Odznaczenie Frampolaków prześladowanych przez Moskali w roku 1897 .

Wiadomości Diecezjalne No 9 z 15 listopada 1928 r.

Parafia Frampol.

Odznaczenie krzyżem „Pro Ecclesia et Pontifice”.

Skanuj10-07-21 1218

Obecny proboszcz parafji Frampol, ks. Karol Sołuba, przedstawił J. E. ks. Biskupowi Marjanowi Fulmanowi trzech swoich parafjan: Aleksandra Kość, Stanisława Miazgę i Erazma Miazgę do odznaczenia ich orderem pro Ecclesia et Pontifice. Pobudką do prośby tak wielkiej a nagrody niezwykłej był fakt z przed 30 laty. Mianowicie ówczesnemu proboszczowi, dzisiaj proboszczowi w Mełgwi, ks. kan. J.  Żyszkiewiczowi groziły wielkie kary, ze strony rządu rosyjskiego, za rozszerzanie kultu do Serca Jezusowego, Żywego Różańca i Tercjarstwa; jeżeli ks. kan. Żyszkiewicz ich nie poniósł, to w dużej mierze dzięki wyżej wymienionym, którzy nie wahali się przyjąć tych spraw na siebie, owszem siedzieć w więzieniu w Janowie, Zamościu, Lublinie, a potem pójść na wygnanie do Odessy, gdzie również pracowali dla Kościoła i Ojczyzny. Nic więc dziwnego, że J. E. ks. Biskup, znając ich zasługi, oraz poczciwe i prawe życie po powrocie z wygnania do dnia dzisiejszego, przedstawił ich Ojcu św., by raczył ozdobić ich piersi tem za co cierpieli: pro Ecclesia et Pontifice. Ceremonja wręczenia im krzyża odbyła się 16 września. Na uroczystość przybyli dawni proboszczowie, księża okoliczni, oraz masy  ludu wiernego z frampolskiej* i innych parafij. Sumę uroczystą odprawił siostrzeniec odznaczonych Miazgów: ks. Antoni Krawczyk, wikarjusz z Krasnobrodu, kazanie podniosłe do zebranych wygłosił, ks. dr. Piotr Kwoczyński, towarzysz wygnania z Odessy. Aktu udekorowania dokonał ks. kan. Antoni Sadłowski, który też i przemówił.

Zachował się tylko jeden dyplom, ale niestety nie mogłem sfotografować orderu wręczonego prześladowanym.

Miazgowie w Odessie.

Miazgowie

Reklamy

Frampol 1940 część II – okupacja Frampola.

Jerzy Czerwiński

Frampol 1940 część II – okupacja Frampola.

 

Wiosna we Frampolu, pomimo ruszenia się walk na zachodzie nie zmienia sytuacji w zajmowaniu miejscowej szkoły przez jednostkę niemiecką. Widzimy obecnie, że kwatery zajmuje formacja budowlana. Rozpoczyna ona budowę na terenie przyległym do szkoły kilku baraków koszarowych dla wojska oraz szop gospodarczych i magazynowych. Część tej formacji bierze udział w przygotowaniach i rozpoczęciu budowy drogi utwardzonej z Frampol Janowa Lub. Jest to inwestycja wojskowa zakładana na pilną realizację. Dowodzi o tym fakt, że roboty są prowadzone równocześnie do Frampola i odwrotnie z Frampola do Janowa. Całą strona techniczną kieruje biuro niemieckie usytuowane w domu spadkobierców Paulina Oszusta przy ul. Orzechowej. Transport kamienia i piasku zabezpieczają podwody szarwarkowe z pobliskich wsi. Siłę roboczą zabezpieczają ludzie płatni zwerbowani z za dość dobre wynagrodzenie oraz w każdą sobotę premię wódczaną w szybkim tempie realizują wyznaczone zadania. Okazuje się, że ten Frampol zaszyty na rozstaju traktów leśnych w przeszłości, od przemarszu cofających się wojsk od Wisły na wschód i południe we wrześniu 1939 roku. Będzie w dalszej wojnie odgrywał ważną trasę transportową z zachodu na wschód i odwrotnie.

We Frampolu łagodzi się przejazd przez rynek od ulicy Janowskiej do ulicy Biłgorajskiej, likwidując ostry zakręt na środku, usuwając jednocześnie gruzy spaleniska po dawnym „Społem” i Kasie Stefczyka, restauracji Jana Dziuby i Zbigniewa Wrońskiego, piekarni Józefa Karczmarzyka, sklepu monopolowego Aleksandry Siemieniowej, sklepu żelaznego Bryka i sodówki Nuchyma.

Maj najpiękniejszy miesiąc wiosny, zawsze pełen kwiatów, począwszy od żonkili, a skończywszy na kolorowych bzach, a szczególnie tych pełnych – białych, tak pięknie strojnych, jak panny młode. Maj pełen zapachów rozwijającej się zieleni, świergotu ptaków, ciepłych deszczyków i kałuż z brodzącymi w nich dziećmi.

Maj w Europie nie wyglądał tak pięknie i nie był też tak beztroski.

10 maja 1940 roku Hitler uruchamia kolejny kierunek ekspansji, zaczyna realizację podboju kolejnych państw Belgii, Holandii i Luksemburga, w wyniku „blitzkriegu”, kraje te tracą swoją niepodległość. Z kierunku Luksemburskiego rozpoczynają uderzenia na oddziały francuskie i korpus ekspedycyjny angielski.

Wyniki walk obronnych Francuzów, Belgów i Anglików stają się z każdym dniem bardziej niepomyślne. Nie wierzymy propagandzie niemieckiej, która w polskich „gadzinówkach” zachłystuje się swoimi sukcesami na froncie za­chodnim. Potwierdzają je jednak wiadomości z nasłuchów radiowych oraz prasa konspiracyjna.

My jednak twardo stoimy w niezachwianej wierze, że Francuzi, jak w pierwszej wojnie światowej zdołają złamać niemiecką hitlerowską butę i przyniosą nam wolność.

Na dawnych terenach rozdartej Polski, rozpoczynają jedną ze szczególnie krwawych akcji eksterminacji inteligencji polskiej nazwaną „AB”-„ Außerordentliche Befriedungsaktion” realizowaną w okresie maja-lipca.

W samym dystrykcie lubelskim, aresztowano w tym okresie ogółem około 2-3 tysięcy osób z tego ok. 500 osób stracono na miejscu. Pozostałych po makab­rycznych badaniach: biciu, głodzeniu, znęcaniu się fizycznym i moralnym deportowano do obozów koncentracyjnych:
w Dachau, Oranienburgu Sachsenhausen Buchenwaldzie i Oświęcimiu. Aresztowania nie -ominęły naszego terenu.

3 maja aresztowany zostaje w Radzięcinie właściciel majątku oficer rezerwy WP Matraś Wacław. W ręce gestapo w Biłgoraju wpadł Władysław Rapa „Wiłkomski”, na którego ręce składaliśmy przysięgę konspiracyjną. Aresztowania następują w Biłgoraju, Szczebrzeszynie i Zamościu. Wszędzie gestapo wybiera ludzi z pośród inteligencji posługując się listami sporządzonymi wcześniej.

19 czerwca w Biłgoraju-gestapo dokonuje aresztowań wielu ludzi znanych na tym terenie od przed wojny, trafiając również w pierwszych konspiratorów ZWZ. Między innymi zostali aresztowani: Michał Fus, dr Leopold Góranowski, Edward Janiuk -nauczyciel, komendant Hufca ZHP pow. Biłgorajskiego w latach 30-tych, Stanisław Kiełbasa –Karbonowski -urzędnik magistratu, Ferdynand Kondysar były poseł, Kazimierz Kryński -burmistrz, Tadeusz Lisek urzędnik sta­rostwa, Antoni Łagowski-kierownik szkoły, Franciszek Mroczek -adwokat, dzia­łacz ludowy, Stanisław Ordyczyński -z-ca inspektora szkolnego, Edward Pająk-nauczyciel, Ryszel inspektor szkolny, W.  Klaudel, Michno – sędzia grodzki, Seweryn- kupiec, Marian Spisacki, Szczepan Sprysak i Józef Wróbel.

W tej grupie aresztowanych znaleźli się również księża biłgorajscy: ks. Czesław Koziołkiewicz-dziekan i proboszcz parafii, jego wikariusz Józef Chmielewski, który pracował przed 1939 rokiem we Frampolu i ks. Jan Samolej z „małego kościółka”.

Jak już zaznaczyłem wśród aresztowanych znaleźli się pierwsi organizator: ruchu konspiracyjnego ZWZ w Biłgoraju oraz członkowie, a nawet komendy powiatowej: Edward Janiuk, Tadeusz Lisek, Antoni Łagowski, Stanisław Ordyczyński, Marian Spisacki.

Sprzymierzeniec Hitlera na wschodzie nie tylko pomaga dostawami materia­łów strategicznych dla wielkiej machiny wojennej uruchomionej na zachodzie, ale skutecznie realizuje na ludności polskiej plan wyniszczenia ustalony pomiędzy NKWD i -gestapo.

Na przełomie czerwca i lipca Sowieci przeprowadzają trzecią deportację na daleki wschód 240 tysięcy Polaków, którzy znaleźli się za Bugiem w czasie działań wojennych we wrześniu 1939 roku, uciekając przed Niemcami z terenów zachodnich i centralnej Polski.

Skończył się ochotniczy werbunek sił roboczych do Niemiec, a prowadzony jest bez przerwy, kontygentowy przymusowy werbunek, polegający na łapankach zarówno w dzień, jak i w nocy skierowanych przeciwko młodzieży i kierowanie transportów do Niemiec.

Uszło mojej pamięci wydane w końcu miesiąca kwietnia zarządzenie władz niemieckich
o konieczności przekazywania wszelkich przedmiotów metalowych takich, jak: miedz, nikiel, ołów oraz ze stopu tych metali, jak również różnych innych przedmiotów z żelaza, np. krat, ogrodzeń, bram itp.

Przyszła kolej na dzwony wydobyte z ziemi i na polecenie proboszcza ustawione pod chórem w oczekiwaniu na swój koniec. Naszej odpowiedzi na takie zachowanie się księdza ze swoją „Bronką”, jeszcze nie byłe.

 Spotkanie i rozmowa pomiędzy Stachem kościelnym, „Pająkiem” i mną jest krótkie, a decyzja jednoznaczna. Dzwonów we Frampolu było trzy. Pod chorem jest cztery, ratujemy dla parafii, bez względu, jak zachowa się proboszcz jeden z nich, a wypada na średni, bo jest możliwy do przeniesienia przez nas samych. ”Pająk” zgłasza istniejący na ich placu dół, w którym przed pożarem Frampola chowali odzież i żywność. W jedną z następnych nocy wykopuje­my pierwsze pod okupacją zadanie bejowe. Ja ubezpieczam, Stach Zalewa-koś­cielny i „Pająk” niosą z przerwami odpoczywając ulicą Kościelną uratowany dzwon i kierując się na plac przy spalenisku dawnego gospodarstwa Stanisła­wa Oszusta – ojca „Pająka”. Tutaj dzwon zostaje opuszczony do dołu i dokładnie przysypany ziemią. Miejsce zakopania dokładnie udeptane i zamaskowane. W miejscu ukrycia dzwonu wbity pal, jako znak rozpoznawczy przy odkopywaniu, kiedy przyjdzie na to czas.

Tak uratowany dzwon doczeka się końca okupacji, ale chyba nigdy nikt z rady parafialnej czy następnych proboszczów nie wspomniał historii jego ukry­cia ani o inicjatorach tego czynu.

 

Frampol się bardzo zmieni w następnym okresie prawie półwiecza, ale dzwon, jako jedyny tym samym głosem będzie budził i usypiał miasteczko każdego dnia, a w południe chwalił „Pana” obwieszczając to swoim dźwiękiem na całą okolicę. Ludzie się wykruszą, los również ich rozrzuci w różne strony świata, ale dzwon każdego dnia będzie przypominał swoje istnienie i tych, którzy nie dali go przetopić wrogim i zbrodniczym rękom, na pociski do mordowania ludzi.

Może znajdzie się ręka któregoś z księży przechodzących przez tą parafię i parę słów wstawi do istniejącej historii parafii, bo, to nie wymaga specjalnego wysiłku, dodatkowych kosztów, jak został uratowany „dzwon średni” i przez kogo, dla większej chwały żyjącego tutaj bożego ludu.

Pozostały u ludzi zdjęcia wykonane przez fotografa amatora, jak ludzie ładują je na furmanki jednokonne – szarwarkowe, a które towarzyszyły im swoim głosem w dni powszednie i świąteczne, jak by się ich wyrzekając. Za trzy lata w tym samym miejscu będziemy wtłaczani na samochody, aby w ramach pacyfikacji wylądować w obozach przejściowych gestapo, a potem w Rzeszy. Nie żegnały nas dzwony, a łzy rodziny.

Wydobycie ukrytego dzwonu

Na zdjęciu upamiętniającym wydobycie ukrytego dzwonu widzimy od lewej jednego z uczestników ukrycia dzwonu Stanisława Oszusta „Pająka” Aleksander Chmiel „Hrabia”, Jan Zalewa, ks. Proboszcz Paweł Jarzyński, Stanisław Oszust-Orliński ojciec „Pająka”, Walerian Dubiel, Oszust Bronisław-Gidula? i NN?.

W naszej grupie młodzieżowej wśród chłopców panuje, jak u wszystkich duże przygnębienie, ale nie widzi się przypadków odchodzenia od udziału w konspiracji, a przekazywane gadania są wykonywane z dotychczasowym zdyscyplinowaniem i precyzją. Prowadzimy częste rozmowy z piątkowymi zalecając stałe obser­wowanie członków swoich grup, czy nie ulegają jakimś wpływem z zewnątrz albo nie działają dekonspirująco w otoczeniu.

Ja osobiście poświęcam wiele czasu na obserwowaniu zachowania ludzi w terenie, po następnej wielkiej dyskusji, którą wywołały sukcesy Niemców na zachodzie oraz zawód ze strony sprzymierzonych, którzy trudno, ale kompromituje, że w krótszym okresie czasu, co przegrali wojnę, a co najważniejsze, jak my z dwoma przeciwnikami, osamot­nieni, przy przewadze broni pancernej i lotnictwa, wrażych sił z zachodu i ze wschodu.

Udaje mi się nawiązać towarzyskie kontakty z byłymi uczniami gimnazjalnymi, co mi pomaga w rozpoznawaniu sytuacji w terenie. I tak: we wsi Wola Radzie­cka mam Tadeusza Grzywnę późniejszego „Haczyka” w BCH, w Rzeczycach Jasia Moskwę, w Kątach-Antoniego Mydlaka, ze wsi Kocudza Morgi i Konstantowa mogę coś się dowiedzieć od „SJ”.

W zwykłych koleżeńskich spotkaniach, przy nadarzających się okazjach uzyskiwałem wiadomości o zachowaniu się ludzi, bliższe szczegóły o mnożących się już napadach bandyckich i w jakim środowisku one powstają, o powstającym ruchu konspiracyjnym z określeniem jego kierunków politycznych, jakości dostarczanej prasy, tytuły i treść.

Ciekawe były spostrzeżenia o środowiskach, które te kierunki polityczne so­bie przyswajały, organizowały się w grupy.

Bardzo ważnymi były wiadomości o stosunku ludności do granatowej policji, o zachowaniu się j ej funkcjonariuszy, pracowników urzędów gminnych, sołtysów na wsiach i służy leśnej. Ciekawe były spostrzeżenia o ludziach już zakonspirowanych, ich zachowaniu niebudzącym podejrzeń współmieszkańców, życie ich w domu, kontakty poza domem. Ciekawe również było środowisko nadużywające alkohol, ich zachowanie się w restauracjach, upijanie się na bohaterstwo, czy też umartwianie, prowadzone rozmowy oraz źródła, z których czerpią gotówkę na pijackie eskapady. Przeglądając obecny stan zakonspirowanych kolegów, w zasadzie poza małymi wyjątkami za mało widzę chłopców odpowiednich do ewentualnych grap bojowych, dywersyjnych, czy patroli likwidacyjnych w walce z nasyłanym margi­nesem zdrajców na usługach organizowanych siatek konfidentów i szpicli przez gestapo, żandarmerię, a nawet policję.

Analizuję w światłe prowadzonych aresztowań w terenie swoją osobistą sytuację. W dalszym ciągu na utrzymaniu ojca, jako trzecia osoba wspólnego na pewno biednego garnka. Mieszkanie lokatorskie bez żadnego zaplecza gospodarczego. Żadne możliwości wykonania jakichkolwiek skrytek na tzw. materiały zakazane i niebezpieczne. W ewentualnym zaskoczeniu przy jedy­nym wyjściu i oknach na ulicę, sytuacja beznadziejna na uratowanie się. Organizowanie tzw. „melin” w trenie bez żadnych środków finansowych, to tylko liczenie na czyjąś litość i nadużywanie ludzkich możliwości. Byłem jednym z, wielu, którzy podjęli się wielkiej sprawy bez żadnych włas­nych możliwości i przeszedłem wiele prób tylko na swoją odpowiedzialność, jako jednak jeden z, niewielu, którzy przeżyli -chyba za frajer.

W czasie następnego okresu, w różny sposób te sprawy były łagodzone, ale nigdy nierozwiązywane tak, jak należało przez ludzi za to odpowiedzialnych. W moim trudnym przypadku los jednak czasami pomagał w rozwiązywaniu kłopotów i tak się stało, kiedy zgłosił się na rozmowę dawny kolega zabaw dziecięcych i następnie szkolnych Józef Chmiel, potocznie nazywany Józiem. Był synem Jana Chmielą i Katarzyny z Odrzywolskich, należących do tej biedniejszej grupy mieszkańców, żyjących na kawałkach gruntu liczącego się w pręty. Mieszkali w jednoizbowym domku drewnianym usytuowanym za cmenta­rzem parafialnym, przy drodze do cegielni, od której wąwozami Roztocza można było wyjść na tzw. „pola mariampolskie”, albo na szosę do Goraja i polne drogi do Radzięcina, Abramowa, a stamtąd na teren powiatów zamojs­kiego i krasnostawskiego.

Domek mały, a w środki również ubogi i jak gospodarze, ale zawsze przestrzegający staropolskiego powiedzenia „Gość w dom, Bóg w dom”, dzielący cię z każdym „ostatnią nawet łyżką strawy”. Przybysza wchodzącego do środka witały pobielone ściany, a stąpał polepie glinianej, zamiast podłodze z desek.

Przez dwa okienka wychodzące, jedno na południe, przez łąkę tzw. „ścianne” z widokiem na Frampol i szosę janowską, a dalej aż do pobliskiego lasu, drogie na zachód, biegnącą wspomnianą drogę do cegielni, oraz polną drogę biegnącą na pola tzw. kocudzkie, studnię z żurawiem i gospodarstwo Wójcików nazywanych Strzałkami, wpada jasność południowego słońca jego potem zachodzenie. Okna zawsze ozdobione małymi firaneczkami, a do przechodniów wyglądają kwitnące kwiaty doniczkowe.

Zaplecze gospodarcze, to mała obórka, dla krówki żywicielki wypasanej na miedzach i pobliskich łąkach oraz kryty dół piwniczny na kartofle, podstawowy artykuł żywnościowy, trudnych szarych dni, od przednówku do przednówku. Małe zbiory zboża na mąkę, hreczki na kaszę, sadzone ziemniaki i krowie mleko zabezpieczały przetrwanie.

Pan Jan w sezonie dorabiał w pobliskiej cegielni, a pani Katarzyna prowadziła dom. Zbierała ściółkę w pobliskim lesie, bo słomy nie starczało na podściółkę w obórce. Zbierała też chrust – suche gałęzie, na podpałkę pod kuchnią i to wszystko we lnianej płachcie przynosiła na swych plecach do domu.

Na stojącym pod zachodnim oknem warsztacie tkackim pracowali wszyscy rozdzielając swój wolny czas, wyrabiając lniane płótna przeważnie z dostarczanych motków lnianych. Tak samo między sobą dzielono wypasanie żywicielki krówki.

Rodzina, jak już zaznaczyłem biedna, ale bardzo szlachetna, religijna, żyjąca cicho, wzajemnie się szanująca.

Oczkiem w głowie obojga rodziców był zawsze jedyny syn Józio, największa jednak pociecha na stare lata matki. Wrósł na młodzieńca przystojnego, dorównując wysokim wzrostem ojcu, o kruczych włosach zaczesywanych do góry, zgrabnej postawie. Wychowany nie zawsze w dostatku, ale grzeczny, chętny do pracy, posłuszny i przychylny dla ludzi.

Kiedy wyjechałem, jak to się określało „do szkół”, życie nas rozdzieliło. Spotykałem Józie
w okresie ferii i wakacji szkolnych, ale mieliśmy już inne własne zainteresowania i towarzystwo. Pomimo tego stale interesowałem się dalszym życiem kolegów szkolnych i dziecięcych zabaw.

Wiedziałem, że przed samą wojną 1939 roku jest w Związku Strzeleckim, że bierze udział z naszym wspólnym kolegą Bolkiem Wąskiem w marszach „Szlakiem Pierwszej Kadrowej” organizowanym na trasie z Oleandrów w Krakowie do Kielc. Spotykałem go na próbach orkiestry dętej, kiedy uczył się gry pod kierunkiem mojego ojca, na wybranym instrumencie, jakim był w każdej orkiestrze-tenor.

Chodząc na spacery w tzw.”Łyczakowe Doły”, zawsze przechodziłem obok domku byłego kolegi i przypominałem sobie wszystko, co nas kiedyś przez lata łą­czyło.

Kiedy na wiosnę 1940 r. jak już zaznaczyłem, przyszedł do mnie na rozmowę Józio Chmiel, zapoznał mnie z faktem, że jest członkiem ZWZ w grupie star­szych, ale wie o naszym działaniu wśród młodzieży Frampola i dlatego popro­sił o przyjęcie go do tej grupy, gdyż będzie się lepiej czuł wśród swoich dawnych i obecnych kolegów. W pierwszym momencie próbowałem mu przetłumaczyć, że takie postępowanie nie jest zgodne z dyscypliną wojskową, ale tutaj spotkałem; się z jego przemyślanym uporem w tym postanowieniu.

Brałem również pod uwagę, osobiste postanowienie, że będę unikał wcielania do organizacji tzw.” jedynaków”, gdyż pociąga to za sobą nieporozumienia rodzinne i robi krzywdę samym rodzicom, ochraniającym życie najbliższej osoby.

Starsze pokolenie nie zawsze widziało potrzebę narażenia życia młodych ludzi następnego okresu konspirowania w tragicznym wrześniu 1939 roku mając przekonanie, że poczynania okupanta następują w wyniku oporu społeczeństwa i dążenia do odzyskania niepodległości oraz wyrzucenia obcych wojsk z kraju. Oni mają przed oczami katastrofalną sytuację w świecie, która szczególnie dotykała szczególnie ludzi biednych, którym przebyty historyczny okres zaborów wraz z latami przedwojennymi, nie szczędził krzywdy. Byli dalej przekonani, że nic dobrego nie może ich spotkać w zapowiadanym na różne sposoby w tzw. Nowym życiu. Nie lubiłem odkładać spraw na dalsze terminy, ale zwyciężyły w moich przemyśleniach potrzeby organizacyjne, które w następnych latach zwiążą mnie z tym domkiem – chatką Józia za cmentarzem.

Już, jako miejsce postoju- tzw. mp. miejscowej drużyny dywersyjnej oraz Józia na bardzo poważnym odcinku magazynowania broni maszynowej i przygotowywania jej do działania sprawnego w czasie wykonywania zadań bojowych. Powrócę, więc jeszcze raz do przypomnienia szczegółowych zalet domku i jego wyglądu wewnętrznego, który w mojej pamięci pozostał mi na całe życie. Pozostał mi również w zmienionej nazwie, jako „chatka za cmentarzem”. Właśnie ta chatka okazała się wygodnym miejscem tzw. odskoczni i bezpiecznego przebywania w okresach zagrożenia, łapanek, aresztowań itp. Ukryty za cmentarzem i wśród drzew, stanowił bardzo dobry punkt obserwacyjny na drogę do cmentarza parafialnego od wylotów ulic Kościelnej i Cmentarnej ułatwiał wzrokowe penetrowanie cmentarza żydowskiego oraz posiadał daleki wgląd na zachodnią przyległą część do miasteczka.
Istniało dogodne i bezpieczne wycofanie się z północnej części miasteczka, gdzie mieszkałem, a to z ul. Kościelnej przez ogród przy plebanii, do polnej ścieżki za budynkami gospodarczymi. Ścierką około 100 metrowej długości, dostawaliśmy się do tzw. „dołków księżych”, a tymi już niewidzialni od strony miasteczka przebiegaliśmy około 200 metrów, wpadając na gęsto zarośnięty cmentarz, jego wschodnią część.

Tutaj wystarczyło przejść cmentarzem do zachodniej części ogrodzenie i po jego pokonaniu działką ogrodową przechodzimy do chatki za cmentarzem. Stąd też istniała odskocznia drogą
w kierunku cegielni, a stamtąd we wszystkich kierunkach wąwozami i dołami do okolicznych wiosek leżących w rejonach na zachód, północ i wschód od miasteczka. Istniały również możliwości przedostania się na tereny powiatów: janowskiego, krasnostawskiego, zamojskiego.

Jak już podkreślałem nazwa „chatka” odpowiadała wielkością domku, gdyż z trudnością mieścił skromne wyposażenie. Z podwórka bardzo małego od strony południowej wchodziło się do małej ciemnej sionki. Na lewo wchodziło się do pomieszczenia mieszkalnego. Tuż za drzwiami wejściowymi, ale w sieni stała drabina, po której wchodziło się na strych, na którym z braku stodoły przechowywano okresowo słomę. Dach chatki kryty gontem dość stromy i cały.

Ze strychu, możne byłe korzystać w okresie równej wiosny, lata i wczesnej jesieni, jako miejsca noclegowego. Wchodząc z sieni do mieszkania przez wysoki próg, tuż przy drzwiach po prawej stronie znajdowała się mała kuchenka z tzw. okapem i piecem chlebowym. Tuż przy niej na długości ściany północnej stała drewniana kanapa, na której po każdorazowym rozłożeniu spał Józio, należało zdejmować przykrycie kanapy wykonane z desek.

Tuż przy kanapie, na środku pomieszczenia stał warsztat tkacki, przy którego obsługiwaniu siedziało się plecami do okna wychodzącego na zachód, a twarzą do drzwi wejściowych z sieni. Przy ścianie południowej od rogu w części zachodniej do okna, stało łóżko rodziców, schludnie czysto nakryte i utrzymane, z wysoko ułożonymi białymi poduszkami i wścieloną pierzyną przykrytą jasną kapą. Ten wygląd łóżka, kiedy weszli Sowieci do Frampola w lipcu 1944 roku spowodował, że mieszkańcy chatki uznani zostali burżujami –„pomieszczykami”. Przy południowym okienku, stał mały stolik, przy którym jadano posiłki, ale najczęściej wykorzystywane do tego ławy. Krzesła stolarskiej roboty, tak, jak opisane wszystkie meble, uzupełniały wyposażenie mieszkania. Przy kuchni zwracał uwagę mały stołeczek, na którym siadano, kiedy podkładano drewno pod kuchnię albo obierano kartofle. Służył również przy myciu naczynia, gdy: stawiano na nim „szafliczek”[1] z wodą. W samym rogu po przeciwnej stronie kuchni stał mały kredensik na naczynia. Tutaj spędziłem wiele” dni i nocy okupacyjnych, żywiony, pilnowany nocami jak własny syn, bez pytania za ile, jak długo.                                            Tutaj zostałem bratem Józia, tutaj rodziły się zadania konspiracyjne, stąd wychodziła grupa do zadań bojowych, tutaj Józio Chmiel początkowo o pseudonimie „Pion”, a w dywersji „Grom„, wykonał skrzynie do magazynu broni maszynowej i strzegł jej do końca. Gospodarze już odeszli ich czyny i poświęcenie bez składania przysięgi zamazały okrzyczane „wartości chrześcijańskie”, których w żaden sposób nie można porównywać do wielkiego oddania się sprawie, która odchodzącemu pokoleniu nic nie niosła. O tych ludziach ich wielkiej szlachetności będę w tych wspomnieniach jeszcze pisał, ażeby pozostali w historii tamtych czasów nie za litr czy dwa, a za swoją walkę na jej pierwszym odcinku, wspomagają­cych nas nie bronią, ale modlitwą na polskim różańcu i znaczeniu nad nami krzyżykiem błogosławieństwa o szczęśliwy powrót.

Józio Chmiel przedstawiając na tym spotkaniu swoją prośbę, zwrócił się jednocześnie również w imieniu swojego kolegi ze Strzelca-Bolesława Wąska. Był to tak samo mój młodszy kolega szkolny  i harcerz miejscowej drużyny, a przy tym bliski mój sąsiad. Nie występowała tu sprawa „jedynaka” wyraziłem, więc zgodę na jego prośbę.

Bolesław Wąsek PS. „Grot” nosił imię swojego ojca, również Bolesława, byłego członka POW. Przed wojną ojciec jego zajmował się skupem nierogacizny, jeżdżąc po znanych miejscowościach, gdzie odbywały się znane na okolicę targi- jarmarki. Matka jego pochodziła z Janowa Lubelskiego z rodziny Kristellich.

Mieszkali przy ulicy Butlerowskiej w parterowym domu z czerwonej cegły, krytym blachą, a który w czasie pożaru Frampola 13 września udało się uratować. Budynki stojące na całej posesji pomiędzy ulicami Butlerowską i Kościelną zostały spalone. Poza Bolkiem w rodzinie tej były dwie siostry: Irena oraz Zosia w wieku szkolnym i dorastający brat Zdzisław. Jak już zaznaczyłem ojciec handlował, ale również posiadał trochę ziemi otrzymanej, z tzw. ojcowizny. Jak na czasy przedwojenne, żyli sobie dość dobrze i zaliczani byli, do tzw. elity ludzi zamożnych. Bolek „Grot” był to typ chłopaka o całkowicie innym charakterze jak Józio, ale widocznie wynikało to z cech nabytych z rodziny Ojca. Bolek, jak to my nazywaliśmy „umiał liczyć”, a wiec dochodzić czy każda sprawa, z którą się spotykał z jego wyliczenia się opłacała, przy nadarzającej się lub wys­tępującej potrzebie -okazji. Przybić rając postawę charakterystyczną dla targującego się kupca z przyzwyczajenia jak by cmokając, chowając do kie­szeni spodni rękę przed ewentualnym zaklepaniem, doszukiwał się stanowiska za i przeciw. Na pewno w handlu było to dobre, ale w konspiracji za wszystko odpowiadał dowódca i takie sejmikowanie przed wykonaniem rozkazu, czy damy radę, a czy to coś da, a czy Niemcy o tym nie wiedzą, a czy nie wpadniemy, a czy człowiek nie zginie, w żadnym wypadku było nie do przyjęcia i tylko demoralizowało pozostałych. W naszych warunkach każdy teren przed akcją był rozpoznawany przez wywiad następnie opracowywano sposób przeprowadzenia zadania, opierając się głównie zeskoczeniu przeciwnika, zdecydowanym szybkim działaniu, mając na uwa­dze własne niedostateczne środki walki. We wszystkim wstępowało duże ryzyko i nieprzewidziane posunięcia ze stro­ny nieprzyjaciela, który miał własne plany podczas rozpracowywania terenu. Pomimo nazwijmy to tak, własnych przywar Bolka, nigdy w działaniu nie zawiódł i trzeba przyznać, że należał do tzw. grupy szczęśliwców. Był zdyscyplinowany i całkowicie oddany sprawie, oddając w następnym okre­sie wraz ze swoim ojcem, który został komendantem WSOP rejonu: „Liceum”, ca­ły dom do dyspozycji konspiracji, WSOP- Wojskowa Służba Ochrony Powstania. W konspiracji z tego domu znajdą się również -siostra -Irka ps.”Jolanta”, młodszy brat Zdzisio ps.”Tygrys” no i ojciec ps.”Sęp”. Miał również i inne słabości, które m. innymi utrudniały życie partyzanckie. Przyzwyczajony był np. do dobrego kulinarnego bytu, gdyż w swoim życiu na pewno nie zaznał większego głodu i mało wiedział o marnym wyżywieniu. Był też pewnego rodzaju „hobbystą”, gdyż przy każdej nadającej się okazji podczas zadań likwidacyjnych punktów handlowych okupanta, zawsze coś dla domu wydawało mu się potrzebne. Robił to jawnie traktując, jako trofeum wojenne, nie chował ukradkiem „za pazuchę”, co będzie spotykane w przyszłości nawet u liczących nazwijmy, to „bojowników”.

Uważam, że decyzja moja w tym czasie odnośnie „Groma” i „Grota” była słuszna, gdyż przyczyniała się do pozyskiwani dalszych byłych kolegów w ramach już przygotowań bojowo-dywersyjnych. Zakonspirowany zostaje również młodszy mój kolega szkolny, z którym bliższych kontaktów w latach poprzednich nie miałem, ale obecnie widziałem jego miejsce wśród młodzieży zakonspirowanej.

Był to Marian Miazga syn Leona, który przyjął pseudonim konspiracyjny „Jastrząb”, wśród mieszkańców określany przezwiskiem –„Maklepa”. Chłopak dobrze zbudowany, średniego wzrostu o jasnej czuprynie czesanej gładko do góry i charakterystycznych jasnych brwiach. Od małego zaprawiony do pracy na roli i przy innych robotach dorywczych podejmowanych przez ojca, gdyż, jako małorolny gospodarz nie był w stanie utrzymać dość licznej rodziny. Ojciec „Jastrzębia”, człowiek bardzo uczynny zaangażowany przy pracach rady kościelnej i innych posługach parafialnych w okresie świąt i odpustów. Najczęściej proszony był do gospodarzy w okresie bicia nierogacizny i bydła przed zbliżającymi się świętami oraz uroczystościami domowymi. Wtedy, kiedy syn już na tyle miał siły sprawności ojciec zabierał go do pomocy i przyuczając do zawodu. „Jastrząb”, kiedy stał się już młodzieńcem, zasłynął z siły i sprawności, ale nie wykorzystywał tego w stosunku do słabszych. Znany był z silnego uścisku dłoni, kiedy ją podawał na przywitanie.

Przy biciu nierogacizny mógł pić ciepłą krew od pierwszego uderzenia noża, znał również miejsca w rozbieranym wieprzu, gdzie znajduje się jeszcze ciepłe mięso, które można spożywać bez gotowania czy pieczenia. Należał do ludzi małomównych, ale dokładnych i zdyscyplinowanych. I kiedy zna­lazł się w okresie późniejszym w tzw. „sekcji likwidacyjnej” Kedywu, po uda­nych kilku akcjach, znajdując się pod innym dowództwem i w innym otoczeniu, straciliśmy nad nim kontrolę, jako jego dawni nie tylko koledzy, ale towa­rzysze broni, wierzący bezgranicznie i zapatrzony w poczynania nie zawsze odpowiedzialnych przełożonych i najbliższych z nowego otoczenia kolegów, starszych często wiekiem, których przeszłość miała wiele do życzenia, a potrzeby wojny i konspiracji wymagały w pewnych momentach „brudnych rąk”, czemu nie wszyscy chłopcy mogli podołać i mówiąc prawdę w tym się babrać, nie umiał rozróżnić dobra od zła. Nastąpiło wypaczenie dobrych zasad wyniesionych z domu, stał się zadufany w swoje czyny, wmawiane przez otoczenie jaj równe bohaterstwu, a resztę zrobiła wódka, która w tym otoczeniu chyba, uspakajała nerwy, a może ludzkie wyrzuty sumienia. Znalazł się poza życiem tych, którzy się z nim wychowali i podali rękę do konspiracji. Drogi ich do tego stopnia się rozejdą, że będą walczyć z jednym wrogiem, a potem
z drugim, w międzyczasie ustrzegając się od zadania śmiertelnego strzału z bratniej ręki w plecy i oby tylko.

Następnym kolegą po „Jastrzębiu ” był zaprzysiężony w szeregi ZWZ, również kolega szkolny i jednolatek ze mną Stanisław Krawczyk, który przyjął pseudonim „Strzała”, najmłodszy z braci, o których napisałem, kiedy przychodziłem do trudniącego się szewstwem Olesia.

Ojciec Stacha już nieżyjący Teofil Krawczyk, posiadał gospodarstwo przy ulicy Zamojskiej, ożeniony był z mieszkanka Starej Wsi, która pochodziła zeznanej rodziny Marków i przyniosła mu w posagu część ziemi na tzw. Polach Kąteckich.

Dorabiał również biciem nierogacizny i sprzedażą mięsa w wyrobów przed wojną na frampolskich jarmarkach. Rodzina składała się z ośmiu osób, w tym sześcioro dzieci. Przewagę stanowili synowie, a tyło ich czterech: Antek, Bolek, Oleś, Stach. Wszystkich z tej rodziny określano mianem „Szymciaki”.

Przyjmując do konspiracji najmłodszego z nich Stacha, miałem na myśli zdobycie chłopaka rosłego, bitnego i odważnego, sam jeszcze w szkole od niego obrywałem i to na własnym ogrodzie. Była jeszcze inna sprawa, po cichu powtarzana wśród zaufanych, że bracie mają ukrytą broń ma szynową z okresu wojny i jej pozyskanie miałem również na oku. W gospodarstwie tym zawsze utrzymywano dobrą parę koni, rywalizującą z podobną w gospodarstwie Jana Filipowicza. Kiedy w przyszłości wystąpią takie potrzeby, będziemy z nich korzystali bez żadnych trudności? ··Stach -„Strzała” okazał się dobrym konspiratorem, odważnym i sprawnym erkaemistą, ale broni dla naszej grupy nie pozyskał. Jednym z tych, którzy przeszli do naszej grupy z placówki starszych, był Bolesław Wójcik, który brał udział w wojnie 1939 roku, jako żołnierz czynnej służby. Przybrał pseudonim „Lis”, a zainteresowanie jego osobą wynikało z potrzeby wprowadzenia do naszej grupy człowieka przeszkolonego w ostatnim czasie wojskowo, obeznanego z bronią strzelecką i maszynową oraz posiadającego przeszkolenie w służbie łączności. „Lis” mieszkał naprzeciwko gospodarstwa Józia „Groma”, a rodzina utrzymywała się z niewielkiego areału ziemi. Bolek od małego prawie dziecka począwszy, zarabiał przy pasieniu krów, a następnie, jako robotnik w miejscowej cegielni. Zainteresowanie jego osobą wynikało również z tego, że zatrudnił się przy robotach związanych z budową odcinka szosy Janów Lub. – Frampol. Dla potrzeb wywiadu niezbędne stało się posiadanie człowieka wśród ludzi zatrudnionych w tej firmie, przekazującego dane o stanie budowy, atmosferze wśród pracujących, zachowaniu się w stosunku do Polaków nadzorujących Niemców i o ewentualnych ruchach wojsk na tej trasie. Bolek „Lis” okazał się dobrym obserwatorem w tej firmie.

Sam jednak swoją osobą, przedstawiał całkowicie innego człowieka o tych chociażby ostatnio pozyskanych. Jako biedny chłopak ciężko pracował w warunkach, jakie występowały w prywatnej cegielni. Nie był wrogo nastawiony do tych, którzy łatwiej szli przez życie, ale wyraźnie stwierdzał, że takiej Polski, jak była nigdy by nie chciał i o taki dobrobyt, w jakim żył, on sam i jemu wielu podobnych nigdy nie będzie walczył.

Umiałem z nim rozmawiać, chociaż w jego oczach wyglądałem na „panicza” i on nie zrozumiałby, że ani mojej rodzinie, ani mnie droga różami się nie ścieliła. W okresie mojego pobytu w Lublinie, a dłużej w przemysłowym i robotniczym ośrodku, jakim były Starachowice, miałem znajomości i rozeznanie ze środowisk, którym się dobrze powodziło, ze środowisk robotniczych ludzi wykwalifikowanych i niewykwalifikowanych. Bywałem w domach nadzoru technicznego urzędników i kierowników elity kierowniczej, jak dyrektorzy, szefowie jednostek produkcyjnych w przemyśle zbrojeniowym. Zawsze tłumaczyłem mu, że nasze powodzenie w życiu jest uzależnione od nas samych i co o sobie stanowimy, a nie od worka pieniędzy dzielonego równo dla wszystkich, gdyż takiej prawdy nigdy nie będzie, a ci, co tak nam plują w uszy, to tylko nas tumanią dla swoich tylko celów.

Żyjąc na paru morgach na wsi, bez światła i radia, nie możemy liczyć, że ktoś nas zrówna z życiem żyjących w miastach, gdzieś za granicą, w krajach wysokiej kultury, wypracowanego dobrobytu dziesiątkami lat wysoko uprzemysłowionych i o wysokiej technice we wszystkich, dziedzinach. Mówiłem do niego jak najbardziej szczerze, że ja też jestem w oczach syna szewca z Lublina, ale chlebodawcy mojego ojca również synem parobka, bo tak sobie jakieś środowisko ograniczonych ludzi to wymyśliło. A czym szewc z miasta, z jakiego by nie był, jest lepszym od organisty, czy w twoim wypadku od wyrobnika-małorolnego chłopa. Czy w ogóle można to poró­wnywać, wyciągać wnioski i przenosić określenia na potomstwo.                                                                                                Po tym okresie dalszej rozbudowy grupy młodzieżowej, w moich przewidywaniach na przyszłość, mając na uwadze szkolenie bojowe, kreślił się skład podsta­wowej piątki, do tzw. zadań specjalnych i dywersyjnych. Szkolenie bojowe było przewidywane w zakresie: poznawania i obsługiwania broni, prowadzenia walki w mieście, w terenie odkrytym i lesie, udzielanie pierwszej pomocy sanitarnej w walce.
W piątce tej znaleźli się: Chmiel Józef „Grom”, Wąsek Bolesław „Grot”, Miazga Marian „Jastrząb”, Krawczyk Stanisław „Strzała „, Wach Józef „Tur”. Po tragicznych miesiącach maja czerwca przyszedł czas ponownego ciężkiego okresu, przemyśleń i rozmów z ludźmi, dla utrzymania ich wiary, że przegrana sojuszników, to jeszcze nie koniec wojny, chociaż przed nami na pewno prze­dłużający się okres okupacji i wielka niewiadoma w jej przetrwaniu.

