Cze­kała mnie długa, bo 10 milowa uciążliwa droga do wyżej wspomnianej komory celne. Przemyśliwałem jakby tu sobie ułatwić. Na wszelki wypadek dałem stróżowi aresztu 30 kop. napiwku. Ten nadspodziewanie mi dopomógł.

– „Proszę Pana, rzekł, panu mogą dać furmankę do granicy, jak się pan za­melduje, że jest chory”.

Przyjemnie byłoby skrócić drogę, ale niebezpiecznie zapowiadać, iż się jest chorym. A nuż odeszlą do szpi­tala do Lublina, a tymczasem zrobi się „od­krycie” w Janowie i nastąpi cofnięcie wysła­nia mnie za granicę.

Dotąd więcej ryzykowałem postanowi­łem i dalej próbować szczęścia. Posłano mię do powiatowego lekarza dr. Grzywińsklego.  Faktycznie nie byłem chory. Pouczył mnie więc życzliwie, na co mam narzekać, gdyby mnie jeszcze Moskal jaki badał i wszczął ze mną rozmowę, przypuszczając, iż jestem studentem. Nie wiedziałem jednak z kim mówię, a więc musiałem zachować ostrożność. Jak się później okazało, gdym prowadził kursa Polskiej Macierzy Szkolnej w Biłgoraju, p. Grzywiński był to zacny patrjota i bardzo wspierał wszelką konspiracyjną narodową pra­cę. Nie pomogły zamykania drzwi i poufna próba rozmowy. Bałem się, bym nie padł ofiarą i ciągle udawałem „malarza”, prostaka.

Na podstawie świadectwa lekarskiego otrzymałem parę koni, która mnie, bez dal­szych szczególniejszych przygód, odwiozła do Tomaszowa.

Tam doznałem serdecznego zajęcia się mną i współczucia ze strony urzędnika w tamtejszym powiatowym zarządzie p. Za­rębskiego. Pragnąłem być jak najrychlej od­stawiony do granicy, co mi się udało. Jak z jednej strony doznałem okrutnego, wprost nieludzkiego obchodzenia się ze mną ze stro­ny urzędników rosyjskich w Łążku Czerwo­nym, tak z drugiej strony potrafiłem wzbudzić współczucie, mimo ustawicznego odgrywania komedii malarskiej, w urzędnikach  Polakach.

Popchnięty pod belkę graniczną, znalazłem się na galicyjskiej stronie i odetchnąłem wolnością i swobodą.

Natychmiast z Bełżcu posłałem do zna­jomych z Radomyśla depeszę, iż jestem wol­ny, bo ci dowiedzieli się o mem uwięzieniu wszczęli znowu starania, by mnie wydobyć za pomocą ministerjum spraw zagranicznych — Na szczęście starania te były zbyteczne.

 

Załącznik Nr 4.

Odpis. Komisja Odznaczeniowa Odznaki Honorowej „Za Walkę o Szkołę Polską” Warszawa Krakowskie Przedmieście 89 m2 Warszawa 21.V.1932 roku. JW. Pan Dr Adam Maciurzyński w Brześciu  n/Bugiem . Wielce szanowny Kolego!. Uprzejmie komunikujemy, że Szanownemu   Koledze została przyznana odznaka honorowa „Za Walkę o Szkołę Polską”. Z koleżeńskim pozdrowieniem. Prezes Komitetu Obchodu 25 lecia Walki o Szkołę Polską(-) Stanisław Dobrowolski. Prezes Komisji Odznaczeniowej (-) Bernard Chrzanowski, Vice  Prezes Komisji  Odznaczeniowej (-) M-r Aleksander Krueger. Kapt.

Załącznik Nr 5.

Miejsce Piastowe d. 7 sierpnia 1931 r.

Urząd Parafialny w Miejscu Piastowem                                                                                              1.123/31

Zaświadczenie Niżej podpisany stwierdza, iż p. Adam MACIURZYŃSKI z chwilą, wybuchu wojny światowej /1914-1918/ pracował wiele nad uświadomieniem ludności w Miejscu Piastowem, zebrał i utworzył oddział ochotników do legionu Mar­szałka Józefa Piłsudskiego, dał im początkowe wyszko­lenie i odprowadził do punktu zbornego w Krośnie, wcie­lając ich do oddziału p. Tormy. Prócz tego P. Maciurzyński  zajmował się zbiórką, rzeczy potrzebnych Intendenturze polskiej dla umundurowania ochotników. Powyższe stwierdzam własnoręcznym podpisem naoczny świadek.