Jest w pełni lato 1940 roku, okres pełen wielkiego odczucia tragizmu całego narodu. Trwa wspomniałem akcja „AB”, a jednocześnie zgodnie z wydanym zarządzeniem Heichsfϋhrera SS Himmlera podczas pobytu w GG, nasiliły się w miastach nieustanne aresztowania i łapanki dla osadzenia w obozach kon­centracyjnych 20000 Polaków. Z samej Warszawy wywieziono tylko do sierpnia tysiące osób, głównie do obozu w Sachsenhausen.

Gubernator Frank udziela dla prasy niemieckiej makabrycznych wywiadów, które zapowiadają zniszczenie narodu polskiego, a oto ich treść: „W Pradze wywieszono np. wielkie czerwone plakaty z wiadomością, że dzisiaj rozstrzelano 7 Czechów”.                    Powiedziałem sobie wtedy, gdybym o każdych rozstrzelanych siedmiu Polakach chciał rozwiesić plakaty, to lasy polskie nie starczyłyby na wyprodukowanie papieru na takie obwieszczenia.”

Na naradzie w sprawie akcji „AB” między innymi stwierdził:

„…Kierowniczą warstwę społeczeństwa Polski należy zlikwidować, nowy narybek należy mieć na oku i w odpowiednim momencie znowu zniszczyć…Inteligencja do obozów koncentracyjnych i do­łów egzekucyjnych, młodzież na przymusowe roboty do Rzeszy, mniejszość narodowa żydowska do obozów pracy, a opornych, starców i dzieci likwiduje się na miejscu.

W Lublinie od połowy 1940 roku istniała już dzielnica żydowska, ale jeszcze nieotoczona drutami, a mieściła a przy ulicach: od numeru domu 22 ul. Staszica przez Lubartowską i jej bocznice, ul. Nową i ulicami poza Bramą Krakowską. W maju poprzedziło to wysiedlenie ludności żydowskiej z przedmieścia Lub­lina tzw. dzielnicy Wieniawa. Zniszczono 122 domów pożydowskich i polskich, starą bożnicę i nagrobki-pomniki na „kirkucie „.

Odila Globocnik jeszcze w okresie istnienia koncepcji utworzenia w dystrykcie „rezerwatu”, zaplanował budowę 4 wielkich obozów koncentracyjnych dla Żydów.

15 lipca 1940 roku wysyła do Bełżca 3 tysiące osób, 22 lipca dalsze 5 tysięcy, a już w sierpniu 30 tysięcy Żydów do prac przy „wale” budowanym w strefie granicznej rzeki Bug.

Bełżec na Ziemi Lubelskiej stanie się miejscem zagłady i końca wędrówki narodowości żydowskiej, Oświęcim, stanie się wielkim kombinatem Zagłady obu narodowości Polaków i Żydów, nie mówiąc już o przywożonych transportami kolejowymi Żydów z ca­łej Europy i nie tylko. Stąd wychodziło się zgodnie z hasłem na bramie tego i innych kombinatów śmierci:

 -„Arbeit macht frei” – „Praca czyni człowieka wolnym”, jedynie tylko przez kominy krematoriów.
Zalążki getta, tak jak w Lublinie powstają na terenie dystryktu począwszy od Puław, a następnie w Krasnymstawie, w Chełmie, a na końcu tego roku w Piaskach, gdzie stłoczono około 5 tysięcy Żydów z tej osady i z sąsiedni­ch wsi na wydzielonych uliczkach przedmieścia.

Przed tym narodem otwierał się okres głodu, wyniszczającej pracy, nieludz­kich warunków bytu i straszliwego końca w komorach gazowych, albo od kuli w dołach śmierci.

Trwa likwidacja żydowskich sklepów i warsztatów przez ich likwidowanie z całkowitym przepadkiem mienia na rzecz administracji niemieckiej. Gubernator dystryktu Zörner wydaje w końcu zarządzenie nakazujące anulowanie wszystkich zezwoleń na prowadzenie handlu i skupu przez Żydów. Nakładano coraz większe kontrybucje i daniny w postaci setek tysięcy złotych, biżu­terii, złota, mebli, dywanów, futer, bielizny pościelowej, a nawet żywności.

W tym samym okresie pięknej majowej wiosny 1940 roku nadeszły ponownie na Lubelszczyznę transporty „wysiedlonych”, których ilość do końca roku osiągnęła 90 tysięcy osób, a które nadeszły z ziem przyłączonych do Rzeszy, a miały być rozlokowane na terenie GG.

„Wysiedlonych” kierowano szczególnie do powiatów chełmskiego- 21 tyś., Radzyńskiego -18 tyś., Biłgorajskiego i puławskiego po 7 tyś. Wkrótce wielu z nich, jako władających językiem niemieckim znalazło pracę w urzędach i instytucjach gospodarczych administracji okupanta; agronomowie, administratorzy majątków – „liegenschaftów”, wójtowie, tłumacze  itp.

Ale ogólnie i to wyraźnie należy stwierdzić, że sytuacja „wysiedlonych” była jednak bardzo ciężka i te rodziny korzystały do końca okupacji z opieki RGO, a szczególnie z pomocy miejscowego społeczeństwa.

RGO – Rada Główna Opiekuńcza wywodziła się z Rady Głównej „Polskiej Pomocy”, która powstała równocześnie z utworzeniem dystryktu, a nazwę tą przyjęła w maju 1940 roku.
W Lublinie powstał zarząd RGO, a wkrótce po nim zarządy powiatowe w tym i w Biłgoraju. Utworzono następnie sieć terenową w oparciu o gminy. Rozpoczęły swą działalność referaty opieki, wyżywienia i pomocy doraźnej. Zaangażowali się do tej pracy – działalności ludzie o wielkim sercu i wysoce patriotycznej postawie.

W okresie kończącej się akcji „AB” aresztowania w Janowie Lubelskim, które miały miejsce na przełomie lipca i sierpnia uderzyły w debrze działający kontakt aresztowaniem obu braci Paszkiewiczów.

Po odczekaniu pewnego okresu przy wzmożonej czujności i na ewentualne wykry­cie przez gestapo kontaktów janowskich na Frampol. „Pająk” usiłuje nawią­zać go powtórnie. Wyjeżdża, więc kilkakrotnie na teren Janowa lub., Ale bez rezultatu. Dociera także do majątku Godziszów, gdzie zamieszkują rodzice braci Paszkiewiczów, ale rodzina po stracie synów nie jest w stanie nic nam pomóc. Powiedzieliśmy się jedynie, że ich synowie zestali wywiezieni do obozu, który znajduje się gdzieś koło granicy szwajcarskiej. Mając na uwadze występujące trudności w obsłudze przez łączników, utrzyma­nia kontaktów prasowych z Janowem Lub. W ostatnim okresie prac budowy drogi bitej, postanowiliśmy z takowego zrezygnować i skierować cały swój wysiłek na Biłgoraj.

Następuje jednak okres pewnego przyhamowania łączności w terenie na sku­tek rwania się kontaktów spowodowanych, przez przeprowadzane aresztowania na całej Lubelszczyźnie, ukrywania się ludzi w tym zaangażowanych, albo takich, w których środowisku wystąpiło tego typu zagrożenie. Zmiany samych punktów kontaktowych i nawet w nich ludzi, wymaga nowej bu­dowy łączności szukania jej kontaktów w terenie, bardzo żmudnej, a jednocześ­nie niebezpiecznej pracy.

Musimy okresowo przejść na pracę w terenie bez pomocy prasy konspiracyjnej bezpośredniego oddziaływania na podopiecznych ludziach w piątkach. Jest, więc okazja na stopniowe wprowadzanie ludzi w sprawy wywiadu, celem zabezpieczenia naszej grupy przed ewentualną dekonspiracją oraz penetro­waniem jej szeregów przez siatki konfidenckie, albo zbliżonych ludzi do administracji okupacyjnej.

Stawiamy stale zadanie, które stanie się aktualne, na co dzień i do końca konspiracji oraz okupacji.

Jest to zadanie prowadzenia stałego rozpoznania terenu pod względem zacho­wywania się okupanta, jego sił policyjnych, żandarmerii i gestapo, policji granatowej, zwracania bacznej uwagi: na ukazujących się w terenie ludzi obcych, ich zachowanie, cel ich pobytu, z kim się kontaktują, kto ich firmuje. Dużą rolę, tak jak przewidywałem spełniają dziewczęta, o których wspominałem poprzednio, którym przy działalności sanitarnej’ zleciłem zabawę w wyłapywaniu wszelkiego rodzaju miejscowych ploteczek, począwszy od knajp, a skończywszy na kościele. Takie, wydawałoby się drobne sprawy przekazywa­ne sposobem „jedna pani drugiej pani” w dalszym sprawdzeniu i obserwacji dawały materiał w oparciu, o który należało wkraczać, gdyż nieodpowiedzialni ludzie np. nadużywający alkoholu działali nie zdając sobie sprawy na granicy dekonspiracji, a nawet zdrady. W pewnym momencie zorientowałem się, że moje chodzenie z Bolką znajduje się pod obserwacją „cnotliwych dziewic”, którzy nie widzą własnych córeczek,
a wskazują na Zdzicha, że prowadza młodszą od siebie dziewczynę i oby tyl­ko bałamucił.

Dobre nastawienie uszu i koleżeńska pomoc w zazdrości, potwierdza, że moje sprawy konspiracyjne w oczach społeczności babskiej, a to w małej mieści­nie było bardzo ważne, uszły uwadze, a pozostał chłopak bałamut, zawracający głowy dziewczętom i to w takim poważnym okresie jak wojna, aresztowania, łapanki do Niemiec.

Postanowiłem podtrzymywać tą babską opinię, która nie ominęła również tak zwanych „babskich cwaniaków”, trzymających się spódnic dla żarcia i wy­godnego się przespania.

Chodziłem, więc z dziewczętami nie tylko sam, ale od czasu do czasu z kole­gami po naprawdę malowniczych okolicach Roztocza Północnego oraz poblis­kich lasach przechodzących z biłgorajskich w janowskie. Chodziłem, więc i to w różnych okresach z byłymi koleżankami ze szkoły innych znajomości jak: Zośka siostra Bolki, Marysia siostra „Jota”, Irka siostra „Grota”, Władzia Kapicówna, Wanda Dziubówna, Danuta Wrońska Karczmarzykówna, wspomniana Fruzia i Bronia i Otylia siostry „Pająka”, Kazia Miażdżanka – „Siuńkowa”, ·a nawet Mela Rzochowska. Nie mówiąc już o dziewczętach z poza Frampola.

Chodziłem – „przywłoka bez majątku i zawodu”, bo nie mogło być mowy o ożenku do końca wojny i z taką propozycją z żadnej strony się nie spotkałem. Nie zwracałem uwagi na docinki byłego nauczyciela, którego dogoniłem w kawalerce, a mogłem mu przeszkadzać w zastawianiu sideł na byłe uczenni­ce i to w tych samych wąwozach, dołkach czy krzakach.

Nie umiał trafić do szeregów swoich harcerzy, którymi się opiekował druży­nie szkolnej, a którzy teraz konspirując, czekali na instruktora dowódcę, a przecież był podchorążym rezerwy WP. Był w konspiracji na placówce ZWZ i nawet pełnił jakąś funkcję, ale wycofał się bez słowa, bo ważniejsze były karciane noce, przygruchiwanie mamusi i dostanie się do córeczki. Będzie skakał w przyszłości żabkę przed bojowcami, w której to grupie będą jego uczniowie, za utworzenie gniazda karcianego wśród urzędników administracji niemieckiej, w czasie, kiedy już lasy zapełniały się oddziałami partyzanckimi i przygotowywano akcję „Burza”. Ale to dopiero przyjdzie po latach. Teraz prowadzaliśmy, jak wydawało się temu „obździdrągowi”, dziewczęta i to w tym samym celu.

A było to jednak o wiele inaczej. „Wieczni kawalerowie” prowadzali po krza­kach moje dorosłe koleżanki czy znajome, jako angażujący się o rękę, jako­by myśląc o przyszłym ożenku, ale do takiego nigdy nie dochodziło. Jedno było jednak pewne, że oboje na tych spacerach stokrotek nie zbierali, a kiedy były grzyby, koszałek z sobą nie nieśli.

Wracając do opisywanego ino jego nauczyciela, któregoś dnia jeden z moich żołnierzy powiedział mi, co usłyszał od tego pana: „Ten Zdzich to podpadnie prokuratorowi, bo ciągać za sobą taką dziewczynkę”.

Nie trzeba było długo czekać, kiedy na połowie drogi w tzw. „Doły Łyczakowe”, spotkaliśmy się mijając, ja idąc z Bolka na spacer p.”N” powracał już ze spaceru z p. MS. Popatrzeliśmy po sobie dokładnie, oddając nawzajem pozdrowienia grzecznościowe.

Pan „?” Przytulony do partnerki, trzymając ją pod rękę bardzo czule, miał na plecach zmiętą marynarkę, co Bolka skwitowała, że widocznie na niej siedzie­li. Pannę MS. Musiałem ją ocenić, a miała zmiętą spódnicę i trawę we włosach, idąc koło swojego partnera tak zmęczona jak po biegu długodystansowym.                                                            Po pewnej chwili Bolka zaczęła opowiadać jak panowie nauczyciele załatwiali dziewczynki kończące siódmą klasę. Wyraźnie podkreśliła, że robił to kierownik szkoły p. „B”. Wybierał dziewczyny dobrze rozwinięte i zapraszał do swojego gabinetu. W rozmowie nawiązywał do dalszych planów takiej dziew­czyny i okazywał zainteresowanie osobistej pomocy we właściwych ocenach na świadectwie, które pomagałyby przy dostaniu się do szkoły średniej.

Bolka stała się dobrym i pewnym kumplem w tym trudnym okresie i szkoda, że nie stała się partyzancką dziewczyną, tak jak jej siostra, która była w oddziale słynnego „Groma”.  Bolka, tak, jak się znalazła a mojej drodze, sama odeszła w swoje życie, zostawiając mnie naprawdę zaskoczonego takim obrotem sprawy, nie mówiąc już, że było, to pewnym przeżyciem. Ale, to nastąpi dopiero za dwa lata.

Otrzymałem sygnały o biurze budowy drogi Frampol-Janów. O panienkach tam zatrudnionych. Postanowiłem osobiście zająć się tą sprawą, ażeby zawiść i plotkarstwo nie narobiło nieszczęścia.

Jeszcze raz powrócę do poprzedniej wzmianki o budowie tej drogi. Biuro zostało zorganizowane dwóch pomieszczeniach domu zmarłego Paulina Oszusta „Olszowiaka”.

Kierownikiem budowy odcinka wspomnianej drogi był oficer niemiecki w stopniu oberlejtnanta, wysoki dość przystojny mężczyzn; On też „kierował pracami biura. W godzinach popołudni owych po skończonej pracy można go było spotkać spacerującego z pięknym rasowym pieskiem, którego prowadzał na smyczy. Jego postawa i zachowanie się świadczyły, że jest to człowiek inteligentny, zajęty swoją pracą, niezwracający uwagi na otoczenie i niedający odczuć ludziom, że jest w kraju okupowanym przedstawicielem rasy panów i zwycięzców.

W tym też biurze znalazły pracę byłe uczennice gimnazjalne, moje koleżanki z lat szkolnych, które przez podjęcie zatrudnienia w wojskowej instytucji odsuwały od siebie możliwość wysłania na roboty przymusowe do Niemiec, co groziło całej młodzieży włącznie od 16 lat.

Zatrudnione, więc zostały: Eufrozyna Krawczykiewicz, o której już pisałem i dobrze mi znajoma. Maria Dziubówna, najstarsza córka b. wójta gminy, właściciela restauracji. Teodora Jęczmionkówna, córka miejscowego kowala, Elżbieta Mydlak „Elżunia”, córka byłego komendanta Straży Obywatelskiej.

Kiedy budowę drogi ukończono i biuro rozwiązano Fruzia nie mogła znaleźć miejsca w tutejszej społeczności. Wyjechała do Chełma i tam została zatru­dniona w jakimś biurze niemieckim.
Z Arkasiem jej bratem zerwano wszystkie konspiracyjne kontakty. Pozostało po tych frampolskich romansach z Niemca­mi tylko wspomnienie u ludzi wywiadu tamtego okresu oraz zdjęcie, na którym stoi Fruzia na spacerze z niemieckim pieskiem swego kierownika przy domu męża Helenki Oleszkównej – Maciąg, siostry byłej wielkiej miłości jednych przedwojennych wakacji -Stefanka Oleszka.

Fruzia na krótko powróci do Frampola dopiero z wkraczającymi jednostkami wojsk sowieckich przynoszącymi jakoby nam wolność w 1944 roku. Podobno była już mężatką i to podobno z człowiekiem z konspiracji. Ukończy studia wyższe będzie miała córeczkę i w końcu rozejdzie się na rzecz jakiegoś starszego pana z willą. Będzie wyjeżdżała do Francji, jako jakiś przedstawiciel -prze­mysłu chemicznego czy innego, ale to wszystko wiadomości niepotwierdzone.

Elżbieta Mydlak znalazła się w Kraśniku również w administracji niemieckiej i do Frampola już nigdy nie wróciła. Wylądowała przez zieloną granicę wraz ze swoją siostrą Ireną w Niemczech, gdzie wyszły za naszych zachodnich sojuszników, a potem Elżunia skończyła studia lekarskie i mieszka w USA, a Ire­na w Kanadzie. Pozostałe pracownice biura więcej nie pracowały i do Niemiec ich nie wywieziono. Każda znalazła kochającego męża i sprawę uznano za zakończoną.

Na Lubelszczyźnie koniec lipca i sierpień, to pierwsze żniwa w okresie okupa­cji dla szybkiego zrealizowania wyznaczonych dostaw kontyngentowych dla Niemców. Wyznaczone kontyngenty są w wielu wypadkach dla gospodarstw chłopskich, szczególnie tych podupadłych nie do wykonania. Dochodzi do paradoksu, bo dla oddania, kontyngentu trzeba ziarna kupić. Terminowego oddania zboża pilnują siły policyjne niemieckie.

Dostawy kontyngentowe są realizowane zgodnie z wydanymi zarządzeniami w dystrykcie, które ukazały się w dniach: 10.VII, 17.VIII, 14.X.1940 r., a dotyczyły nie tylko dostaw zboża, żywca, ale również jaj, drobiu, ryb, weł­ny, roślin włóknistych, warzyw i owoców.

Drakońskie środki wymuszenia dostaw w pełnych wysokościach zaskoczyły wieś, ale nie zapewniły pełnej realizacji planu kontyngentowego. Skończyły się tzw. „gadki wśród chłopów o dobrym gospodarzu” i zaczęto rozglą­dać się za powstającymi organizacjami konspiracyjnymi.

28 Lipca 1940 r. Biłgoraj ma zaszczyt przyjmowania gubernatora Franka, który będąc w Zamościu przyjeżdża pod uzbrojoną obstawą wojska i policji, aż do tego miasta powiatowego wśród lasów pomiędzy Puszczą Solską, a lasami Lipsko-Janowskimi.

Niemcy, Volksdeutsche, Ukraińcy budują przy drodze-wjeździe od Zwierzyńca bramę triumfalną, a banderia ukraińska na koniach i strojach ludowych towarzyszy mu na ulicach Biłgoraja.

W Biłgoraju działa już w tym czasie delegatura UCK- Ukraińskiego Central­nego Komitetu, powołanej w kwietniu tego roku w Krakowie. UCK założył sobie, jako przejęcie działalności dotychczas istniejących na terenie Zachodniej Ukrainy oraz Polski burżuazyjnych Partii politycznych. Działacze nacjonalistyczno- faszystowscy, przyjęli na siebie rolę reprezentacji społeczeństwa ukraińskiego wobec Niemców. W delegaturze UCK- w Biłgoraju widzimy nazwiska m.in.: dra Teodora Michałowskiego, Włodzimierza Darmochwała, Romana Kisielewskiego, którzy z jawili się na tym terenie ze Lwowa. Wielu innych faszystów i nacjonalistów ukraińskich ze Lwowa i Galicji ulokowało się na terenie powiatu organizując środowi nieukrywanej nienawiści do Polaków. W następnych latach doprowadzi to do wielu nieszczęść.

Dochodzą do nas wiadomości z różnych miast i miasteczek o wysyłaniu schwytanych
w łapankach Żydów do obozów pracy. Żydzi próbują się ukrywać, a to tylko powoduje zwiększenie się łapanek dziennych i nocnych. Przykrym objawem jest występująca wśród naszej ludności chęć pomagania Niemcom w tych łapankach. W prawdzie są to przypadki wśród tej części społeczeństwa zaliczanej do tzw. marginesu, ale również z przykrością należy stwierdzić, że nie tylko.

Nie na miejscu często jest również stosunek wsi do rozmieszczanych w gospodarstwach chłopskich, przeznaczonych do transportu do GG wysiedlonych polskich rodzin. Z terenów przyłączonych do Rzeszy. Los tych ludzi pozbawionych przez okupanta wszystkiego, co osiągnęli przez całe pokolenia oraz rozdzielenie córek i synów skierowanych na roboty przymusowe do Rzeszy, staje się ze wszech miar bardziej tragiczny, kiedy nasi gospodarze traktują przybyszów, jako siłą sobie narzuconych, są im niechętni i częstokroć wszystkiego im odmawiają.

Na jarmarkach wyraźnie odczuwa się brak Żydów, bo zabroniono im handlu i chłopi, już nie korzystają z ich pośrednictwa z uwagi nawet na własne bezpieczeństwo.

Ceny w okresie letnim na rynku kształtowały się w podstawowych artykułach na poziomie:
– masło 8-9 zł./kg, jajka 13-15 gr./szt., kurczaki 1.50 zł./szt. Niemcy kwaterujący w szkole,
a przychodzący na targ płacili niższe ceny np. jajka 6 gr./szt. Są również takie przypadki, kiedy kobiety aryjskie odpędzają Żydówki od handlujących gospodyń wiejskich.

Wśród ludności żydowskiej obserwujemy narastające stale przygnębienie, na skutek rozpowszechnianych stale wiadomości z rożnych stron dotyczących coraz gorszego stosunku Niemców do tej narodowości. W tym miejscu należy podkreślić dobrze zorganizowaną łączność pomiędzy społecznością żydowską miast i miasteczek, pomimo zakazu poruszania się tej ludności w terenie i zmiany miejsca zamieszkania.

Rocznica wybuchu wojny w dniu 1 września 1940 r. przypomina nam odmierzone 12 miesięcy codziennego życia pod okupacją. Przez ten okres z dziewiętnastoletniego ucznia gimnazjum, przeistoczyłem się w żołnierza czynnej służby konspiracyjnej. Całkowicie oddając się może niezdarnemu jeszcze jej organi­zowaniu. Zdawałem sobie sprawę z tego, że przyjąłem poważną odpowiedzial­ność- za kolegów, byłych harcerzy, którzy gromadzili się wokół nas, grona tych pierwszych na trudnej drodze i absolutnie bardzo niebezpiecznej. Pomimo występujących trudności, jak aresztowania w terenie, zrywanie się kontaktów, utrzymywaliśmy łączność dla zabezpieczenia prasy codziennej i instruktażowej.

Stawiając pierwsze kroki w tej trudnej działalności, musiałem wspólnie z „Pająkiem” w pierwszej kolejności uczyć się jej, a jednocześnie opracowywać kierunki organizacyjne, a szczególnie na odcinku zabezpieczenia grupy przed wrogą penetracją z zewnątrz i ewentualną dekonspiracją. Ważnym okazał się dobór ludzi przy szczególnym zwracaniu uwagi na środowisko, z jakiego pochodzą i skutków wśród swoich najbliższych, rodziców, braci, sióstr z chwili bezpośredniego zaangażowania się w przyszłej już walce.

Te dociekania w pewnym sensie wpływały na moje rezygnowanie z tzw. „jedy­naków”
i uchronienie się na przyszłość do pretensji osób trzecich i nie­przewidzianych skutków z ich strony.

Rok 1940 dał dobre podwaliny pod organizujący się ruch oporu podporządko­wany legalnym władzom Polski na emigracji. Utrzymywana stała łączność z władzami poprzednio w Paryżu, a obecnie w Londynie. Kraj pokryły podsłuchy radiowe, a w oparciu o te wiadomości wydawana jest prasa konspiracyjna za równa drukowana, jak również odbijana na powielaczach. W terenie odbijane na maszynach komunikaty radiowe. Kurierzy i łą­cznicy dostarczają drukowane słowo tam gdzie tylko bije serce polskie, gdzie czeka spragniony wiadomości przyszły żołnierz podziemia. Wytrzymaliśmy dwa okresy ciężkich przeżyć i wielkiego zawodu, a nawet załamania u wielu po tragedii wrześniowej 1939 r., a potem po majowej i czerwcowej Francji z państwami ościennymi zachodniej Europy, a tak na swojego wiekowego sojusznika liczyliśmy.

Budowane są wszędzie całe miasteczka baraków przeznaczonych na koszary wojskowe, oraz organizowane w lasach magazyny zaopatrzenia w paliwo i wszelkiego rodzaju amunicje.

Są również sygnały budowy lotnisk polowych na terenie Zamojszczyzny.

W kraju żołnierz podziemia uparcie szuka pozostawionej i ukrytej w ziemi broni, a po znalezieniu czyści, zabezpiecza w nowych zmyślnie budowanych magazynach i wszelkiego rodzaju schowkach.

Dumni jesteśmy z tego, że postawa całego narodu pomimo niesłychanego terro­ru jest niezwykle odporna. W świetle i skuteczności wojny na zachodzie, dumni jesteśmy z naszych obronnych walk we wrześniu 1939 roku. Obrona Warszawy, Modlina, Helu, marsz generała Kleberga na pomoc Warszawie, walki samodzielnych grup na drogach ku Węgierskiej granicy złożonych z tych najdzielniejszych synów Polski. Pierwszy walczący Samodzielny Oddział Wojska Polskiego, przez nas rozumiany, jako „Pierwszy Partyzancki” majora „Hubala” na Kielecczyźnie. Podniosły Polskę w oczach całego świata kraj uparcie walczący z przemocą bolszewicko-hitlerowską o wolność ojczyzny, pomimo zastraszających strat jej obywateli.

Uległy tylko słabe, mierne i mało wartościowe jednostki z tzw. marginesu, które często niechlubnie będą kończyły swój żywot, odchodząc w zapomnienie z mianem zdrajcy.

W połowie września pomimo zajęcia szkół na kwatery albo koszary niemieckich zaczyna się jednak rok szkolny. W wynajętych pomieszczeniach ocalałych domów zniszczonego Frampola rozpoczynają naukę dzieci różnych klas bez żadnych pomocy szkolnych, których okupant zabronił używać, a szczególnie, jeżeli chodzi o historią i język polski. Nauka trwa przy częstych zmianach przez cały dzień[2].

W Biłgoraju jak opowiadają tam bywający, obserwuje się coraz więcej niem­czyzny. Na każdym kroku szyldy, napisy, tabliczki w języku niemieckim. Mnóstwo różnych urzędów, biur, hurtowni, składów sklepów i świeżo skleconych baraków zajętych przez wojsko.

Taka sytuacja powstała w wyniku zlokalizowania tutaj jak przed wojną władz powiatowych, ale teraz okupanta ze zwiększoną policją i administracją, co zmieniło obraz miasta. Z domów nowo wzniesionych przed wojną przy dawnej ul. Piłsudskiego, wyrzucono mieszkańców i właścicieli polskich, a nasiedlono niemieckimi urzędnikami albo volksdeutschami. Dokonano zmiany nazwy ul. J. Piłsudskiego na Główną, a 3-go Maja na Kościelną.

Zniszczono wszystkie godła i symbole polskości, zastępując je flagami nie­mieckimi, godłami hitlerowskimi i portretami Hitlera.                                                                                    Ludność żydowska mogła zamieszkiwać jedynie na wyznaczonych ulicach: Kościelnej – dawna 3-go Maja, tylko częściowo, Nadstawnej, Ogrodowej i zabroniono wychodzenia na ulicę Główną.

W urzędach obowiązywał język niemiecki.                                                                                    Ograniczono działalność Spółdzielni Spożywców „Społem” zezwalając na prowadzenie 2-ch sklepów. Do dyspozycji Niemców otwarto specjalne sklepy „Nur fur deutsche”.                Działa również Komunalna Kasa Oszczędności, która stanowi jedyną instytucję kredytowo-oszczędnościową w mieście i powiecie.

Od października 1939 roku uruchomiono działalność Urzędu Pocztowego w Biłgoraju – Deutsche Post, Osten in Biłgoraj, z centralą telefoniczną i telegrafem oraz obsadą personalną składającą się z Volksdeutschów i Ukraińców. Poczta zabezpieczała i przedstawiała każdego dnia do gestapo, przechodzącą korespondencję, przed doręczeniem adresatom.

W mieście zlokalizowano również instytucje niemieckie zajmujące się eksploatacją gospodarczą powiatu.

„Wszystkie większe tartaki na terenie powiatu przejęła firma Vowinckel und Richtberg z Berlina-Scharlottenburg.

Eksportem drewna z lasu zajmowały się firmy: Holztransport Schmidt, Holtztransport Gische, Holztransport Stengie.

Firma Gustaw Quavart zajmowała się wywozem płodów i runa leśnego, firma Ikavec zajmowała się eksploatacją kamieniołomów, wapniarek i cegielni. Przy końcu września przychodzą wiadomości o aresztowaniach w powiecie zamojskim, gospodarzy za niedostarczenie przez wsie wyznaczonego kontyngen­tu zboża.

Wszystkie działania okupacyjne, toczą się z dokładnością nakręconego zegar­ka. Gestapo stale węszy i aresztuje, żandarmeria łapie na przymusowe roboty do Niemiec, różne oddziały pomocnicze, złożone z Reichsdeutschów, Volksdeutschów i Ukraińców prowadzą akcję ściągania kontyngentów, a pomimo to ludzie, jeżeli tylko można handlują.

W pociągach na Warszawę tłok, tylko: worki, toboły, skrzynki, blaszanki, koszyki.  Suną takie pociągi przeładowane stłoczonymi w nich ludźmi, całymi nocami bez świateł, zatrzymywane na stacjach węzłowych, gdzie żandarmeria niemiec­ka obładowuje się podczas postojów rabowanym ludzkim mieniem.  Pomimo wielkiego zagrożenia, nieprzerwany strumień żywności płynie do War­szawy, a z powrotem różne artykuły, których brak występuje w naszym terenie. Handlującym powodzi się, chociaż niebezpiecznie, ale wcale dobrze i na pewno nie tak, jak tej części społeczeństwa, która jest w pogoni za środkami finansowymi, a dopiero na końcu za żywnością.

Wśród handlujących stopniowo pojawiają się również ludzie, już zakonspiro­wani i oni przywożą wiadomości o ruchu konspiracyjnym nie tylko dotyczącym ZWZ, ale również spotykają środowiska dawnych komunistów. To środowisko właśnie szczególnie nas interesuje, gdyż ciekawi nas, jak się za­chowują oni obecnie po roku okupacji, po pamiętnym wbiciu nam noża w plecy przez Sowiety, zabraniu terenów wschodnich Polski aż do Bugu. Prowadzenia na byłych ziemiach polskich przez obu okupantów terroru wyni­kającego ze współpracy i wymiany doświadczeń gestapo -NKKD,
a zmierzającej do wyniszczenia narodu polskiego, a szczególnie tej warstwy, która dąży drogą organizowania się konspiracyjnego, co odzyskania niepodległości. Z rączych terenów na zachód od Bugu większość aktywnych komunistów ucie­kła z cofającymi się jednostkami sowieckimi za Bug, zatrzymując się w ta­kich miastach jak: Białystok, Wilno, Lwów, Łuck, Równe, Kowel. Pozostający w GG ucichli, tracąc twarz wśród ludzi, kiedy doszły wiadomości o prowadzonych aresztowaniach przez NKWD i wielkich deportacjach ludności polskiej na daleki wschód. Zdawało się nam, że było ich tak mało, że znaleźli się poza społeczeństwem, nie mając żadnego wpływu na rozwój sytuacji pod okupacją. Nie mieliśmy rozeznania i okaże się w przyszłości, że obiecywanie „biedocie władzy i dobrobytu, wielkiego szczęścia tylko w komunizmie na czele ze Związkiem Radzieckim i Wielkim Stalinem, cofnie narody Środkowej Europy do wolności
i niepodległości prawie o 50 lat.

Z warszawy dochodzą nas wiadomości o powstawaniu szeregu grup i kółek, a nawet stowarzyszeń, szczególnie w dawnych dzielnicach robotniczych, z wiązanych z przemysłem, a stąd i z biedotą, bezrobotnymi o zabarwieniu lewicowym i ko­muni stycznym.

W przekazach tych padają nazwy dzielnic Warszawy jak: Praga, Żoliborz, Mokotów, Ochota, Wola, Powiśle. Nazwa jednej z grup wprowadza nas w wielkie zdzi­wienie, a jest nią „Stowarzyszenie Przyjaciół ZSRR”. Jak może tak być?. Za zbrodnię, wywózkę braci na wschód, przepełnione więzienia, obozy, łagry w Sowietach, tutaj pod okupacją niemiecką organizują mieszkańcy Warszawy – Polacy, miała bohatera-Stowarzyszenie Przyjaciół ZSRR, a jeszcze inaczej organizację pod nazwą „Sierp i młot” i sięgający aż do Lublina „Związek Walki Wyzwoleńczej”.

Pierwszy raz słyszymy w połowie roku 1940 określenie – nazwę „Organizacja Polska Ludowa”, w której zrzeszyli się komuniści grodu podwawelskiego -Krakowa, co okazało się przepowiednią wielkiej tragedii narodowej w przyszłości.  Historia pozostawi zapis z tego okresu, że komuniści Łodzi organizowali się we „Froncie Walki za Naszą i Waszą Wolność”, a już bez żadnych zasłonek. Komunistyczna Partia Polski w Poznaniu i Zagłębiu Śląsko-Dąbrowskim orga­nizuje swoich przedwojennych członków. Ale warszawskie nazwy organizacji konspiracyjnych prokomunistycznych, dla mnie przebywającego przed wojną w ośrodku przemysłowym, jakim były Stara­chowice o profilu mieszkańców pochodzenia robotniczo-chłopskiego wyjaś­niały rzeczywistość, do jakiej „Polski Ludowej”, ci organizatorzy dążą. Tą nazwę, jak opowiadali rodzice przyniesiono w roku 1920, aż pod Warszawę w wielkiej masie zabiedzonej, głodnej, groźnej, podobnej do szarańczy, rozbestwionej mordem, gwałtem i niszczeniem wszystkiego, co na drodze czerwonej armii. Rodzice ze starszymi dziećmi przeżyli rewolucję październikową w Kijowie i Kursku i mieli pewnego rodzaju rozpoznanie o tym wszystkim. Widziałem tą czerwoną armię z moimi obecnymi współtowarzyszami walki, niezwyciężoną i wielką, idącą w 1939 roku na pomoc Niemcom, broniącym się przed WP zgrupowania płk Zieleniewskiego we Dzwoli.

W tym również czasie przekazano mi wiadomości od: kolegów szkolnych z wio­sek jak Wole Radzięcka i Kąty – „Haczyk” i „Antek”, że wśród dawnych członków Stronnictwa Ludowego i młodzieży organizacji „Wici” i „Siew”, rozpoczyna się organizowanie własnej chłopskiej organizacji wojskowej, którą nazwano Straż Chłopaka-skrótem „Chłostra”.

Organizatorom podziemnego ruchu ludowego jest Centralne Kierownictwie Ruchu Ludowego „BCH” i na komendanta głównego powołano znanego przedwojennego działacza ruchu ludowego Franciszka Kamińskiego, porucznika rezerwy byłego prezesa Mazowieckiego Związku Młodzieży Wiejskiej RP „Wici”, z zawodu rewi­denta spółdzielczości, który przyjął pseudonim „Zenon Trawiński”. W terenie pokazała się prasa konspiracyjna wydawana przez Centralne Kiero­wnictwo, nosząca tytuły: „Ku Zwycięstwu”, „Przez walkę do zwycięstwa”. Do tego czasu część inteligencji chłopskiej, a wśród niej, byli oficerowie i podoficerowie rezerwy rzadko występujący w rej społeczności oficerowie zawodowi i podoficerowie znaleźli się w szeregach ZWZ i pociągnęli za sobą byłych wojskowych w rezerwie oraz młodzież.

W większości biedna wieś biłgorajska gnębiona przez okupanta kontyngenta­mi na marnych piaszczystych gruntach, oddająca nawet dzieci na przymusowe roboty do Rzeszy, nie widziała również powrotu przedwojennych jak to okreś­lano rządów sanacyjnych. ZWZ nie stawiało absolutnie na początku rozwijania swoich szeregów na ilość, ale, na jakość pod względem znajomości rzemiosła wojskowego i występujących w przedwojennej armii specjalizacji. Biedota, więc wiejska podatna stawała się na wpływy wszelkiego rodzaju propagandy wrogiej byłemu ustrojowi, kiedy tego pokroju emisariusze wtykał, jej na siłę przyszłą władzę w kraju i najbliższym terenie. Często, więc w terenie odzywały się nieprzychylne określenia pod adresem powstającej konspiracyjnej organizacji wojskowej, jakim był ZWZ. Ludzi tej organizacji nazywano: „pańskim wojskiem”, „wojskiem sanacyjnym”, „wojskiem piłsudczykowskim”, już od początku okupacji w tej wrogiej ro­bocie wyręczały komunistów, skupiska radykalnego chłopstwa, które z czasem przejdzie na całkowitą współpracę z sowiecką agenturą. Napływ ochotników ze wsi do ruch oporu będzie dopiero widoczny, kiedy okupant nie tylko zabierze ostatnie ziarno, ostatnie ciele z obory, ale za nieterminowe i w wyznaczonej wielkości dostawy, winach osadzał w aresztach, zamykał w obozach pracy, a nawet likwidował gospodarstwa. Kiedy za udział i pomoc oddziałom partyzanckim będzie pacyfikował całe wsie, mordując ludność i paląc dobytek całego życia.
Tą tragedię dopełnią w następnych latach wysiedlenia całych wsi i zastosowany terror w stosun­ku do mieszkańców kończący się w obozach zagłady, w najlepszym wypadku na robotach w Niemczech.

Organizowany ruch ludowy i powstanie jego zbrojnego ramienia dla przeję­cia władzy po odzyskaniu niepodległości, stopniowo przejmuje aktyw swój, który znalazł się w szeregach ZWZ. Przechodzą z naszych kontaktów moi koledzy z sąsiednich wiosek, przekazu­jąc już teraz tylko po znajomości konspiracyjną prasę swojej organizacji.

Ciekawą informację przekazał mi „Haczyk” o poruczniku zawodowym Aleksan­drze Białasie, który służył w okresie przedwojennym w 7 pp. Legionów w Chełmie i walczył we wrześniu 1939 roku w 3 DP Legionów stacjonującej w Zamościu Aleksander Białas powrócił z wojny całkowicie załamany i rozchorował się widocznie na rozstrój nerwowy. Dziwnie się przy tym zachowywał. Zapuścił brodę, ukrywał się przed ludźmi, korzystając z piwnicy w gospodarstwie ojca. Nie było mowy o żadnym wprowadzeniu go do konspiracji. Dla ludzi, którzy Go znali i na jego kwalifikacje liczyli była, to bardzo smutna wiadomość, gdyż oficerowie zawodowi byłej polskiej armii byli szczególnie potrzebni, przy szkoleniu młodzieży w wieku poborowym, zwłaszcza w zakresie szkół podoficerskich i w tajnych podchorążówkach.                                                                                Wśród ludzi, którzy zmienili przynależność organizacyjną odchodząc z ZWZ był jeden
z pierwszych organizatorów Antoni Bryła, podchorąży rezerwy WP, prawnik, który jako „Tom” przeszedł do działalności polityczno – administracyjnej i w niej już pozostał do wyzwolenia. Podobnie postąpił plutonowy zawodowy WP – Olik Władysław, który działał po zmianie nazwy „Chłostra” na Bataliony Chłopskie w oddziałach taktycznych i przy scaleniu powróci w szeregi AK – Armia Krajowa. W tym właśnie okresie przechodzenia ludzi czujących się ludowcami do powstającej swojej organizacji z „pańsko-sanacyjnego wojska” nie mogłem sobie wytłumaczyć za nic przyczyn tego postępowania i z pewną pogardą patrzyłem na tą inteligencję chłopską.

Zrozumiałem to w następnych latach okupacji i w okresie powojennym, ale na to potrzebny był długi czas, a rozpocząłem go już w Armii Krajowej po zmianie nazwy ZWZ, w szeregach Kedywu na odcinku działalności w zakresie rozpoznania tzw. „inne organizacje”.  W tym czasie jeszcze nie wiedziałem, że los mnie zwiąże z działalnością Batalionów Chłopskich i będę musiał rzetelnie oceniać ich stosunek do Armii Krajowej, ich zamiary i powiązania z PPR, coraz ściślejsze powiązania w działaniu na rzecz budowania tzw. „władzy ludowej”, a nadchodziły lata nikczemnego postępowania, bezczelnego wypierania się prawdy, a często nawet zdrady. Odchodzili nawet z zakłamanymi klepsydrami zawiadamiającymi o zgonie, jako wysocy stopniem oficerowie BCH, dyrektorzy i inni tzw. utrwalacze władzy ludowej.

Wśród pierwszych przekazanych mi materiałów o powstającym chłopskim wojsku, jak formację BCH określał ludowy działacz w rządzie gen. Sikorskiego Stanisław Mikołajczyk, o trzymałem treść przysięgi, z której wiele wyczytałem, a to jej słowa:

-„W obliczu wiekuistości minionych pokoleń ojców i praojców, w obliczu nieśmiertelnego ducha Ojczyzny mojej Polski, w obliczu zakutego w kajdany niewoli narodu polskiego- postanawiam i ślubuję w swym sumieniu człowieczym i obywatelskim, że na każdym miejscu i we wszystkich okolicznościach walczyć będę z najeźdźcą o przywrócenie całkowitej wolności narodu polskiego i niepodległości państwowej Polski. Do walki tej staję świadomie i dobrowolnie w bojowych w szeregach BCH, kierowanych przez znaną mi organizację ideowo-polityczną, zmierzającą do sprawiedliwości Polski Ludowej – na chrześcijańskich zasadach demokracji opartej. Na tej drodze walki wszelkie zalecenia i rozkazy wykonywać będę rzetelnie i karnie. Powierzonych mi tajemnic nie ujawnię przed nikim, nawet przed najbliższymi osobami. W wykonaniu rozkazów oraz w zachowaniu powierzonych mi tajemnic nie powstrzyma mnie nawet groza utraty życia. Stojąc w szeregach BCH- do szeregów żadnej inne j organizacji ideowo-politycznej nie wejdę i w żadnym wypadku z Szeregów BCH samowolnie nie wystą­pię. Przyrzeczenie to składam i ślubuję dotrzymać-tak mi dopomóż Bóg”.

Czytając tą przysięgę wyraźnie spotykam się z określeniem przyszłej państwowości, jako „Polski Ludowej”, a więc władza w ręce ludu. Nie znam jeszcze treści przysięgi powstających ugrupowań organizowanych przez byłych komunistów, a tam słowo „lud” występuje na każdym kroku.   Przysięgę BCH mogę obecnie porównać tylko ze składaną przysięgą przeze mnie w dniu 26 grudnia 1939 roku wstępując do Związku Walki Zbrojnej. Konspiratorzy -żołnierze wstępujący do ZWZ przysięgają posłuszeństwo Prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej i wykonywanie rozkazów Wodza Naczelnego, a więc występuje ciągłość istnienia państwa, służby w Wojsku Polskim, jako obowiązek każdego-obywatela. Nie szukamy zakuci w kajdany nie­woli, tak samo jak ludowcy, do nadania nowej nazwy Ojczyźnie, do której oswobodzenia droga bardzo się wydłużyła. Nie znamy określenia „Polska Ludowa”, ale stanęliśmy do walki o wolną, suwerenną, niepodległą Rzeczypospolitą Polską. Bezwzględne posłuszeństwo przysięgamy natomiast wyznaczonym przez Rzeczypospolitą naszym dowódcom. Nie wchodzimy w żadne układziki czy układy roz­politykowanych stron.

Koledzy, teraz okazało się nagle, że „ludowcy”, będą wykonywać rozkazy znanej im organizacji ideowo-politycznej zmierzającej do sprawiedliwoś­ci „Polski Ludowej”, na chrześcijańskich zasadach demokracji-opartej”. Przysięgają jednocześnie, że:- „w żadnym wypadku z szeregów BCH samowolnie nie wystąpią”, a jak wielu z nich potraktowało przysięgę składaną na wier­ność Prezydentowi Rzeczypospolitej i jak to wygląda w świetle podkreślanych „zasad chrześcijańskich”.

W tym porównaniu składanych sobie różnych treści przysięgi, moje odczucia przewidywały zbliżający się trudny okres w przyszłości naszego narodu, któremu będzie w przyświecało w pierwszej kolejności przejęcie władzy, a nie dobro narodu czy później zakłamanego określenia „ludu”.                                                                                                          W rządzie emigracyjnym, któremu przewodzi gen. Wł. Sikorski znajdują się przedstawiciele różnych ugrupowań – bez komunistów, organizuje się i walczy wojsko Polskie – apolityczne, a tutaj w kraju, rozpoczyna się tzw. „sobiepaństwo”. Powstaje coraz więcej ugrupowań o różnym zabarwieniu i każde orga­nizuje własne wojsko, nazwijmy to bojówki, które w przyszłości, a ją za­gwarantować przynajmniej właściwe miejsce we władzy. Teraz staje się rzecz najważniejsza, kto i komu da w ręce broń i skieruje ją, przeciw komu?.  Na pewno rozwiązanie tego zagadnienia dadzą nam następne lata nie tylko okupacji, a formowania się po „wyzwoleniu” nowej władzy przy, kolaboranckim zdaniu się na sąsiada z za Bugu.

Trudno, ale przyznaję się, że politycznie nie miałem żadnego rozpoznania, ani przygotowania i będę dopiero stopniowo w te sprawy wchodził ze wzglę­du na otrzymane w tym zakresie zadania konspiracyjne.

Przed wojną zarówno hitlerowską V kolumnę jak i „jaczejki” komunistyczne zwane KPP traktowałem na równi, jeżeli chodzi o tereny, gdzie pracował przemysł zbrojeniowy. Jedni działali na rzecz hitlerowców, drudzy na rzecz bolszewików, równocześnie działali na rzecz szkodzenia Polsce. Po wypadkach 1939 r. okazało się, że miałem rację.

Wieś na Zamojszczyźnie już przez cały wrzesień odczuwa stopniowy nacisk okupanta na terminowe dostawy -kontyngentowe, a w stosunku do opornych do­prowadzając do aresztowań. Wymuszanie dostaw kontyngentowych będzie się nasilało przez całą jesień.

Opornych kieruje się do obozów prący, gdzie dotychczas przetrzymywano Żydów. Jaki obóz najbliżej nas położony istnieje w lasach janowskich we wsi Bukowa, a zorganizowany został jeszcze w miesiącu maju, w którym Żydzi i osadzeni tam aresztowani, chłopi, zatrudniani są przy melioracji terenu i regulacji o tej samej nazwie, co wieś rzeki. Zatrzymani i przebywający w tym obozie ludzie podlegają, jak określają znający tą sytuację, okropnym warunkom braku żywności, podstawowych norm sanitarnych oraz bytowych, przy jednoczesnej ciężkiej pracy.

Zaskoczeniem w prasie jest jawne podawanie komunikatów o bombardowaniu przez lotnictwo brytyjskie Berlina, Hamburga, Bremy. Ataki stopniowo się nasilają, a lotników angielskich nazwa się piratami nocnymi, bandytami dokonującymi zbrodni berlińskiej, itd.

Przykre wiadomości i wymagające potępienia czytamy o zachowaniu się na­szych Górali, narodowości znanej z pięknego folkloru, kultury ludowej od dawnych lat związanej z historią narodową Polski. Górale zawsze mieli swój znaczny udział w obronie ojczyzny, a ostatnio potwierdziły to w wojnie obronnej dywizje górskie strzelców podhalańskich. Pierwsi podjęli również walkę z Niemcami poza granicami kraju i znaleźli się aż w Norwegii, jako Samodzielna Brygada Strzelców Podhalańskich.

Zaczęło się od wielkiego szumu propagandy okupanta i zdjęć w prasie gadzinowej Krakowa.

W dniu imienin Hitlera 20 kwietnia gubernator Frank przyjął na Wawelu delegację Górali, a przywódca tej społeczności w swoim przemówieniu wyraził radość i wdzięczność „za wyzwolenie ich przez Niemców z polskiej niewoli”. Padło określenie ludzi z jego regionu, jako „Goralenvolk”, a młodzież rozpoczęła działalność, której skutkiem było utworzenie „Góralskiego Haimatdienstu”, który Niemcy skierowali do prowadzenia robót drogowych i melioracyjnych w powiecie nowotarskim.

Jak to określano szumnie „Góralska służba”, tworzy grupy robocze w Zakopa­nym i Czarnym   Dunajcu. Przoduje w tym wszystkim Zakopane, gdzie spotykają się rodziny dzieci szkolnych, mężnego, a ciemiężonego dawniej narodu Górali Ukraińcy nie pozostają w tyle, jako drugi „naród wybrany” i za Góralami tworzą również „Ukraiński Haimatdienst”..

Jeżeli już mowa o narodzie ukraińskim, to należy podkreślić, że Niemcy szczególnie działają na poróżnienie go z Polakami, a dokonują to m. innymi przez tzw. hołubienie wybranych jednostek obsadzając nimi stanowiska w urzędach, gminach, w ogóle w samorządzie terytorialnym.

Gubernator Frank organizuje 24 września przy wielkim nagłośnieniu również przez prasę gadzinową, audiencję z metropolitą Dionizym, którego uroczyś­cie zatwierdza, jako metropolitę kościoła prawosławnego w gubernatorstwie. Obecni są przy tym przedstawiciele Ukraińców z prof. Kubijowiczem i bisku­pem chełmskim -Obibijenko, który, jako pierwszy Ukrainiec zos­taje biskupem kościoła prawosławnego. Ogłoszono również, że Kościół prawo­sławny w GG podzielony będzie na 3 diecezje: ukraińsko-rosyjską, jako -warszawsko-radomską, ukraińsko: chełmsko-podlaską i ukraińską: krakowsko -lwow­ską z własnymi biskupami narodowości ukraińskiej.

Tutaj rzuca się w oczy obejmowanie wpływami wyznaniowymi terenów lwows­kich, a to przecież obszar Sowietów, dozgonnego i wiernego przyjaciela Rzeszy.

Jeżdżący do Warszawy za handlem dalej potwierdzają o trwających potwor­nych w rozmiarach zbrodniach, stosowanych w śledztwie torturach, prowadzo­nych stałych aresztowaniach i przepełnionych więzieniach. Nieustanną falę aresztowań przedzielają łapanki uliczne, a organizowane transporty kierowane są do Oświęcimia, albo na egzekucje do Palmir.

Dowiadujemy się również, że na przełomie dni 20-21 czerwca rozstrzelano w Palmirach 358 osób, a między innymi znanych działaczy społecznych, polity­cznych, wyższych urzędników okresu przedwojennego, nawet znanych sportow­ców nie tylko w Polsce, ale i na świecie.

Wśród zamordowanych we wspólnym dole znaleźli się: Maciej Rataj-wybitny polityk ludowy i długoletni marszałek Sejmu RP. Mieczysław Niedziałkowski działacz socjalistyczny, redaktor naczelny dziennika „Robotnik”. Znany nam, jeszcze chłopcom Janusz Kusociński-lekkoatleta, zdobywca zło­tego medalu w biegu na 10 km. podczas Z Olimpiady w Los Angeles w 1932 r. Olimpijczycy i sportowcy: Feliks Zuber, Tomasz Stankiewicz. Deptano laury sportowe, wyróżnienia i uznanie międzynarodowe.

W każdym następnym miesiącu tracono w tym samym miejscu setki aresztowanych mieszkańców Warszawy, o czym będą nadchodziły wiadomości z różnych źródeł.

2 października 1940 r. stało się faktem to, czego od dłuższego czasu oba­wiała się społeczność żydowska zamieszkująca Warszawę. Utworzona została zamknięta dzielnica Żydowska „Getto”.

Późną jesienią po oddaniu kontyngentów zaczyna się wkradać do małorolnych i na piaskach żyjących chłopów nieustępliwa bieda, nie mówiąc już o gnieżdżącej się w różnych zakamarkach, a trzymającej się kurczowo Frampola ludności żydowskiej. Trudne warunki mieszkaniowe, niedostatki w żywieniu, katastrofalne warunki sanitarne przyczyniają się do powstawania i rozsze­rzania epidemii tyfusu. Odnotowujemy takie wypadki po wsiach, a nawet dotk­nęły one mieszkańców Frampola.

Wielkie niebezpieczeństwo gorsze od epidemii tyfusu zaczyna grozić całemu społeczeństwu poprzez szerzące w zastraszający sposób pijaństwo. Ludzie nie zdają sobie sprawy z faktu, że leży to w interesie okupanta, który wszelkiego rodzaju premiowania realizuje w postaci wódki, którą wszyscy nazywają już „kontyngentówką”. Dopływ alkoholu na rynek wspomagają powstające jak grzyby po deszczu bimbrownie produkujące samogon nazywany bimbrem.

W zmyślnie urządzonych kryjówkach zarówno w gospodarstwach wiejskich, czy miejskich pędzi się samogon-bimber z różnego rodzaju przygotowywanego „zacieru” jak: mąka-zboże, buraki, cukier, cebula a nawet owoce. Przyjmują się nazwy gatunkowe jak: buraczanka, cukrówka, jabłkowy i inne. Uzyskiwanie wysokoprocentowego i klarownego samogonu uzależnione jest od posiadanych urządzeń i sposobu produkcji. Nie wszystkim jednak to się udaje. Po wszelkiego rodzaju potajemnych knajpkach i inaczej nazywanych „spelu­nach”, albo „melinach”, których prowadzenie, chociaż niebezpieczne, pomaga w trudnym okresie życia, piją ludzie przeważnie często przypalany w czasie pędzenia bimber zwany „buraczanką” rezygnując z droższej kontyngentówki, okreś­lanej gatunkowo od naklejek na butelkach z czerwoną kartką albo niebieską.

Dni jarmarczne-poniedziałkowe są okazją do odwiedzenia zwyczajem przedwo­jennym wszelkiego rodzaju knajpek poza właściwymi restauracjami. Bimbrownicy najczęściej dostarczają swój produkt w bańkach na mleko, nie bawiąc się w jakieś butelkowanie, bo i takich brak. W butelkach natomiast podawany jest w odwiedzanym lokalu, resztę regulują szklanki tzw. musztardówki, albo zwyczajnie małe kufle na piwo. Pije się rozlewny samogon do szklanek pod tzw. „sztachetki” wyciśnięte od dołu szklanki do połowy piono­we kreski, zagryzając często swojej roboty chlebem, kotletem pokrojonym w plasterki, a nawet kiełbasą nielegalnie produkowaną, jak bimber. W przepełnionych restauracjach podczas jarmarku, gdzie występuje kontygentówka, można dostać piwo beczkowe przeważnie „Zwierzynieckie”, a zakąski również na gorąco: jak żeberka, mięso wieprzowe wszystko to gotowane, pie­czoną kaszankę, boczek i kiełbasę.

Charakterystycznym objawem pijącym, ale również bardzo niebezpiecznym, jest tzw. upijanie się na „patriotycznie”. Rozglądając się wokoło, czy nie ma kogoś obcego, nieznajomego, pito pod nazwy bombardowanych miast niemieckich, a później włoskich, pod zatopione okręty, zdobyte miasta na linii frontu i tak będzie do samego końca z tymi toastami pod sukcesy sojuszników. Podochoceni trunkiem początkowo pod nosem, a potem głośniej zaczynano śpiewać nazwijmy to hymn poświęcony bimbrowi pod melodię przedwojennej „Rosa munda”.

„My młodzi, my młodzi, nam bimber nie zaszkodzi, więc pijmy go szklankami, my z wami, wy z nami”, i tak często powtarzając tą treść bez pijackiego końca proszeniem do wychylenia kolejki, były teraz mocne również słowa: nasze stare, ze stuknięcie w szklankę kumpla: „zdrowie”, niemieckie „’prosit”, a cwaniackie „szulim”.

Następną groźną plagą okupacyjną, która zaczyna przerażać społeczeństwo są rozpowszechniane wiadomości na progu rozpoczynającej się zimy i zbliżających się świąt o powrocie fali bandytyzmu.

Długie wieczory, ciemne słotne noce sprzyjają napadom rabunkowym ‚i przypadkom mrożącym jak określano „krew w żyłach” wyczynów zwykłych bandziorów, kończących się gwałceniem ko­biet i dziewczyn i nawet morderstwami osób stających w obronie swoich najbliższych albo długoletniego dorobku życiowego.

Najbardziej tragicznym w tym wszystkim jest fakt, że bandyci na swoje nik­czemne eskapady ubrani są w przedwojenne mundury WP, pozostawione na wsiach podczas rozbrajania się jednostek. Są, również wypadki, że występują ubrani w mundury oficerskie, uzbrojeni w broń krótką, karabiny, granaty, a nawet broń maszynową piechoty -ręczne karabiny maszynowe.

Szukający nasi ludzie w terenie zarówno miejsc pozyskania broni, jak i opo­rządzenia wojskowego, otrzymują dodatkowe zadania zbierania wiadomości o ewentualnych osobach, które zdaniem mieszkańców mają jakieś podejrzane kontakty wymagające rozpoznania. Ciekawe w tym wszystkim jest zachowanie zarówno Niemców jak i policji gra­natowej, które nie wykazują specjalnego zainteresowania tym problemem. Musieliśmy to upodlenie ludzkie występujące w różnych środowiskach i for­mach trudnych do wykrycia przez całą okupację rozwiązywać sami, gdyż często, przynosiła ujmę szlachetnemu czynowi konspiracyjnemu.

Przypadający 1 listopada „Dzień Zmarłych” obchodziliśmy podczas okupacji już drugi raz. Skromnymi światłami, gałązkami zieleni wspominaliśmy w gonie rodzinnym naszych zmarłych z wielką niepewnością patrząc w przyszłość. Nie zapomniano o przystrojeniu grobów żołnierzy, którzy na zawsze spoczęli na naszym cmentarzu.

W wielu domach jak długie okupowane tereny dawnej Polski brak już najbliż­szych, począwszy od wywiezionych na przymusowe roboty do Niemiec, ginących w dalekich śniegach Syberii osadzonych w więzieniach, katowniach, obozach koncentracyjnych i łagrach, rozstrzelanych i zamordowanych w nieznanych miejscach straceń.

W prasie gadzinowej hańbiąca nas wiadomość, a to podsumowuje się akcję wydanych
w Warszawie legitymacji Volksdeutschom po udokumentowaniu pocho­dzenia niemieckiego i zadeklarowania lojalności. Podano między innymi, że na złożoną ilość 7900 wniosków, uznano i wystawiono 4128 legitymacji.  Margines i wszelkiego rodzaju męty społeczne wymierzają nam w oczach oku­panta i walczącego z przemocą, świata, policzek, za który wielu zdrajców na­rodu zapłaci głowa, a nazwiska pozostaną w historii, jako ostrzeżenie. Teraz dopiero widzimy, z kim żyliśmy, mieszkaliśmy i dzieliliśmy się ostatnią może kromką chleba. Nie wiedzieliśmy, ale taką akcję prowadzili Niemcy i dalej będą prowadzić w całym GG.

Jak było i na naszym terenie Zamojszczyzny, gdzie również werbowano i nakłaniano do podpisywania list przynależności do narodu niemieckiego. W wyniku tej akcji werbowania na Volksdeutschów zgłosiło swą przynależność 1201 osób i to samych, tylko mieszkańców miasta Zamościa. Wśród deklarują­cych znaleźli się i to jest najsmutniejsze, ludzie ze środowiska inteligen­cji, a wśród nich: lekarze i aptekarze, a więc ludzie znani w mieście.  W wyniku tego „gęsiego biegu”, może ze strachu przed terrorem, aresztowaniem, wysiedleniem, wielu ludzi straciło na zawsze wszystko to, co wypracowali przez całe życie wspólnie w jednej ojczyźnie, zdradzając w najmodniejszym okresie tych, z którymi rośli, uczyli się, a nawet walczyli w jednym szeregu w obronie jej niepodległości. Nie wyszła jednak Niemcom sprawa zorganizowana w Zamościu „Szturmówki Zamojskiej”, gdyż zgłosiło się zaledwie 56 osób z pośród zwerbowanych na Volksdeutschów.

Zakończono przed zimą odcinek budowy drogi bitej Frampol-Janów Lub. Jak już podawałem przy budowie był- zatrudniony Bolesław Wójcik, który dok­ładnie informował nas o wydarzeniach tam zachodzących. Przekazał nam również o premiowaniu w każdą sobotę za utrzymywanie tempa budowy wszystkich pracowników wódką. Nadzorujący Niemcy przynosili w wiadrach ze studni wodę, a następnie wsypywali jakiś proszek i po dokładnym wymieszaniu, a następnie wsypywali jakiś proszek i po dokładnym wymieszaniu rozlewali gotową wódkę w szklanki w/g opowiadania Bolka wódka pita przez z niego z tych wiader nie odbiegała smakiem i mocą od zwykłej „kontyngentówki”.

Droga po zakończeniu, została oddana i udostępniona do ruchu kołowego z wszystkiego rodzaju mostkami przepustowymi na całej trasie do Janowa Lub. z mostem na małej rzeczce w Krzemieniu, która groźnie wzbierała w czasie wiosennych roztopów lub nagłych wiosennych i letnich ulewnych burz.

Dzięki, wybudowaniu tej drogi uzyskaliśmy połączenie przez Janów z Kraśnikiem, skąd dalej w kierunku Lublina, albo do Annopola, gdzie odbudowano i oddane we wrześniu most przez Wisłę. Niemcy usprawnili w ciągu tego roku cały ciąg trasy, którą w okresie wojny we wrześniu 1939 roku przemieszczały się od Wisły na wschód jednostki wojska polskiego i postępował za nimi Wermacht.

Śledzimy z uwagą podawane nazwy miejscowości, wokół których toczą się walki i opuszczanie coraz większych terenów przez Włochów. Jak zwykle po takich wiadomościach ojciec „Pająka” odczytuje nam z encyklopedii dokładne dane o miejscowościach i terenie gdzie przebiegają walki.
W miejscowych knajpkach i na spotkaniach w domach, wychylano już starym zwyczajem, toasty rozlewane bimberkiem czy kontyngentówką w szklanki i ściśle po „sztachetki” ze słowami:?. No to cyk pod „Bardię”, czy Sidi Barrani, L Sollum itd. Stawała się już okazja każdego dnia, jak się określało, ażeby „walnąć” kielicha pod jakieś nowo zdobyte miasto we Włoszech, Albanii, Afryce, czy też zbombardowane miasto Niemieckie. Wojna stawała się bezwzględna, bez żadnych sentymentów i współczucia.

Drugie święta Bożego Narodzenia pod okupacją skromne, ale pierwsza zapalająca się gwiazda przed wieczerzą wigilijną przynosi nam swoim miganiem na mroźnym niebie, jak gdyby sygnały wielkich zmian na całej arenie zmagań wojennych w przyszłym nadchodzącym roku.

Na gwiazdkę w prezencie Niemcy wprowadzili zakaz jeżdżenia koleją w całej GG dla Polaków od dnia 3 grudnia 1940 r. do 2 stycznia 1941 r. Odcięto doty­chczasową możliwość dostarczenia żywności do miast, a szczególnie Warszawy.  Handel mięsem i słoniną staje się w tym czasie coraz bardziej niebezpieczny, gdyż przy wykryciu grozi więzieniem, a nawet obozem koncentracyjnym.

My tutaj wśród lasów przy zasypanych śniegiem drogach dotrzymujemy tradycji świąt, przy jednak występujących trudnościach. Są również nawet, tradycyjne potrawy, a nawet skromniejsze ciasta. W wieczór wigilijny w wielu domach zapłonęły choinki, a z blaskiem lamp naftowych albo modnych już karbidówek -wynalazku wojennego oświetlających mieszkania, na zaśnieżone ścieżki przedeptanych ulic przenikać będzie melodia odwiecznych „Polskich Kolęd”. Pasterka jest odprawiana tak jak w ubiegłym roku, w godzinach rannych pierwszego dnia świąt. W szkole powszechnej zamienione już na koszary i w dobudowanych wokoło barakach stacjonuje jednostka artylerii przeciw­pancernej szkolącego się młodego rocznika Niemców. Nie tak już wielu, jak rok temu Niemców przychodzi do polskich domów.

Na przestrzeni mijającego roku część spalonych domów została odbudowana, ale więcej, widoczne jest wśród społeczności żydowskiej. Przeważają domki z czerwonej cegły.          W rynku pobudowała się strona północna od ul. Gorajskiej do ul.3-go Maja, w tym sklep spożywczy i mieszkanie Andrzeja Oszusta „Jędryka” i piekarnia Franciszka Miazgi – „Walkowego”. P. Miecio Maciurzyński pokrył dach swojej kamienicy i na panterze wyremontował dla siebie dawne pomie­szczenie mieszkalne. Odbudował drewniany dom na miejscu spalonego starego w części południowej rynku Żyd – Gerszon.

Od rogu ul. Biłgorajskiej i rynku w kierunku wschodnim wybudowano trzy murowane parterowe domy, a to, sklep „Społem”, następnie rodzina po Paulinie Jasińskim dom, w którym urządzono restaurację i pomieszczenia mieszkalne na zapleczu. Do ich wschodniej ściany dobudował dwa pomieszczenia, pokój z kuchnią Jan Osiej.

Po stronie wschodniej rynku od wylotu ul. Gorajskiej do ul. Szczebrzeskiej wybudowano cały ciąg pomieszczeń biurowo-magazynowych dla Oddziału Hurtowni Rolniczo -Handlowej-Kreisgenossenschaft.                                                                                                        Na prawym ciągu posesji ulicy Szkolnej, od ul. Gorajskiej do 3-go Maja również Żydzi odbudowują szereg domów mieszkal­nych. Tutaj również budowana jest mleczarnia, a więc zlewnia mleka i wyrób masła, śmietany oraz żółtych serów z przekazywaniem dla Niemców.

Na ulicy Stolarskiej od Cmentarnej i Butlerowskiej do ul. Janowskiej budu­ją się: Mydlak, Krawczykiewicz, Miazga Jan „Rachwałek”, Karczmarzyk Hieronim, wdowa p. Walentyna Krawczykiewicz, matka Fruzi, Miazga –„Chołpa” i duży pięt­rowy dom Józefa Tarki. W domu tym znajdzie pomieszczenie poczta na parterze, na piętrze mieszkanie naczelnika i rodziny właściciela.

Na ulicy Janowskiej róg ul. Wesołej wybudował duży do drewniany Jan Dziuba były wójt Frampola i właściciel restauracji w rynku, jeszcze w okresie przedwojennym. W pomieszczeniu największym od ul. Janowskiej urządził resta­urację, pozostałe wykorzystując na mieszkalne. Przy plebanii również odbudowane zostały budynki gospodarcze, ale w innym układzie, jak te spalone, gdyż bardziej wysunięte na północ poza ogrodem. Pozostały również wybudo­wane domy przez rodziny żydowskie na posesjach pomiędzy ulicami Radzięcką a Targową, przy ul. Biłgorajskiej, Nowej i Przemysłowej. Odremontowano dom rodziny Bolesława Wąska, który od początku stał się ważnym punktem w na­szej działalności grupy młodzieży. Starałem się odtworzyć stan budowy w tym okresie, jaki mi pozostał w pamięci.

Powracając do wieczoru – wigilijnego znów mamy sygnały, że na wsiach jest ukrywana broń i to w stanie użytkowym, czego dowodem były strzały seryjne z broni ma­szynowej oraz wybuchy granatów po tzw. „postniku” oddawane starym zwyczajem na wiwat. Było to piękne i budujące nas, ale równie, wśród ludzi konspiracji, odczuwalny był wewnętrzny żal, że niszczy się amunicję i granaty dla celów tylko tradycji, a nie zabezpiecza na czekającą nas na pewno rozprawę z okupantem przy rozliczeniu z nim popełnionych na narodzie zbrodni.

Święta i w obecnym okresie spędzamy wśród najbliższych znajomych i nawet korzystamy ze spacerów, gdyż wojsko nie zwraca uwagi na ludność miejscową i nie stanowi jakiegoś zagrożenia.

Spotykamy ich, a szczególnie podoficerów, udających się po dziennych zajęciach do miejscowych restauracji, tych o lepszym standardzie, jak pp. Dziuby czy Jasińskich, gdzie lubią sobie dobrze popić no i zrozumiałe pojeść „szpeku”.

Kończy się rok, a więc i pora na podsumowanie wydarzeń pełnych tragizmu, osobistych nieszczęść, niedostatku, ale również tych pocieszających, że walka z Niemcami rozszerza się już na inne części nawet świata, że rozwija się ponosząc ciężkie straty ruch oporu, który będzie przechodził ze stanu orga­nizacyjnego do bezpośredniej walki z okupantem.

„Gadzinówka” podaje o osiągnięciach okupanta w GG. Czytamy w niej, że w ra­mach kontyngentów ściągnięto tylko samego zboża w ilości 370 tyś. ton.  My odczuwamy to inaczej, bo Polak jednak dostaje 1400 g., a jego dzieci do 10 lat po 700 g. chleba na tydzień zgodnie z wydawaną kartką żywnościową na każdy miesiąc.

Wieś znosi wielkie obciążenie również w obowiązkowych dostawach mleka, żyw­ca i innych artykułów żywnościowych. Musi, jeżeli posiada konie, świadczyć tzw. „szarwarkowe”, 3 razy w tygodniu dla wszelkich robót prowadzonych przez okupanta.

Podkreśla się w osiągnięciach GG, przeprowadzoną kampanię cukrowniczą, podczas której uzyskano o 30% więcej cukru, jak w roku ubiegłym, a oto porównanie w latach: 1939 r.-70 tyś. ton, 1940 r.

-90 tyś. ton. Podano również o tym tragicznym kontyngencie, którego „ochotniczy zaciąg” coraz bardziej się zmniejsza, a Polaków traktuje się, jako „podludzi – niewolników”.

Z niemiecką precyzją i dokładnością liczenia, co do sztuki, podano, że na roboty przymusowe do Niemiec w 1940 r. wyjechało-wywieziono – 46013 robotni­ków.

A jak wyglądał ten bilans zbrodni ukrywany przed światem, obu zbrodniarzy XX wieku.

Sowieci:

Próby często udane rozbicia powstającego ruchu oporu i osadzenie jego członków-żołnierzy w więzieniach i łagrach i wywiezienie w trzech masowych deportacjach tysiące ludzi całymi rodzinami na daleki wschód i Sybe­rię. Zrabowanie całego majątku pozostawianego przez wywożonych. Wcielanie Polaków z roczników- poborowych do wojska sowieckiego.

Niemcy:

Realizowanie zaplanowanego systemu niszczenie inteligencji polskiej celem zapobieżenia powstającego ruchu działalności konspiracyjnej, zmierzającego do odzyskania niepodległości. Aresztowania, tortury, egzekucje, transporty do obozów koncentracyjnych w Rzeszy,
a następnie takich samych miejsc ludobójstwa powstających na terenie GG- jak zorganizowany obóz koncentracyjny Oświęcim – Auschwitz. Cały kraj pokryto posterunkami sił bez­pieczeństwa: gestapo, żandarmerii, polskiej policji granatowe jak i ukrai­ńskiej.  Każdy z tych punktów terroru organizował wszelkiego rodzaju areszty wiezienia, kazamaty tortur. U bezwzględny sposób zabierano się do eksterminacji ludności żydowskiej poprzez obozy pracy, pierwsze zorganizowanie gett -dzielnic ściśle zamkniętych oddzielających Żydów od ludności aryjskiej. Wprowadzono oznakowanie ludności żydowskiej pozbawiając ją możliwości poruszania się poza miejscem zamieszkania, stworzono trudne do określenia nędzne warunki zaopatrzenia
w żywność. Terror, praca ponad siły, głód, zmierzały do wyniszczenia tego narodu
z rzeczywiście pierwsze objawy tego, co miało nastąpić zgodnie z planami niemieckimi.

Na poczynania okupanta Polacy odpowiedzieli szerokim konspiracyjnym ruchem oporu
w powstających ponad 200 organizacjach politycznych i wojskowych, organizowano całą sieć podsłuchów radiowych, a w oparciu o uzyskane wiado­mości wydawano pierwsze biuletyny, a następnie normalną w druku prasę kon­spiracyjną. Kurierzy i łącznicy przemierzali cały dawny teren Polski, dostarczając, jak potocznie nazywano „tajną gazetkę” do najodleglejszych miejsc począwszy od miast, miasteczek, a skończywszy na wioskach zaszytych w lasach. Kiedy jedni bojownicy wpadli w ręce wroga, następni stawali w szeregu na ich miejsce. Ojców zastępowały matki, mężów— żony, braci-siostry, wszyscy gotowi ponieść najwyższe ofiary na ołtarzu wolności i niepodległości Polski. W tym pierwszym roku patriotycznego zrywu społeczeństwa wróg zewnętrzny jeszcze nie zdążył zapuścić swoje macki propagandowej obłudy, nie obiecywał władzy, nie wymyślał sposobu wzajemnego opluwania się, przez różnych pogląda­ch, nie zdążył przygotować emisariuszy zdrady i kolaboranctwa. Nawiązana została w obu kierunkach łączność z legalnymi władzami polskimi na emigracji Prezydentem, Rządem jego Premierem
i Naczelnym Wodzem WP. W noc sylwestrową żegnając 1940 r. i witając ten nieznany 1941 skupieni wokół swoich najbliższych, życzyliśmy sobie przetrwania i doczekania wolności, jaka bezwątpienia nastąpi.

[1] Drewniane naczynie zastępujące miednicę.

[2] Nauka odbywała się w domach Miazgi dama, Krawczyka Jana, Maciurzyńskiego Stanisław i Oszusta Jana –Nierody. Wszystkie domy przy ulicy Targowej. wg informacji Stefanii Krawczyk. W tajnym nauczaniu brały udział wg niej Maria Wilga, Maria Mazurek, Chojacki.

Frampol 1940 -początki konspiracji

Jerzy Czerwiński

Frampol w roku 1940 – początki konspiracji.

Ponownie muszę powrócić do dnia wielkiego pożaru Frampola w dniu 13 wrzenia 1939 r. Jak już pisałem spaliła się wtedy dzwonnica, trzy tam znajdujące się dzwony spadły na ziemię i leżały wśród spaleniska. Były to trzy dzwony nazywane przez parafian: „mały”, „średni”, „duży-wielki” oraz stojący w rogu dzwon stary z dawnego pierwszego kościoła już popękany dzwon odpowiadający wielkością, tzw. „dużemu”.

Kopia Kopia IMG_0006

Kiedy przewaliły się przez Frampol wojska niemieckie i sowieckie, w tzw. krótkim okresie bezpańskim, ojciec mój mając w pamięci czasy I wojny Światowej, kiedy Niemcy zabierali dzwony na potrzeby, wojenne do przetopu, zaproponował członkom rady kościelnej, ludziom zaufanym, ich ukrycie.

Na zewnątrz ogrodzenia placu kościelnego, od strony wschodniej i na wysokości starej lipy, wykopano dół i zakopano trzy nieuszkodzone dzwony, pozostawiając stary popękany, jako dowód, że dzwony zostały podczas bombardowania i pożaru zniszczone. Mieszkańcy tak byli zajęci w tym czasie wspólnym nieszczęś­ciem, że nie zwracali uwagi na sprawę dzwonów.

Kiedy późną jesienią zaczęły krążyć wiadomości, że Niemcy noszą się z zamiarem zbierania materiałów kolorowych: brązu, mosiądzu, srebra i podobnych, oraz pochodnych z nich urządzeń i przedmiotów, ksiądz proboszcz rozpoczął atakowanie wszystkich tych, którzy przyczyni się do ukrycia dzwonów, żądając ich wykopania.

Najwięcej dostawało się ojcu, któremu zarzucało się głośno i każdego dnia, że naraża życie księdza proboszcza-miejscowego kapłana, kiedy nadeszły wiadomości o aresztowaniach księży, nie za dzwony, proboszcz Mieczysław Malawski, kazał spakować podręczne rzeczy do walizki, która stała zawsze go przy drzwiach do sypialni. Przestała tak do końca wojny. Mieszkaliśmy przez ścianę z pokojem księdza, ojciec należał do tzw. służby kościelnej, inaczej to traktowali przewielebni księża…? i stale teraz wysłuchiwał przycinki bolejącej nad nieszczęściem gospodyni -Bronisławy, rozpowszechniane również wśród tzw. „babek kościelnych”, że jeśli księdza aresztują i zginie to przez wyłącznie tych, którzy zakopali dzwony, a organizatorem; sam organista. To rozpowiadanie nadchodzącej tragedii księdza padło na dobrą glebę, zataczało coraz większe kręgi i w końcu przestraszony do granic wy­trzymałości pasterz parafii, zażądał wykopania dzwonów. Kościelny-Stanisław Zalewa zorganizował grupę, która dzwony wykopała, oczyściła i ustawiła w miejscu widocznym pod chórem w kościele, gdzie oczekiwały na rozkaz dostarczenia do powiatu. Dzwony jednak przy zgorszeniu wielu mieszkańców stały w tym miejsc przez wiele miesięcy, aż w końcu Niemcy kazali je dostarczyć do Biłgoraja. Wszystko jedno pomimo takiego rwetesu wokół tej sprawy, do Biłgoraja pojechały rzeczywiście trzy dzwony, a to „mały”, „duży” i ten stary popękany „duży”, a „średni” został ponownie ukryty w pierwszej akcji konspiracyjnej. Do tego, jeszcze powrócę w dalszej części wspomnień.

zac582adunekdzwonc3b3wdowywc3b3zki2

Drugim „strasznym” wydarzeniem, narażającym proboszcza-ojca parafii na aresztowanie i śmierć było zaintonowanie przez organistę/i znowu przez ojca/, podczas pasterki, staropolskie j kolędy „Bóg się rodzi”, tale jak rozpoczynano w tym dniu obrzędy kościelne przez całe lata.
I wszystko było by dobrze, gdyby nie ostatnia zwrotka ze słowami:

-„Podnieś rękę Boże Dziecię błogosław Ojczyznę miłą.  W dobrych radach, w dobrym bycie, wspieraj jej siłę swą siłą. Dom nasz i majętność całą, I wszystkie wioski z miastami, A słowo ciałem się stało, I mieszkało między nami.”

I teraz, w pierwszą pasterkę okupacyjną, ze wszystkich piersi umęczonego przejściami wojny narodu, zgromadzonego w kościele, buchnęła pod sklepienie świątyni w wielu miejscach popękane od wybuchu bomby rozbijającej wieżę, pieśń kolędowa błagalna o błogosławieństwo Ojczyzny na pewno każdy śpiewając myśląc o Polsce/opiekę i przetrwanie.

Po spieczonych słońcem i wiatrem twarzach, rozmodlonych parafian, u wielu spływały łzy spowodowane utratą najbliższych, a u wielu całego dorobku ży­ciowego, żylaste spracowane ręce uzbrojone jeszcze tylko w różaniec rozmazywały je na płonącej twarzy i usuwały gromadzące się w oczach, ażeby nie stracić widoku narodzonego Jezusa przynoszącego pokój dla świata. Po nabożeństwie nowe piekło i gromy na głowę ojca, który bezmyślnie naraża osobę duchowną na aresztowanie, więzienie, obóz i śmierć.

I znowu zatroskana gospodyni p. Bronisława, otyłe do granic możliwości i rozpasane babsko, wylewa łzy wśród „zaufanych „proboszcza duszyczek przepowia­dając rychłe nieszczęście na plebanii. Przyszedł ojciec-winowajca- przyszłe­go nieszczęścia proboszcza, dzieląc się z nami treścią piekielnej rozmowy, jaką zawsze w takich wypadkach urządzał mu przełożony, a ojca uważał się za właściciela. W tym wszystkim dziwiło nas, że proboszcz, wieloletni nauczyciel w gimnazjum w Lublinie, dopuszcza do roztrząsanie tego rodzaju spraw osobie, której zadaniem jest sprzątanie, gotowanie, utrzymywanie inwentarza żywego w gospodarstwie plebanii. Tak już pozostało, że p. Bronisława, potocznie nazywana; „bronką”, była uchem i okiem i od niej zależało tworzenie sytuacji dobrej czy złej wokół proboszcza w okresie okupacji i toczącej się wojny, tak dobiegał końca pierwszy okres okupacji, pierwszym sylwestrem ze skrytymi życzeniami-przetrwania i wielką niewiadomą, co los nam zgotuje w następnym trudnym okresie niewoli.

Nowy Rok 1 stycznia 1940 wypadał w poniedziałek. Spadek temperatury i opady suchego śniegu zawiewane wiatrem robiły zaspy i drogi trudne dla prze­jazdów nie tylko na głównych drogach, ale w ogóle w terenie. Zapowiadała się mroźna zima.

W nasze i sytuacji zniszczonego Frampola, braku często podstawowej odzieży, właściwego obucia, trudności z opałem i życia w zagęszczonych gospodarstwach, które szczęśliwie uratowały się od zniszczenia, sprawa przetrwania nie zapowiadała się różowo.

Zawód, jaki mnie spotkał zachowaniem matki „Jaremy”, na pierwszym spotkaniu konspiracyjnym, skierował mole myśli w innym kierunku. W oparciu o złożoną przysięgę, która pozwalała mi na dalszą rozbudowę organizacji wśród miej­scowej młodzieży, przemyślałem i postanowiłem szukać chętnych do niej w środowisku byłych moich kolegów szkolnych podległych mi w drużynie harcerskiej. Terazprzed samą wojną widziałem już ich w Związku Strzeleckim i Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży Męskiej.

Obserwuję to środowisko i próbuję rozmawiać na temat obecnej sytuacji młodzieży i pierwszych miesięcy okupacji, ich zamiarów na przyszłość. Obserwuję reagowanie i zachowanie się młodych ludzi na dochodzące do nas wiadomość: groźne o aresztowaniach, więzieniach, obozach. Przechodzę lekko obok wiadomości o powstającym ruchu oporu, czy widzą swoje miejsce w walce o odzyskani niepodległości i walki z okupantem. Dzielę się z nimi z rozwojem sytuacji na zachodzie, w obozie aliantów oraz zbierających się Polaków we Francji, którzy uciekają z obozów internowania w Rumunii i na Węgrzech. Tworzenia Armii Polskiej na obczyźnie.

Kiedy rozpoznanie przynosi mi pozytywną ocenę osoby, z którą rozmawiam, podkreślam rolę młodzieży polskiej pod okupacją, obowiązek naszego udziału w tworzącej się konspiracji
i w takich jej szeregach, które będą odpowiadały naszym kierunkom myślenia, które otrzymaliśmy w harcerstwie i organizacjach niepodległej Polski. Nasze miejsce musi być wśród ludzi dających nam doby przykład patriotyzmu, bezinteresownej działalności i oddania się całkowitego sprawie odzyskania niepodległości. Podkreślałem, że nasze miejsce młodzież przedpoborowej w ruchu podziemnym jest w organizacji wojskowej, gdzie musimy przejść przeszkolenie nowoczesnej walki, względnie jej uzupełnienie oraz czegoś nowego, jakim będzie walka partyzancka i dywersja bojowa. Zdawałem sobie dokładnie sprawę, że podejmuję się zadania, które przerasta moje siły, gdyż moje wiadomości z tego zakresu to ćwiczenia polowe harcerskie oraz przeszkolenie w PW.

Podjąłem się jednak śmiało tego zadania mając w pierwszym okresie na uwadze pozyskanie ludzi, zdobyć ich zaufanie i zarazić bakcylem przygotowania się do walki o odzyskanie niepodległości. Wierzyłem, że oficerowie, instruktorzy, broń, przyjdzie w następnej kolejności i musi się znaleźć we właściwych rękach. Dużą pomoc widziałem jednak w znajomości historii z okresu działalności niepodległościowej, której rezultatami były kolejne powstania narodowe.

Dużo miejsca w moim życiu zajmuje literatura poświecona ruchowi organiza­cyjnemu strzelecko -legionowemu i następnie POW, działalności grup bojowych i rozpoznawania działalności policyjnej zaborców. Poznałem sposoby ochrony zorganizowanych grup tajnej działalności przed inwigilacją policji i prze­dostawaniu się w szeregi organizacji zdrajców i wszelkiej maści szpiclów, dla jej rozbicia poprzez aresztowania. Zdobywałem pierwsze wiadomości i skro­mną wiedzę w zakresie walki na odcinku rozpoznawania przeciwnika, przyswajania sobie, może jeszcze w małym zakresie zdolności poznawania ludzi, ich przywar, słabości, skłonności, jak również odwagi, samozaparcia, koleżeńskości i rzetelności. Prawdziwego oddania sprawie i traktowania przyjętych zadań i obowiązków z poczuciem wielkiej odpowiedzialności za ich wykonanie.