/-/ X. Antoni Sobczak, proboszcz.

/Pieczęć Kościoła parafialnego w Miejscu Piastowem/.

W punkcie 8 kwestionariusza „Uwagi i podpisy Komisji”:

–  Nie zasługuje z powodu zbyt małego udziału w pracy o Niepodległość.

Pięć podpisów nieczytelnych.

Ocenę takiego stanowiska komisji weryfikacyjnej pozostawiam bez komentarza, a pozostawiam ją czytającym.

Powściągliwość i Praca -1937 wydawnictwo  Towarzystwa Św. Michała Archanioła
w Miejscu Piastowym  , to na łamach tego pisma publikował Adam Maciurzyński  publikował między innymi  artykuł „W grodzie Franciszka Buttlera, Frampolu”. Materiał ten przedstawiałem na moim blogu na przełomie lat 2015/2016. Tam też wspomniał o peowiakach z Frampola:

-P. O. W. (Polska Organizacja Wojskowa). W tym czasie na wezwanie Dziadka Komendanta“, zaczęły się tworzyć oddziały P. O. W. w Polsce. We Frampolu zorganizowali jeden oddział bracia Cichońscy i legjonista z Lublina „Lelek ״. Mimo ciągłych rewizyj, aresztowań, gnębień ze s trony austrjacko chodacznikowsko- dziadowskiej żandarmerji, organizacja rozwijała się dzielnie i doszła do 50 członków. Kilku z nich poległo w obronie Ojczyzny, a mianowicie: Gabryszewski Stanisław (w Brodach) Jan Kras, Władysław Lipiński i Władysław Cichoński, a wszyscy inni, którzy wyruszyli byli w bój, powrócili ranni do domu. Jeden z Peowiaków frampolskich, Stanisław Chodaczyński, w brawurowym napadzie na bolszewików, zabrał im dwie armaty, za co został odznaczony przez władze wojskowe.

Sylwetkę Stanisława przedstawiłem wcześniej.

Maciurzyński Apolinary

 

Apolinary

1886 -1935

 Aptekarz Rożniatów (Małopolska)

Województwo Stanisławów

Decyzja Komitetu.

Odrzucono na pos. Kom 6.12.1932

Apteka M-ra  A. Maciurzyńskiego                                                          Rożniatów  dnia 15marca 1930

Rożniatów (Małopolska)

Życiorys

M-ra  Apolinarego Maciurzyńskiego aptekarza w Rożniatowie Małopolska

M-r  Apolinary Maciurzyński ur. we Frampolu ziemi lubelskiej w r. 1886 syn śp. Andrzeja „poddanego austriackiego, który po ukończeniu szkoły technicznej w Warszawie zamieszkał w Kongresówce
„za paszportem”, jako budowniczy. Za szerzenie  wiedzy polskiej i pism odsiadywał areszt i był karany administracyjnie. Jako „niebłagadiożny”  nie otrzymał obywatelstwa rosyjskiego. Dzieci musiał wysyłać na naukę do Galicji.                                                                Syn Kazimierz zesłany na Sybir do Tobolska (1914) zaginął.                                                        Syn Adam Dr  Filozofii jest prof. W Brześciu.                                                                                  Syn Hieronim kapitan W.P. w rezerwie w Modliborzycach woj. Lubelskie.                              Syn Apolinary wysłany jako 12-to letni do Galicji do Miejsca Piastowego, gdzie kończy niższe gimnazjum, we  Lwowie kończy wyższe gimnazjum, tu należy do Kółka tajnego młodzieży. Jako student  7-mej  klasy uczę w szkole Macierzy Polskiej w Biłgoraju guberni lubelskiej i kursach dla analfabetów.  W szkole, w której kierownikiem był brat Adam słuchacz Uniwersytetu we Lwowie, po zamknięciu „Macierzy”, aresztowaniu brata uczę dalej dzieci polskie w domach prywatnie . W roku 1908 zaczynam praktykę do zawodu aptekarskiego. Biorąc udział w życiu narodowem w Sokole i T.S.P Wojskowo należę do „Landsturmu”?. Jako jedyny dyplomowany aptekarz w Sokalu, a potem
w Rożniatowie reklamowany za czasów austr., a potem i polskich. Za czasów austr. Pracuje w Sokole i TSL, jako członek, potem długi szereg lat, jako prezes.