Ostatni okres przed wojną był bogaty również, we wszelkiego rodzaju broszury i literaturę sensacyjną zalegającą kioski i różne księgarenki opisującą walkę ze szpiegostwem, obcym wywiadem, zdradą, rozbojem, omawiające środowiska i przyczyny powstawania tego.

Ktoś może się uśmiechać, tak, pod wąsem, ale ja nie miałem innego sposobu poznawania tego, co mnie fascynowało, w zwalczaniu, czego widziałem w przysz­łości swoje miejsce. To mnie nie wypaczyło, nie zostałem złodziejem, bandytą, muszę podkreślić, że do tego nigdy się nie przyznawałem, to było jedynie moją tajemnicą i mogłem spokojnie nabyte umiejętności praktykować na otaczającym mnie świecie, który nie był taki piękny i pełen sprawiedliwości, uczciwości, a nawet pobożności.

Coraz bardziej krystalizowało się we mnie przekonanie, że moje miejsce z uwagi na pewne braki fizyczne i nabyte urazy, nie dadzą mi możliwości udziału w walce bezpośredniej z wrogiem, ale moje miejsce będzie w tej o wiele więcej wymagającej tzw. robocie na zapleczu, ale na pewno dorównującej pierwszej linii. W tej penetracji środowiska młodzieżowego i za zdobywaniem bieżących wiadomości radiowych, stałem się stałym gościem w rodzinę Stanisława Oszusta, która zamieszkiwała po spaleniu własnego gospodarstwa, jedno pomieszczenie również na plebanii, z wejściem z drugiego za naszym ganku.

Przy tym utrzymywałem ci lat szkolnych kontakt ze starszym o rok synem p. Stanisława -Tadeuszem, byłym harcerzem, członkiem KSMK, chóru parafialnego i orkiestry. On właśnie, jako jeden z pierwszych wykazywał zainteresowanie włączenia się do działalności konspiracyjnej i nawet szukał w terenie jakiegoś kontaktu.

Sam prowadząc warsztat krawiectwa męskiego, był zmuszony wyjeż­dżać w teren za poszukiwaniem dodatków, nici, guzików itp. rzeczy i te wyjazdy wykorzystywał ostrożnie do znalezienia jakiegoś kontaktu z powstającymi komórkami organizacji konspiracyjnych, pozyskaniem, pozyskaniem ukazującej się już tajnej prasy. Tadek miał jeszcze trzy siostry i brata Florka, równolatka ze mną. W krawiectwie pomagała mu również najstarsza z sióstr Bronisława, a pozostałe pomagały w gospodarstwie, bo były młodsze. Florek[1], jego brat po pobycie do wybuchu wojny w batalionach junackich na Śląsku, gdzie budowano umocnienia obronne, brał udział w walkach obronnych i po tułaczce za Bugiem powrócił do Frampola na rowerze z radzieckim gramofonem walizkowym, w obudowie czerwonego kolonu. Od samego powrotu swoje zainteresowania skierował na handel obwoźny wykorzystując do tego rower „trofiejny” i znikał na całe tygodnie z domu. Rodzice Tadka prowadzili gospodarstwo kilkumorgowe, dodatkowo zajmując się farbowaniem materiałów, a szczególnie płócien lnianych i motków. Ojciec od przedwojenny sympatyk lewicowego ruchu chłopskiego/brał udział w organizowanych wiecach chłopskich na terenie Zamojszczyzny wyprawiając się do nie do bardzo odległych miejscowości. Był człowiekiem oczytanym i znał się na sytuacji politycznej na świecie. Posiadana encyklopedia pomagała mu w poznawaniu zakątków świata, a w okresie wojny służyła na śledzenie przebiegu walk na wszystkich jej frontach, dokonywanych nalotów na miasta i ośrodki przemysłowe.

O tej rodzinie już pisałem we wspomnieniach dotyczących pobytu wojsk sowieckich we Frampolu i jeszcze będę powracał w tragicznym dla nich okresie, kiedy Florek już, jako sprzedawca w sklepie Społem zostanie zatrzymany przez policję za ukrywanie na poddaszu sklepu, swojej dziewczyny pochodzenia żydowskiego, a po przekazaniu Niemcom zostaną zamordowani.

Podczas jednej z rozmów prowadzonej w czasie częstych spacerów, zaproponowałem Tadkowi przystąpienie do organizacji konspiracyjnej i rozszerzenie jej na grupę kolegów jego i moich, zamieszkałych we Frampolu. Tadek wyraził zgodę i złożył przysięgę na moje ręce, przyjmując pseudonim „Pająk”. W tym wypadku dobrze dobrałem konspiratora na tzw. okres rozruchowy Tak, jak przyjął pseudonim „Pająka”, tkał nieprzerwanie nić, oplątując wielu kolegów w grono młodzieży konspirującej Frampola, przeciągał tą nitkę na dalsze tereny innych powiatów dla utrzymania stałego kontaktu organizacyjnego. Po tragedii Florka wycofał się z organizacji, a w czasie wysiedlenia Fram­pola został z całą rodziną wywieziony do Austrii.

Ja w pierwszym rzędzie postanowiłem odbudować nową piątkę z części nieszczęśliwie rozbitej przez „bojową” mamę „Jaremy” w dniu 26 grudnia 1939 r. Trudność polegała na tym, że nie istniały indywidualne kontakty z pchor.”Wiłkomskim”, a on sam już nas nie szukał. Nigdy się również nie dowiedziałem jak „Jerema” wyjaśnił temu panu, dla czego piątka się rozleciała.

Tak, jak zamyślałem, uczyniłem. Nawiązałem kontakt z „Jotem” i „Skrzetuskim”, wprowadziłem do nowej piątki Stanisława Wacha, którego pseudonim wyszedł mi z pamięci, bo był przez krótki okres i został zastąpiony przez brata Józefa oraz wspomniane „Pająka”. W początkowym okresie cała ta piątka działała wspaniale w realizowaniu wyznaczanych im zadań. Zabezpieczenia środków transportowych dla łączności, jak rowery, osobistego angażowania się, jako łączników na Janów Lub. i Biłgoraj, działania na rzecz stałej rozbudowy grupy młodzieżowej o nowe piątki.

Zrażony zachowaniem się matki „Jaremy”, przemyślało jednak dokładnie za i przeciw i doszedłem do wniosku, że należy bezwzględnie brać pod uwagę troskę każdej matki o życie jedynego dziecka, czy to będzie dziewczyna czy chłopak i nie angażować dla bezpieczeństwa grupy do działalności konspiracyjnej.

Wprowadziłem zasadę w mojej działalności, że do końca trwania konspiracji zakazałem i przestrzegałem tego, a to przyjmowania jedynaczek i jedynaków w szeregi ruchu oporu. Jeżeli jednak taki wypadek mógł mieć miejsce z przyczyn bardzo ważnych, czyniłem wszystko, ażeby zakonspirowany jedynak był zaangażowany i wykonywał takie zadania, które nie narażałyby go na niebez­pieczeństwo.

Dlatego też zrezygnowałem z udziału w naszej grupie „Procha” oraz naprawdę dobrego potrzebnego nam, kolegę przyjezdnego na ten teren W.L.  którego spot­kałem w drużynie miejscowej placówki ZWZ, ale to pewnym dopiero okresie. Kolegów-jedynaków traktowałem, jako sympatyków, ludzi pewnych i w rozdziale do czytania prasy konspiracyjnej, jeżeli wyrażali zainteresowanie zawsze ich uwzględniano.

Czym drogi stawały się bardziej przejezdne po śnieżnej zimie „Pająk” nasilał swoją działalność w szukaniu kontaktów organizacyjnych, jak już o tym wspomniałem. To mnie przekonało do samego „Pająka” i zaproponowałem, ażeby dokonać między sobą podziału głównych zadań, jakie staną na wiosnę przed organizowaną grupą. Zaproponowałem mu przejęcie zadań dotyczących utrzymywania kontaktów z zew­nątrz, szukania punktów stałego zaopatrywania w prasę konspiracyjną i tak, jak dotychczas pozyskiwanie nowych kolegów do tworzonych piątek konspiracyj­nych. Sam przejąłem sprawy organizacyjne, wojskowe oraz najtrudniejsze, tj. tworze­nia siatki wywiadu, która będzie zabezpieczała rozwijający się ruch młodzie­żowy od zewnątrz. Należało już więcej myśleć o pozyskaniu broni, która znajdo wała się ukryta przez wojsko na naszym terenie oraz znajdowała się w rękach ludzi, którzy już próbowali nią handlować, oraz szukać instruktorów do prowa­dzenia szkolenia wojskowego z ukierunkowaniem na dywersję i walkę partyzancką z poznawaniem nowej broni stosowanej w walce przez przeciwnika. Jeszcze raz należy powrócić do okresu świątecznego i sytuacji, jaką spowodo­wała ostra zima i duże opady śnieżne połączone z zadymkami na drogach. 6 stycznia 1940 r. w dzień Trzech Króli, wcześnie rano, pierwszy w czasie oku­pacji alarm i strach. Niemcy chodzą po domach i wypędzają mężczyzn do odkopania dróg zasypanych przez ostatnie zamiecie śnieżne.

Niemożliwy stał się przejazd w kierunku Goraja i to już od samej szkoły we Frampolu, a szczególnie zasypało wąwóz, przez który przebiega szosa z zakrętem za wiatrakiem.

Miejscami wymaga usunięcia powstałych wydm śnieżnych na szosie do Biłgoraje i trakcie do Janowa Lub. Jesteśmy w wyniku tego odcięci od świata i przerwa­na jest droga komunikacyjna Biłgoraj przez Frampol do Jarowa Lub. Obecnie, jak się okazało w tej wojnie strategiczna, Złapani poprzednio Żydzi nie sta­nowili grupy, która mogła podołać temu zadaniu. Włączyło się do pracy kwaterujące w szkole wojsko, ale postanowiło również wypędzić do pracy Polaków. Przechwycili przy tym mężczyzn, którzy szli albo jechali z pobliskich wio­sek na nabożeństwo do kościoła.

Nie wszystkim przypadło to do gustu, a szczególnie praca na mrozie, w głębokim śniegu, a przy tym tylko i łopatami do kopania w ziemi. Kto mógł chował się, albo uciekał z tej miejscowości nawet w pobliskie doły.

W ostatniej chwili powiadomiony przez „Pająka” o zaistniałej sytuacji, chowamy się na chórze w kościele.

Łapanka do śniegu była pierwszym ostrzeżeniem, że Niemcy to nie kolęd, „Cicha Noc” i przymilne słowa: -„pananka-panenka”, albo „gut,fajna-panenka”. Pomimo niedostatecznego sprzętu, trochę jednak wojsko oraz ludzie w imię własnego interesu przebicia się na świat, szczególnie na głównym kierunku Biłgoraj-Janów Lub. jakoś sprawę załatwili i już wieczorem w miejscowości zapanował spokój.

Tym razem ponownie znalazłem się w domu państwa Lankofów[2], zaproszony na ostatni dzień świąt przez Zosię, z którą już przed samą wojną pracownicą poczty utrzymywałem koleżeńskie kontakty. Tak, jak wszystkie koleżanki w jej wieku już czuły się prawie pannami na wydaniu i marzyły skrycie o tym najdroższy i przyszłym mężu. Na pewno grono sztubaków nie stanowiło zainteresowania w tym konkretnym zakresie, ale chętnie z nim przystawały, bo się różniło od miejscowej kawalerki.

Zosia jak i jej podobne dziewczęta upatrywały chłopców w urzędnikach, policjantach i innych przyjezdnych na teren Frampola.

Znały frampolskich kawalerów, że się bardzo cenili i tylko „cacy-cacy”, ale jak nie będzie „majątku”, to mamy synów za „dziadów i przywłoków” nie dawały.  Przesiedzieliśmy przy choince z wszystkimi domownikami, a następnie Zosia zaproponowała spacer, gdyż miała jakieś sprawy do załatwienia u koleżanki, w tak zwanych ogrodach za domem nauczyciela Chojnackiego przy ul. Janowskiej.  Był ładny styczniowy mroźny wieczór, przetarta saniami droga szkliła setkami maleńkich brylancików, szliśmy w trójkę: Zosia, jej najmłodsza siostra Bolka i ja. Mieliśmy jeszcze sporo czasu do godziny policyjnej. Zasypane drogi zabezpieczały nas przed nadjechaniem samochodów niemieckich, których spotkanie nie dawało już nam pewności, czym się ono może zakończyć. Piękny księżyc, wielka cisza wokoło, przenosiła nas myślami daleko wstecz a szczekanie psów zdawałoby się potwierdzać, że żyjemy w dawnym Frampolu, że nic się nie zmieniło, a tylko gdzieś pod śniegiem zginęły nam nasze przy ulicy domy. Dobrze przyglądając się otoczeniu, widzimy jednak, że pod śniegiem kryją się zgliszcza i rumowiska dawnych gniazd ludzkich.

Kiedy znaleźliśmy się na wysokości domu państwa Choinackich, Zosia wbiegła w uliczkę obok kapliczki z figurą św. Jana, my zaś oboje zatrzymaliśmy się przy drodze głównej do Janowa Lub. Rozpoczęliśmy rozmowę o naszej sytuacji młodych ludzi, szczególnie tych, którzy planowali rozpoczęcie dalszej nauki, teraz mogą liczyć tylko na roboty w Rzeszy, które w najbliższym okresie staną się przymusowe.

Mróz stawał się coraz ostrzejszy, a widziałem, że Bolka jest ubrana bardzo marnie. Lekka jesionka, wełniana czapka wiązana pod szyją i buty sznurowane z cholewkami. Zaczynała wyraźnie marznąć, a Zosi nie widać. Widząc to zaproponowałem rozgrzewanie, chociaż nóg poprzez tupanie, bo i mnie w półbutach wcale nie byłe na spacer. Śnieg na jezdni dobrze ubity przy dużym mrozie stał się śliski, więc Bolka chwyciła mnie pod rękę i tak prawie biegaliśmy na pewnym odcinku drogi, tam i z powrotem. Przed powrotem Zosi zdołaliśmy się umówić na następny spacer, gdyż Bolka miała do omówienia „pewien temat”, z którym chciała mnie zapoznać bez osób trzecich.

Wyraziłem zgodę na taki spacer w dniu następnym, ale o wcześniejszej godzinie, ażeby był dostateczny czas na omówienie, jak to ona określała „pewnego tematu”, ażeby dalej się z nim nie nosiła.

Przy następnym spotkaniu zgodnie z ustaleniem, pierwsze słowa Bolki mnie zaskoczyły. Zaczęła się tłumaczyć, że spotykając się ze mną nie chce wchodzić, jak to określiła „w drogę siostrze”, a ma swój i innych koleżanek poważny temat. Byłem zaskoczony, że w tym domu uważają mnie za kawalera Starającego się o rękę Zosi. Na wstępie rozwiałem te przypuszczenia i ewentualne plano­wania związane z moją osobą.

Podkreśliłem, że byłem kolegą Zosi już przed wojną, kiedy ona miała pierwszy chyba starających się i uważam się dalej tylko kolegą szkolnym. W obecnym czasie bez ukończenia czegoś w życiu, zdobycia, jak to się mówi fachu –zawodu, możliwości do samodzielnego życia, absolutnie nie mam zamiaru liczyć na garnek przetrwania okupacyjnego (osób trzecich). Nie mam, więc żadnego zamiaru ubiegania się o czyjąś rękę, albo pchać się z narzeczeństwem. Śmiejąc się odpowiedziałem na jej poważne wywody, na przyszłą sympatię to będziemy wybierali, dla siebie dziewczęta w wieku Bolki, a może i będą młodsze, bo nastąpić to może tylko po zakończeniu wojny, stanu okupacyjnego i uczenia szkół. Będą wypadki posiadania, jak się to mówi „własnych dziewczyn”, które będą nam pomagały przetrwać ten trudny okres, a przecież jest to dopiero początek. Tak jak my bierzemy ten czas na własny rozrachunek bez żadnych zobowiązań, tak one starając się być przy naszym boku muszą dobrze sprawę przemyśleć, bo wszystko podejmują na własne ryzyko. Z rozmowy wynikało, że Bolka jest mądrą i rezolutną dziewczyną, a przy tym wyrasta na dobrego moim zdaniem kumpla.

Dzień był piękny, mroźny, bez wiatru, więc poszliśmy w stronę dawnego majątku Celinki, traktem na Janów lub., obecnie po opadach śniegu i zawiejach dla dalekiego transportu zamarłym. Na spacery pasował nam ten odcinek drogi, bo był wybrukowany od Frampola do tzw. „traktu austriackiego”, wybudowanego w okresie I Wojny Światowej, a biegnącego od traktu janowskiego przed Celinkami przez las w kierunku południowym i wychodził do szosy Biłgoraj -Frampol pomiędzy wsiami Korytków Mały i Duży. Ten brukowany odcinek drogi już przed wojną był wykorzystywany do spacerów, jak podobnie droga w kierunku Goraja do pięknego wąwozu w pobliskich górach Roztocza.

Kiedy Bolka przystąpiła do omówienia tzw. „pewnego tematu”, w pierwszej kolejności, poprosiła mnie o zachowanie tego w ścisłej tajemnicy i tylko dla siebie, gdyby nawet dla mnie zakrawała ona na dziecinadę.

Zaczęła, więc dokładnie przy lekkiej tajemniczości opowiadać o sobie i grupie koleżanek, z którymi ukończyła siódmą klasę szkół, tuż przed wojna.

Chodziło tutaj o Leokadię Wrońską, Danutę Wrońską, dziewczyny o  równych latach z  Bolką oraz młodszą siostry Irenę-Leokadii Wrońskiej, która ukończyła do­piero pięć oddziałów miejscowej szkoły .Lodzia i Irena były stryjecznymi siostrami Danuty, córkami przedwojennych właścicieli restauracji Zbigniewa i Mansfelda Wrońskich.

Wszystkie cztery dziewczyny od jesieni 1939 r. po ustaniu działań wojennych postanowiły w tajemnicy przygotowywać materiały sanitarne trudne, do uzys­kania dla potrzeb zapowiadających się w przyszłości walk z okupantem o wyz­wolenie ojczyzny.

Są trudności z watą, bandażami, więc przygotowujemy ze starej spranej bieliz­ny tzw. szarpie i opatrunki osobiste. Lodzia Wrońska z Irką i rodzicami mieszkała po spaleniu swojego domu, w ocalałej parkowej kamieniczce ciotki p. Łazarewiczowej -akuszerki i pod jej fachową opieką realizują podjęte za­danie. O domu tym pisałem już, kiedy była mewa o rodzinie p. Walentyny Krawczykiewiczowej i Fruzi siostra zmarła, jako dziewczynka na gruźlicę. Zapowiadała się na dziewczynę dobrze zbudowaną, o ciemnych kruczych włosach, w typie wschodniej kobiety. Czarne oczy, ładnie rysujące się brwi również ciemne, zachowaniem nie wzbudzała większego zainteresowania jej osobą. Nie wchodziła jeszcze w okres panieński, jak inne jej rówieśniczki.

Lodzia Wrońska, krępej budowy, o blond włosach z zabarwieniem rudawym, jasnej cerze, lekko piegowatej. Wzrostu niskiego i od uroczenia pociągająca jedną z nóg, starsza z dwóch córek małżeństwa Wrońskich. Cicha, grzeczna, żyjąca własnymi sprawami. Lodzi nie przewidywałem w działaniach bojowych – jako sanitariuszki, ale mogła dostatecznie spełniać tą rolę na zapleczu frontu.

Oczytana z dobrymi wynikami w szkole oraz posiadaną inteligencją mogła również spróbować działania w organizowanym wywiadzie i kontrwywiadzie.

Młodsza jej siostra to dopiero dziewczynka po piątym- oddziale szkoły, ruchliwa, drobniutka, odwrotnie jak siostra z czarnymi piegami. Na pierwszy rzut okiem wyglądała na roztrzepaną, a swoim zachowaniem lekceważącym w stosunku do płci męskiej, czuła się już całą gębą pannicą. Przed nią dopiero zaczynało się życie, tak młodego nie wolno była nikomu narażać w okresie trudnym i niebezpiecznym. Przed nią stała odbudowa kraju po odzyskaniu niepodległości.

Tak zaczęły się moje spotkania z Bolką, związane w pierwszym okresie z działalnością, jaką ona by nie była, ale konspiracyjną, co nawet uważane było przez starszych, jako nie na miejscu, gdyż jak podkreślano, dziewczyna była niepełnoletnia. Kiedy to do mnie dotarło, zrozumiałem, że – tym zachowaniem odciągam uwagę groźnej miejscowej głupoty od spraw zasadniczych, a to pełnego zaangażowania w konspiracji. Nie zrezygnowałem, a właśnie przez nią zbierałem wszystkie krążące ploty i ploteczki, które często stawały się groźne dla otoczenia. Ona również ustawiała swoje koleżanki w wyłapywaniu gadulstwa ludzi z konspiracji, a chodziło nam szczególnie o naszych młody, którym na nasze wspólne nieszczęście mogła uderzyć woda do głowy. Tego jednak nie wiedziano, że z Bolką, kolejno będę przemierzał lasy, wąwozy znajdujące się wokół Frampola, a szczególnie na wiosnę, kiedy po kopaniach jesiennych dla ukrycia broni, ziemia w tym miejscu będzie lekko opadać, a układana maskująca darnina często odstawać od sąsiednich kawałków. Chodząc po lesie próbowałem również zwalczać występujące od dzieciństwa trudności, jakie miałem w orientowaniu się wśród wysokich drzew i gęstwiny, w ustalaniu prawidłowego kierunku marszu oraz właściwego określania stron świata.

Podczas przebywania w domu Fruzi Krawczykiewiczównej, kiedy dzieci zostawały same, a matka p. Walentyna zapuszczała się z handlem aż na teren Rzeszy, miałem okazję często rozmawiać z bratem Arkadiuszem, którego znałem, jako jeszcze chłopca ze wspólnych zabaw w ogrodzie organistówki. Jak go wszyscy nazywali -„Arkasio”, teraz wyrósł na młodzieńca dość wysokiego i korzystając z nieobecności matki, urządzał sobie wędrówki po miejscach zamieszkania swoich kolegów, a byli to  przeważnie  uczniowie szkół  średnich.

Kiedy Bolka skończyła Swój „pewien temat”, byłem bardzo zaskoczony tak pięk­ną inicjatywą młodych dziewcząt, które nie czekały na przewodnictwo daw­nych nauczycieli tylko same podjęły tak szlachetny czyn. Pochwaliłem byłe harcerki za dochowanie idei tej organizacji i zapewniłem, że będę utrzymy­wał kontakt, licząc na ewentualną pomoc w innym zakresie tworzącej się kon­spiracji. Zwróciłem Bolce szczególną uwagę na przestrzeganie tajemnicy, żadnego prowadzenia notatek, żadnych zapisów nazwisk imion i adresów, żadnej dalszej rozbudowy grupy i chwalenia się nawet przed swoimi chłopakami, a tacy na pewno będą w ich życiu. Zapewniłem przez Bolkę dziewczyny, że załatwię im torbę czerwonego krzyża, a ich zadaniem będzie skompletowanie leków pierwsze potrzeby w czasie prowadzonej walki z nieprzyjacielem. Określiłem jedynie kontakt między nami tylko przez Bolkę, nie wiedziałem, że będzie złamany jak dziewczynki będą dorastały w ładne osiemnastoletnie panny, a tu jak się mówiło serce nie sługa.

Zmarznięci po dłuższym spacerze rozeszliśmy się do domów i teraz na spokój nie mogłem przekazany mi temat przemyśleć. Znałem te dziewczyny od małych dzieci i mogłem dobrze ocenić ich przydatność w bieżących zadaniach konspiracyjnych. Dzisiaj należało jedynie docenić ich szlachetność i powagę myś­lenia, nie wykazać zlekceważenia i chyba dobrze wybrałem, nie przypuszczając przy tym, że kiedy kończyć się będzie pierwsza okupacja, one będą sobie liczyć po 13-19 lat- zamieszkali w pobliskich wsiach wokół Frampola. Stale wydłużał swoje trasy i jak opowiadał posiadał już znajomości w samym Janowie Lub., jak i jego okolicach.

Co to właśnie w czasie jednego z moich pobytów w tym domu, kiedy młodszy brat Toluś i siostra gdzieś wyszli do znajomych, nawiązał rozmowę o terenie, stwierdził, że będąc w janowskim poznał ludzi, którzy już należą do organizacji podziemnej -tajnej, której nazwy nie zapamiętał i określał ją, jako związek „Tajnych Rycerzy”, czy coś podobnego. Wykazałem zaskoczenie jakoby wiadomością i z wielkim zainteresowaniem próbowałem wyciągnąć bliższe dane o tym środowisku, gdzie ta grupa występuje, jakie są jej cele, czy dysponuj bronią i jakie istnieją możliwości pozyskania jej na tamtym terenie. Znałem Arkasia i z tej strony, że lubił fantazjować, opowiadać o swoich możliwościach, znajomościach, wszystko otaczając wielką tajemnicą, podkreś­lając jednocześnie, że dzięki jego zdolnościom udało mu się do niej przeciągnąć. W tym konkretnym wypadku wierząc tym opowiadaniom i nie wierząc, w obecnej sytuacji rozbudowującego się ruchu konspiracyjnego nie mogłem jej tylko odfajkować, ale postanowiłem się jej dokładnie przyjrzeć.

Ja również byłem zainteresowany kierunkiem kontaktowym na Janów Lub. oraz nawiązaniem kontaktów z kolegami szkół średnich w wioskach położonych wokół Frampola, jak również na pograniczu powiatów biłgorajskiego i janowskiego. Nie dawała mi spokoju podana przez Arkasia nazwa organizacji, którą on wynalazł w terenie i jak określił „Tajnych Rycerzy”, chociaż takie powstawały, jak grzyby po deszczu, a kończyły się często, wsypą jej członków. Nasze rozpoznanie prowadzone wspólnie z „Pająkiem” na kierunkach Biłgoraj Janów Lub. potwierdza organizowanie się grup konspiracyjnych w ramach Związku Walki Zbrojnej/ZWZ/, Narodowej Organizacji Wojskowej /NOW/, szczególnie w janowskim i kraśnickim, oraz występujący tam „Związek Jaszczurczy”, przyjęły oddziały zbrojne Grupy „Szaniec”, organizacji skrajnie prawicowej.

Z Lublina handlujący „Proch”, przywozi ze środowiska inteligenckiego, wiadomość o istnieniu pośród młodych oficerów WP i młodzieży, organizacji konfederacyjnej pod nazwą „Muszkieterowie”, względnie „Muszkieterzy”. Te dwie nazwy „Związek Jaszczurczy” i „Muszkieterzy”, jakoś kojarzą się mi z opowiadaniem Arkasia i jego zawsze wybujałej fantazji, w której powstał: „Związek Tajny Rycerzy”.

Nie rezygnuję całkowicie z pozyskiwania wiadomości dostarczanych przez Arkasia, ale ustawiam go jednocześnie na konkretniejsze zadanie, na szukaniu miejsca i możliwości pozyskania broni, chociażby na potrzeby szkoleniowe. Broń i jej posiadanie, a nie czytanie tajnej prasy, stanowiły z mojego punktu widzenia podstawowe działanie naszej grupy młodzieżowej w organizującym się ruchu konspiracyjnym. Zapamiętałem na całe życie reprymendę p. Eugenii, ale rezygnując z „jedynaków”, będę szukał nieustępliwie wszelkimi dostępnymi sposobami pozyskania broni, co jednak w konsekwencji będzie dla mnie wielkim zawodem, gdyż zostanie ona oddana w niewłaściwe ręce, ale do tego jeszcze dojdziemy w następnych latach.

W zadaniem pierwszoplanowym było szukanie broni w miejscach walki i rozwiązywania się jednostek oraz najbliższych wsi i osiedli. Przez Frampol przewaliła się wielka masa naszych wojsk, ale broń składała w okolicach i na całych trasach walk przez Puszczę Solską do Tomaszowa Lubelskiego. W naszym, więc wypadku musieliśmy ukierunkować poszukiwania broni, w miejscach ostatnich walk Zgrupowania płk Zieleniewskiego, Filipkowskiego, Koca i Płonki. Kręciliśmy się i penetrowali wokół wiosek i w nich samych jak: Dzwola, Krzemień, Momoty, Domostawa, Bukowa, Ujście, aż do Huty Krzeszowskiej oraz wzdłuż starego traktu przez lasy janowskie od Janowa lub. do Biłgoraja.

Młodzi ludzie, kiedy przyjdzie w pełni pierwsza wiosna okupacyjna, będą szu­kali uparcie tej broni i miejsc ewentualnego jej zakopania, w lasach i na polach, w piwnicach i cmentarzach. Szukano w stawach i sadzawkach. Wsłuchiwano się w opowiadania ludzi i krążące już legendy o ukrytej broni na odludnych ukrytych wśród lasów wioskach.

Wiele wysiłku kończyło się na „podobno widział ten, albo tamten, jak wiele majątku chowano nocami. Najprawdziwsze okazały się jednak schowki z bronią braną przez chłopów i przemyślnie przechowywaną we własnych gospodarstwach. Szczególnie poszukiwane były pistolety typu „Vis” wz. 35 kaliber 9 mm. Bar­dzo dobry pistolet polski, który wszedł na stan uzbrojenia w 1938 roku produko­wany w Radomiu.

Następnie karabiny piechoty i kawalerii tzw. kb. typu Mauser wz. 98 i /kbk/ również typu Mauser wz. 29 / usprawniony karabin niemiecki przez zbrojmistrzów polskich.

Szczytem posiadania była broń maszynowa, a wśród niej szczególnie karabin maszynowy Browning wz. 28 w całym brzmieniu: ręczny karabin maszynowy typu Browning wz. 28.

Łatwy do obsługi, dość lekki, z magazynkiem kasetowym zawierającym 20 naboi, strzelający ogniem ciągłym i pojedynczym.

Jak już podkreśliłem wiosna 1940 r. stała się wszędzie okresem wielkich wykopów rozpoznawania miejsc ukrycia broni. Kłuto, więc zarówno w dzień jak i w nocy ziemię, przygotowanymi prętami stalowymi, a następnie ryto łopatami i saperkami.

Rozpoczynał się również handel bronią, prowadzony przez biednych chłopów, którym udało się takowe ukryć.

Wróćmy jednak do początku miesiąca stycznia 1940 roku, który od początku pierwszej dekady rozpoczął bardzo ostrymi mrozami.

9 stycznia -rano -25 stopni, 11 stycznia temperatura spadła w nocy do-30 stopni. Wsie i miasteczka prawie zamarły, odcięte zostały od świata wielkimi zaspami nawianego śniegu. Zamiera handel i nie może być mowy o większych jarmarkach. Ceny[3] idą w górę nawet na żyto 70 zł, pszenica -90 zł., mąka -160 zł., a jaja-35 do 40 gr.za szt., kasza jęczmienna-1.40 zł za kg., kiełbasa-7 zł kg. Mrozy absolutnie nie folgują i trzymają przez cały miesiąc, aż do końca pierwszej dekady lutego. Na dworze zimno, w mieszkaniach kilka stopni ciepła, wszyscy przeważnie przesiadują w kuchniach, gdzie stale musi się palić dla potrzeb utrzymania w gospodarstwach inwentarza żywego.

Ludzie zaczynają zaglądać do kielicha i zalewają głowy na „patriotycznie”, śpiewając po cichych knajpkach „Rotę” i „Jeszcze Polska”. Na mrozie zabijają ręce z powiedzeniem, „Aby do wiosny”.

Z terenu gminy słychać o pierwszych wypadkach zachorowań na tyfus. To jest oznaka biedy, brudu i braku higieny, które pchają się do chat. Przy końcu stycznia przyjechali granatowi policjanci, zorganizowali poste­runek, rozwiązując „straż obywatelską”. Posterunek jest usytuowany na pierwszym piętrze miejscowej szkoły w prawym jej skrzydle z wejściem głównymi drzwiami, a urząd gminy w lewym skrzydle z wejściem bocznym od strony północnej.

Policjantów tworzących posterunek jest w sumie czterech i pochodzą z Grudziądza i okolic obecnie, terenów obecnie włączonych do Rzeszy.

Komendant wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w wieku około 50 lat, przyjechał z dwoma córkami w wieku 18-20 lat, młodsza Halina, starsza prowadząca dom Wanda. Rodzina komendanta Kęsika zamieszkała w domu p. Jana Wacha przy ul. Gorajskiej, gdzie do pobytu Sowietów mieszkał dr Pliskin, który będąc przewodniczącym komitetu rewolucyjnego wyjechał za Bug.

Zastępcą komendanta posterunku jest Jan Łukasik, człowiek samotny, tak samo w stopniu starszego sierżanta.

Trzeci z policjantów Franciszek Skomski przyjechał wraz z żoną i zamieszki w domu Bolesława Wąska przy ul. Butlerowskiej. Ostatni z policjantów, jak poprzedni w stopniu plutonowego Franciszek Polakowski, również samotny, jak zastępca komendanta, zamieszkał w domu Marcina Miazgi „Marcinka” przy ul. Zamojskiej dawniej Szczebrzeskiej, sam gospodarz tego domu przebywał w niewoli niemieckiej. Żona „Marcinka” mieszkała tylko z małą córeczką w dużym drewnianym domu o wielu pomieszczeniach i p. Franciszek człowiek spokojny i cichy żył sobie wspólnie w tym domu jak członek rodziny. Jak już podawałem wcześniej organizowane posterunki granatowej policji były obsadzane przez funkcjonariuszy przedwojennej policji państwowej, których okupant -zmusił do podjęcia służby odpowiednim rozporządzeniem.

Posterunki tworzone były w zasadzie w ilości 5 do 6 osób, a wśród tych załóg spotyka się wielu byłych mieszkańców terenów przyłączonych obecnie do Rzeszy.

Bo końca 1940 r. stan policji granatowej w dystrykcie lubelskim osiągnął 1380 osób i 20 oficerów, w tym 200 funkcjonariuszy w policji kryminalnej. W powiecie powołana została z kolonistów Niemców i Volskdeutschów formacja tzw. Selbstschuzu do walki z Polakami i Żydami. Twór ten stał się bandą morderców, złodziei, rabusiów, łapowników i sami Niemcy wkrótce go rozwiązali.

Stworzono również policję kolejową -Bahnschutzpolizei, która strzegła porządku na dworcach, pilnowała magazynów kolejowych, transportów, składów. Gospodarki leśnej strzegła niemiecka straż leśna tzw. Forstscliatzkcmmando, której zadaniem była walka z kradzieżą drzewa, ochrona ekip prowadzących wyrąb, zabezpieczenia szarwarków -wyznaczonych, podwód z poszczególnych wsi do wywózki drewna do tartaków.

Po zorganizowaniu posterunku policji mamy więc we Frampolu administrację niemiecką reprezentowaną przez Zarząd – Urząd Gminy, no i wspomnianą władzę porządkową. Wójtem gminy jest mieszkaniec wsi Teodorówki, rolnik Franciszek Furmanek, żonaty z miejscową nauczycielką. Sam ukończył kilka klas szkoły średniej, można powiedzieć, że człowiek na miarę obyty i  oczytany.  Sekretarzem gminy przybyły na teren Frampola nowy człowiek, długoletni pracownik samorzą­dowy- Jan Lewandowski w wieku około 30 lat. Posiada rodzinę, a mianowicie żonę, syna Wojciecha w wieku 19 lat i młodszą od niego córkę Basię. Rodzina zamie­szkała w oficynie Stanisława Sobczaka przy ul. Gorajskiej, zajmując dwa małe pokoiki z kuchnią. W gminie pracują jak już podawałem, jej organizator Kowal Franciszek zajmujący się sprawami socjalnymi-w późniejszym okresie wydawa­niem kartek żywnościowych, Józef Burlewicz, zatrudniony jako tłumacz -dolmetscher oraz prowadzący sekretariat, Stanisław Osuch-referent podatkowy oraz prowadza cy całość spraw związanych z rozdziałem kontyngentów wyznaczonych przez Niemców na gminę, Jan Plato[4]-referent ewidencji i ruchu ludności zamieszkałej na terenie gminy. Woźnym gminy został Stanisław Wnuk i to skomplikowało nasze zamieszkanie w domu p. Kazimierza Brzóza.
Pan Kazimierz mieszkający z rodziną, jako woźny szkolny w suterynie musiał opuścić pomieszczenie służbowe, przewidziane obecnie dla woźnego gminy. Szkoła pozostała tylko z nazwy, a wykorzystana teraz była na pomiesz­czenia urzędów administracji okupacyjnej zajmujących pierwsze piętro, drugie zaś piętro rezerwowane było na koszary dla wojska względnie jednostek poli­cyjnych prowadzących akcje w terenie.

W związku z taką sytuacją ks. proboszcz musiał powtórnie zakwaterować nas do swojego pokoju stołowego, jak po spaleniu Frampola. W suterynie szkoły prawie naprzeciwko mieszkania -woźnego urządzono areszt gminny podlegający policji, zakładając w oknie kraty oraz wzmacniając blachą drzwi wejściowe.

Lekcje szkolne obowiązujące dzieci tylko do czwartego oddziału zgodnie z zarządzeniem władz okupacyjnych zostały przeniesione do wynajętych pomie­szczeń w domach prywatnych. Jakiś tylko czas uczyły się w izbie domu Adama Miazgi „Połamanego” przy ul. Targowej.

Jestem ponownie pod jednym dachem z „Pająkiem”, co nam ułatwia szybkie kontaktowanie i kontynuowanie rozpoczętej pracy konspiracyjnej.

Chodzenie do domu, gdzie są dziewczęta i to trzy nie wzbudza większych podejrzeń

Wiadomości jakie w tym czasie dochodzą do Frampola z terenu Lubelszczyzny nazywanej teraz dystryktem Lublin są przygnębiające.

W całym dystrykcie już działają urzędy pracy -Arbeitsamty. W Zamościu urząd na Zamojszczyznę, w Biłgoraju filia tego urzędu na powiat biłgorajski.

Gminy otrzymały kontyngenty, na wyznaczenie i dostarczenie siły roboczej, ludzi w wieku od lat 16 do 50,  którzy w trybie pół ochotniczym powinni wyjechać do Rzeszy w okresie I kwartału 1940 r.

Ogólna ilość, jaka przypadła na dystrykt Lublin, ludzi, którzy we wspomnianym okresie powinni wyjechać do Rzeszy zamykała się ilością 185 tysięcy robotników.

Od stycznia występują trudności zaopatrzenia w żywność stacjonujących garnizonów wojskowych oraz placówek i posterunków policji, robią, więc oni to zaopatrzenie w drodze rekwizycji we wsiach, targach i targowiskach.

21 i 22 stycznia ukazują się pierwsze zarządzenia w sprawie obowiązujący kontyngentów mięsa, zboża, ziemniaków, pasz, mleka i tłuszczów roślinnych, które zostaną rozszerzone w miesiącu lutym na dalsze artykuły jak: jaja i drób.

Miastom pozostał dla zabezpieczenia dostaw żywności tylko tzw. „czarny rynek”.

Do końca stycznia Niemcy nakazali oddać z każdego hektara po 6 kwintali zboża, zaznaczając i ostrzegając jednocześnie, że każde, przeciwdziałanie będzie uważane za sabotaż i podlegać będzie karze śmierci. Przyjęto zasadę tylko częściowej odpłatności za podstawowe produkty roi: objęte kontyngentem w postaci tzw. premii poprzez deficytowe artykuły w lu jak: nafta, wódka, cukier, artykuły włókiennicze itp.

Wyglądało to na zwykłą grabież za względu na nikłą odpłatność, ale miało również dla społeczeństwa wiejskiego skutek „pobudzenia patriotycznego”, prawdy nie o „dwóch gospodarzach”, którzy przyszli, ale o Niemcu rabusiu i zbrodniarzu, który już wkrótce opornych w dostawach będzie kierował do organizowanych tam obozów pracy, a nawet likwidował gospodarstwa.

Umilkły całkowicie zjadliwe powiedzonka za propagandą zachodnią i wschodnią, o „zdradzie”, „sprzedaniu”, „ucieczce do Rumunii” itd. itd. Na wsiach wyznaczono zakładników, którzy w pierwszym rzędzie odpowiadali za pełne i w terminie realizowanie dostaw kontyngentowych.

Przez pierwsze miesiące, kiedy organizowała się administracja okupacyjna mieliśmy takie odczucie, że okupant początkowo jak gdyby oszczędzał włościan/chłopów/.

Wyrąbywano państwowe i dworskie lasy, aby tylko nie swoje. Brak było jeszcze przepisów na handel artykułami rolnymi. Nie ściągano żadnych podatków, ważniejsze, że znikł ze wsi egzekutor inaczej sekwestrator, tak znienawidzony w okresie przedwojennym.

Rekwizycje na większą skalę objęły tylko dwory i majątki, a chłopa omijały. Wieś zaczęła przez tzw. „czarny rynek” wyciągać pieniądze z miasta i stać było na wykupywanie wszystkiego, co się dało kupić.

Te nowe warunki, w jakich się znalazł chłop zamożniejszy, w okolicach szczególnie podmiejskich, przynosiły zamiast obawy przed okupantem, wrażenie jakby sympatii dla nowej sytuacji i jej twórców.

Obecne postępowanie okupanta, jakie wystąpiło przy końcu stycznia oraz przekazywane wiadomości przez uciekinierów z Sowietów oraz wysiedlonych z Reichu, co się robi z narodem polskim. Teraz w chłopie wzbudziło refie czy ta „tragiczna radość” z dobrobytu, który przyniosła wojna, nie prowadź końcowej zagładzie.

Z wielkim zainteresowaniem szukaliśmy i wsłuchiwali się w wymieniane w ludzi wiadomości pochodzące z prasy konspiracyjnej i podsłuchów radiów a dotyczących działań wojennych na zachodzie, a szczególnie naszych polskich sił zbrojnych we Francji.

4 stycznia 1940r.zawarty został układ polsko-francuski o odtworzeniu na terytorium Francji polskich sił zbrojnych w tym polskich sił powietrznych. Składały się na to kontyngenty już od września 1939r.zgłaszających się emigrantów-ochotników oraz trwająca od października cicha mobilizacja wojsk w wyniku ucieczek ewakuacja do Francji żołnierzy polskich internowanych w Rumunii i na Węgrzech trwająca do 30 czerwca 1940 r[5]. Jeszcze na przełomie grudnia i stycznia 1939-40, pomimo beznadziejnego stanu środków, utworzono we Francji cztery pułki piechoty, pułk szkolny, dywizjon kawalerii i batalion saperów. W lutym zaczęła się tworzyć brygada pancerna płk Maczka, która docelowo osiągnie stan: 193 oficerów i 3130 żołnierzy. Po potępieniu przez Ligę Narodów sowieckiej napaści na Finlandię a szcze­gólnie ostro przez Francję, Najwyższa Rada Sprzymierzonych zaoferowała pomoc wysłania korpusu ekspedycyjnego, francusko –angielsko -polskiego w sile 50 tyś ludzi.

W wyniku takich wiadomości, udzieliło się wielu pod okupacją ludziom, że rok 1940 będzie decydującym w rozprawie z Niemcami. Wszyscy liczymy na Francję i Anglię i na tworzące się jednostki wojska polskiego. Na Zamojszczyźnie jednak Niemcy zaczynają nam przyciskać pasa.
1 lutego 1940 r. wprowadzone zostało racjonowanie chleba i sprzedaż na kartki.  Norma wynosiła na osobę-750 gramów dziennie, ustalone ceny to: chleb razowy-35 gr. kg., chleb pszenno razowy -45 gr. kg.

3 lutego mamy już masło na kartki. Trzymamy się jednak dalej zabezpieczenia w artykuły żywnościowe na tzw. „czarnym rynku”, dostarczane przez wieś, poza przydziałami. Droższe, ale są, a ich wielkość zakupu regulują własne możli­wości finansowe kupującego.

Mrozy w dalszym ciągu utrzymują się przy – 200 stopniach poniżej zera. Przy panującej minusowej temperaturze, my młodzi nie odczuwamy tego tak, będąc w stałym ruchu, na spotkaniach, w domach i częstych spacerach. Po przychodzących wiadomościach z miast, teraz już naocznie mamy możność obserwowania i czytania plakatów propagandowych zachęcających ludność w wieku od 16 lat do 50 do wyjazdu na roboty rolne do Rzeszy. Plakaty gło­szące, że tam czeka nas wszystkich dobrze płatna praca, wyśmienite warunki życia i bytu. Z drugiej strony nadchodzą wiadomości ostrzegające przez wy­jazdem, gdzie czeka na ludzi ciężka ponad siły praca bez unormowania godzi­nowego, o złym traktowaniu Polaków i wzrastającej groźbie skoków wojny, trwających nalotów i bombardowań lotniczych.

Zdajemy sobie sprawę, że piękne kolorowe afisze roześmianych ochotników wyjeżdżających do Niemiec, wkrótce zamienią się z braku chętnych na wyznaczane kontyngenty równe bydlęcym, nakazy imienne, a następnie łapanki w dzień i w nocy. Ale w terenie są to sprawy przyszłościowe i nie uderzą w ludzi tak ciężko, jak to będzie miało miejsce w miastach, miasteczkach GG.

17

8  lutego 1940 r. przypadał w sobotę. Na lata, data ta zostanie związana historycznie z tą miejscowością, jak dzień „zagłady Frampola”tj.13 września 1939 r.

Z tą tylko różnicą, że w ten lutowy mroźny dzień, pierwszego roku okupacji niemieckiej, niedaleko kwaterującego Wehrmachtu, niezałamana powstałą- sytuacja i pewna zwycięstwa społeczność wojskowa, dołączy pełni poczucia obowiązku żołnierskiego do wykonania zadań w powstającym na terenach całej Polski konspiracyjnym ruchu oporu.

Po okresie wzmożonego szukania kontaktu z organizującym się ruchem konspiracyjnym na kierunkach Zamość i Biłgoraj, doszło do tajnego spotkania przy ul. Orzechowej, w domu byłego powstańca z roku 1963
i Sybiraka p. Leona Jasińskiego. Dom ten zamieszkiwała obecnie córka b. powstańca p. Pulcheria Miazgowa, wdowa po społeczniku i samorządowcu Lucjanie Miazdze, z dwoma synami Marianem i Romualdem.

Tutaj na cichych tyłach Frampola, nastąpiło spotkanie przyszłych konspiratorów-żołnierzy, organizacji wojskowej-Związku Walki Zbrojnej -ZWZ. Są wśród nich oficer rez. WP, miejscowy nauczyciel -Jan Mazurek, podchorąży WP rez. Antoni Bryła -prawnik, Marian Miazga, student UW, Leonard Wach student KUL, Stanisław Maciurzyński-rezerwista i społecznik, Jan Zalewa plutonowy rezerwy WP, b. prac. telekomunikacji, Józef Laskowski -rezerwista, pracownik budowlany. Po złożeniu przysięgi obowiązującej w szeregach ZWZ, na komendanta miejscowej „placówki” powołany został Jan Mazurek, który przyjął pseudonim organizacyjny „Rybak”. W następnym okresie będzie również występował pod pseudonimami: -„Szczupak” i „Robak”.

Zastępcą komendanta placówki został Marian Miazga, który przyjął pseudonim: „Kwiatek”, w następnym okresie będzie występował również pod pseudonimami „Mir”, „Michał”.

Pozostali rozpoczęli działalność konspiracyjną pod pseudonimami: Antoni Bryła, jako „Kąt”, Stanisław Maciurzyński, jako „Bąk”, Jan Zalewa, jako „Wierzba –„Topola”. Pseudonimy L. Wacha i J. Laskowskiego uległy po latach zapomnieniu. System organizacyjny ZWZ w tym okresie był oparty na najniższym ogniwie, jakie
w terenie stanowiły powoływane „piątki”. Te tworzyły „placówki”, które podlegały komendzie powiatowej,
a ta z kolei podlegała najwyższej władzy konspiracyjnej w województwie, którą była Komenda Okręgu Lubelskiego ZWZ.  Frampol stanie się w przyszłości głównym ośrodkiem konspiracyjnego dzieła na terenach północnej Zamojszczyzny, obejmującym gminy: Frampol, Goraj, Kocudza, a po zmianie nazwy organizacyjnej z ZWZ na Armię Krajową, rejonem AK o kryptonimie „Liceum”.

Mamy więc we Frampolu działającą organizację konspiracyjną w dwóch środowiskach, a więc wśród byłych wojskowych oraz wśród młodzieży okresu przedpoborowego i poborowego. W tym czasie występuje jeszcze tendencja nie wprowadzania w szeregi ZWZ ludzi bez odbytej służby wojskowej i nie prowadzenie przygotowania w tym zakresie.

My również nie widzimy ze swej strony w obecnym stadium organizacyjnym konspiracji, łączenia się, co jest wyrażane przez członków organizowanych „piątek”.

Pod typowanych, uchwycenie stałego kontaktu na dopływ prasy konspiracyjnej oraz pozyskanie materiałów instruktarzowych do prowadzenia szkolenia „bojowego w zadaniach dywersyjno -partyzanckich.

„Pająk”, już organizuje następną „piątkę” wśród swoich kolegów, której przewodniczy. Są to: Józef Miazga[6] ps. ” Julek „/^połamanego/, uczeń gimnazjum w Leżajsku, Józef Oszust „Zbyszko” s. Anteczka, bracia Józef i Bolesław Krawczykowie /Samelaki/, Bolesław o ps.”Zbyszek”.

Z początkowego okresu naszej konspiracyjnej działalności, widzimy wyraźnie, że głównym motorem przyciągania młodzieży to możność dostępu do wiadomości ze świata zamieszczanej w tajnych gazetkach zapowiadanym udziale w przysz­łej walce z wrogiem. Dlatego robimy wszystko, ażeby ukazującą się prasę na czas zabezpieczać.

Panujące jednak warunki atmosferyczne, mrozy i częste opady śniegu, absolut­nie wyeliminowały nasze wyjazdy w teren, gdyż dotychczas mogliśmy to tylko robić transportem rowerowym przy udziale żołnierzy-łączników. Teraz musimy stosować wyproszone na okazyjne sanie do Biłgoraja czy Janowa Lub. tzw. przy­siadki.

Czekamy z utęsknieniem na przyjście wiosny.

A tymczasem w terenie wiadomości skąpe, niemniej jednak przynoszące coraz nowsze poczynania okupanta. W okresie lutego, a szczególnie drugiej dekady, pierwsze partie ochotników z Zamojszczyzny wyjechały do Niemiec. Propaganda niemiecki chwyciła i ludzie zgłaszają się nawet całymi rodzinami. Z samego Szczebrze­szyna do końca lutego wyjechało 45 osób, a razem z wioskami ilość wyjeżdża­jących osiągnęła cyfrę 135 osób.

Przy dużych trudnościach finansowych, ojciec jednak rozwiązał mi sprawę, uszycia kurtki, ażeby sam mógł chodzić w kożuszku krótkim-krytym, który na zimę musiał mnie odstąpić. Kupiliśmy na targu, w dobrym stanie szynel wojs­kowy i zamówiliśmy w Korytkowie Małym u znajomego krawca uszycie kurtki z dodatkiem watoliny.

Nastąpił okres szycia odzieży z pozostawionych po wsiach sortów wojskowych w czasie rozbrajania się jednostek wojskowych oraz likwidowania taborów. Szyto zarówno dla mężczyzn, ale i dla kobiet. W wielu wypadkach sposobem domowym zmieniano jedynie guziki, wojskowe, albo je obszywano materiałem, likwidowano naramienniki i tak chodzono.

Obecnie na jarmarkach, w kościele, widzi się czapki wojskowe polowe, płaszcze wojskowe z guzikami cywilnymi, bluzy, spodnie, pasy. Również kobiety noszą spodnie przerobione z płaszczy wojskowych. Modne stają się czarne buty tzw. „oficerki”, zarówno noszone przez mężczyzn, ale i kobiety, jednak ostat­nim krzykiem mody były wysokie buty wojłokowe w połączeniu z czarną lub żółtą skórą, do których wykonania używano kolorowych wojłoków z końskich czapraków-siodeł kawaleryjskich.

U tym jednak czasie było to dla mnie tylko marzeniem, jeżeli chodzi o buty „oficerki”. Chodziłem jednak w wieczory zimowe do rodziny Krawczyków, gdzie jeden z czterech- braci Aleksander przyuczony do zawodu szewskiego, gdy powrócił z wojny, już, jako inwalida[7], założył własny warsztat i robił na zamówienie właśnie buty z cholewami- „oficerki”. Rodzinę tą dobrze znałem z racji kolegowania w szkole i poza nią ze Stanisławem moim rówieśnikiem, najmłodszym z czterech braci[8].

Całymi wieczorami siedziałem w małym pokoiku ich dwuizbowego mieszkania,
w którym Oleś urządził sobie warsztat szewski i do późnych godzin nocnych robił udane buty. Wygodnie i bezpiecznie było mi tam chodzić, gdyż wtedy mieszkaliśmy na tej samej ulicy Orzechowej w odległości jakieś 300 m. od domu rodziny Krawczyków, stojącego, jako narożny po stronie wschodniej, ulic Zamojskiej dawniej Szczebrzeskiej i Orzechowej.

Czas nam szybko schodził na wspominaniu okresu szkolnego/był o dwa lata starszy/ oraz opowiadań Olesia o przebytej kampanii wrześniowej, odniesionej ranie i leczeniu szpitalnym. Ja odwzajemniałem się przekazywaniem wiadomości ze świata, a nawet przekazywałem do przeczytania prasę konspiracyjną. Miałem takie wrażenie, że lubiano mnie w tym domu od małego chłopca, często byłem przyjmowany posiłkami, a najbardziej cieszyłem się z otrzymywanej porcji kiełbasy z chlebem własnego wyrobu, gdyż rodzina ta, również trudniła się rzeźnictwem, wyrobem wędlin, już przed wojną miała własne stoisko na miejscowym targu, podczas odbywających się jarmarków.

Najwięcej radości sprawiał Olesiowi –kawał, jaki stosował względem mojej osoby, a mnie przynoszący ból.

Zajęci rozmową, myślałem, że Oleś niedokładnie wbija kołki w podeszew buta naciągniętego na kopyto i w pewnym momencie, wykazując swoją wyższość w obserwowaniu wykonywanej pracy, zwracałem mu uwagę, że opuścił jedno miejsce i trzeba dobić dodatkowy kołek. Oleś bardzo spokojnie zapytywał, a w którym to miejscu, a ja wtedy pokazywałem palcem kładąc go na obcas. Reakcja Olesia była wtedy natychmiastowa i młotek spadał błyskawicznie na palucha, jak to on określał. W pokoiku rozlegał się śmiech Olesia i mój sykot z bólu wtłaczający mnie w stołek, na którym siedziałem. Kiedy nastała wiosna z uwagi na zaangażowanie moje w zadaniach konspiracyjnych, a potem podjęcie pracy, zaprzestałem chodzenia na wspólne spotkania, w tym domu. W następnym okresie prasę przekazywałem przez Stacha, którego wprowadziłem do konspiracji, ale o tym jeszcze będzie mowa. Ogólne trudności nie wpływają na życie młodych ludzi, którzy zawsze rządzili się, jak to określano własnymi prawami. Poprzez Zosię Lankof zapoznaję się z dziećmi nowego sekretarza gminy, chociaż zawsze czułem jakiś respekt, że nie zawsze jakoby odpowiadałem tym sferom, obracając to w wewnętrzny pusty śmiech.

Baśka jest dziewczyną wyższą od Zośki, dość zgrabną, o ciemnych, krótkich, po męsku noszonych włosach. Nosi się ładnie po miejsku. Ubrana w granatowe zgrabne nogi w pończoszkach koloru owego, obute w długie na słupku czarne śniegowce. Głos miły kobiecy i stały uśmiech podczas rozmowy, jakby zmniejszał w przymrużeniu oczy, chyba burego koloru, osadzone pod podkreślonymi ciemnymi brwiami i twarz ozdabia zgrabny foremny nosek z drobnymi nielicznymi piegami i wypukłe lekko usta, często ślinione podczas prowadzo­nej rozmowy. Sposobem prowadzenia rozmowy przy męskim -energicznym, rzucania zdań i słów oraz opisanym wyglądem zewnętrznym, stanowi osobowość zapewnia­jącą bez dodatkowego regulowania, utrzymywania właściwego stosunku ze stro­ny kolegów podczas spotkań i spacerów. Wygląd, a na dziewczynę mocną, pełną życia, ale zawsze na właściwym miejscu.

Wojtek ku mojemu nieszczęściu /jedynak/, starszy od Baśki, dobrze zbudowany i wysportowany.  Włosy ciemne, lekko kręcone, falujące, krótko strzyżone. Twarz smagła, a poprzez grube rysy przypominająca coś nietypowego w słowia­ńskiej urodzie. Usta o grubych wargach podczas uśmiechu odsłaniają zdrowe białe mocne uzębienie. Jest chłopcem spokojnym, grzecznym i mimo swojej budowy ustępliwym. W okresie letnim okazał się dobrym kumplem sportowym podczas gry w siatkówkę, szczególnie w tzw. ataku, mając wypracowane ścięcia pewne i bardzo mocne. Przyznać muszę, że był odpowiednim chłopcem do naszej grupy do obsługiwania w przyszłości ręcznego karabinu maszynowego. Na przeszkodzie stanęło jednak moje zobowiązanie dotyczące tzw. „jedynaków”, co łączyłem z wielkim niebezpieczeństwem dekonspiracji w powstającym ruchu konspiracyjnym ze strony „nieszczęśliwych ” matek. Po pierwszym zapoznaniu przez Zośkę obu rodzeństwa, jestem zapraszany do tego domu dość często i rozmawiam z ich matką p. Lewandowską. Jest to kobieta około czterdziestki, szczupła, zgrabna blondynka, wzrostu wyżej niż średniego.                                                                        Charakterystyczne, że żadne z dzieci nie nosi cech podobieństwa do matki. Pochodzi z Łodzi o niemieckim z domu nazwisku i jest siostrą żony byłego pracownika gminy obecnie zamieszkałego w Goraju p. Jana Kality. Z młodymi rozmawia bardzo chętnie i przebija w niej wielka troska o własne dzieci i ludzi młodych, jak to określa w tym okropnym czasie okupacji. Mają rodzinę w Warszawie i przywożone stamtąd wiadomości o aresztowaniach i łapankach napawają ją strachem o każdy dzień. Pewnego dnia w rozmowie ze mną w tej swojej niepewności i trwodze o dzieci zdenerwowana powiedziała: „Jestem doprowadzona tym strachem do rozpaczy i przychodzą mi takie myśli do głowy, że będąc pochodzenia niemieckiego, dla ratowania rodziny, przyjmę papiery niemieckie, bo co mi innego pozostało dla ratowania rodziny”.

Jaki miałem wyraz twarzy trudno mi powiedzieć, nic nie odpowiedziałem, mogłem się tylko uśmiechnąć. Miała pani Lewandowska coś w sobie, czym mogła się podobać i utwierdziła mnie w tym momencie, że nie można jej robić krzywdy narażając syna.

W każdym razie, postępując zgodnie ze swoim postanowieniem, Wojtkowi nie zaproponowałem nigdy wstąpienia do konspiracji, jako właśnie „jedynakowi”, mimo iż z nim spotykałem się i za wypożyczanie rower; dla potrzeb łączności wypożyczałem prasę konspiracyjną. Nigdy również nie usiłowałem nawiązywać, jak to ludzie młodzi bliższej znajomości z Baśka, chociaż była, jako kobieta „warta grzechu”, ale w niej szukałem jednak kumpla-towarzysza, więcej jak tylko dziewczyny w trudnych moich poczynaniach. Obserwowałem ją na wspólnych spacerach i spotkaniach, widziałem wspólne zainteresowanie z jej strony, ten odczuwalny znak chęci poznania się bliżej i przebywania razem, ale jedna i druga strona czekała na coś, co w końcu nam uciekło. Schwytane zostało w późniejszym okresie przez starszego pana, doświadczonego przez lata kawalera, który wkradł się do tego domu, jako przyjaciel domu, umiejącego tak zadziałać przez mamusię, aby dostać córusię. Wtedy przekonałem, że się myliłem w swoich ocenach dotyczących Basi, czyżby chodziło tylko o męża, ale zawsze nauczyciel, nie sztubak z zadatkiem na śmierć.
Pozostały mi jedynie zdjęcia wykonane w górach koło Frampola, zasypanych olbrzymimi zwałami śniegu, na zasypanym wielkim śniegiem trakcie do Goraja, wykonane na przełomie lutego i marca 1940 r.

Podchorąży WP w rez. N, umiał bez strachu wyparować z szeregów konspiracji, ale zabrał, kiedy przyjdzie czas, na Ziemie Odzyskane młodą żonkę, która mogłaby być jego córką. Dreptanie latami po obcych progach w końcówce życia dało wymarzony rajski owoc, ale to już zostało jego tajemnicą. Ja uważam, że wszystko jedno, przegrał życie na wdowich „pochłopach” i grze w „preferka”.

W połowie marca zaczęły się dni cieplejsze. Śniegi puściły, a drogi stał się wtedy nie do przebycia.

Wyczuwa się z podawanych wiadomości w tzw. „gadzinowej prasie” -Nowym Głosie Lubelskim, że skończyła się dobrowolność wyjazdu do Niemiec. Teraz wyznacza się kontyngenty na ludzi, jednocześnie wysyłając imienne wezwania do obowiązkowego stawiennictwa na punkt zborny w Biłgoraju, skąd po komisji lekarskiej wysyła się do Niemiec. Młodzież zaczyna się ukrywać budując przemyślne kryjówki we własnych gospodarstwach, albo na okolicznych wioskach, które znajdują się w dogodnej odległości od lasu.

W drugiej dekadzie marca – 20.III.40 r. wychodzi rozporządzenie zabraniaj lekarzom aryjskiego pochodzenia, dentystom, a nawet akuszerkom udzielania porad i leczenia Żydów.

Nam na pierwsze Święta Wielkanocne pod okupacją wprowadza się zakaz sprzedaży i spożywania w każdy piątek mięsa i wszelkich wyrobów mięsnych, co i tak społeczeństwo wierzące i praktykujące czyniło przez okres całego swojego życia.

W pierwszy dzień Wielkanocy zgłasza się Arkasio i prosi o spotkanie. Melduje o nawiązaniu kontaktu na Janów lub. Z jego wyjaśnienia wynika, że w małym dworku we wsi Godziszów mieszka rodzina państwa Paszkiewiczów. Dwóch dorosłych synów tych państwa, jeden b. student, drugi w okresie maturalnym prowadzi w Janowi lubelskim rynku mały sklepik z materiałami papierniczymi i piśmiennymi. W najbliższy czwartek, kiedy w tym dniu odbywa się jarmark w Janowie, ustalony został dla mnie kontakt, celem omówienia stałej współpracy konspiracyjnej. Miejsce kontaktu wyznaczone zostało w jednym z domów bocznej uliczki, po lewej stronie przed wjazdem na rynek, od strony Frampola.

Nie wiedziałem, że pierwszy raz znajdę się o krok od końca niebezpieczne zabawy z Niemcami, podjętej na własne ryzyko. A przebieg tej przygody był taki:

Rano w czwartek 28 marca 1940 roku wyjeżdżamy furmanką zorganizowaną przez pana Brzóza, zaprzęgniętą w konika, którym tak często jeżdżę na spacery. Po rozmokłym gościńcu wiosennych roztopów, jedziemy z Arkasiem traktem, którym parę miesięcy temu przemierzały cofające się na wschód od Wisły jednostki Wojska Polskiego oraz niekończące się kolumny gospodarskich wozów i gromad pieszych, ludzi uciekających często od zachodnich krańców Polski przed nadchodzącymi Niemcami. Pozostawili na zawsze na traktach Lubelszczyzny, a w naszym wypadku Ziemi Zamojskiej, nazwę „uciekinierów”. Błotnista droga traktowa rozjeżdżona przez wszelkiego rodzaju pojazdy w tym armaty i czołgi, pozostawiła doły i wyrwy teraz zalane wodą, które trzeba było ostrożni omijać. Z zaciekawieniem przyglądałem się we Dzwoli, po prawej stronie drogi przy wjeździe do wsi, świeżej, żółtym piaskiem uformowaną mogiłę żołnierzy polskich, którzy stoczyli na tym terenie ostatnią walkę z Niemcami, którzy odchodząc za Wisłę odstępowali ten teren Sowietom. Tutaj płk Płonka dowodzący wschodnią grupą zgrupowania płk Zieleniewskiego, idącego w kie­runku Sanu z zamiarem przejścia na Węgry, rozbił tyłową jednostkę niemieckiej artylerii ppanc. i jednocześnie stawił czoła nadciągającym od Frampola czołgom sowieckim, zdążającym na pomoc Niemcom. Tutaj były przypadki rozjechania gąsienicami czołgów sowieckich atakujących ich granatami naszych żołnierzy. Nie wiedział tutaj dowodząc płk dypl. Władysław Płonka, d-ca 22 p Ułanów Podkarpackich z Brodów/były przy nim jego resztki w sile dwu szwadronów/, że kiedy zgrupowanie złoży broń na ręce wojsk sowieckich, ich oficerowie-dowództwo nie dotrzymają słowa i uzgodnień o kapitulacji i wszystkich Polaków internuje w głąb Rosji, On sam znajdzie się z innymi w oficerskim obozie jenieckim w Starobielsku, skąd wywieziony przez NKWD, zginie zamordowany strzałem w potylicę w dołach lasu pod Charkowem. Pozostały po nich wspomnienia pułkowych białych proporczyków na lancach ułańskich z trójkątem kolorowym u nasady i czapek rogatywek z białym, otokiem.

W Krzemieniu przejeżdżamy przez wezbraną rzeczkę, obok spalonego mostu i w końcu docieramy do Janowa. Tutaj prowadzenie przejmuje Arkasio i pewnie prowadzi mnie z pojazdem w małą uliczkę i zatrzymujemy się przed niedużym domkiem. Śmiało otwiera bramę i każe wjechać na podwórko.

Chwilę zajęło mi wytarcie zagrzanego konia, przykrycie derką i zaobrokowanie. Po wykonaniu tych czynności pukamy i wchodzimy do małej na biało pobielonej kuchni z okienkiem na ulicę. Wita nas młoda mająca około 20 lat kobieta, szczupła, wyżej średniego wzrostu, blondynka. Na głowie ma zawiązaną fantazyjnie białą chusteczkę, a granatowa sukienka przepasana zgrabnym, również białym fartuszkiem. Zapytana o gospodarza odpowiada, że jest obecnie w mieście i spodziewany jest za dwie godziny. Grzecznie uśmiechając się zaprasza do zaczekania na podwórku. Rozsiadamy się, więc w kuchence przy oknie i prowadzimy wspólnie rozmowę.

Po dwóch godzinach a może krócej, słychać tupanie nogami w sieni, szuranie na wycieraczce i do kuchni wchodzi wachmaister żandarmerii niemieckiej. Mruknął pod nosem „morgen” i nie zwracając na nas wcale uwagi, wszedł do następnego pomieszczenia. Młoda kobieta nie zdążyła nawet powiedzieć o naszym czekaniu na jego przyjście i tylko do nas powiedziała: to właśnie powrócił gospodarz i możecie panowie z nim rozmawiać. Nie tyło czasu na przestraszenie się, popatrzyłem na pobladłego Arkasia z oczami na wierzchu, wcale nie podobnego do swojego „Tajnego Rycerza” i próbowałem wyjaśnić naszą tutaj obecność coś tylko bąkając pod nosem „proszę pani bardzo przepraszamy, ale musieliśmy pomylić adres”, a nam nie chodziło o tego pana. Młoda kobieta głośno się roześmiała, życząc nam szybko wychodzącym za drzwi dobrego i właściwego odszukania adresu. Co by się stało i jak wyglądała by rozmowa, gdyby żandarm zainteresował się naszym siedzeniem w kuchni. Zabranie się z podwórka odbyło się błyskawicznie. Odjechałem ulicą spokojnie, ażeby nie zwrócić większej uwagi, tych, co zostali w małym domku, mając wielką chęć udusić Arkasia za jego „Związek Tajnych Rycerzy”.

Dogonił mnie dopiero na głównej ulicy, gdyż chwilę zatrzymał się przy zamykaniu bramki wyjazdowej z podwórka.

Chwilę zatrzymaliśmy przy główniej ulicy przed wjazdem na zastawiony furmankami jarmarcznymi rynek, tutaj dopiero przychodząc do siebie. Nie odzywamy się do siebie. Teraz dopiero zdawałem sobie sprawę, że z tego kontakt przepadliśmy bez wieści i jeszcze było by dobrze gdyby tyłki wytrzymały.  Przepadłaby furmanka z zaprzęgiem i konikiem. Jeszcze dalej czułem jednak ścierpnięte plecy i brak słów do Arkasia, który siedział obok mnie i coś myślał zapewne po swojemu.

W końcu wjechaliśmy na rynek i znaleźli odpowiednie miejsce na postój. Przyjęliśmy plan w pierwszym rzędzie obserwowania czy ktoś z ostatnich naszych znajomych nie wyszedł za nami i nie szuka nas wśród furmanek, a następnie Arkasio miał odszukać właściwego miejsca kontaktu. Już na spokojnie Arkasio udał się na tą stronę rynku, gdzie stały niespalone domy, ja natomiast zająłem stanowisko przy głównej ulicy narzucając na kożuch, w jakim siedziałem w kuchence, podróżną szarą burkę.

Po prawie godzinnej obserwacji zmieszani z tłumem jarmarcznym, spotkaliśmy się przy furmance powtórnie i wtedy Arkasio powiedział, że idzie do sklepiku papierniczego, ażeby sfinalizować moje spotkanie. Wkrótce powrócił i udaliśmy się rzeczywiście na punkt kontaktowy do wspomnianego poprzednio sklepiku materiałów piśmiennych i papieru. Tutaj z mężczyzną około 30 lat, którego przestawił mi Arkasio, przeszliśmy na zapiecze, które jednocześnie było małym podręcznym magazynkiem. Referując cel mojego przyjazdu i dotychczasowy przebieg naszej działalności, mogłem dobrze przyjrzeć się przedstawionemu mi mężczyźnie.

Był to człowiek w wieku 30 lat powyżej średniego wzrostu, o ciemnej czuprynie mówiący poprawnym językiem i wykazujący się miejskim obyciem. Po scharakteryzowaniu naszego środowiska konspiracyjnego młodzieży i te­renu z mieszkającą tam społecznością, podkreśliłem występujące potrzeby stałego zabezpieczenia w prasę konspiracyjną oraz instruktażową z zakresu wojskowości i walki partyzancko-dywersyjnej.

Przedstawiłem chęć ewentualnego nabycia maszyny do pisania, dla przepisywa­nia uzyskiwanych wiadomości radiowych z podsłuchu prowadzonego w terenie. Zwróciłem również uwagę na występującą potrzebę udostępniania za zwrotem ciekawej literatury, gdyż posiadane zasoby biblioteczne i prywatne zostały zniszczone w naszej miejscowości podczas pożaru i bombardowania. Mój rozmówca wysłuchał wszystkiego w skupieniu, a następnie zgodził się na włączenie nas do występującego ruchu konspiracyjnego na terenie janowskim. Zapewnił nas jednocześnie, że w każdy czwartek tygodnia podczas odbywającego się jarmarku będzie przygotowana partia prasy konspiracyjnej i ewentualnie broszury instruktażowe.  Człowiek, który będzie wysyłany po odbiór prasy i innych musi postępować według uzgodnionego hasła. Wymienione zostały z obu stron zastępcze punkty kontaktowe, dla utrzymania stałej łączności organizacyjnej.

Na pożegnanie otrzymuję kilka egzemplarzy tajnego tygodnika „Walka”,z za­pewnieniem, że następnym razem łącznik otrzyma również inne tytuły, które w dniu dzisiejszym już zostały rozdysponowane.

Przed samym wyjściem rozmówca zaproponował mi wysłuchanie, jeżeli dysponuję jeszcze chwilą czasu , najnowszych wiadomości związanych z rozwojem ruchu konspiracyjnego w kraju, którymi mogę się podzielić w terenie. Arkasio, w tym czasie wyszedł pilnować furmanki, ażeby nie skradziono nam ciepłego okrycia, które schowaliśmy pod siedzeniem. Ja natomiast słuchałem ciekawych wiadomości zarówno o władzach naczelnych na emigracji w Paryżu, jak również o strukturze organizacyjnej ZWZ w Okręgu Lubelskim.
8 listopada ubiegłego roku Rada Ministrów z Premierem i Naczelnym Wodzem gen. Wł. Sikorskim, rządu polskiego na emigracji, pod jęła uchwałę o powołaniu Komi­tetu Ministrów dla spraw kraju, który ma za zadanie czuwania nad wszystkimi sprawami związanymi z krajem, z tajnymi wysiłkami narodu, dla odzyskania wolności i niepodległości Rzeczypospolitej, przez wyzwolenie z okupacji wroga.

Komitet Ministrów ds. kraju zgodnie z uchwałą zostaje powołany w dniu 13 listopada 1939 roku i rozpoczął działanie pod przewodnictwem gen. Broni Kazimierza Sosnkowskiego, który jednocześnie pełnił funkcję Komendanta Głównego Związku Walki Zbrojnej (ZWZ).

Przekazana instrukcja z dnia 4 grudnia 1939 roku. Do Komendanta Obszaru warszawskiego, jako ściśle tajna –płk dypl. Stefana Roweckiego „Rakonia”, wyraźnie określa i jednoznacznie, że „ZWZ jest organizacją jednolitą, jedyną działającą w kraju i nie może być w żadnym wypadku związkiem kilku organizacji pokrewnych.

Dalej określono charakterystykę organizacji pod względem z wyraźnym podkreśleniem, że ZWZ jest organizacją ogólno – narodową, ponadpartyjną i ponad stanową, skupiającą w swych szeregach bez względu na różnicę przekonań politycznych i społecznych wszystkich prawych Pola­ków pragnących walczyć orężnie z okupantami w warunkach pracy konspiracyjnej, o wysokim osobistym morale.”

Organizacja ZWZ obejmuje swoim zasięgiem okupację niemiecką i sowiecką. Województwo lubelskie wchodziło w tym czasie do Obszaru Kr. 1 W Warszawie Komenda Obszaru Kr.1 dzielił się na 6 komend okręgów ZWZ: Warszawa miasto, Warszawa województwo, Lublin miasto, Lublin województwo, Łódź miasto, Łódź województwo.

Instrukcja Kr.2 z dnia 16.1.1940 r. jednocześnie określa organizację ZWZ, jako siłę zbrojną w kraju w swojej treści stanowiąc:

– ZWZ stanowi część składową Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej podległa, prze Komendanta Głównego, Naczelnemu Wodzowi Wojsk Polskich.

-Każdy oficer i szeregowy WP biorący udział w pracach ZWZ jest w dalszym ciągu żołnierzem armii działającej na froncie, przysługują mu wszelkie prawa moralne i materialne.

Bardzo ważnym momentem w przekazywanych dokumentach jest stwierdzenie: „Po złożonej przysiędze wystąpić z szeregów można tylko za zezwoleniem komend wyższych poczynając od komendy okręgowej w górę, przy czym sankcje za zdradę tajemnicy nie przestają działać”.

Dziękując serdecznie za przychylne ustosunkowanie sit do naszych próśb i okazane zainteresowanie oraz pomoc, opuszczam miejsce kontaktu.

Siadamy na furmankę, chowamy uzyskaną prasę w siedzenie ze słomy i wyjeżdżamy w drogę powrotną. Bocznymi uliczkami omijamy ulicę główną na ile się to da, przy jednej z pomp, poimy na drogę konika i wyjeżdżamy z Janowa na trakt do Frampola.

Po kilku kilometrach obwiane głowy marcowym, cieplejszym i suchym powietrzem wpłynęły, na spadek emocji, których nie brak było podczas całego dnia. W rozmowie z Arkasiem nie robię mu wymówek, odkładam sprawę do przeanali­zowania całego wydarzenia na spokojnie. Widzę, że on tą wpadkę z kontaktem przeżywa i rozumie, że wiele mógł stracić w moich oczach.

Z zadowoleniem opowiadam o pozyskanej prasie, która jeszcze nie docierała na nasz teren. Jeszcze raz opisuję jej wygląd zewnętrzny, wskazując na zastosowanie bardzo pomysłowej i przyjemnej dla czytelnika symboliki narodowej z tytułem gazetki. Jest w tytule –Walka -widnieje graficznie wykonany symbol trzymający w szponach obu nóg, miecz rycerski w pozycji poziomej. Pomimo wszystko jestem w pełni zadowalany z końcowego przebiegu sprawy, a to uchwycenia stałego kontaktu zarówno organizacyjnego oraz gwarantują­cego stałą dostawę prasy, co w tym okresie stanowiło podstawową broń w pozyskaniu ludzi do dalszej rozbudowy szeregów, o wartościowe jednostki.

Jestem pod wpływem zapoznanych dzisiaj dwóch młodych ludzi, wiekowo nam odpowiadających, u których w zachowaniu przebija wysoka inteligencja, grzeczność, szanowanie każdego z jego zapatrywaniami i nie sztuczna chęć pomocy.

Dojeżdżamy na kilka kilometrów przed Dzwolą, do resztek tak zwanego „Dworu Kocudzkiego”, który, jak głosi miejscowa fama został przepity przez ostatniego właściciela i to na targach końskich i o dziwo z chłopami. Po lewej stronie drogi w naszym kierunku jazdy i na wysokości dawnego dworu skromne zabudowania gospodarskie, domek z walącą się kuźnią, dawniej dworską. W tym miejscu droga z głębokimi wyrwami zalanymi wodą i oblepiające koła błoto. Koń ciągnie wóz z wielkim wysiłkiem, więc wolno przejeżdżamy koło zabudowań i obserwujemy je. W małych oknach obielonej chaty krytej słomą doniczki kwitnących kolorowo kwiatów. W pewnym momencie wyszła z chaty wysoka szczupła młoda dziewczyna, schludnie ubrana, rzucająca się w oczy swoim ubiorem, którego nie spotyka się przy obrządku inwentarza żywego na wioskach. Na sobie miała serdaczek jasnobrązowy z wypustkami z czarnego kożuszka, ciemną spódniczkę z jasnym fartuszkiem i długie buty. Długie włosy ciemne zakręcone w grube warkocze opuszczone na piersi.

Oceniam szybko i mówię do Arkasia, popatrz, jaka ładna dziewczyna w typie wschodnim, czy przypadkowo tutaj Żydzi mieszkają?.

Widocznie cały dzień na głodniaka go zmorzył, bo jak gdyby przebudzony powiedział: to córka byłego dziedzica p. C, którą miał z kowalową, tak, jak naszego kolegę WC, którego matce kupił działkę ziemi, pobudował dom i budyn­ki gospodarcze. Ta ładna dziewczyna i córka mieszka z kowalami, bo otrzymał, za nią kawał ziemi dworskiej. Myśmy chyba za agresywnie przyglądali się jej, bo na chwilę zatrzymała, się, bacznie nas obserwując. Kiedy odjechaliśmy kawałek, jeszcze raz obejrzałem się za siebie i widziałem jak idąc przez podwórko spogląda w naszym kierunku.

Na górce pogoniłem konia i zamyśliłem się, jak to ludziom się dziwnie życie układa. Zastanawiam się po tylu latach, dlaczego nie zapomniałem widoku dziewczyny, z którą nigdy nie rozmawiałem. Po jakimś czasie przez ludzi, którzy działali na tym terenie dopytywałem się o nią i otrzymałem smutną wiadomość, że w okresie zimowej epidemii tyfusu w latach 1940-1941 zachorowała i zmarła.

Przejeżdżałem jeszcze nie raz koło tej kuźni z chatą coraz bardziej wrastającą w ziemię, kiedy dziewczyna jeszcze żyła i później. Widziałem te same kwiaty w oknie, ale jej już nigdy. Po latach różnego układania się mojego losu, kiedy jechałem, ale już po nowoczesnej asfaltowej drodze, zawsze patrzyłem w to miejsce, ale już kuźni nie było.

Po powrocie przedstawiłem „Pająkowi” rezultat mojego pobytu w Janowie Lubelskim oraz potrzebę zorganizowania stałej sekcji łączników, którzy każdego tygodnia zabezpieczą transport prasy konspiracyjnej dla naszych potrzeb i utrzymania łączności organizacyjnej. Bilans naszego działania jest zadawalający. Dzięki „Pająkowi” mamy kontakt na Biłgoraj, gdzie mamy zapewnioną dostawę „Wiadomości radiowych” oraz „Biuletyn Informacyjny”.

W Janowie Lubelskim odbieramy „Walkę”, „Jestem Polakiem”, a później po wpadce w Warszawie drukarni, do Frampola docierać będzie „Zwycięstwo”. Połączenie z Biłgorajem będącym miastem powiatowym naszego regionu, nie nastręczało większych trudności. Istniały stałe możliwości dostania sic przygodną okazją jadących za różnego rodzaju sprawami gospodarzy oraz podwód wysyłanych z urzędów, gminy, poczty i instytucji handlowych. Łączyła nas droga bita, a więc i w najtrudniejszych warunkach atmosferycznych, można było dotrzeć rowerem, a w najgorszym wypadku nawet pieszo. Korzystanie z furmanek zwalniało nas od trudności wypożyczania prywatny rowerów, tłumaczenia się, w jakim celu i często od ludzi, którzy absolutnie nie mieli wtedy pojęcia o konspiracji, a często nie mogli, o tym wiec inna natomiast występowała sytuacja i o wiele trudniejsza z zabezpieczeniem łączności na Janów Lub. W tym wypadku podstawowym środkiem był rower gdyż furmanki zdarzały się rzadko. Droga bita została wykonana dopiero n przełomie końca 1940 r., a 1941 r.-wiosna, przed wybuchem wojny Niemców z Sowietami. Do tego czasu był to trakt, który rowerem mógł być pokonywany biegnącymi obok ścieżkami.

W pierwszym rzędzie musieliśmy dokonać dokładnego rozpoznania ludzi po­siadających rowery. Następnie szukaliśmy tych, którzy mieli dojście do właścicieli rowerów i możliwości wyjednania ich zgody na udzielenie własnego roweru, w wielu wypadkach osobom obcym dla nich. Pomimo występowania bardzo wielu trudności na tym odcinku, spotykaliśmy się z chętną pomocą ludzi zakonspirowanych w grupie starszych -wojskowych. Sprawa wyglądała diametralnie inaczej, kiedy zorientowano się, że sprawa wypożyczenia roweru wiąże się ściśle z terminową dostawą prasy konspiracyjnej, na którą póź­niej czekano z niecierpliwością od czwartku do czwartku. Były również przypadki, że sami czytelnicy prasy konspiracyjnej sygnalizowali o nadarzających się w tym dniu okazjach przy wyjeżdżających furmankach do Biłgoraj albo Janowa Lub. Sami również urabiali wcześniej posiadaczy rowerów prze nad chodzącym kolejnym czwartkiem, ażeby nie robili trudności w ich wypożyczeniu, a szczególnie utrzymywania tego środka transportu w dobrym stanie użytkowym.

Taka działalność zakrawała jednak na dekonspirację i niebezpieczeństwo, dlatego zorganizowana została sekcja łączności, której kierownikiem został Stanisław Wach i on krawieckimi potrzebami wyjazdu za materiałami, trochę łagodził występujące podejrzenia, jeżeli w ogóle takie występowały. On wytrwale i uparcie wypraszał środki transportu, zabierał rower i zwracał, a łącz­nik wykonywał zadanie i był zakonspirowany.

Na nas spadło najbardziej odpowiedzialne zadanie, wyszukanie i dobrania odpowiednich ludzi w zorganizowanych już piątkach, albo ich znalezienie poza organizacją i następnie wprowadzenie w jej szeregi. Mieli być to ludzie, przed którymi stawiano bardzo trudne i odpowiedział zadanie, które brali na własną odpowiedzialność nie licząc, na żadną pomoc w razie wpadki.

Łącznik- kurier musiał mieć podstawowe zdolności pamięciowe, jeżeli chodzi o posługiwanie się hasłami na punktach kontaktowych, szybkość orientowania się w terenie, refleks w zaskoczeniu, wytrzyma­łość fizyczną, a przy tym nadzwyczajny spokój przy realizowaniu zadania z szeroka nazwijmy to gamą wytłumaczenia swojej obecności w miejscach występującego zagrożenia osobistego ze strony okupanta.