W czasie tzw. „Ukrainy” apteka moja jest pod okiem Ukraińców. „Kuźnia polska” rychłe oswobodzenie ratuje od ewentualnego nieszczęścia.

W oswobodzonej Polsce:

  1. Jestem członkiem Rady przybocznej Komisarza zarządu w Rożniatowie,
  2. jestem członkiem Komisji aprowizacyjnej pow. W Dolinie,
  3. jestem członkiem Komisji aprowizacyjnej wRozniatowie,
  4. jestem członkiem Komisji podatkowej w Dolinie,
  5. Przewodniczącym Komisji przeciwpożarowej w Rożniatowie,
  6. Sekretarzem Organizacji Narodowej w Rożniatowie,
  7. Prezesem Polskiego Towarzystwa „Sokół” w Rozniatowie,
  8. Prezesem organizatorem i założycielem Polskiej ochronki dla dzieci w Rożniatowie,
  9. Prezesem organizatorem i założycielem Kółka Rolniczego w Rożniatowie,

   10, Prezesem organizatorem i założycielem Ochotniczej Straży Pożarnej w Rożniatowie,

  1. Sekretarzem L.O.P. w Rożniatowie.. Jako prezes Sokoła organizowałem zbiórki np. na ciepłą odzież dla żołnierzy ( do dyspozycji Generała Iwaszkiewicza). Organizuję odczyty i wiece w sprawie Śląska, Spiszu i Orawy.
  2. Członek Radu miasta Rożniatowa.

Obecnie piastuję godności :

  1. Prezes Ochotniczej Straży Pożarnej w Rożniatowie,
  2. Zastępca Prezesa Kółka Rolniczego.
  3. Członek Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”.
  4. Członek T.S.L.
  5. Członek L.O.P.
  6. Członek Strzelca.
  7. Członek Izby Aptekarskiej we Lwowie.
  8. Członek Towarzystwa Aptekarskiego we Lwowie.

Był członkiem kolejnych 11 organizacji i stowarzyszeń wspierających różne inicjatywy społeczne.

Był fundatorem dzwonu „św.  Apolinarego”,  w kościele katolickim w Rożniatowie. Ciekawe czy ten dzwon zachował się do obecnych czasów.

Komisja uznała, że Nie zasługuje: Zbyt mały udział w pracy o Niepodległość.

Sześć podpisów nieczytelnych.

 

 

 

Maciurzyński Hieronim

Kopia Hieronim 18

  1893 – 1943

Życiorys

Hieronim Maciurzyński urodził się 30 września 1893 roku we Frampolu był synem Andrzeja i Marianny z Oleszków. Ojciec Hieronima pochodził z Radomyśla nad Sanem. Jako młody chłopiec w wieku 14 lat wyjechał do Warszawy gdzie się uczył po ukończeniu szkoły średniej w Wyższej Szkole Technicznej, po ukończeniu, której przybywa na Lubelszczyznę. Około roku 1876 przybywa do Frampola i tu w roku 1877 żeni się z Marianną Oleszek. Przybycie do Frampola wiązało się prawdopodobnie z tym, że we Frampolu podjęta została budowa nowego kościoła murowanego, wybudowanego w miejsce zniszczonego kościoła drewnianego.  Hieronim pochodził z wielodzietnej rodziny, rodzice mieli dziewięcioro dzieci,  urodził się, jako przedostatni z ich dzieci. Ukończyłem szkołę powszechną w  Frampolu, wstąpiłem do szkoły Macierzy Polskiej
w Biłgoraju, a po zamknięciu tejże wrócił do Frampola. Ojciec Hieronima sam wykształcony, nie szczędził sił i środków na kształcenie swoich dzieci. Dwaj starsi bracia Adam skończył studia wyższe na Uniwersytecie w Pradze i uzyskał tytuł doktora filozofii, drugi brat Apolinary ukończył Uniwersytet we Lwowie i  był magistrem farmacji.