Zdawaliśmy sobie całkowicie sprawę z bardzo trudnego zadania stawianego przed młodym człowiekiem, które wiązało się w pierwszym rzędzie z naraże­niem jego życia, ale również dotyczyło rodziny, znanych mu członków orga­nizacji, sytuacji w samej miejscowości.

Należy moim zdaniem pozostawić w tych wspomnieniach nazwiska pierwszych kurierów -łączników, którzy zapoczątkowali trudne zadania i na ich doświadczeniach będzie pracowała w przyszłości łączność kobieca, którą przejmie już w AK – Wojskowa Służba Kobiet – WSK.

Stanisław Wach s. Leonarda, ur. w 1920 r. mój kolega szkolny od pierwszej do ostatniej klasy, harcerz drużyny szkolnej, członek zespołu teatralnego i tanecznego, na pewno nie miał wyglądu konspiratora i przyszłego partyzanta. Miał jednak zalety; spokojny, cichy, zrównoważony zdyscyp­linowany i pewny. Stracił wcześnie ojca i był podporą dla matki, która przejęła skromną gospodarkę i wychowała dwóch synów. Postawiłem w pierwszym okresie na niego i nie zawiodłem się. Pierwszym z kurierów-łączników został Eugeniusz Oszust, który zaprzysię­żony został w domu u „Jaremy”, ale się zgłosił do mojej dyspozycji. Gienek był uczniem gimnazjum biskupiego w Lublinie i pochodził z jednej uznawanych rodzin we Frampolu. W następnym już bojowym okresie, jego rolę przejmie młodszy brat Kazimierz, a sam poświęci się tajnemu nauczaniu. Drugim z łączników był Antoni Małyszek również uczeń gimnazjum biskupiej w Lublinie, ale z uwagi na powiązania rodzinne z dowódcą placówki grupy starszych „Rybakiem”, dla bezpieczeństwa tego ostatniego, musieliśmy dzie­lność Antosia po jakimś czasie zawiesić.

Najdłużej i najofiarniej pracował, jako łącznik brat młodszy Stanisław Wacha-Józef występujący pod pseudonimem „Tur”, który szczególnie w czasie powstania Oddziału Dywersji Bojowej przy rejonie „Liceum” będzie wypełniał stawiane przed nim zadania i to w sytuacjach bardzo trudnych i odpowiedzialnych. Nie ograniczył swojego zadania do sprawy łączności, ale brał udział również w akcjach dywersyjnych. Ale do jego osoby jeszcze powracał w następnych latach.

Pisząc pierwszych łącznikach – kurierach, należy wspomnieć o tych, którzy pomagali nam w uzyskiwaniu rowerów.

Korzystaliśmy, więc z rowerów: b. nauczyciela Jana Niemcewicza, ks. Semki, Borkowskiego Serafina, Kowalika Jana, Roberta Marchewki, a w m okresie z bardzo dobrego roweru francuskiego Wojtka Lewandowskiego oraz Józefa Miazgi „Gromadzkiego”. Należy również podkreślić i taki fakt, że zawsze, nowe miejsca kontaktów po zmianach, jak, to określano przecieraliśmy sami, albo ja lub „Pająk” i po wszystkie szczegóły związane z wykonywanym zadaniem oraz dodatkowo z własnymi spostrzeżeniami nawet dotyczącymi drogi i terenu. Wskazywaliśmy w pierwszym rzędzie na rozkładanie równomierne wysiłku przy jeździe na rowerze, bo każdorazowy wyjazd wymagał przejechania około 30 km. Podkreślaliśmy, że sama jazda musi być wykonywana spokojnie, bez nerwowych ruchów, rozglądania się, czy zjeżdżania z kierunku jazdy na polne drogi przy spotkaniu pojazdów czy patroli niemieckich kontrolujących ludzi. Podkreślaliśmy, że najważniejszym zadaniem łącznika jest ścisłe i bezbłędne podawanie hasła na punktach kontaktowych, gdyż tylko bezbłędne jego podanie gwarantowało szybką wymianę poczty.

Należy przy tym jednocześnie podkreślić, że hasła były często dość skomplikowane. Używano często haseł składanych z liczb, które w podsumowaniu dawały liczbę znaną dla jednej, jak i drugiej strony upoważniającą do dalszych rozmów.

Np. przyjeżdżający łącznik na punkt kontaktowy, który przeważnie mieści się w sklepie, restauracji, kiosku i innym obiekcie handlowym, a nawet w urzędzie, pytał czy zastał pana –podając przeważnie imię poszukiwanego kiedy zapytań;; potwierdzał swoją tożsamość, przystępował do wymiany treści rozmowy w której ukryte było hasło.

Zwracał się dalej o kupno artykułu, który w tym punkcie handlowym występował. Czy posiada pan zeszyty w cenie 4 zł za sztukę?. Zainteresowany sprzedawca odpowiadał, że są zeszyty, ale w cenie 3 zł za sztukę. Podawali już sobie spokojnie ręce, bo liczba podanych przez jednego i drugiego cen zeszytów stanowiła 7 zł. i była ustalonym hasłem.

„W wypadkach poważnych przesyłek dostarczanych na punkty albo z nich zabieranych, jak: broń, amunicja, mapy i inne, stosowano dodatkowe sprawdź? do ustalonego hasła, polegające na posiadaniu połówki tego samego banknotu przez jedną i drugą stronę.

Pomimo ustalenia sekcji łączników w sprawach pilnych i nagłych, korzystano również z wysyłania ludzi z innych grup, konspiracyjnych, o czym jeszcze mowa.

Wyglądało, to na prima aprilis, ale stało się obowiązujące, od 1 kwietnia 1940 roku nastąpiło wprowadzenie nowego czasu tzw. Letniego, przez przesunięcie do przodu zegara o godzinę. Wstawano, zatem o godzinę wcześniej rano i dzień się nam wydłużał, gdyż później nadchodził wieczór. Przedłużono w związku z tym o godzinę „godzinę policyjną” i mogliśmy chodzić do godziny 210.

6 kwietnia 1940 roku ukazuje się obwieszczenia i przekazywane są wiadomości o wymianie wszystkich pieniędzy przedwojennych polskich, na nową walutę okupacyjną wypuszczoną przez Bank Emisyjny, założony przez Niemców. Od podpisu na banknotach, prezesa tego banku Młynarskiego (Polaka) pieniądze nazywano „Młynarkami”.

Co mówiło o tej operacji między innymi rozporządzenie generalnego gubernatora z dnia 27 marca 1940 roku. W pierwszym rzędzie powiadamiało podjęciu z dniem 8 kwietnia działalności przez Bank Emisyjny w Polsce. Główną jego treścią była sprawa wymiany banknotów Banku Polskiego, na banknoty nowego banku.

Wymiana miała być prowadzona w trzech etapach:

– od 10-20 kwietnia wypłacone będą odszkodowania za złożone do depozytu banknoty 100 i 500 złotowe.

 – od 22 kwietnia do 7 maja wymiana obejmować będzie puszczone znów w obieg po ostemplowaniu banknoty 100 zł oraz banknoty 5 i 2 złotowe.

 Zaznaczono jednocześnie, że wymiany się dokona po kursie: 1 dawny złoty = 1 nowemu złotemu. Obieg obejmować będzie banknoty po 500, 100, 50, 20, 10, 5, 2 i 1 złote. Bilon wymianie nie podlegał. Nowe banknoty uzyskają charakter środków płatniczych z dniem 8 kwietnia, dawne tracą go z upływem terminu wymiany – 7 maja, względnie od 20 maja do 31 maja, a wymieniać je będą jeszcze kasy Banku Emisyjnego.

Punkty wymiany: Bark Emisyjny poza siedzibą główną w Krakowie mieć będzie oddziały tam gdzie były założone Kasy Kredytowe. Np. dla naszego w Lublinie i ponadto dodatkowo Zamość. w powiecie tj. w Biłgoraju przyznano uprawnie­nia Bankowi Rolnemu przy ul. Kościuszki.

Wymiana dawnych banknotów na „młynarki”, wywołała wśród chłopstwa powstrzymywanie się od sprzedaży, a w konsekwencji podniesienia się poziomu cen. Uderza to szczególnie w wielkie miasta.

Cena słoniny w Warszawie, wzrosła ponownie do 18-20 zł za kg., cena kartofli

do 90 gr.za kg., wzrosły wysoko ceny materiałów, konfekcji itp.

Kurs wycofywanych banknotów 100 i 300 złotowych spadł już do 35-50 zł.za 100 zł nominalnych.

Osobiście my młodzi, ani moja rodzina nie jesteśmy tą sprawą zainteresowani gdyż żyjemy z bieżących dochodów parafialnych liczących się na złotówki. Korzystam jednak z licznych okazji, jadących do Biłgoraja gospodarzy w celu dokonania wymiany posiadanych pieniędzy. Na pewno ciekawi mnie ten ruch posiadaczy większej gotówki, szukających sposobu na jej wymianę, ale również możność dokładnego dokonania przeglądu samej miejscowości po utworzeniu administracji niemieckiej, a szczególnie miejsc gdzie urzęduje gestapo, żandarmeria, policja granatowa, arbeitsamt i inne z wrogim nam ośrodkiem ukraińskim.

Część tych „mądrych spryciarzy”, mających pieniądze, już od zimy i przez trzy miesiące tego roku, ulokowała pieniądze w materiałach budowlanych, przygotowując się do odbudowania spalonych domów i w miarę możliwości zaplecza gospodarczego. Robili to, jako pierwsi Żydzi, a za nimi również i Polacy. Gdy tylko nastała wiosna rozpoczął się we Frampolu ruch budowlany.

Wracam jednak do mojego pobytu w Biłgoraju. Jestem pod budynkiem Banku Rolnego przy ul. Kościuszki i tutaj widzę wielki tłum ludzi prących na wejście do budynku. Ruch furmanek w jednym i drugim kierunku z całego powiatu czyni większe zbiorowisko, jak w cotygodniowe jarmarki. Teraz dopiero widać gdzie i w jakich rękach znajduje się gotówka –pieniądz. Jestem pierwszy raz w Biłgoraju, od pamiętnego przejazdu przez to miasto do wsi Okrągłe, gdzie odbywał się odbiór zaprzęgów i koni dla wojska, co poprzednio opisałem.

Widzę dopiero teraz zniszczenia, jakich dokonał pożar wokół rynku, aż do kościoła parafialnego. Tak jak we Frampolu, straszyły przechodniów rumowiska zwalonych kominów i zawalone ściany domów odkryte już przez stopniały śnieg.

Tutaj również widzi się próby odbudowywania zarówno domów mieszkalnych, ale również punktów handlowych.

W czasie podróży i powrocie z niej, rozwiązywały się języki ludzkie, odnośnie posiadanej gotówki.

Ponownie pokazuje się jeżdżących z handlem do Lublina, Warszawy, a nawet do Łodzi, a po czerwcu 1941 r. dojdzie i Lwów. Mówi się o tych, którzy jak to określano zbili „forsę” na wojnie. Prawda czy zawiść ludzka, trudno było ustalić, zresztą, dla jakiego celu?.

Pierwsze trzy miesiące przynosiły do Frampola wiele wiadomości z terenów GG, następnie z tych przyłączonych do Rzeszy i również przychodzące z uciekinierami przedostającymi się już przez Bug z terenów zabranych haniebnej zdradzie przez Sowietów o deportacjach na daleki wschód.

Deportacji podlegają urzędnicy państwowi i samorządowi, osadnicy rolni wraz z rodzinami.

Wywieziono w bydlęcych, wagonach -odrutowanych, wszystkich żyjących od starców do niemowląt, razem około 220 tysięcy ludzi. W tym; czasie, kiedy u nas wymiana pieniędzy i kiedy ludzie próbują wchodzić na spaleniska z odbudową swoich gniazd rodzinnych, tam za Bugiem, 13 kwietnia 1940 r. rozpoczyna się druga masowa deportacja ponad 320 tysięcy osób, głównie kobiety i dzieci, rodziny poprzednio aresztowanych lub deportowanych, mężczyzn -mężów, ojców.

W takich samych wagonach znaleźli się zagarnięci, zamożniejsi włościanie, leśnicy, gajowi, oficjaliści dworscy oraz ludność z pasów nadgranicznych. Nie była to ostatnia deportacja w tym roku, jak się później okazało. W GG- gestapo zaczęło przeprowadzać masowe aresztowania od pierwszych tygodni roku, a odbywało się to, systemem nagłej blokady ulic w miastach, a na­wet całych dzielnic. Zabierano z list wszystkich poszukiwanych lub podejrzanych. Równocześnie wprowadzono zasadę „odpowiedzialności zbiorowej”. Warszawa pierwsze miasto w Europie, które stawiało zdecydowany i zacięty opór armiom Hitlera, zapłaciło nie tylko zniszczeniem 12% budynków, ale również 60 tysiącami poległych i rannych.

Stolica Polski będzie płacić za swój bohaterski opór, przez wszystkie, miesiące trwającej okupacji w każdy jej dzień, ofiarą życia i krwią jej mie­szkańców.

Rozpoczęły swój udział” w tym strasznym terrorze i zbrodni. urządzone mordownie: w dawnym  gmachu Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego przy Alei Szucha 25, gdzie zainstalowało się gestapo-policja bezpieczeńs­twa i służba bezpieczeństwa,urządzono w suterenach i piwnicach wymyślne kazamaty badań, które doprowadzały pojmanych patriotów polskich do utraty zdrowia, trwałego kalectwa ,a najczęściej utraty życia.

Zapełniały się więzienia przy ul. Dzielnej 24/26 tzw. Pawiaku z oddziałem kobiecym -Serbią, przy ul. Daniłowiczowskiej 7 oraz ul. Rakowieckiej 7 i 3 /wiezienie Mokotowskie/.

Zarzucając aresztowanym sabotaż, napady z bronią, jej posiadanie, przynależność do tajnych organizacji, skazywano na śmierć, dokonując egzekucji po­czątkowo w Ogrodzie Saskim, a następnie w Palmirach. Miejsce to stałe się grobem skrycie mordowanych patriotów już od grudnia 1939 r.

W styczniu 1940r.na skutek dekonspiracji, w utworzonej w październiku 1939 roku organizacji konspiracyjnej „Plan”- Polska Ludowa Akcja Niepodległościowa zginęło w egzekucjach dziesiątki osób.

W całej Warszawie w miesiącach: styczeń, luty, marzec giną setki mężczyzn i kobiet.

Do wiosny z przyłączonych ziem do Rzeszy wysiedlone ponad 400 tysięcy Polaków, przeważnie ziemian, przemysłowców, zamożniejszych rzemieślników, urzędników, dziennikarzy, profesorów, nauczycieli, działaczy społecznych i politycznych, adwokatów i lekarzy.

Na tych terenach zlikwidowano szkoły, wywożono biblioteki, muzea, zamykano kościoły. Zniszczono polski folklor, kapliczki, figury, krzyże przydrożne, cmentarze, które nawet zaorywano. Zlikwidowane język polski w nabożeństw; napisy polskie nawet na chorągwiach.

Postępowano zgodnie z zaplanowanym wytępieniem polskości, dokonując całkowitej germanizacji przyłączonych obszarów polskich do Rzeszy ,co miało nastanie na przestrzeni kilku lat.

Na Lubelszczyźnie aresztowania szczególnie uderzają w zamieszkałą inteligencję w miasteczkach i miastach.

Dowódca SS i Policji Odilo Globocnik realizuje swój szatański plan unicestwienia społeczeństwa polskiego i Żydów.

Od Polaków otrzymał do funkcji generała SS przydomek „kata”, przez swoich możnowładców nazywany mianem: „jednego z najlepszych i najdzielniejszych pionierów w GG i pewnym siebie, odważnym człowiekiem czynu”. Szermując na tymi cechami jak: zawadiactwo, samodzielność, wygórowane ambicje, siłą policji i służby bezpieczeństwa przy poparciu Reichsfuhrera Himmlera sam decyduje o wszystkim nie licząc się z administracją okupacyjną. Gubernator generalny Frank ratując swoją pozycję dokonuje zmiany gubernatora dystryktu lubelskiego, uroczyście wprowadzając na to stanowisko w dniu 22 lutego 1940 r. dra Ernesta Zornera człowieka sobie zaufanego. Odilo Globocnik jeszcze długo będzie decydował o wszystkim, a za nim bęc się wlokło straszne pasmo zbrodni, pacyfikacji, wysiedleń, egzekucji, wyniszczenia Żydów zanim odejdzie z tego terenu. Do tego „kata” -„mordercy” jeszcze będziemy powracali w następnych latach.

W okresie przyjścia dra Ernesta Zornera na dystrykt lubelski, władze III Rzeszy uchylają koncepcję przygotowywaną i głoszoną, zorganizowania na tym terenie – „rezerwatu żydowskiego”.

Uznano jednak Lubelszczyznę za okręg rolniczy i najbardziej żyzny w GG i osobiście w marcu i kwietniu wizytuje go gubernator dr Zomer. Należy podkreślić, że propaganda niemiecka w sprawie wyjazdu na roboty do Niemiec dała rezultaty. W lutym wyjechało z lubelskiego 12 37: osób,
a w marcu 18250 osób. Razem z GG wyjechało 81477 osób, w tym 24756 kobiet.

Dochodzące do nas tak okropne wiadomości ze wszystkich stron, nie mają jednak wpływu na zmianę oczekiwań razem z nadchodzącą wiosną, odnośnie rozpoczęcia skutecznych, działań przez Francję i Anglię, które doprowadzą do klęski Niemiec.

Ukryte radio i prasa konspiracyjna podtrzymuje te przekonania i potęguje oczekiwania wszystkich.

Nie wszystko układa się tak dobrze, jak by nam się wydawało, w toczącej się wojnie na terenie Europy. Finowie w prowadzone wojnie z oferty „Sprzymierzonych” wysłania Korpusu Ekspedycyjnego z pomocą w walce z sowieckim najeźdźcą nie skorzystali.

O pomoc nie poprosili i 13 marca 1940 r. zgodzili się, przyjąć warunki sowie­ckie, tracąc część swojego terytorium narodowego, ale bardzo istotną: 9% – terytorium. W/g źródeł sowieckich, Finlandia straciła 60 tysięcy zabitych i 250 tysięcy rannych. Inne dane o stratach podają źródła fińskie: 25 tysięcy zabi­tych i 44 tysięcy rannych oraz po stronie sowieckiej od 120-150 tyś. zabitych.  Z Francji u dalszym ciągu przychodzą pocieszające wiadomości dotyczące odraczającego się wojska polskiego.

W końcu marca 1940 r. została zorganizowana „brygada podhalańska”, której dowódcą został płk Szyszko-Bohusz w składzie: 182 oficerów i 4696 szerego­wych, /początkowo była przewidziana co korpusu ekspedycyjnego „Sprzymierzonych dla Finlandii”.

W tym samym czasie zapoczątkowano we Francji dalszą organizację trzeciej dywizji polskiej pod dowództwem płk Zieleniewskiego, tego samego, który dowodził zgrupowaniem, które po ostatniej walce stoczonej na Zamojszczyźnie w lasach Janowskich, złożyło broń Sowietom. Jak wierny Sowieci nie dotrzymali uzgodnionych warunków kapitulacji i zarówno oficerów jak i żołnierzy internowali wywożąc w głąb Rosji. Pułkownika Zieleniewskiego wieziono przez Lwów i tutaj zakwaterowano go w jednym z hoteli. Znał osobiście Lwów mieszkając tutaj przed wojną i w nocy uciekł. Przedostał się na Węgry, a następnie wylądował aż we Francji i zgłosił się do dyspozycji gen. Wł. Sikorskiego.

Organizowano również następną czwartą dywizję pod dowództwem gen. Dreszera. Były to jednostki jeszcze bez broni, nieumundurowane, obie skupiające 10 tysięcy ludzi. Trudności występują w wyposażeniu jednostek i dziwna niezaradność władz francuskich.

Na innym terenie, bo w Syrii od kwietnia tworzy się „brygada karpacka”, d-ca płk Stanisław Kopański, w składzie: 216 oficerów i około 4000 szeregowych pochodzących z obozów internowania w Rumunii i na Węgrzech, którym udało tam przedostać przez Jugosławię, Grecję Turcję.

6 kwietnia powstaje we Francji, pierwszy polski dywizjon lotnictwa myśli­wskiego.

9 kwietnia 1940r. „Bomba wybuchła” -Niemcy w tempie szybszym, niż kto się spodziewał ruszyli na zachodzie. Rozpoczęli realizację operacji wojskowej pod nazwą „Fall Weserubung” uderzając na Danię i Norwegię. Podała o tym „prasa gadzinowa” oraz przechwyciły tą wiadomość podsłuchy radiowe. Niemcy bez wypowiedzenia wojny wtargnęli do Danii i Norwegii. W Danii nie napotkali żadnego oporu i szybko posuwali się w głąb tego. Już o godzinie 920 rząd Duński ogłosił kapitulację i do końca dnia Niemcy zajęli całą Danię. Użyto do tej operacji 31 korpus armii składający się z dwóch dywizji piechoty i jednej zmotoryzowanej brygady strzelców wspieranych przez lotnictwo. W tym samym dniu flota niemiecka wysadziła na wybrzeżu Norwegii desanty i niemal bez walki opanowały Narwik, Trondheim, Bergen i inne miasta w tym Oslo. Desant powietrzny zajął Stavanger.

[1] O Florku więcej w odrębnym materiale.

[2] Pani Janina Lankof z Tryczyńskich zginęła tragicznie 21 listopada 1941 roku we Frampolu potrącona przez ciężarówkę niemiecką jadącą z zaopatrzeniem na front, po ataku Niemców na ZSSR. Relacja Leona Kościa.

[3] Ceny za kwintal.

[4] .Był bratem sekretarza gminy w Józefowie biłg.

[5]  33 tyś. żołnierzy, w tym 7000 lotników.

[6] Syn Adama Miazgi-Połamanego.

[7]  Służył w kawalerii i został ranny w nogę, a po wyleczeniu, już do końca życia musiał posługiwać się laską.

[8] Antoni, Bolesław, Aleksander i Stanisław.

[9] Określano ją na 600 tysięcy zł.

Jubileusz Józefa Burlewicza

 

 Józef Burlewicz 1938

 

Radio PLUS Zielona Góra i Gazeta Lubuska odnotowały jubileusz 80-tych urodzin naszego brata Józefa, co przedstawiam poniżej.

Radio PLUS Zielona Góra 24.10.2018.

W dniu dzisiejszym  odbyło się spotkanie z Józefem Burlewiczem, wybitnym polskim artystą. Muzeum Ziemi Lubuskiej prezentuje 80 dzieł na 80 urodziny artysty.

Józef Burlewicz odznaczony medalem za zasługi dla Zielonej Góry!!

 

 

GAZETA LUBUSKA

Józio 80

KULTURA

W Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze: 80 obrazów na 80. urodziny mistrza Józefa Burlewicza. Co to będzie za wernisaż!

Jak mówi dyrektor MZL Leszek Kania – kurator ekspozycji wraz z Jackiem Gernatem – prace Józefa Burlewicza (rocznik 1938, absolwent krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych) zdobywały nagrody publiczności na Wystawach Złotego Grona. Kupowały je urzędy, instytucje, prywatni kolekcjonerzy.                                                                                                  Malarz przyjechał do Zielonej Góry 55 lat temu. Od 1963 r. był związany z Muzeum Ziemi Lubuskiej, gdzie najpierw dyrektor Klem Felchnerowski zlecał mu różne prace graficzne, a później w latach 70. – za dyrekcji Jana Muszyńskiego – doczekał się w MZL galerii autorskiej.

Od lat 80. Józef Burlewicz mieszka i tworzy w Gryżynie. Do dziś. Na wystawie w Galerii Nowy Wiek w MZL zobaczymy w trzech salach prace z różnych okresów twórczości malarza, ale też te najnowsze. Wernisaż – w środę, 24 października 2018 r., o 17.00. Wstęp wolny.

Artysta prosi, by zamiast przynosić kwiaty, wrzucić datki na rzecz Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.

Kurator wystawy Jacek Bernat o artyście:                                                                                   Józef Burlewicz, jedna z czołowych postaci zielonogórskiego środowiska plastycznego, funkcjonująca w zbiorowej świadomości dzięki wieloletniej działalności artystycznej i społecznej oraz istniejącej w latach 1978-1990 w Muzeum Ziemi Lubuskiej Galerii Autorskiej. Jest artystą wszechstronnym, biegłym w malarstwie olejnym, grafice, jak również w technice pastelu. Burlewicz najczęściej tworzy prace w konwencji swoistego surrealizmu, czym wyraża swoje filozoficzne i egzystencjalne refleksje, odwołując się do uniwersalnych prawideł ludzkiej mentalności, jak też niepokojów współczesności i własnego przeżywania świata. Zarówno wczesne, jak i dojrzałe obrazy artysty stanowią katastroficzne wizje świata ludzkiej kultury w stanie atrofii i schyłku. Swoim klimatem przywodzą na myśl malarstwo klasyków surrealizmu. Wiele prac z tego okresu posiada nie tylko sens egzystencjalny czy eschatologiczny, ale jest także manifestem suwerennej postawy artystycznej w ówczesnej rzeczywistości politycznej PRL-u. Później dramatyczna treść obrazów artysty ulega wyraźnemu uspokojeniu. Malarz zaczyna tworzyć wyciszone krajobrazy, które w malarski sposób demonstrują urodę otaczającego świata oraz więź łączącą człowieka z naturą i jej porządkiem. W ostatnich latach artysta podjął dialog ze swoim dotychczasowym dorobkiem, powracając do najbardziej charakterystycznych motywów (surrealistyczne krajobrazy, posągi, krucyfiksy). W pracach tych wcześniejszych dramatyzm wizji ustępuje jednak miejsca żywej, pogodnej kolorystyce oraz pełnemu wiary i nadziei przesłaniu spraw ostatecznych.

WIDEO

W środę, 24 października 2018 r., w Muzeum Ziemi Lubuskiej otwarcie wystawy jednego z najpopularniejszych zielonogórskich malarzy – Józefa Burlewicza. Proszę nie przynosić kwiatów! Zobacz dzisiejsze wydanie internetowe Gazety Lubuskiej 1/22 przejdź do galerii Wystawa „Józef Burlewicz. W 80. rocznicę urodzin” będzie czynna w Galerii Nowy Wiek Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze od 24 października 2018 r. do 13 stycznia 2019 r.

©Zdzisław Haczek/Gazeta Lubuska Pokaż miniatury.

 Jak mówi dyrektor MZL Leszek Kania – kurator ekspozycji wraz z Jackiem Gernatem – prace Józefa Burlewicza (rocznik 1938, absolwent krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych) zdobywały nagrody publiczności na Wystawach Złotego Grona. Kupowały je urzędy, instytucje, prywatni kolekcjonerzy. Malarz przyjechał do Zielonej Góry 55 lat temu. Od 1963 r. był związany z Muzeum Ziemi Lubuskiej, gdzie najpierw dyrektor Klem Felchnerowski zlecał mu różne prace graficzne, a później w latach 70. – za dyrekcji Jana Muszyńskiego – doczekał się w MZL galerii autorskiej.

Czytaj więcej: https://gazetalubuska.pl/w-muzeum-ziemi-lubuskiej-w-zielonej-gorze-80-obrazow-na-80-urodziny-mistrza-jozefa-burlewicza-co-to-bedzie-za-wernisaz/ar/13612036

 

Ja do tych informacji  chcę dołożyć od siebie kilka słów i pochwalić się obrazami, które otrzymałem od mojego kochanego brata.

Józef – Józio jest najstarszym z pośród czworga dzieci Józefa i Bogumiły Burlewiczów. Przyszedł na świat 24 października 1938 roku we Frampolu. Miał bardzo trudne dzieciństwo, ponieważ przypadało na okres II wojny światowej i okupacji hitlerowskiej w Polsce oraz trudny okres odbudowy kraju ze zniszczeń wojennych.Nie skończył jeszcze pierwszego roku życia jak wybuchła wojna. Wojna bardzo brutalna.
W pierwszych dniach wojny, 13 września 1939 roku Frampol zostaje zbombardowany. W wyniku tego bombardowania rodzina utraciła dach nad głową, ciągłe przeprowadzki i głód. W tych trudnych warunkach mieszkaniowych i higienicznych nie trudno było o zakażenie. Józio rozchorował się bardzo poważnie, mama szukała dla niego ratunku, gdzie tylko mogła, ale, jak wiadomo nie miał, kto tej pomocy dziecku udzielić. Ostatnią deską ratunku okazał się niemiecki lekarz, który wraz ze sztabem oddziału niemieckiego zatrzymał w zabudowaniach Jęczmionków położonych przy Rynku we Frampolu. Udało się mamie, mimo gęsto rozstawionych wart przedostać się do sztabu oddziału. Niemiecki dowódca widząc zrozpaczoną matkę z dzieckiem na rękach polecił lekarzowi, aby zajął się dzieckiem. Lekarz udzielił skutecznej pomocy i dał niezbędne leki dla Józia.

Rodzice z Józiem, a od stycznia 1941 roku z Izunią tułają się „po obcych kątach” do czasu wybudowania „domku”. Domku napisałem w cudzysłowie ponieważ była, to namiastka domu, który został dostawiony do ściany kamienicy Mieczysława Maciurzyńskiego.

Wywózka ojca na roboty do „Niemiec” i jego półroczna nieobecność w domu, to kolejny trudny okres w życiu rodziny. Z tymi wszystkimi problemami musiała borykać się mama i musiała zabezpieczyć w jakiś sposób utrzymanie rodzinie.

Józio naukę rozpoczyna w 1945 roku we Frampolu w Publicznej Szkole Powszechnej im. Józefa Piłsudskiego, do której uczęszcza przez następne lata. W grudniu 1949 roku w związku ze zmianą miejsca zamieszkania, (ojciec pracuje od 1944 roku w Powiatowym Spółdzielni Rolniczo-Handlowej w Biłgoraju) podejmuje naukę w piątej klasie Szkoły Ogólnokształcącej Stopnia Podstawowego w Biłgoraju. W czasie naszego zamieszkiwania w Biłgoraju miał jeden incydent,
w którym mógł stracić życie. Zimą wybrał się z kolegą, aby poślizgać się na zamarzniętej rzece, przy młynie na „Różnówce”. Lód się załamał pod nim  i Józio znalazł się w wodzie. Dobrze, że kolega, który był z nim nie spanikował i przyginając gałęzie rosnącej przy brzegu wierzby pomógł mu wydostać się z lodowatej wody. Może te fakty miał wpływ na tematykę jego późniejszych dzieł, w który często jest podejmowany temat przemijania.

Uczęszcza do tej szkoły w Biłgoraju do jej ukończenia, mimo, że młodsza trójka wraz z rodzicami przenosimy się latem 1951 roku do Frampola.

Po ukończeniu nauki w szkole podstawowej podejmuje naukę w Licem Sztuk Plastycznych w Zamościu. W liceum uczy się w latach 1952/1957.  Ze świadectw szkolnych z klas II, III i IV wynika, że był dobrym uczniem, ale chyba zbyt dużo miał opuszczonych godzin szkolnych przy nienajlepszym procencie usprawiedliwionych. Niemniej jednak ukończył liceum pomyślnie. Pamiętam ten okres dość dobrze, bo bardzo tęskniłem za starszym bratem. Odwiedziny ze względów komunikacyjnych ( jeden autobus „Autonaprawy” wiecznie przeładowany) nie były częste. Przyjazd Józia był dla mnie wielkim świętem, oczekiwałem go od samego rana. A mój braciszek wykręcał mi różne numery, ale był i jest kochany przeze mnie i nasze dwie siostry Izunię i Jadzię. Miłość ta przetrwała do dziś.

.Autoportret 56

Autoportret 1956

Po ukończeniu nauki w Licem Plastycznym udaje się na egzaminy do Krakowa. Egzaminy zdaje pomyślnie i od roku 1957 zostaje studentem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie.

Studia łączy z pracą w trakcie wakacji, ale nie zapomina o domu. Po jednym z takich wyjazdów do pracy przy malowaniu kościoła wylała mu się farba na głowę i musiał ostrzyc włosy na „zero”, po jego przyjeździe do domy do Frampola skończyło się dla mnie ostrzyżeniem do „gołej skóry”.

W latach 1957 – 1963 studiował na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, uzyskując dyplom w pracowni prof. Hanny Rudzkiej – Cybisowej.

Na studiach poznaje swoją żonę Krystynę.  Pamiątką po drugiej chyba bytności we Frampolu Krysi i Józia jest rosnący przed domem jałowiec, który zasadzony został chyba około 55 lat temu.

Krystyna Mytar Burlewicz urodziła się 9 kwietnia 1939 ·roku, ukończyła Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie na wydziale Tkaniny Artystycznej u prof. Stefana Gałkowskiego w 1964 roku i tam poznała mego brata, za którego wyszła za mąż 18 lipca 1964 roku.W tym samym roku 26 lipca tydzień po ślubie z Józefem wyjechała z Krakowa do Zielonej Góry. Pracowała w Fabryce Dywanów w Zielonej Górze, jako główny desenator. Następnie pracowała w Wojewódzkim Domu Kultury, jako kierownik Działu Amatorskiego Ruchu Artystycznego. Od 1972 roku zaczęła pracę na własny rachunek, jako plastyk przyjmowała prace zlecone na terenie całego województwa. W roku 1987 przeszła na rentę, od 1994 roku na emeryturze.

Józef z Krysią mają dwoje dzieci i trójkę wnucząt.

W latach 60. W swojej zielonogórskiej pracowni realizuje cykle zainspirowane motywami apokalipsy i kataklizmu. Świat widziana oczami artysty to taki, w którym unicestwia się podstawowe uniwersalne wartości, ludzkość staje w obliczu zagłady, niszczeją niegdyś pełne życia miasta i życiodajna natura. W obrazach dominuje nastrój lęku i niepokoju wynikającego z obawy o przyszłość ludzkości.

POMPEA I

Pompea II

W dekadzie lat 70 twórczość Józefa nawiązuje do przeszłości, obrazy „Wytrwać” (1974), „Zmierzch”(1976), „Syzyf”(1976-77) to obrazy, które powstały pod wpływem inspiracji antycznej i renesansowej, dokonuje swoistej reinterpretacji tekstów mitologicznych i rzeźby Michała Anioła „Dawid”. Poszukuje w nich odpowiedzi na odwiecznie przez twórców zadawane pytania na temat kondycji artysty, miejsca sztuki w relacji twórca – dzieło – czas.

WYTRWAĆ TO PERSIST

W latach 70. Powstają pejzaże pełne obsesyjnie powracających motywów grozy i katastrofy.
Obrazy ukazują puste przestrzenie, na których jedynym świadectwem pobytu człowieka są powbijane kołki, szubienice i rozkopane doły, uwięziony ptak. Przeważają kolory ostre, kontrastowe wobec siebie, to potęguje klimat niesamowitości, strachu i przerażenia.

storch 2

 Początek lat 80 przynosi ogromne zmiany w życiu rodziny i twórczości artysty.  Józio przenosi się do Grażyny uroczej małej miejscowości położonej wśród lasów i jezior.    Inny tryb życia i wokół panująca cisza i spokój. Wszystko, to ma duży wpływ na podejmowane w obrazach tematy, zmienia się również technika wykonywanych obrazów, coraz więcej pasteli ukazujących piękno otaczającej go przyrody.

Dom i gospodarstwo coraz bardziej absorbują Józia, a wymusza to między innymi trudna sytuacja gospodarcza w latach 80- tych, braki na rynku (kartki), sprawia, że coraz rzadziej odwiedza rodzinny Frampol. Aby utrzymać rodzinę ima się różnych zajęć oprócz malarstwa. Obydwoje z Krysią kochają zwierzęta, więc w ich domu zawsze było przynajmniej dwa psy i kilka kotów, były również inne zwierzęta (kozy, kury, kaczki, perliczki, pawie, a w domu w klatce kanarek). My w miarę możliwości odwiedzamy ich w tej samotni.

Mile wspominamy każdy nasz pobyt w Gryżynie zawsze serdecznie przyjmowani przez Krysię i Józia. Szczególnie niezapomniane grzybobrania roku 1980, kiedy i nie gorsze w innych latach, jeżeli byłem tam w sezonie grzybobrania. Każdy mój, czy nasz pobyt w Gryżynie był owocny, zawsze wyjeżdżając wiozłem ze sobą pamiątkę bardzo dla mnie miłą, obraz. A zebrała się tych obrazów przez te lata pokaźna kolekcja.

W roku 1992 otrzymałem od niego bardzo miły i kochany prezent, wspaniałą małą suczkę „sznaucerkę miniaturową – „Agusię”, która żyła z nami przez 13 lat i była naszym wiernym przyjacielem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Część mojej kolekcji obrazów, jakie dostałem od Józia:

Jezus 1970 pastel na płycie 32-26

Jezus obraz z 1970 roku.

 

adumy i afirmacji

Życie

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

79 rocznica bombardowania Frampola

13 września 2018 roku minie  79 rocznica bombardowania Frampola. O tym jakże tragicznym dniu dla Frampola pisałem kilkakrotnie na moim blogu:

Frampol 13 września 1939.

1 wrz 2017 12:41

 

Ocalić od zapomnienia.

6 wrz 2016 10:49

 

Frampol 13 września 1939 – wspomnienia mieszkańców Frampola 

7 wrz 2015 15:21

Ten, który zniszczył Frampol 13 września 1939 roku.

7 paź 2015 19:16

 

Frampol wrzesień 1939 – Wspomnienia Jerzego Czerwińskiego

5 gru 2010 09:40

Plan Frampola

Mapka Frampola, kolorem żółtym oznaczono teren zniszczeń w wyniku bombardowania i wywołanych pożarów bombami zapalającymi.

Fot. 23 Wwidok zbombardowanego Frampola

Jedyne zdjęcie bardzo dobrej jakości obrazujące we  fragmencie ogrom zniszczeń powstałych w wyniku bombardowania, a otrzymałem możliwość jego publikacji od Pana Piotra Nasiołkowskiego ze Skarżyska-Kamiennej.

Nigdy nie za wiele jest jednak, o tym mówić i przypominać szczególnie młodym pokoleniom.  79 Rocznica wybuchu wojny i bombardowania Frampola sama w sobie mówi, że coraz mniej jest ludzi, którzy te wydarzenia pamiętają i na ten temat mogą coś powiedzieć. Powiedzieć jak, to naprawdę było, a nie przedstawiać „fikcję wyssaną z palca”.

Hitlerowski najeźdźca zniszczył Frampol. Na  małą osadę przez nikogo niebronioną, „bohaterscy” lotnicy Luftwaffe bezkarnie zrzucali bomby burzące i zapalające, zabudowania  w ponad 70%, uległy spaleniu bądź zburzeniu. Większość mieszkańców Frampola straciła dorobek życia całych pokoleń.
W czasie bombardowania Frampola zginęło dwoje mieszkańców Frampola:

Wacław Miazga lat 70,                                                                                                                          Władysława Małyszek lat 48,

Oboje zamieszkiwali przy ulicy Cichej, ich gospodarstwa były położone w niedalekiej odległości od siebie. Poniosła również śmierć nieznana z nazwiska uciekinierka z Krakowa, która zginęła koło kościoła, spłonęła, ponieważ w pobliżu niej wybuchła bomba zapalająca, o czym pisał w swych wspomnieniach Jerzy Czerwiński.

Niewielkie straty pośród ludności cywilnej można zawdzięczać temu, że wcześniej na Frampol zrzucone były bomby oraz temu, że istniał punkt nasłuchu i ostrzegania ludności przed samolotami wroga i ludność ewakuowała się w pobliskie doły – wąwozy i do lasu.

Stanisław Oszust we wspomnieniach tego dnia mówił o mieszkańcu Frampola wyznania mojżeszowego, który zginął na placu pomiędzy ulicami targową i Orzechową.

W czasie bombardowania zginęli i pochowani zostali na frampolskim cmentarzu żołnierze:

Kolewski Franciszek,

Kramer Zygmunt,

Kubicz Augustyn,

ilu żołnierzy zostało rannych w czasie nalotu źródła nie podają.

To, czego nie udało się zrobić 13 września 1939 roku dokonane zostało w listopadzie 1942 roku, kiedy to cała ludność żydowska Frampola  straciła życie zamordowana na miejscu, bądź przepędzona drogą śmierci do obozów zagłady.                                                  Ludność Frampola – który przed wojną liczył 3252 mieszkańców w tym 1446 mieszkańców wyznania mojżeszowego nagle zmalała o połowę, z pośród ludności żydowskiej praktycznie nie pozostał nikt. Przy życiu pozostało kilka osób wyznania mojżeszowego ukrywanych przez lata przez ludzi, którym nie był obojętny ich los i mieli warunki, aby ich przechowywać.

Ponieśli wielkie straty również pozostali mieszkańcy Frampola, którzy przez lata okupacji poddawani byli eksterminacji. Wielu ludzi wywiezionych zostało na roboty do Niemiec, część trafiła do obozów zagłady.  Z terenu gminy wysiedlono 1299 osób z tego z samego Frampola 738, całych rodzin bądź samotnych osób.

Powracając do dnia 13 września. Data ta powinna być żywa w naszej pamięci zawsze, by nikt nie mógł powiedzieć, że o zdarzeniach, jakie nastąpiły 13 września 1939 roku nie można było mówić w domach rodzinnych. Sądzę, że obecnie mamy możliwość upamiętnienia tej tragicznej daty w naszej historii. Wnioskowałem do władz Gminy Frampol    o nadanie rondu na drodze krajowej i wojewódzkiej nazwy -imienia „13 września”, ale niestety bez skutku. Mam prośbę do władz gminy, aby została poprawiona tablica na cmentarzu z wykazem poległych żołnierzy, ponieważ zawiera ona błędne informacje.

 

„Nasze Kresy” Adam Maciurzyński

W V części  materiału o członkach P.O.W z Frampola przedstawiłem sylwetkę Adama Maciurzyńskiego i jego działalność na rzecz utrzymania niepodległości i suwerenności Polski. Adam ubiegając się o nadanie Medalu Niepodległości pisał o swej działalności na tej niwie, o tym, że wydał broszurę „Nasze Kresy”, w której wskazywał na polskość ziem, którą w tym czasie starali się zagarnąć nasi sąsiedzi. Przedstawiam ten materiał w całości w wersji oryginalnej, a mogłem to zrobić dzięki uprzejmości Pana Iwo Hryniewicza pracownika Biblioteki Narodowej, za co serdecznie mu dziękuję.