Dalsza część życiorysu  napisana została przez Kapitana rez. Hieronima Maciurzyńskiego z Modliborzyc  na żądanie Związku Straży Pożarnej  Okręg Janowski z dnia 6 lipca 1932. Członek Zarządu Związku Straży Pożarnych w pow. Janów Lubelski  i Naczelnik  IV i V Rejonu,.

W roku 1908 wstąpiłem do Straży Pożarnej pod dowództwem p. Jana Woińskiego, obecnie zam. w Lublinie ul Zamojska Nr 25.                                                                                  W roku 1910 uczyłem się zawodowo na felczera w Lublinie i przez cały czas byłem świadkiem zmagań patriotycznych i krwi przelewu na ulicach Lublina. W tymże roku zapragnąłem dalszego kształcenia się, opuściłem Lublin, aby przedrzeć się do Tarnopola. Na granicy koło Ulanowa zostałem schwytany przez moskali zbity i etapami gnany do Biłgoraja, gdzie osadzony zostałem w więzieniu. Mieszczanie na czele z bratem moim Kazimierzem wyjednali odstawienie  mnie do granicy i oddanie mnie władzom austryjackim, na podstawie przynależności ojca mego do Radomyśla  n/Sanem.                    W Tarnopolu po wstępnem egzaminie, przyjęty zostałem do V klasy wyższej szkoły Realnej. Wkrótce zostałem przyjęty do drużyny skautowskiej, później do Drużyny Strzeleckiej pod pseudonimem „Moskal”. Wstąpiłem również do tajnego związku  „Młodzieży Narodowej”, gdzie po uzyskaniu zaufania sprawowałem różne funkcje oraz byłem delegatem na zjazd we Lwowie.
W życiu szkolnem zaś prowadziłem bojkot towarów pruskich i byłem kierownikiem sklepu szkolnego. W roku 1914 zdałem maturę i jako poborowy zostałem wcielony do armii austryjackiej.

Wybuch wojny  światowej zastał mnie we Frampolu, stawiłem się do Radomyśla skąd odstawiono mnie do Rzeszowa. Z Rzeszowa uciekłem do Krakowa i zameldowałem się w N.K.N[3]. jako strzelec z prośbą o przydział do Legjonów. Kazano mi wracać z tem iż odniosą się drogą służbową.
W międzyczasie odstawiono mnie do Wiednia do 4 p. p. , potem do 71 p. p., a stąd w charakterze tłumacza języków słowiańskich, przydzielony zostałem do sądu dywizyjnego na froncie rosyjskim. Kiedy zauważono z mej strony pewną opiekę nad niewinnie posądzonymi popami i wieśniakami, odstawiono mnie do pułku, gdzie zostałem komendantem plutonu karabinów maszynowych biorąc udział w bitwach pod Załoźcami[4] i Gontową ?.

Z frontu wysłano mnie do szkoły oficerskiej w NAGYSZEBEN (Siedmiogród), którą ukończyłem z wynikiem pomyślnym 24 listopada 1916 r. Po ukończeniu szkoły odbyłem front serbski i włoski, będąc przez 21 miesięcy w pierwszej linji, jako komendant plutonu i baterji miotaczy, ciężkich i lekkich min. Na lagunach morza adrjatyckiego zachorowałem na malarję tropikalną (pod Gryzolerą) i  15 sierpnia 1918 r. zostałem odesłany do szpitala.
Przewrót państw centralnych zastał mnie w Pradze czeskiej, gdzie występowałem wobec zebranego ludu, jako reprezentant Polski.                                                                                        W dniu 11 listopada 1918 stawiłem się do dyspozycji D-cy W.P.  w  Janowie Lubelskim, jako ochotnik podporucznik. Pełniłem funkcje komendanta kompanji, przeniesiony do 23 p. p. potem do I i II Baonu Lubelskiego, przebyłem całą kampanię bolszewicką i bitwy pod Równem, Tyszowcami, Komarowem, przetrwałem oblężenie Zamościa i pogoń za bolszewikami, aż do Dubna.