Adam Maciurzyński, jak pisałem części V nie otrzymał żadnego odznaczenia Krzyża, czy Medalu Niepodległości bo szanowna komisja uznała jego wkład pracy był za mały w pracy o Niepodległość.

 

.Adam w Brześciu 1931 — kopia

 

Dr. Adam Maciurzyński

Nasze Kresy

(Ruś Czerwona, Śląsk Górny i Cieszyński, Orawa, Spisz)

Część I

Płock – 1919  Nakładem księgarni E. Trautmana. Warszawa –Gebethner i Wolff. Druk F. Pauli
w Płocku, Grodzka 6.

 

Wstęp

Nawet u narodów cieszących się ustawicznie niepodległością, a stojących na wysokim stopnia kultury i uświadomienia narodowego krańce państw a często zarysowują się niewyraźnie. Umyślnie i z wyszukaną przebiegłością pracowały zaborcze, a wrogie nam rządy, żeby nas nie tylko pogrążyć w największej ciemnocie umysłowej, nie tylko nie dać nam pojęcia o naszej sile narodowej, ale nawet usunąć jak najbardziej różnice między nami a najeźdźcami. Pracowały miljony marek, rubli i koron, aby zupełnie zatrzeć granice naszego narodowego posiadania.

Usypiano na krańcach naszej ziemi czujność narodową, by tern łatwiej zasymilować powiat za powiatem. Dziś naród polski drgnął i obudził się z wiekowego letargu niewoli. Zmartwychwstała Ojczyzna nasza, Polska, zbiera pod skrzydła swe dzieci. Jej najlepsi synowie pracują nad ustaleniem granic na kresach. Miljony jej synów nie znają kresów tych, a pisano o tern nie dość wiele. Niechże praca niniejsza idzie między lud i służy ku pożytkowi społecznemu, niech budzi nas z letargu nieświadomości. Poznajmy naszą ziemie, pokochajmy ją, a będziemy tym więcej jej bronili. Obowiązkiem każdego Polaka i Polki jest poznać węgły naszego domu narodowego.

Często w ostatnim czasie trafiło mi się słyszeć słowa: czemu mamy bronić Lwowa, wszak to ziemia ruska. Inni mogą sobie postawić pytanie podobne w sprawie Śląska, inni w sprawie Poznańskiego, Pomorza i t. d. Wszak w tych ziemiach moc jest niemców. A w końcu wypada pomówić też i o czwartym węgle naszego domu narodowego, o polakach, mieszkających na Litwie i Białorusi, o naszych wschodnich rubieżach. Ponieważ dziś, idąc sprawiedliwie, nie wystarcza tylko powoływać się na fakt dokonany, stworzony na podstawie przemocy i gwałtu, często przeto ciekawą jest rzeczą powołać się na dane historyczne od najdawniejszych czasów, bo te dają gwarancję pewności i sprawiedliwości. Przejdźmy je kolejno.

 

Ważniejsze z dzieł w sprawie kresów.

Romer E . : Polacy na kresach pomorskich i pojeziornych

Czekanowski J.: Stosunki narodowościowo – wyznaniowe na Litwie i Rusi.

Pawłowski S.: Ludność rzymsko -katol, w polsko-ruskiej części Galicji.

Zejszner: Spisz, Orawa (Bibl. Warsz, 1853, 54, 55 r.)

Tetmajer K.: O Spisz, Oraw ę, Podhale.

Zawiliński: Z kresów polszczyzny.

Czechowski A.: Prusy Wschodnie i Zach., W. Księstw o Poznańskie, Śląsk Pruski.

Chołoniewski A.: Gdańsk i Pomorze gdańskie.

Stam Jerzy: Gdańsk jako główny port Polski.

Bełza St.: W zapomnianej stronie.

Gołębiewski H.: Obrazki rybackie z półw. Helu.

  • Wasilewski L.: Litwa i Białoruś, m

Koszutski: Geografja handlowa Polski.

 

  1. R u ś C z e r w o n a .

Gdy sięgniemy pamięcią w stare, zamierzchłe dzieje, w czasy, kiedy to zaczęły się wyłaniać, jakby z poza mgły dziejowej, plemiona słowiańskie, to plemiona te, jak dowodzi porównawcza nauka języków słowiańskich, bardzo mało różniły się między sobą, i tylko ogromne obszary terytorjalne wpływały na różnice między nimi. Pod naciskiem zaborczości odwiecznej Niemców wytwarzają się (po upadku krótkotrwałego państwa wielko-morawskiego) na zachodzie: państwo czeskie i polskie. Książęta Polan z nad Gopła łączą kolejno Mazowszan, Ślęzan, Chrobatów Białych (około Krakowa), Chrobatów Czerwonych (dzisiejsza Ruś Czerwona).

U Nestora, ruskiego kronikarza, mnicha z Kijowsko – Pieczerskiej Ławry, znajdujemy bardzo ważną dla nas wzmiankę, udowadniającą, że Polacy byli pierwszymi gospodarzami na Rusi Czerwonej. Nestor mówi, że książę ruski Włodzimierz w drugim roku swego panowania, a w 981 po nar. Chrystusa wyprawił się na „Polaków i zajął grody ich: Przemyśl, Czerwień i inne,“ t. j. dzisiejszą Galicję Wschodnią, a zabrał ją Mieszkowi I, Ochrzciwszy z pomocą misjonarzy greckich w obrządku wschodnim, wprowadził ten odwieczny rozdział pomiędzy bratnie plemiona. Odtąd rozpoczyna się na tych ziemiach słowiańskich zażarta walka dwóch kultur, z dwu źródeł płynących:

Rzymu i Bizancjum.

Bolesław Chrobry przyłącza dalsze plemiona do swego państwa: Morawian, Słowaków, uśmierza walki domowe w Czechach, zaproszony przez tamecznych książąt. Roku 1018 odbiera grody Czerwieńskie, przyłącza Pomorzan, (między dolnym biegiem Wisły i Odry).

Za Mieszka II, jak wiadomo z historji, zabierają sąsiedzi i Ruś i Pomorze,  Morawy i Słowacczyznę. Wskutek łączności religijnej, przez obrządek wschodni, Chrobaci Czerwoni łączą się ściślej z Rusią Kijowską i zwą się Rusinami. Kościół odegrał tu rolę olbrzymią.

(Podobnie jak i dziś Słowianie-południowi jednym językiem mówiący, ale różnego obrządku, dzielą się na prawosławnych Serbów i katolickich Chorwatów).

Na Rusi Czerwonej z czasem tworzą się odrębne księstewka, walczące między sobą, wiążące się sojuszami z Polakami i Węgrami, dopóki nie zniosła ich straszna pożoga tatarska w 1240 r.

Odbudowując Ruś, ściągał licznych kolonistów polskich, Daniel Romanowicz. Po jego spadkobiercy, Jerzym, zmarłym bezpotomnie, objął w swe panowanie Ruś najbliższy jego krewny, Kazimierz Wielki i zagospodarował ją, gojąc rany kraju po nawale tatarskiej i wojnach domowych książąt ruskich.

Teraz rozpoczyna się praca kulturalna Polaków na Rusi z nową siłą.

Kazimierz Wielki nadaje całe obszary pustej ziemi rycerzom, aby ją zagospodarowali i bronili jej.  I tak otrzymuje w 1562 r. Stanisław ze Strożysk Rzeszów z okręgiem.

Nad Dniestrem, wojewoda Spytko z Melsztyna posiadł od Władysława Jagiełły w 1390 r. całą Samborszczyznę od Dobromila, aż ku Stryjowi.

Władysław Warneńczyk w 1441 r. obdarowuje zasłużonego w walkach z tatarstwem rycerza Jana z Sienna starodawnym Oleskiem z całym przyległym powiatem, roszczącym sobie po tym prawo do nazwy księstwa. Spytko z Melsztyna za wielkie zasługi w walce z hordą tatarską otrzymuje Księstwo Podolskie i daje gardło w bitwie z Ordą.

Bujna i nader żyzna ziemia na kresach wschodnich ściąga ludność z zachodniej Polski, która mimo grozy napadów tatarskich, uchodzi z gęsto zaludnionej Wielko i Małopolski i tu się osiedla.

Magnaci budują cały szereg zamków i zameczków, zakładają cały szereg miast, miasteczek i wsi. Za Kazimierza W. znane były jako miasta:

Lwów, Przemyśl, Sanok Halicz.

Wszystkie inne powstały, dopiero za dalszych rządów polskich, po większej części na całkiem pustym gruncie.

„Rzeszów i Stryj — małe osady, powiada w swych szkicach historycznych K. Szajnocha, — otrzymują przywileje od Władysława Jagiełły. W miejscu dzisiejszego Sambora stało spustoszone sioło Pohonicz, na którego gruncie wojewoda Spytko z Melsztyna około 1390 r. założył Sambor.

Złoczów należał w XV w., jako wioska do dóbr oleskich i wzniósł się dopiero za Siennieńskich, Górków i Sobieskich.

Tarnopol winien swój początek sławnemu Janowi Tarnowskiemu, założycielowi miasta w 1540 r. Brzeżany urosły w miasteczko w 1530 r. za staraniem Sieniawskich.

Żółkiew założył hetman Żółkiewski około 1597 r. na gruntach wsi Winniki.

Trzeci z hetmanów-założycieli Stanisław Rewera -Potocki około 1654 r. zbudował na gruntach wsi Zabłocia miasteczko Stanisławów.                                                                            Za Czortkowskich powstał Czortków roku 1522.

Zaleszczyki podniosły się dopiero za Poniatowskich w XVIII wieku;“

„Ledwie też nie każden z dawniejszych rodów polskich przyczynił się do uprawienia i zabudowania ziem czerwono-ruskich fundacją jakiegoś miasteczka.                                      Tęczyńscy np. w r. 1605 założyli Toporów, około 1560 r. Podgrodzie w pobliża Rohatyna.  Sieniawscy prócz Brzeżan r. 1552 wznieśli Prokopów czyli Wojniłów, 1549 r. Kałasz, 1578 r. Tustań czyli Chorostków, 1576 r. Oleszyce, około 1676 r. Sieniawę.

Zamojscy roku 1580 Zamość, 1615 r. Tomaszów, niegdyś Rogoźno, 1588 r. Krzeszów.

Tarnowscy prócz Tarnopola zbudowali około 1548 r. Tarnogórę.                                            Żółkiewscy przed założeniem Żółkwi dali około 1584 r. początek Brodom.                Potoccy prócz Stanisławowa założyli r. 1553 Suchostaw czyli Jabłonów , około 1570 r. Potok, 1676 r. Tartaków, około 1692 r. Krystynopol, 1715 r. Kuty

Herburtowie ufundowali 1515 r. Podkamień, 1538 r. Kukizów, 1566 r. Dobromil.

Żórawińscy 1489 r. Bukaczowce, 1563 r. Jaryczów, około 1563 r. Żórawno.

Lipscy 1607 r. Bełżec, około 1620 r. Lipsko w Żółkiewskim. Łaszczowie 1503 r. Strzemilcze, 1549 r. Łaszczów , niegdyś Domanysz.

Tarłowie 1570 Mikołajów,

Fredrowie 1580 r. Niemirów.

Firleje 1570 r. Firlejów.

Reje 1547 r. Rejowiec.

Jordanowie 1595 r. Mikulińce.

Sienieńscy 1504 r. Pomorzany.

Jazłowieccy 1559 Barysz.

Mieleccy 1548 r. Cljście nad Dniestrem.

Strusiowie Strusów .

Opalińscy 1638 r. Opalin.

Maciejowscy 1557 r. Maciejów.

Płazowie 1615 r. Płazów .

Pileccy 1569 r. Sokołów.”

Pozostawałoby jeszcze do wymienienia kilkadziesiąt innych fundacji między Sanem, Bugiem a  Zbruczem (w byłej Galicji Wschodniej na północ od Dniestru). Z tych przynajmniej znamienitsze niech nam będzie wolno przypomnieć w porządku chronologicznym.

Roku 1597 powstał Leżajsk, 1400 Hrubieszów, 1420 Dunajów, 1424 Sokal. Około 1451 Mrzygłód i Radymno, 1455 Rawa Ruska, 1471 Komarno i Kamionka Strumiłowa, 1510 Żurów, 1515 Uhrynów, 1516 Załośce, 1525 Husaków, 1550 Borek, 1558 Waręż, 1549 Budzanów, 1549 Mosty Wielkie, 1559 Husiatyn, 1571 Rozdół, 1588 Dubienka niegdyś Dębno, 1588 Korytnica niegdyś Wręby,  Magierów,

1610 Baligród, 1611 Janów , 1615 Sasów, 1619 Kasperowce czyli Lutomirsk. Po 1665 (Uścieczko nad Dniestrem, 1672 Wielkie Oczy i t. d .[1]) (Szajnocha „Szkice historyczne. Zdobycze pługa polskiego.”)

Ważną przyczyną tego ogromnego osadnictwa jest to, że rycerze polscy ogłaszali przy zakładaniu miast „słobodę” czyli „swobodę” t. j. wolność od wszelkich czynszów i danin na pewną ilość lat. Ludność więc z zachodnich prowincji polskich, gdzie, za przykładem Niemiec, pańszczyzna stawała się coraz uciążliwszą, uciekała ustawicznie na wschód, by tu na wolności dorabiać się chleba. Obok niewolnej ludności przybywała też i szlachta. Ludność polska kolonizowała Ruś i mieszała się z pozostałą po napadach tatarskich ludnością ruską, często przyjmowała jej zwyczaje, język i t. d.

W dalszym ciągu osadnictwo sięgnęło za Zygmunta III i Władysława IV aż do Dniepru, z tą samą siłą i przedsiębiorczością.

„Ja sam — mówi w swoim opisie Ukrainy zatrudniony przez Władysława IV inżynier francuski Beauplan: — „założyłem na Ukrainie przeszło 500 wsi, z których następnie do 1000 osad urosło.[2])

Zawierucha Chmielnickiego zmiotła wiele osad i zamieniła kraj w popioły. I znowu nie minęło lat 100, jak cały kraj zaludnili wychodźcy polscy łącznie z inną ludnością sąsiednich krajów.

I nic dziwnego, ho, jak mówi Kromer Marcin w drugiej połowie XVI wieku, „w stronach południowej Rusi już prawie więcej w używaniu jest djalekt polski niż ruski, gdyż dla żyzności gleby i harców z Tatarami chętnie tam osiadają Polacy.“ A było też wiele szlachty z „Korony”  zwabionej urodzajnością roli.

 Lecz sięgnijmy do nowszych czasów.

Ludność polska z czasem coraz bardziej się rutenizowała, a to głównie z winy krótkowzrocznej polityki możnowładców polskich, którzy dbali przede wszystkim o to, aby ich włości zapełniły się zbiegami. Na swoich terytoriach budowali oni wiele cerkwi, a mało kościołów.

Mamy dziś wiele dokumentów w b. Wschodniej Galicji, gdzie fundatorami cerkwi są polscy panowie. Chłop też polski przechodził, acz niechętnie, na obrządek wschodni, bo między pozostałą ludnością ruską czuł się on bliższym chłopu prawosławnemu, niż katolickiemu ekonomowi lub panu.
(A pamiętajmy, że to były czasy wszechwładnej w Europie pańszczyzny). Dotąd jeszcze pokutuje to zdanie wśród ludu. Kiedy pewnego razu na odczycie w tarnopolskim (1910) we wsi Hłuboczku zapytałem ludzi, czemu mówią między sobą po rusku, choć ze mną mówią po polsku, odrzekli mi:
-„Bo to, proszu pana, polska mowa to pańska, a ruska to chłopska”.  A w kościele modlą się po polsku. I tylko po tym można poznać polaków, którzy modlą się z dziada pradziada, choć ta modlitwa, gdy się jej uważnie przysłuchać, wiele ma słów dziś nieużywanych a znanych tylko badaczom  staropolszczyzny[3]. )

Lecz nie tylko chłopi rutenizują się. W okolicy Mikołajowa, na południe ode Lwowa, spotkałem wieś Czajkowice — sama herbowa szlachta polska greckiego obrządku, po rusku mówiąca.

I to, co mówił wieszcz nasz Mickiewicz o braci szlachcie w Dobrzyniu i okolicznych zaściankach, prawie słowo w słowo sprawdza się na nich. Cała wieś — sami Czajkowscy — z najrozmaitszymi przydomkami — przezwiskami (imioniskami), pełni dziwactw na punkcie szlacheckości.

Sami przyznają, że byli niegdyś Polakami ich ojcowie, bo z Polski przyszli, ale oni, ponieważ mieszkają na Rusi, to i są Rusinami. Takich wsi jak Czajkowice jest b. wiele.

Wiele też pracy potrzeba włożyć w ten lud, by dokrzesać  się polskości i doprowadzić, aby tym językiem, co mówią z Bogiem, mówili i między sobą.

W ostatnich czasach Rusini[4]) wszczęli walkę o polskie dusze, starając się na wszelki sposób przerobić wszystkich chłopów na Rusinów. W sposobach walki nie przebierali.

W Płotyczy (pod Tarnopolem) opowiadali mi chłopi z płaczem, że boją się przyznać do polskości, bo im wypasają nocami zboże, podpalają kopy zboża i siana. Wprost  trudno uwierzyć Polakowi z Galicji Zachodniej lub Wielkopolski jakie stosunki panują we Wschodniej Galicji. Wiele o tym mógłby napisać ze swych wspomnień prof. Stanisław Srokowski, który kilkanaście lat stał na czele bardzo ruchliwego Koła Towarzystwa Szkoły Ludowej (Polska Macierz Szkolna) w Tarnopola. Obok uniwersytetu ludowego w mieście T. założył 130 czytelń po wsiach, urządzał kursy handlowe, wysyłał prelegentów. Procent też Polaków z kilkunastu w okolicy wzrósł do 42%. Jak wielka jest jednak agitacja ruska, można poznać i z tego, że jednego roku przed wojną przeciągnęli w archidjecezji lwowskiej kilkanaście tysięcy dusz na swój obrządek. To też duchowieństwo polskie jęło się z całym zapałem pracy nad ludem, ratowania mniejszości polskich, budując kościółki, kaplice, tworząc ekspozytury i t. d. Sprawa rutenizacji idzie zaś tym łatwiej, że dzięki nadaniom szlachty polskiej parafje ruskie są bardzo gęsto rozsiane po krają i są bogato uposażone. Stosunek ten wypada kilkakroć więcej na korzyść Rosinów. Na przykład w parafji rzymsko-katolickiej (w potocznym życia ożywa się skróceń: parafja obrządku łacińskiego— w przeciwstawieniu do grecko-katolickiej, (zwanych krótko: greckiego obrządku), —składającej się z 15 do 20 wsi, przypadka  10 do 20 parafji ruskich.

Parafja Turka jest tak wielka jak cały powiat Turka (1458 kim. kwadr.). W powiecie Skole są parafje liczące po 638 kim. kw. Księża ruscy ze swymi córkami i synami tworzą całą inteligencję wiejską i w swym własnym interesie, dla większych dochodów, starają się ściągnąć na ruski obrządek jak najwięcej parafjan.

Chłopek zaś polski bardzo często, czy to dla złej drogi, czy też dla odległości od kościoła swego, czy też z powodu choroby dziecka, chrzci niemowlę w najbliższej cerkwi, „boć jeden Pan Bóg polski czy ruski,“ i dziecko już liczą za rusina. A jest też ludności polskiej w Galicji Wschodniej sporo, bo część djecezji przemyskiej z 601,947 duszami i cała archidjecezja lwowska licząca 875,673 dusz[5].)

Ludność katolicka stanowiła przed wojną 55 %  ludności Galicji Wschodniej, a mieszkańcy używający języka polskiego jako mowy swej 44%.  Według obliczeń prof. Pawłowskiego  1919 r. mieszka w Galicji Wschodniej 3,300,000 greko-katolików, 1,800,000 Polaków i 700,000 żydów. Polskiego języka używało 2,600,000 mieszkańców, Rusińskiego 3,200,000, niemieckiego 70,000.

Dla uzupełnienia naszkicowanego obrazu dodam, iż wielką szkodę polskości wyrządziła austrjacka polityka.

Ona to w myśl zasady: „divide et im pera“ (różnij czyli dziel i panuj), zasiała nieustanną niezgodę pomiędzy polskim dworem, wydzielonym w osobną jednostkę administracyjną, w tak zwany „obszar dworski“ a wsią, z których każda również tworzy osobną gminę. Jeżeli się doda różne sprawy rolne podejrzliwość i nieufność włościan, to zrozumie się, jak trudna jest praca nad polskim ludem tamecznym. Praca jednak wydaje ładne owoce. W całej Rusi, a zwłaszcza w Tarnopolszczyźnie, cały szereg miasteczek i wsi czuje i myśli po polsku. Zakłada sobie szkoły dla mniejszości, tworzy współdzielcze spółki i sklepy, zawiązuje liczne Kasy Raffaisena, organizuje „ Drużyny Bartoszowe,“

Sokół Włościański i t. d. Wiele też ze szlachty, tak zw. „Podolacy,“ pracuje wraz z ludem i chętnie pomaga w oświacie i utrzymaniu polskości.

Punktem środkowym wszystkich instytucji oświatowych i społecznych jest Lwów. Na 200 tys. Mieszkańców  liczy on 61% Polaków -katolików . Jest to prawie tyle co w Warszawie (62% ma być:, Wilnie 53%).  Miasto wprawdzie założone przez księcia ruskiego Lwa 1253 r., ale gdyby nie opieka Kazimierza Wielkiego i innych królów polskich pozostałoby miasteczkiem mało znaczącemi, jak dawna stolica kniaziów ruskich Halicz lub Włodzimierz, które liczą dziś po kilkaset chałup i domków. Lwów na kresach stał się potężną warownią polskości, o którą się rozbijały zawsze najazdy Tatarów , Kozaków , Wołochów, Turków, Moskali. Bohaterscy obywatele miasta zasłaniali zawsze własnemi piersiami całą Polskę, a ich nieodrodni synowie i córki dowiedli dzisiaj jeszcze raz wobec całego świata, że Lwów jest polskim i takim być musi. Cała okolice Lwowa jest zasiana wsiami i siołami polskimi. I dziś „ Ukraińcy “ z całą zachłannością chcą zagrabić półtora miljona Polaków. Obowiązkiem przeto wszystkich nas obronić naszych braci od zupełnego zruszczenia i odcięcia całej masy ludności od pnia macierzystego.

Spieszmy z odsieczą Lwowa i bierzmy pożyczkę państwową, a ochronimy Ojczyznę od mnogich strat. Bo zruszczeni dziś nasi bracia, staną jutro we wrogich zastępach przeciwko nam.

 

  1. Ś l ą s k .

W ostatnim czasie wiele wrzawy światowej narobiła sprawa Śląska Cieszyńskiego. Zachłanność czeska, motywując swe prawa roszczeniami historycznymi  wbrew ugodzie tymczasowej z Polakami, napadła zdradziecko na starodawną ziemię Polski. Dla każdego z nas Polaków pretensje te do ludu polskiego są po prostu  zwykłą grabieżą, dla misji zagranicznych jednak, nie obeznanych ze stosunkami naszymi, mogły uroszczenia czeskie, poparte mapami historycznymi, mieć pewną rację, Mapy te, począwszy od końca X III w., wykazują, iż Śląsk jest prowincją Czech. Trwa to jednak niestety, jak wykażę niżej, paręset lat.

I nie dziwmy się Misji zagranicznej, bo niejeden z nas me mógłby rozsądzić sporu historycznego pomiędzy poszczególnymi prowincjami francuskimi czy angielskimi.

Drugą ważną naszą narodową placówką obok Chrobacji  Czerwonej a dzisiejszej Rusi jest Śląsk. Dzieje tej prastarej dzielnicy są tak dawne, Polska cala. Już najstarsi kronikarze niemieccy, jak Thiethmar (Ditmar) i Adelbold wspominają w swych zapiskach z X wieka, iż w tej krainie stykały się granice Serbji i Polski. Dziwne zdaje się to i nieprawdopodobne na pierwszy rzut oka, ale jest poniekąd i prawdziwe, skoro się zważy, że do dziś dnia mieszka na i Morawach do 1000 Serbów[6].)

Polacy tej dzielnicy, ochrzczeni przez Mieczysława I, dzielili długo wspólną dolę i niedolę całego narodu. Wskutek testamentu Bolesława Krzywoustego dostała się ona w udziale najstarszemu jego synowi, Władysławowi, Utracił ją jednak we walce z braćmi, których chciał pozbawić ojcowizny. Dopiero jego synowie odzyskali ją dzięki pomocy cesarza niemieckiego i jego wasala, najbliższego sąsiada Polski, księcia czeskiego, Władysława II. Czescy książęta już wtedy przyjmowali tytuły „najwyższego podczaszego cesarza niemieckiego “ (Sobiesław I)” i wzorowali się na urządzeniach niemieckich, przyjmowali ich dworskie zwyczaje, urządzenia na zamkach i t. d. Nic też dziwnego, że i polscy książęta z czasem zaczęli ich naśladować we wszystkim i powoli zatracać ściślejszą łączność z krajem macierzystym. Za wzorem książąt poszli bezmyślnie możni i szlachta. Na domiar nieszczęścia napad Tatarów zniszczył kraj aż po Lignicę, a nowo-powstające miasta zapełniły się kolonistami niemieckimi.

Lud jednak wiejski w znacznej części Śląska, trzymający się mocno swej mowy i swych starych zwyczajów, pozostał zawsze polskim. Stąd też i odwieczne prawo narodu polskiego do tej piastowskiej prastarej dzielnicy[7].)

Przejrzmy pokrótce historyczny proces. Wiadomo jest, iż książęta w średniowieczu uważali kraj za swoją prywatną własność. Dzielili kraj między synów, wyposażali nim córki, a że łatwiej było zniemczonym książętom ze Śląska porozumieć się ze słowiańskimi Czechami, więc też więcej mieli z nimi styczności. Widzimy też, jak z czasem rozdrabnia się Śląsk na kilkadziesiąt dzielnic. Dzielnice te kolejno jedna za drugą popadają w zależność od książąt i królików czeskich, zwłaszcza od bitwy lignickiej (1240), w której Polacy mieli otrzymać pomoc od na wpół zniemczonego króla czeskiego, Wacława I. Ten, po bezpotomnej śmierci i Mieszka raciborskiego, przywłaszcza sobie gwałtem przyległą ziemię opawską (stąd dzisiejsze prawa Czechów do Opawy i Raciborza). Synowie Władysława I, jednego z książąt opolskich, Bolesław, Kazimierz i  Mieczysław, już uwikłali się w zależność od Czechów. Roku 1295 uznają oni Wacława I za swego wodza, a  Mieczysław Lignicki 1305 r. wydaje swą córkę, Wiolę, za Wacława III. Lignica staje się własnością Czech. Na usprawiedliwienie książąt śląskich dodać by należało, że chytrość królów czeskich przy ogólnym zamieszania w Polsce wówczas zagarnęła całą zachodnią połać Polski, a Wacław II koronował się królem polskim 1300 r. w Gnieźnie. Napady na Polskę Krzyżaków, Brandenburczyków ułatwiły Wacławowi opanowanie tej części kraju.

Roku 1527-go przechodzą pod władzę czeską Księstwa:

Cieszyn, Oświęcim, Niemodlin, Opole, Racibórz, Bytom. Bolesław III, książę na Wrocławia, darowuje Czechom prawy brzeg Odry, zatrzymując sobie Opawę. Henryk  VI staje się podwładnem cesarza r. 1324, a Jana Czeskiego 1327 i przyrzeka, iż Wrocław „na wieczne czasy“ zostanie przy Czechach.

Książę na Lignicy, Bolesław, składa z Lignicy i Brzegu hołd Czechom. Synowie jego, nie mogąc wypłacić długów ojcowskich, do reszty wpadają w zależność od Czechów:

Jan na Styniawie, Henryk na Śagani, Konrad na Oleśnicy.

Zaledwie niektórzy mają pewną łączność z krajem macierzystym, naprz. Przemysław, książę na Głogowie (1310—11) żonaty z wnuczką Łokietka („wolę być żebrakiem wolnym, niż zależnym księciem“).  Gdy Henryk Jawornicki zrzekł się Łuży, Bolesław Ziembicki złożył hołd, Jan, ks. Góry, oddał połowę Głogowa, a z drogiej części wyrzucili Czesi ks. Sagańskiego, spraw a zależności Śląska od Czechow została przesądzona.

Kazimierz Wielki, zmuszony groźbami najazdu Czechów na Polskę, a chcąc zaprowadzić ład w wyniszczonym kraju, zrzeka się już tylko tytularnego swego władztwa nad Śląskiem w r. 1339.

Przechodzą więc w „wieczne posiadanie“ zagarnięte księstwa: Brzeg, Lignica, Sagan, Krosno, Oleśnica, Styniawa, Cieszyn, Niemodlin, Opole, Strzelce, Koźlę, Bytom, Racibórz, Oświęcim, Głogów, Wrocław. Ostatnia Ziembica wchodzi tytułem posagu w dom Karola I-go, króla czeskiego.

Szczątki południowo-wschodnie biskupi krakowscy kupiwszy od książąt: Zator, Siewierz, Oświęcim, uratowali  dla Polski. , . .

Od tej pory Śląsk jako państwo nie istnieje. —Istnieje on teraz tylko jako prowincja Czech, a po bohaterskiej śmierci ostatniego Jagiellona w Czechach, Ludwika, pod Mohaczem (1526) r., staje się prowincją habsburskich Rakus.

Rzecz znamienna, że Śląsk z wymarciem austriackich Habsburgów przechodzi w większej części do Hohenzollernów pruskich — odebrany  Marji Teresie przez Fryderyka II. Tylko południowy kraniec, tak zwany Śląsk Cieszyński i Opawski,  pozostają przy Austrji.

 W tym krótkim historycznym przeglądzie widzimy, jak władcy Czech, nie przebierali w środkach, od których ciągle, się roi w historii Śląska, byle zagarnąć naszą ziemicę.  Już to siłą, już to małżeństwem, już to intrygami pomiędzy braćmi, już to chytrością i podstępem, a potomkowie ich dzisiejsi, jeżeli ich nie przewyższają w tym, to bynajmniej im nie ustępują.

 

C z a s y   n o w s z e .

Przejdźmy do czasów nowszych. Śląsk pod panowaniem praskim został administracyjnie podzielony na 3 regiencje: opolską, wrocławską, lignicką (Śląsk Górny, Środkowy i Dolny). Resztę Śląska (1/8 część) pozostałego przy Habsburgach, podzielonego wrzynającym się klinem  Moraw , stanowi Śląsk Opawski i Śląsk Cieszyński. Co rzecz  ważna, iż zwierzchność kościelna, mimo podziała politycznego państwa, pozostała dawna.- prascy arcybiskupi wrocławscy zarządzali wiernymi i z monarchji  austrjackiej.

Z powoda polakożerstwa kardynała Koppa, w ostatnich latach przed wojną  Polacy i Czesi starali odłączyć się od Prus, a przyłączyć do której z dyecezji austrjackich: Czesi do Pragi, Polacy do Krakowa.

Obszar całego piastowskiego Śląska wynosi prawie tyle, co byłe gubernie: Kaliska, Piotrkowska, Kielecka i połowa Radomskiej. Obszar Śląska Cieszyńskiego mniej niż powiat płocki z płońskim, a Śląsk Opawski, obejmuje mniejsze terytorjum niż powiaty: płoński, płocki i lipnowski razem wzięte. (Obszar Śląska austrjackiego wynosi 5,150 kim. kw. czyli 94 mile kwadratowe. Sam Śląsk Cieszyński liczy 2,300 kim. kwadratowych).

Mowa ludu śląskiego, to odwieczne narzecze polskie, to język Reyów, Kochanowskich, Skargów, (bratowie, wróblowie, pachołcy), dziś jeszcze powszechnie używany w tym kącie państwa polskiego. Trąci on „ myszką,“ mimo woli przenosi nas w dawniejsze milsze nam czasy. Odczuwa się te archaizmy również w nazwiskach, (Bijok, Warzyńcok i t. d.). Mowa ta, jakby łańcuchem, łączy miejscowości od Wielkopolski, dążąc poprzez działy  Moraw , Orawy, Spiszu. To rozlewa się po nizinach aż do Krakowa, to znów chowa się za Tatry, by je objąwszy, wyłonić się znowu na Podhalu.

Mowa ta długi czas używana tylko wśród włościan, zepchnięta była do zabytków na wymarcia będących, jak ongiś język Drewian czyli Połabian, w XVII wieka ostatecznie zgiermanizowanych. Na naszych terytorjach prasłowiańskich widziało się ukradkiem na mapie rządu niemieckiego napis „ Wasserpolaken“ tak z w. Polacy mało  warci — to raczej Niemcy z polska jeszcze kaleczący.

Przecież Niemcy w swej zaciekłości dotąd nie chcą uznać Polaków w Polakach zamieszkujących b. zabór pruski i Śląsk, ale czelnie śmią nas nazywać Niemcami o polskiej tylko mowie. Znamienne było odezwanie się w ostatnim czasie ministra -prusaka do posła Korfantego: „I ty, panie Korfanty i tobie podobni, jesteście Niemcami mówiącymi po polsku“. I zdawało się, że jeszcze lat kilkadziesiąt, a przeszło półtora miljona dusz przepadnie dla narodu polskiego.

Ale znalazły się dzielne jednostki na Górnym Śląsku, jak Miarka Karol, [8]) Lompa, które rozbudziły duch narodowy. Jednym z największych jeszcze żyjących działaczy tam że i jednym z pierwszych posłów wybranych do parlamentu Rzeszy ze Śląska Górnego jest poseł Korfanty.

Dziś rejencja opolska liczy przeszło i,400,000 Polaków, ale wielu jeszcze ludzi jest słabo poczuwających się do polskości mimo ogromnej wprost pracy nad nimi.

Duchowieństwo dopiero na parafjach, o ile czuje się Polakami, wyrabia się, bo niechby w seminarjum spostrzeżono choć cień poczucia narodowego „polactwa“ już by taki alumn nie miał i godziny co porabiać w tym przybytku. Na polskie parafje kardynał Kopp nasyłał Niemców, by lud musiał z nimi mówić po niemiecku i, by łatwiej szła tym sposobem giermanizacja. To też mowa Ślązaków, aż strach co z a niemiecko-polska. By przekonać się, czy to możliwe, dość posłuchać mowy ich.

Co chwila to w polskiej formie niemieckie słowo (Kumie! Pojedziemy na banie — die Bahn — kolej). Spotykam dziewczynkę 12- letnią pod Białą i pytam „co niesiesz” „niosę friśtyk dla siostry co bigluje koszule“ (Frϋhstϋck — śniadanie, biegeln— prasować).

I tak bez końca. Albo. Jedzie dwóch włościan koleją, mówiących o gospodarstwie po polsku. Za chwilę słyszę: aber er sagte: i rozmowa toczy się już po niemiecku. Po 3 minutach znowu zwrot polski „ale co oni pletą” wprowadza nas w rozmowę poprzedniego tonu.

I tak w kółko. Wielu nie umie mówić po polsku, a uznaje się za Polaków i chce być Polakami. Razu pewnego rozmawiałem z takim -„Wasser-Polakiem“ słuchał, głową kiwał, potakiwał, że rozumiał, bo wstyd mu było powiedzieć, iż nie rozumie, a po skończonej mowie odzywa się do mnie:

„No ja, gut, aber erkfȁren sie mir das noch einmal deutsch“, (No tak, dobrze, ale objaśnij mi to pan jeszcze raz po niemiecku).

A jednak widać, że lud ten kocha Polskę. Nie chce on niemieckiej kultury choć błyszczącej, chce być tym, czym byli ojcowie. Chętnie uczy się po polsku i wstydzi się, że nie mówi dobrze swym językiem. Wiele też wydaje się pism i odezw w niemieckim języku dla uświadomienia Polaków.

Już po wybuchu rewolucji zaczęto wydawać pismo „Der weisse Adler“ „Biały Orzeł“ aby uświadomić o sprawach polskich na wpół zgiermanizowane rzesze i, jak się dowiaduję z gazet, cieszy się ono ogromną poczytnością wśród mas. Osobiście jestem zdania , by przyłączyć do Polski cały Śląsk, nie tylko Górny, ale Średni i Dolny, bo może nie wszystka polskość wygasła wśród ludu lub inteligiencji tamtejszej[9]) Zwłaszcza, że jeszcze dalej na zachodzie trzyma się bohatersko przeciw nawale giermańskiej 150.000 Serbo-łużyczan, zachowuje swój język, kulturę i obyczaje narodowe.

Na Śląsku Cieszyńskim ważną przeszkodą obok Niemców są Czesi. Czechizowali oni ustawicznie jako przełożeni po kopalniach robotników galicyjskich (ci prawie zawsze analfabeci dawali się przekonać przy spisach ludności, iż są Czechami, zwłaszcza, że bali się, by nie stracili zarobku. A naciąganie faktów stawało się czasem tragikomiczne. Np. w pewnej szkole było 200 dzieci polskich, a robotników i mieszkańców czeska gmina wykazała 16 Polaków !! Gdzie się inne sztuczki nie mogły udać, tam często renegaci (osławiony Kożdoń) wmawiali w lud, iż nie są oni Polakami, ale Ślązakami. Z darzył się przed paru laty taki fakt:

Pod czas poboru wojskowego w powiatowym  mieście stanęło do dwusta chłopaków na sali. Chciano ich rozdzielić według narodowości. Krzyknął więc podoficer po niemiecku, czesku i polsku:

– „Kto jest Niemiec niech idzie na prawo, kto Czech na lewo, kto Polakiem do drugiej izby. Kupa luda rozbiegła się, ale na środku pozostała część. Zirytowany podoficer podbiega i pyta: „a wy jakiej narodowości ?“ „My Ślązaki“ brzmiała odpowiedź”.

 

Ilość ludności.

Według ostatniego spisa austrjackiego z roku 1910 (w wielu wypadkach fałszowanego przez Czechów i Niemców ) ludność całego Śląska austrjackiego wynosi 640.000

dasz, a mianowicie: 235.000 Polaków, 225.000 Niemców, 180.000 Czechów. Śląsk Cieszyński zawiera 6 powiatów administracyjnych: Bielsko miasto, Bielsko wieś, Frysztat, Frydek miasto, Frydek wieś, Cieszyn. Podobnież i Śląsk Opawski liczy 6 powiatów: Frywałdów, Brantal, Karniów, Opawa miasto, Opawa wieś, Bielowiec. Podobnie i co do ludności obie te części są prawie równe. Gdzie mieszkają Polacy?. Zamieszkują oni zbitą masą powiaty: bielski (65.000 dasz czyli 70% ludności), cieszyński (70.000 dusz czyli 80%), frysztacki (72.000 dasz czyli 81%), Rydecki (15.000 dasz czyli 16%). Reszta mieszka już to po miastach’ Już to na Śląska Opawskim, gdzie jak wykazują obliczenia profesora Romera tworzą oni od 1 % do 5%. Jeżeli się zważy, że w większych miastach mieszkają w znacznej liczbie koloniści niemieccy, to łatwo się zrozumie, iż ludność polska^ stanowi ogromny procent żywiołu wiejskiego (w wielu wsiach 100%). Z wyjątkiem zniemczonego miasta Bielska i małego skraw ka nad rzeką Ostrawicą (powiat frydecki[10]), gdzie zamieszkuje polska ludność zczechizowana, cały Śląsk Cieszyński jest polski.

Ciekawą jest rzeczą co mówią w tej sprawie uczeni czescy. Sławny Szafarzyk[11]) uważał przed 50-iu laty jako granicę między ludnością czeską a polską rzekę Ostrawicę (prawy dopływ Odry), na zachód Czesi, na wschód Polacy. Szafarzyk w swem europejskiej sławy dziele: Starożytności słowiańskie (§ 38 str. 423) mówi: „Obywatele Opawy, Cieszyna, Karniowa według języka byli Lechowie.” To dowodzi, że najdawniejszą, tubylczą ludnością Śląska Cieszyńskiego i Opawskiego byli od dawna Polacy. Drugi uczony czeski, Szembera, w kilkanaście lat później posuwa ją dalej na w schód i dołącza do czeskiego posiadania wsie z ziemi polskiej, podobnież i jego kolega Bartosz. W miarę zagarniania ziem i polskiej powiększają się i apetyty, bo dzisiaj w „Ostrawskim Denniku“ 1919 r. żąda się kraju aż po Kraków jako „odwiecznej czeskiej” szkoda, że nie żądają aż po Bóg i Narew !

Co do wyznania to Śląsk Cieszyński zamieszkuje 250,000 katolików , (76% ludności), 78.000 ewangielików (22%), 6,000 żydów (2%). Ogromne pokrzywdzenie Polaków widoczne jest w dziedzinie oświaty, bo gdy na 56,000 Niemców jest 9 gimnazjów , 85,000 Czechów ma 1 szkołę średnią, to na 218,000 Polaków przypada jedno gimnazjum .

Krzywda ta wynika z tej przyczyny, iż o szkolnictwie krajowym decyduje tylko Wydział Krajowy. Ten wskutek wadliwej swej organizacji daje przewagę żywiołowi niemieckiemu z pokrzywdzeniem słowiańskich narodowości. Jeżeli się zaś zważy, że pomiędzy Polakami a Czechami były spory, to Niemcom łatwo udawało się unicestwiać nawet próby jakiejkolwiek reformy na polu szkolnictwa.

Ludność niektórych powiatów zachodnich Śląska Cieszyńskiego, jak zaznaczyłem, według dzisiejszego twierdzenia Czechów, jest czeska ponoć, ale w rzeczywistości jest ona rdzennie polska, a dzięki swej ciemnocie umysłowej, bałamucona jest przez naszych wrogów. Bo wystawmy sobie robotnika-analfabetę, któremu grożą wyrzuceniem z fabryki lub kopalni Czesi i Niemcy, jeżeli poda przy spisie, że jest Polakiem, lub dowiedzą się oni, iż głosuje na Polaka. Dla chleba idzie po linji najmniejszego oporu.

Proszę Pana“ — opowiadał mi jeden z nich — nasze Polaki to naród bidny. A polskiej szkole za naukę płacić trzeba, a w niemieckiej, albo czeskiej, to jeść dadzą i książki darmo i nauka darmo.” Tu zyski materjalne łatwo zachwieją słabą wolę. Co jest zaś charakterystycznem , że najmniej na te argumenty są odporni robotnicy-analfabeci  przybyli z b. Galicji lub b. Królestwa.

Pracę narodową podjęto dopiero kilkanaście lat temu.