Z Dubna przeniesiono mnie do Wołyńskiej Inspekcji  Etapowej na referenta służby wewnętrznej i personalnej, stąd przeniesiony zostałem do Włodzimierza Wołyńskiego w charakterze komendanta Miasta, tu też zetknąłem się z organizacjami społecznymi  w których brałem żywy udział.

8 czerwca 1921 r. zostałem przeniesiony do Szefostwa Intendentury w Lublinie w szarży kapitana, pełniąc prace biurowe. Podczas pobytu w  Lublinie uczęszczałem w charakterze zwyczajnego słuchacza na Uniwersytecie w Lublinie, studjując prawo i nauki społeczno-ekonomiczne.

W dniu 1 sierpnia 1922 roku zwolniono mnie na własną prośbę  do rezerwy, to celem zajęcia się gospodarstwem rolnem mej żony w Modliborzycach.

Po dwumiesięcznym pobycie w rezerwie powołano mnie do  gdzie odbyłem roczne przeszkolenie Radjotelegraficzne w Zegrzu i Benjaminowie. Dziennikiem personalnym M. S. Wojsk. Nr: 67/23 z dniem 30 października 1923 zostałem zwolniony do rezerwy. Dnia 21 grudnia 1924 r. pracowałem jako nauczyciel gimnazjum w Janowie Lub. poczem powróciłem na gospodarstwo w Modliborzycach.

W styczniu 1925 r. zostałem nauczycielem szkoły powszechnej w Modliborzycach, a w maju tegoż roku zostałem komendantem Straży  Pożarnej tamże.                                          W Majdanie Modliborzyckim założyłem Koło Młodzieży Wiejskiej i kursy wieczorowe, które prowadziłem przez trzy lata. W roku 1926 byłem współzałożycielem Związku Okręgowego w Kraśniku, gdzie dotąd jestem członkiem.                                                              Od lipca 1928 r. jestem naczelnikiem rejonowym. W samorządzie pracuję od lat trzech, a mianowicie jako: Członek Rady Gminnej, Przewodniczący Kom. Rew. Rady, członek kom. rew. Sejmiku Powiatowego oraz członek kom. rew. Wojewódzkiej do spraw wodnych.

Modliborzyce, dnia 11. Sierpnia 1932.

Mianowania oficerskie:

– podchorąży – 25 grudzień 1916 rok.

– podporucznik – 1 luty 1918 rok.

– kapitan – 17 kwietnia 1921 rok.

Odznaczenia wojskowe austriacko-węgierskie:

Medal Walecznych srebrny II klasy, brązowy Krzyż Karola.

Odznaczenia wojskowe austriacko-węgierskie:

Medal Walecznych srebrny II klasy, brązowy Krzyż Karola.

Odznaczenia w II Rzeczypospolitej

Medal Niepodległości – 24 października 1932 roku[5].

Hieronim umiera 9 lutego 1943 roku w obozie jenieckim w wieku 50 lat. Jego grób nr 454 znajduje się na małym cmentarzu wojennym w Hammerstein – Czarne w pow. Człuchowski, woj. pomorskie. Pod koniec marca 1943 roku żona Maria Maciurzyńska otrzymuje zawiadomienie o śmierci Kpt. Hieronima Maciurzyńskiego.

 

Z pośród trzech braci jedynie Hieronim uhonorowany został Medalem Niepodległości.

 

[1] Świadkami wieśniacy: Stręciwilk, Jarosz, Małek, b. nadleśniczy ordyn. Zamojskich p. Mieszkowski, z Frampola Józef Filipowicz.

[2] Zamieszczone w piśmie „Wspólna Praca” poświęconego sprawom Ziemi Łomżyńskiej w nr  8-11 z 1925 roku.

[3] Naczelny Komitet Narodowy.

[4] Załoźce – osiedle typu miejskiego w obwodzie tarnopolskim, w rejonie zborowskim Ukrainy, leżące nad Seretem.

[5] Monitor Polski nr 245 poz. 270 z 1932. http://niezwyciezeni1918-2018.pl/nie/form/r968889003464,MACIURZYNSKI-HIERONIM.html

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s