Grono osób skupionych już to w Macierzy Szkolnej (tam zwaną: Towarzystwo Szkoły Ludowej – T. S. L.), zasilanej funduszami całej Polski, a szczególnie z Warszawy dzięki staraniom ś. p. H. Sienkiewicza i mecenasa Osuchowskiego, już to w innych instytucjach narodowych. Założono gimnazjum w Cieszynie, szkołę realną w Orłowej, mnóstwo szkółek i t. d. Kupiono gmach w Cieszynie, w którym ulokowano „Dom Ludowy.” Jest pocieszającem, że zrozumiały to i inne stronnictwa, które często zbyt ustępliwe są na gruncie narodowym. Także w ostatnich czasach i „Polska Partja Socjaldemokratyczna w Galicji i na Śląsku” wobec tej walki wynaradawiającej zajęła narodowe stanowisko i ujęła się za polskim robotnikiem wobec kapitalisty Niemca i Czecha, a typowem jest dla Śląska (obydwu zaborów), że tam niema posiadłości większych w ręku polskiej szlachty. Tam są-dwie wrogie sobie kategorje posiadania chłop-robotnik Polak i obszarnik-magnat, fabrykant Niemiec i rzadziej Czech. Toteż najbardziej prawy prawicowiec w zupełności będzie się pisał na patriotyczne mowy socjalistycznych posłów ze Śląska Cieszyńskiego, jak zarówno skrajny socjalista głosuje za wnioskami tamtejszego narodowego demokraty! Wspólny wróg łączy Polaków różnych partji.

Pragnę i staram się pisać najbardziej przedmiotowo o całej sprawie, gdyby zaś kto posądzał mnie o stronniczość, niech przejrzy numery „Dziennika Cieszyńskiego” zwłaszcza z czasów spisu ludności lub wyborów.

Co do granic narodowościowych w zachodniej części Śląska Cieszyńskiego, to w porównaniu z wymienionymi uczonymi czeskimi w swych badaniach i dociekaniach naukowych dalej dochodzę, bo stwierdzam, iż Czesi są napływową ludnością nie tylko na Śląska, ale i na sąsiednich Morawach. Lud bowiem morawski jako oddzielne plemię słowiańskie różnił się całkowicie od Czechów, a jest równie pokrewny Czechom, jak i Polakom.

Po upadku państwa wielkomorawskiego (początek X wieka) Morawy przyłączone zostały przez Bol. Chrobrego do Polski i zostawały z nią do 1029 r. Potem do 1197 r. należą do Czech. Odtąd do XIV wieka otrzymają wielki samorząd i mają oddzielny dwór z osobnymi morawskimi urzędnikami. Dalsza wspólna niedola i uciemiężenie ze strony Niemców łączą te dwa ludy słowiańskie.

Po głębokim upadku politycznym (od bitwy białogórskiej 1620 r. prawie do końca XVIII w.) dźwigają się Czesi, oddziaływują na Morawian i jednoczą ich ze sobą. Poza nimi oddziaływują także i na Słowaków, Morawcy czechizują się powoli, gdy tymczasem Słowacy sprzeciwiają się czechizacji, a uczeni ich jak Star J. głoszą zupełną odrębność narodową Słowaków.

Język Morawian dzieli się na 6 odrębnych od języka czeskiego narzeczy, a jedno z nich zwane laszskiem (lach-Polak) tuż za Ostrawicą, w okolicy górnej Odry i Morawy, zajmujące połać kraju wielkości Śląska Cieszyńskiego, jest więcej zbliżone do polskiego niż do czeskiego. Zachowało ono samogłoski nosowe, czego nie spotykamy poza polszczyzną w żadnym narzeczu słowiańskim np. za stodołum naszum, tum duugum cestum (tą długą ścieżką.)

Podczas mego pobytu na Morawach w 1915 r., nie umiejąc języka czeskiego, łatwiej mogłem rozmówić się ze starymi ludźmi mówiącymi po morawsku, niż z młodszym pokoleniem wychowanym w mowie czeskiej.

Czy przyjdzie do odrodzenia Morawian prawie zupełnie zczechizowanych — wątpię.

Natomiast na pewno nastąpi to ze Słowakami. Ci nie długo może wejdą we federację z Polską, zrażeni butnem postępowaniem „ braci -Czechów .“

Bogactwa Śląska

Obszar Śląska Górnego i kilka powiatów Średniego, 5 zamieszkanych przez Polaków wynosi do 15,000 kim. kwadratowych, (w górnym dorzecza Odry i Wisły). Południowa część Górnego i cały Cieszyński zawierają w swym wnętrzu olbrzymie, na miljardy rubli obliczone, pokłady węgla kamiennego. Co do znakomitości swego gatunku  równa się on najlepszemu węglowi w Niemczech i Anglji. ;

Teren ów bogactwu  naturalnego ziem i polskiej znany jest w raz z przyległymi częściami Polski pod nazwą „Zagłębia“ obejmuje on 6,000 kilom. 2 i rozciąga się poza Śląskiem w południowo-zachodniej części b. Galicji. Cały obszar ten produkuje rocznie do 57 miljonów tonn węgla[12]).

Najlepszy gatunek węgla mieści się w południowo –zachodniej części „ Zagłębia “ t. j. na Śląsku Cieszyńskim . Obfituje on w wielką ilość tłuszczu drzewnego. Dla tego też tutaj istnieją olbrzymie koksownie, które wytwarzają wiele produktów suchej destylacji, nader ważnych dla przemysłu[13] . Ciekawą rzeczą, jak wielką ilość węgla kryje Śląsk?

Otóż, przyjmując za normę, że do eksploatacji przy dzisiejszych maszynach nadają się pokłady najdalej do 1,000 metrów w głębi leżące, zobaczymy, iż na Śląsk Cieszyński przypada 11 miljardów , a na Górny Śląsk 51 miljardów tonn. Jeżeli zaś z czasem przy udoskonalonych maszynach można będzie dosięgnąć i do 2,000 metrów , to wówczas cały zapas węgla wyniósłby w całym „ Zagłębiu “ do 140 miljardów tonn (przy 106 mil. tonn w Anglji).

Wartość całego zapasu „Zagłębia“ licząc według produkcji roku 1912— 13, wyniesie 400 miljardów rubli czyli 800 miljard.. marek, a starczyłoby go na 1,500 lat[14]). Pamiętać przede wszystkiem należy, że bez węgla dziś nie może istnieć żaden przemysł fabryczny. Obok węgla wydobywają na Śląsku rudy cynkowe. Należy ta zaznaczyć, iż pod względem produkcji cynka przez cały wiek XIX Górny Śląsk zajmował pierwsze miejsce na kuli ziemskiej. Produkcja jego w 1913 r. doszła do 169 tys. tonn. Ołowiu produkcja w tymże roku wyniosła 52 tys. tonn, co stanowi trzecią część ołowiu wydobywanego na całym globie ziemskim.

Prócz tego mamy na Górnym Śląsku produkcję w 1913 r.: kadmu (38,600 klg.), srebra (7,380 klg.), miedzi (1,760 klg.), złota (2 klg.) Co do kadmu, to Śląsk dostarcza 90% wszystkiego metalu dobywanego na ziemi. — Dodać należy, że przy wypalaniu blendy cynkowej otrzymuje się olbrzymią ilość kwasu siarczanego (250 tys. tonn w 1913 r.)

Dla uzupełnienia obrazu bogactw naturalnych dodać należy, iż Górny Śląsk posiada i rudy ołowiane, żelazne, solanki, szczawy żelaziste.

(Nawiasowo wspomnę, iż do rozwoju przemysłu dzielnie pomaga sieć kolejowa. Na Górnym Śląsku na tysiąc kim. kwadratowych przypada i l l kim. kolei, gdy Poznańskie na tę samą ilość powierzchni ma 92 kim. kolei, Prusy Zachodnie 88, b. Galicja 53, b. Królestwo 28, Wołyń i Podole 23, Litwa i Białoruś 21).

Rozwój przemysłu b. ważny jest i dla tego że zatrudnia ludność na miejscu, a wstrzymuje wychodźstwo.

Śląsk Górny zatrudnia w swym przemyśle do miljona robotników. Na samych kopalniach węgla pracowało 1913 roku 123,000 robotników, prawie samych Polaków.

Na Śląska Cieszyńskim przoduje przemysł górniczo-hutniczy.

W roku 1916/17 produkcja węgla wyniosła w szybach polskich 38,000,000 centnarów metrycznych, w szybach czeskich 48,000,000 ctn. a 20 mil. ctn. przypadło na szyby morawskie. Wartość wszystkiego węgla wynosiła 100,000,000 koron.

Robotników pracuje na Śląska Cieszyńskim 24 tys. w kopalniach, w innych do 16 tysięcy, razem 40 tysięcy (Polaków.) [15])

Wartość wszystkiej produkcji Śląska Cieszyńskiego  wynosi 120 miljonów koron rocznie.

Uprzemysłowienie kraju wskutek obfitości węgla jest  wielkie.

Nie będę się rozwodził nad Śląskiem Górnym pokrytym wzdłuż i wszerz fabrykami ale wspomnę o Śląsku Cieszyńskim.

Pod Cieszynem w Trzyńcu są olbrzymie huty, we Frysztacie bardzo wielkie warsztaty, stalownie, fabryki wagonów; w Boguminie różne fabryki żelaza, rur, drutu i t. d. Przytem są liczne mniejsze fabryki: jak wyrobów chemicznych, sody, cementu (Hruszów, Piotrowice, Goleszów,) fabryki wyrobów tkackich (Bielsko) sacharyny (Bogumin) i t. d.

Wreszcie jak będziemy mieli te bogactwa, to nie tylko, że nie będziemy płacili obcym, ale państwo dochodami  z nich pokryje wiele swych potrzeb, bez przeciążania narodu koniecznemi podatkami. — Udowodniłem bardzo dobitnie, że obowiązkiem Polski bronić ćwierci miljona naszego ładu i miljardów leżących w ziemi, bo, ani wydmy piaszczyste, ani woda wiślana nie wyżywią nas.

III. O r a w a (po węgiersku Mrva.)

Przyznać się musimy sami przed sobą, że o tej części naszej Ojczyzny i o naszych braciach ta mieszkających dotychczas jeżeli nie nic zupełnie, to przynajmniej mało kto z nas coś słyszał i wiedział,  kraj to ciekawy bardzo. Leży on w górzystej części Karpat na zbocza Babiej Góry, na zachód od Tatr, pomiędzy Śląskiem Cieszyńskim, a częścią dawnego Województwa Krakowskiego, głęboko wrzynającego się w głąb Karpat. Hrabstwo Orawa jest wielkości powiatu (38 mil kwadr.) a liczy ludności do 90 tysięcy.

Północną część, a uboższą w żyzną glebę zamieszkają zwartą masą Polacy, południową zaś część dotykającą do hrabstwa liptawskiego Słowacy, pomieszani z Polakami. Na ogół liczba Polaków wynosi ta połowę ludności (50%). Kraina ta posiada wiele prześlicznych widoków górskich: strome zbocza, urwiska nadrzeczne, wodospady i t. d. Przytem zdrowy a cieplejszy klimat niż w samej Polsce, bo zasłonięty od północy górami. Orawa bardzo nadawałaby się na uzdrowisko klimatyczne Polski.

Najdawniejsze wzmianki o tym kraju, to panowanie tutaj Bolesława Chrobrego rozciągające się aż po Dunaj i Cisę, obejmujące zarazem i całą Słowację. Z następców jego odzyskuje zakarpacką część kraju Bolesław Śmiały, a lud jeszcze teraz uważa na południu rzekę Hornad, jako prawowitą granicę polsko- słowacką. I w tych stronach dalej na południe do Waga spotykamy „laszską“ mowę.

Dawna granica polska biegła rzeką Wagiem i rzeką Kisuczą. Z czasem zagarnęli Węgrzy i miasto Czaczę i część północną komitatu trenczyńskiego i sięgnęli do przełęczy Jabłonkowskiej.

Ludność ta mieszkała polska od dawien dawna, a pod rządem węgierskim Orawa tworzyła osobne żupaństwo (po słowacku hrabstwo), którym zarządzali Polacy: jak: ks. Opolscy, Ścibor ze Ściborzyc herbu Ostoja, Baliccy, Komorowscy, Piotr Kostka ze Siedlec, Dubowscy.

Z rodem Kostki łączy się ciekawa historja.

Gdy po śmierci Dubowskiego odzyskali Kostkowie na powrót zarząd żupaństwem, w córce Mikołaja, Barbarze, zakochał się, w czasach powstawania protestantyzmu, biskup nitrzański, Turzo. A ponieważ jako duchowny katolicki nie mógł się żenić, więc przyjął naukę Lutra i ożenił się. Ród jego dotąd posiada majętności na Orawie. Gdy austriaccy niemcy w roku 1670 zdobyli zamek orawski (w Kubinie) Polacy walczący po stronie Tökölego, wypędzili ich stamtąd. Po jakimś czasie wrócili tu znowu austrjacy. Z powstaniem dualizmu austro-węgierskiego, zaczęła się i madziaryzacja tych stron na sposób praskiej hakaty.

Jak dalece lud polski z Orawy przywiązany jest do Ojczyzny świadczą dowody nie z ostatnich dopiero dni.

W roku 1846 rząd austrjacki kierowany przez wroga wolności wszelkiej, Metternicha, wzburzył lud przeciw inteligencji w całej Galicji. Gdy zbałamucony lud rozpoczął po innych miejscach straszną rzeż (Horożanna) to Podhalanie z Chołowa ze swoim księdzem na czele wspólnie z Orawianami ze Suchej Hory porwali się na Austrjaków, aby ich wypędzić precz z kraju.

Dnia 22 lutego 1846 r. rozpoczęto powstanie od wywrócenia wszystkich austrjackich słupów graniczących między Galicją a Orawą.

Rząd austrjacki po wielu trądach stłumił powstanie, a co najważniejsza został zdemaskowany w ten sposób. Głosili bowiem dotąd jego agienci, iż są obrońcami ludu przeciw szlachcie. Tymczasem lud ten okazał, iż rząd austriacki jest wrogiem siejącym niezgodę między warstwami narodu.

Po rozpadnięciu się państwa austrjackiego, wojska polskie w listopadzie 1918 roku weszły na Orawę i Spisz, ale musiały czasowo stamtąd ustąpić wskutek intryg czerskich u Koalicji.

Jak Orawianie jednak kochają swą ojczyznę Polskę i jak pragną być z nią złączeni, to mamy dowody z tego, iż wybrani ich delegaci ks. Machay, Wojciech Halczyn i Piotr Borowy jeździli w kwietniu b. r. do Paryża, aby tam u przedstawicieli Koalicji wyrazić życzenia ludności. „My nie chcemy — mówili — niewoli czeskiej, my chcemy żyć razem ze swym narodem, z Polakami w Polsce.”

Wilson, ów najwyższy sędzia Europy, wzruszony tą prostotą ludzi niedyplomatów, przyrzekł zaspokoić życzenia ludności.

Sprawa sporna zarówno Orawy jak Śląska Cieszyńskiego i Spiszu, będzie rozstrzygnięta sądem polubownym pomiędzy Polakami i Czechami przy pośrednictwie Koalicji.

Najlepiej byłoby na podstawie plebiscytu rozstrzygnąć. My plebiscytu, wśród uświadomionego ludu tutejszego nie obawiamy się. Niech się lud wypowie.

Orawa to kraik o kulturze prasłowiańskiej w obyczajach, strojach tutejszego ludu, a język polski tutejszy to jakby echo rządów Bolesława Chrobrego. Co jest charakterystyczne tym krainom, to właśnie owo umiłowanie i zachowywanie dawnych zwyczajów. Strój orawiaków stanowi kapelusz szeroki, średnio długa brunatna gunia i jasno niebieska kamizelka. Kobiety noszą kierpce, płócienną odzież z czarnymi kawałkami perkalowemi naszywanemi dla ozdoby.

W sąsiednim hrabstwie trenczyńskim noszą w zimie czarne czapki baranie z buńczukiem czerwonym na głowie zwanym „pochwalone.”

Z głów się junaków czapka wełni

„Na każdej czapce „pochwalone”

„Jako nad basztą słońce w pełni”

jak powiada poeta.

Ciekawe są ich zwyczaje i przesądy. Dziewczynkę np. niosą rano do kościoła do chrztu, aby wcześnie zamąż wyszła. Młodzieniec mający narzeczoną nosi na kapeluszu zieloną wstążkę, a przy niej bukiecik sztucznych lub żywych kwiatów przypinanych przez narzeczoną co sobota. Narzeczona nosi zieloną wstążkę we warkoczu. Panna młoda na znak uległości zdejmuje buty po weselu narzeczonemu.

Panuje tu wielkie poszanowanie starszych. Na pogrzebach wygłaszają (ewangielicy) na cmentarzu kazanie, a „rechtor” szkoły (nauczyciel organista) pochwałę umarłego wierszem.

Sławny zbójnik Janosik stracony w 1713 roku, dotąd w oczach ludu uchodzi za bohatera i otoczony jest aureolą legiend i opowiadań o bajecznych jego czynach, walce z żołnierzami poszukującymi go w górach i lasach. Powszechna jest wiara w ukryte skarby i olbrzymie sumy pieniędzy, które Janosik zabrał bogaczom, a miał rozdać ubogim.

Zajęciami głównemi ludu jest chów bydła, owiec, uprawa lnu, wyrabianie płótna i handel nim. Bydło hodują z bardzo długimi rogami i kochają się w nim. Domy na południu powiatu bogaciej budowane, na piętro, z gankiem, a ładny kościół, to konieczna ozdoba wsi. Na północy hrabstwa wsie są rozsypane na większych przestrzeniach, na południu są skupione. Bardzo malowniczo przedstawiają się wioski na tle ciemnych hal pokrytych gęstymi lasami. W głębi lasów niekiedy trafiają się wśród groźnie spiętrzonych nagich skał przecudne jeziora o przezroczystej, fioletowej barcie wody. Nic też dziwnego, że takie czarujące widoki upajają, nie tylko człowieka o wyższej kulturze, ; ale oddziaływają na lud i wytwarzają w jego wyobraźni j rozmaite zabobony, wierzenia w rusałki, nimfy, wiły i t. d.

Każda też skała o kształtach przypominających człowieka  lub zwierzę, jest otoczona całym szeregiem podań, legiend ; zabobonów. I Pierwsze początki kultury wśród tego ludu szczepił; Kościół polski. Jak stwierdza wspomniany wyżej uczony etnograf czeski, Szembera, księża polscy pracowali tu do upadku niepodległości Polski. Z tą chwilą wycofano ich,  a nasłano księży słowackich. W drugiej połowie zeszłego  stulecia (1868) i tu zawitała węgierska HKT.

Co do wyznania mieszkało w hrabstwie orawskim (w połowie XIX stulecia) 74 tys. katolików, 8 tys. protestantów i 2 tys. żydów. Ci ostatni po największej części  utrzymywali się z dzierżawienia karczem, oberży, rzadziej  trudnili się rzemiosłem, rozpajali lud wódką (palenka) i niszczyli lichwiarskiemi usługami.

Wiele też ludności wędruje stąd z nędzy poza granice swych rodzinnych pieleszy  z towarami na plecach. U nas znani są oni jako „Węgrzy,” i wielu wyjeżdża do Ameryki.

Po lewej stronie od Orawy, w średnim biegu rzeki 3, Wagu, leży komitat trenczyński (po słowacku hrabstwo (trenczyńskie) z 16% Polaków, rozproszonych w większych i mniejszych skupieniach wśród Słowaków. Na południe, leży w górnym biegu Wagu, hrabstwo liptawskie z 20% „ Polaków. Hrabstwo to słynne jest szeroko ze swej bryndzy i wyrobów z owczego mleka. Tu kwitnie w całej pełni, chów owiec i bydła, a mieszkańcy jesienią pędzą całe ich stada do Preszburga i Pesztu.

Nieco dalej jeszcze na  wschód położony kraik bardzo dla nas ważny:

 Spisz (łac. Scepusia, niem. Zips).

To jakby brat naszej Orawy, kraina gór. Stąd rzeki wysyłają swe wody do dwu oddzielnych mórz. Z północnej części Dunajec i Poprad przez Wisłę do Bałtyku, Hernad z południowej części przez Cisę i Dunaj do morza Czarnego. Północna, większa część, jak widzimy, to dorzecze Wisły, to jakby pierwsze znamię przynależności tego kraju do Polski.

Spisz, urocza kraina o pysznym górskim klimacie, o prześlicznych poszarpanych turniach, strzelających w górę wierchach i przeglądających się w cudnym wód krysztale licznych (do 120) jezior, stawów górskich, oraz mnogich wodospadów . Sama przyroda tego zakątka polskiego ściąga rok rocznie tysiące wędrowców z całego świata. Drugie tyle przybywa ich dla poratowania zdrowia w wielu miejscach kąpielowych z różnemi wodami mineralnymi.

Tu w niedostępnych kniejach żyje niedźwiedź i sąsiad jego wilk w towarzystwie rysia, borsuka. Tu ojczyzna płochliwych kozic i małych świstaków uciekających przed napaścią człowieka na niedostępne szczyty i wierchy, do linji śniegowej wysoko sterczących turni. Spotykamy je w okolicy Białego jeziora, położonego u stóp Koperszadów (północny Spisz), w tej stolicy zimy. W krainie lodników, gdzie zamiera życie drzew , kosodrzewin i krzów , a tylko trawa mała ściele się gdzieniegdzie po ziemi — tu siedlisko kozic, świstaków . To je chroni od zupełnego wytępienia.

Lud tu mieszkający, jest tem samem plemieniem Podhalan, zamieszkujących polskie północne stoki Karpat zachodnich.

Ten sam język starożytny polski, zaklęty w jedne i te sam e formy i wyrażenia. Od wieków prawie, a zawsze ten sam , zawsze niezmienny ( „A to prosem pieknie, cisowa skała,“ — mówi wieśniak wskazując na skałę. „A czy dobrze idziemy do Nowej Białej ?“ pyta podróżny. „O hej, dobrze; ano widzą wiezą, a za pół godziny bedom w Biały“, albo „Ja tu w domu, a oni to kasi ze światu.”A skąd oni som?“ „Co oni kcom?“ „Ja musem wartko do domu” A co tez panocek haw robiom.”

Co do zajęć na ogół można powiedzieć, iż dorzecze Dunajca obsiadła ludność pasterska, mogąca na halach wypaść owce i bydło, a mniej się trudni rolnictwem dla braku dobrej gleby (Polacy). Dorzecze Hernadu i Popradu przy żyźniejszej glebie — zatrudnia ludność rolnictwem, rzemiosłami i górnictwem (Niemcy, Słowacy).  Spisz bowiem północny jest górzysty, a południowy więcej równinowy.

Pierwsi ze swem zajęciem, to jakby bliscy potomkowie owych przedhistorycznych nomadów-pasterzy. Kulturą też stoją o wiele niżej od drugich. Łatwiej napotkać między nimi ludzi o kulturze pierwotniejszej, jakby z czasów patryarchalnych, co się okazuje w ich zwyczajach, wierzeniach, gusłach, zabobonach, ale też w serdecznem ugoszczeniu podróżnego. Szkoda, że dotąd nikt nie zbadał szczegółowo zwyczajów tego ludu.

 Bogactwa naturalne Spiszu.

Kraina bardzo bogata jest w miedź, srebro, złoto, rudę żelazną, antymon, piryt, nikiel, cynober, w szczawy, wody kwaśne, łomy marmuru i t. d. Stąd też jest tu wiele fabryk żelaznych, fryszarek. miedzi najznakomitsza kopalnia była w połowie XIX wieku w Kotterbachu, (gdzie dobywa się także srebrnica) w Krompachu, w Smolniku, (miedź cementacyjna) w Jaklowcach (miedzianka i żelaźnica) Dawniej kopano miedź także w okolicy Helcmanowiec, Folkmaru, Aorgecan, w Stracenem nad rzeką Hnilcem.

Bardzo często spotyka się w tej okolicy skałę zieloną o metalicznym połyska zwaną „Gabro“ zdradzającą obecność miedzi. Niewątpliwie stąd pochodzi i nazwa całego hrabstwa Spisz (dawniej pisano od spiżu — Spiż).

Rudy bowiem miedziane (Chalkopiryt, Kapferkies) rozrzucone po krają zwane są w ustach ludu „spis“ skąd mogła powstać nazwa u niemieckich kolonistów Zips, Zepus, Scepusium.

Jak badacze językowi dowodzą, tutejsza ludność słowiańska jeszcze w czasach pogaństwa zajmowała się górnictwem, musieli też i nazywać swe rudy.

Drugim bogactwem kraju, to kopalnie złota i rtęci. Złoto wypłukują ze sproszkowanego w stępach kamienia w okolicy wsi Gielnica. Mieści się ono w żyle zwanej „Goldgang.“ Rtęć z kobaltem dobywano w dolinie rzeki Hnilca.

W tej okolicy miały powstać najpierwsze kopalnie, założone przez Sasów-kolonistów w XIII wieku. Liczne też są huty do wytapiania rud, fryszarki, wielkie piece palemanowskie, jak w Smolniku, Prankendorf, Helcmanowcach, Hϋttengrand Mathildenhϋtte, Nowa Wieś, Johannisstollen. Gdzieniegdzie spotykamy fabryki gwoździ, drutu, ryneczek (w Mathildenhϋtte).

W tamtej okolicy odkryto pokład magnetytu, (najlepszej rady żelaznej). W okolicy Kotterbach trafia się syderyt (jedna z najlepszych rud żelaznych), baryt, rtęć. W Grellenseifen spotykamy zarzucone
i wyeksploatowane  kopalnie rud. Rudy spiskie mają tę własność, iż trafiają się często żyłami w małej ilości, a nie tworzą zwartych, potężnych złożysk.

Dlatego też przemysł górniczy nie może się rozwinąć tak,  jak np. na Górnym Śląsku.

Ta zajęcie górnicze przechodzi we wielu wsiach dziedzicznie z ojca na syna. Wiele dobytych rud wytapia się na miejsca. Tu są liczne walcownie żelaza, blachy, i innych wyrobów, ale wiele też rudy wywozi się do Anglji i innych krajów.

Obok metali znajdujemy mnóstwo dobrego gipsu do wyrobów fajansowych „fajans z Nowej Wsi.“Z porcelanowej ziemi obok kopalni Johannisstollen wyrabiają sławne na Spiszu naczynia kuchenne.

Wielkim bogactwem dla kraju są łomy czerwonego lubowelskiego marmuru z okolicy Haligowiec. Od czasów Władysława Łokietka sprowadzano stąd olbrzymie bryły do Krakowa. Wiele pomników z czasów jagiellońskich robiono z tutejszego materjału zupełnie podobnego do marmuru szwedzkiego, lub marmuru z północnych Włoch.

Znaczna ilość jest miejscowości ze źródłami leczniczych wód. Okolice Lubowli obfitują w szczawę żelazistą (dla nerwowo chorych). W tej samej okolicy nad Popradem spotykamy szczawę w miejscowości Sulinie. Jest to najcelniejsza woda lecznicza, nasycona do najwyższego stopnia kwasem węglowym, który ją bardzo trudno opuszcza. Woda sulińska używana jest w całych północnych Węgrzech, a spotkać ją można i w aptekach zagranicą. Podobną mamy w Żegiestowie na galicyjskim brzegu Popradu. W odległości milowej od Podolińca, w Ruszbakach, wytryskują bardzo ciekawe źródła wody wapiennej. Nasycone one są kwasem węglowym, który zaraz się ulatnia i zabija zbliżające się owady i dzikie ptaki.

Podobne zjawisko można widzieć w Grocie Psiej pod Neapolem (Grotta del cane). (Psy które weszły do groty padły martwe; jak się okazało ciężki kwas węglowy zapełnia spód groty i szkodzi małym zwierzętom).

Europejskiej wprost sławy stały się kąpiele w Szmeksie. Tu można powiedzieć więcej ludzie ciągną do nader miłej górskiej okolicy z bujną roślinnością, pokrywającą wysokie szczyty gór (do 3.064 stop nad poziom morza). Lekkie górskie powietrze jest nadzwyczaj zdrowem i służy dzielnie kuracjuszom do rychłego odzyskania zdrowia.

Przed wojną spotykałem tam nie tylko najbliższych sąsiadów Spiszą Węgrów, Rosjan, Niemców, ale nawet Anglików. Woda tutejszych źródeł mineralnych zawiera szczawę żelazistą z obfitą ilością kwasu węglowego.

Co jest jednak największym skarbem tamtejszych stron, to nadzwyczaj zdrowe powietrze. Toteż górale z okolicy Łaczywnej, Hnilczyka nad Popradem , mają należeć do najpiękniej zbudowanych fizycznie ładzi. Na Spisz mogłaby Polska wysyłać do uzdrowisk zcherlałe dzieci miast i starszych chorych; można by go, jednem słowem, uczynić naszem krajowem uzdrowiskiem. Tam chorzy mogą nasycać swój wzrok pięknymi górskiemi widokami (Mniszek po niemiecku Einsiedel) gdzie coraz cudniejsze widoki górskie przesuwają się jak w kalejdoskopie, a szczyty górskie są pokryte lasami jodłowymi (do 4.600 stóp) i limbą na wyżynach sięgających do 5.900 stóp.

Ludność. ,

Co do ludności, to Spisz jakby mała wieża Babel. Mieszkają tu obok Polaków i Słowaków Niemcy, Cyganie, Żydzi, Węgrzy, Rusini. Całe hrabstwo liczyło w 1880 roku 174.000 mieszkańców. Z tych przeszło 60.000[16]) liczą Polacy, po 50.000 Niemcy i Słowacy, reszta przypada na pozostałe narodowości. Co do wyznania było tu 112.000 katolików, 22.000 unitów, 53.000 luteran, 6.000 żydów. Tym według ustawy węgierskiej nie wolno jest mieszkać w żadnym mieście górniczym. W Jaklowcach zamieszkują oni osobną ulicę prowadzącą do bogatych kopalni w Gielnicy. Polacy przeważają na północy Spiszu, Słowacy na południu. Cały obszar zawiera 64 mile kwadratowe, czyli 3.700 kim. kw., a dzieli się na 6 powiatów (bański, lewocki, hornacki, popradzki, tatrzański
i  magórzański).

Historyczna przynależność Spiszu do Polski.

Ciekawą jest rzeczą jak dawno datuje się przynależność do Polski Spiszu. Dla uniknięcia zarzutu jakiejkolwiek stronniczości przytoczę w pierwszym rzędzie pisarzy węgierskich i czeskich.

Najdawniejsza kronika węgierska, Anonima, notariusza króla węgierskiego Beli, wspomina, iż gdy Arpad zdobył górne Węgry, aż pod bór zwany Zepos, Borso, syn Bangera, wystawił obronny zamek na granicy polskiej pod Tatrami celem strzeżenia państwa. Dziś z tego zamku tylko ruiny. Leży on na rozciągłej wysokiej górze, wyskakującej z obszernych równin, na południe od miasta zwanego po słowacku Podhrad, po niemiecku Kirchdrauf, a po węgiersku zwany Szepes Varallya. Miejscowość ta leży  na 2 mile od południowej granicy hrabstw a spiskiego, u początków pasm tatrzańskich.[17])

Z tego wynika jasno, iż Spisz prawie cały należał najpierw do Polski.

W podobny sposób potwierdza nasze praw a do Spiszu również i czeski pisarz Kosmas. Nasi kronikarze jak Bogufał, Długosz, Miechowita stwierdzają to jednogłośnie i mówią, że nawet dalej sięgało panowanie Bolesława Chrobrego.

Pod względem administracji kościelnej należał on od czasów Chrobrego do dyecezji krakowskiej. Podanie mówi, że czasowo tu przebywał Bolesław Śmiały po zabiciu Stanisław a Szczepanowskiego, którą to prowincję przed tym odzyskał od królów węgierskich.

Bolesław Krzywousty miał wywianować Spiszem swą córkę Judytę, kiedy ją wydawał za królewicza węgierskiego Stefana, pod warunkiem , iż po jej śmierci wróci Spisz na powrót do Polski. Wiemy, na pewno, że gdy w Polsce były wojny domowe między synami Krzywoustego, Węgrzy wdzierali się co raz więcej i więcej w polskie posiadłości.

Spostrzegłszy naturalne bogactwa kraju sprowadzili kolonistów Niemców, a ci założyli dwadzieścia kilka miast z najważniejszem Lewoczą.

Choć jednak ustała tu w skutek niezgód domowych władza polityczna Polski, to jednak nie ustała władza biskupa krakowskiego. Bronił on dzielnie tego kraju przeciw roszczeniom biskupa węgierskiego w Ostrzychomiu, w noszącem  pretensje na podstawie, iż Spisz teraz należał do korony węgierskiej. Sprawa oparła się o Rzym . Wyrokiem sądu papieskiego przyznano Polakom część sporną Spiszu z miastami: Lubowlą, Podolińcem i Gniazdami.

Widzimy tu jak w czasach rozbicia politycznego, Kościół stał na straży dobra narodowego Polski. Niedługo potem osiedli w Podolińcu Cystersi, a król Zygmunt zapewnił im dochód z Lubowli w postaci dwóch postawów czeskiego sukna i beczki śledzi.

W 1412 roku powróciła jeszcze większa część Spiszu do Polski. Król węgierski, Zygmunt, przejął na siebie dług Krzyżaków od Władysława Jagiełły w sumie 40.000 kop groszy praskich, a jako zastaw dał 13 miast spiskich.

W traktacie tym wyraźnie zaznaczono , iż Podoliniec, Lubowla i Gniazda nie są Polsce zastawione, ale zwrócone.

Charakterystyczna jest umowa w tej sprawie, którą, jako dokument prawniczy średniowiecza przytoczę.

Przyznane są jako z a s t a w : …………. „Zamek Lubowla z miastem , miasto Podoliniec z zamkiem , Gniazda, Biała Spiska, Lubica, Wierzbów, Sobota Spiska, Poprad, Strażce, Włachy, Nowawieś Spiska, Raskinowce, Wielka, Podegrodzie (Podhrad) Spiskie, Maciejówce, Twarożna, z włościami do nich należącymi, oraz miastami i miasteczkami, ze wszystkimi przyległościami, czynszami, pożytkami, dochodami, prawami, grantami, łąkami, borami, barciami, rybołóstwami, stawami, sadzawkami, moczarami, wodami, biegiem rzek, młynami, tychże pożytkami, dąbrowami, sośninami, gajami, zaroślami, pestkami, ptasznictwem, łowiectwem,daninami przygodnemi i zwyczajnemi i wszystkiem cokolwiek do nich pod jaką bądź nazwą lub tytułem zalicza się i należy.“

Zastawione miasta nie tworzą zwartej części kraju, ale jakby 4 wyspy.

Co jest ciekawe, to, że owiany legiendą bohaterstwa nasz Zawisza Czarny, herbu Sulima, z Grabowa, był drugim zarządcą Spiszu z ramienia Władysława Jagiełły.

Spisz należał do roku 1769 do Polski. Wtedy dopiero za namową przewrotnego Fryderyka II pruskiego

w lutym 1769 r. rząd austrjacki zajął Spisz, a tem samem dał przykład, iż bezbronna Polska może być rozebrana.

(Porównaj z tem rozsiewane bajki po historjach austrjackich, jakoby Marja Teresa z płaczem rozbierała Polskę w 1772 r.).

Rząd Polski bezskutecznie protestował przeciw temu. Protest, nie poparty siłą wojskową, został zlekceważony.

Spisz był przy Polsce jako „zastaw“ przez 400 lat. Ludność polska tutejsza? Według najnowszej teorji Kramarzów, Masaryków, tu wyłącznie nie tylko wszyscy są Słowakami, ale najczystszej wody Czechami (od jak dawna?)

Tak szał tych ludzi szowinistów zaćmił, iż nie widzą rzeczywistości; nie pamiętają oni, iż ich własny rodak, czeski uczony, już wzmiankowany prze zemnie, Szembera, w swoich badaniach (Czasopis Czeskiego Muzeum) dochodzi do tej prawdy, iż stwierdza:

– „Mowa mieszkańców polskich w Spiszy, Orawie, Treńczyńskiem, jest taż sama co i w sąsiedniem krakowskiem i w cieszyńskiem, mianowicie w Piwnicznej, w Nowym Targu, Żywcu i Jabłonkowie.” (Główne cechy jej są: nosówki „ą, ę,” zamiast czeskiego „a“ np. ręka zamiast raka. Naleciałości słowackie w mowie tamtejszych Polaków objaśnia tem, że w szkołach magóranów, krajniaków i góralów polskich były szkoły słowackie).

Dodaje dalej ten pisarz, że polszczyzna w ogóle nie została jeszcze wtedy naruszona w ostach loda. Po upadku niepodległości Polski, ze Spiszą i przyległych do niego hrabstw , Austrja utworzyła osobne biskupstwo spiskie z przewagą elementu słowackiego i duchowieństwa madziarskiego albo madziarońskiego.[18])

 

Kultura polska na Spiszu.

Podoliniec.

Wojewoda krakowski, Jerzy Lubomirski, a zarazem starosta spiski, założył i uposażył w Podolińcu klasztor Pijarów. To pierwsze początki nauk pobierał wielki reformator naszego ustroju politycznego i naszej nauki ks. Stanisław Konarski. Klasztor ten i dotąd jest pierwszą szkołą średnią dla ludności spiskiej. To najpierw odbywają chłopcy nauki nim się udadzą dalej do seminarjów duchownych, czy na uniwersytet do Budapesztu. Dotąd uczą jeszcze księża Pijarzy, gdyż do świeckich ludność nie ma zaufania („nauka płoną” t. j. płonna — marna). Przez jakiś czas byli oni stąd wydaleni przez żydowsko-liberalny madziarski rząd. Struktura klasztoru, kościoła, dzwonnicy przypomina nam budowę gmachów krakowskich (dzwonnica robi wrażenie resztek starego ratusza z attyką jak na Sukiennicach).

Samo miasto Podoliniec— jak mówi starożytne pismo  powstało za czasów Bolesława Wstydliwego w roku 1244. Książę ten nadał Henrykowi, wójtowi wsi Podol, w nagrodę za waleczność przeciw Tatarom, przywilej założenia miasta z prawem niemieckiem, a przy tem rożne młyny, browary i połów ryb w promienia mili. Kunegunda w 1288 r. dodała przywilejów, a Wacław, król czeski i polski obdarzył pomniejszymi przywilejami w r. 1292. — W roku 1412 Zygmunt, król węgierski, ma go już w swem posiadaniu i nadaje mu prawo wolnego miasta.— W tymże jednak roku zostało zwrócone Polsce, jak pisałem o tem wyżej. Kazimierz Jagiellończyk ustanowił w niem w roku 1455 skład towarów i zalecaj starostom spiskim, ażeby dali baczenie, by kupcy nie mijali tego miasta.

 Lubowla.

Początki zamku i miasta giną w mrokach odległej starożytności. Najdawniejsza znana wzmianka o zamka się na XIV wieku. W roku 1508 umocnił go hrabia na Trenczynie. Ta w roku 1412 odbył się zjazd monarchów: polskiego W. Jagiełły i węgierskiego Zygmunta. Radzono przez siedem dni nad sprawami Krzyżaków i Wołochów.

W roku 1419 powtórnie przybył ta Jagiełło. Przybyli bowiem posłowie papiescy prosili o zawarcie przymierza z Krzyżakami. W roku 1453 zdobyli zamek husyci. Polska po ” świetnym zwycięstwie” pod Byczyną nad Maksymilianem, arcyksięciem austrjackim , odzyskała zamek paktami beńdzińskiemi.

W czasie wojny szwedzkiej ta schronił się wojewoda krakowski i starosta spiski Jerzy Lubomirski z klejnotami koronnymi. Na początku stycznia 1656 r. przybył ta, wracając do Polski ze Śląska, nasz nieszczęśliwy, a zacny król, Jan Kazimierz. Sejm w roku 1658 zaliczył ten zamek do sześciu najpotężniejszych twierdz, otrzymywanych kosztem Rzeczypospolitej. Równocześnie powiększył też załogę do 120 ludzi. Od roku 1669 uchwalił sejm polski otrzymywanie to załogi ze sto piechoty, na obronę zamku. W roku 1769 zdobyli zamek konfederaci barscy z Daszyńskim na czele, ale wkrótce musieli go opuścić, bo zagrabiła go Austrja i zlicytowała. Dziś jest w ręku prywatnych ludzi.

Kezmark.

Trzecim, a sławnym ze zjazdów węgiersko-polskich królów i szlachty obydwu królestw, jest Kezmark. Podobno najstarożytniejszym budynkiem miasta był klasztor zakonnic, zbudowany za synów Bolesława Krzywoustego. Potem przerobiono klasztor na zamek obronny. Przechodził on różne koleje, zwykłą miastom i zamkom średniowiecza, zmieniał kilkakrotnie panów. Wojewoda sieradzki, Hieronim Łaski, wyjednał miasto prawo składu. Co jest znamienne, iż w czasach wojen domowych, Kezmark stanowił jakby samodzielną republikę i wojował o pierwszeństwo ze sąsiednią niemiecką Lewuczą. Archiwa opowiadają o bitwach w których pojmano 114 Lewoczan, to znów 49 zabito i t. d.

Dziś miasto jest ważnym, handlowym punktem. Tu Spiszowiacy z północy sprzedają swe stada bydła i owiec, a nabywają zboża węgierskich równin.

Dalej na wschód rozpoczynają się wsie ruskie. Wszystkiej ludności polskiej w hrabstwach: trenczyńskim, orawskim, liptawskim i spiskim obliczają na 150.000.

[1] Dziś prawie połowa wyliczonych miejscowości, to miasta powiatowe o ludności od 15,000 do 40,000 mieszkańców.

[2] Szajnocha j. w.

[3] Rzecz charakterystyczna, że podobne zjawisko widziałem we wsi ruskiej pod Rzeszowem w polskiej części Galicji. Używają potocznie tylko mowy polskiej, a modlą się w cerkwi po rusku. Kazania są wygłaszane po polsku.

[4] Nazwa Ukraińców jest fałszywie używana przez agitatorów ruskich, pragnących w ten sposób nawiązać tradycję ze Siczą Zaporoską, dawnymi kozakami i hajdamakami, choć nic nie mają z nim i wspólnego.

[5] Obliczenie na podstawie schematyzmów obu djecezji z 1910 r.

[6] Sprawa Serbo- Łużyczan, Sorabów , zwanych przez Niemców Wenedami.

[7] Kronikarz Mateusz Cholewa daje jej tytuł „ Śląsk święty.“

[8] W 35 roku życia poczuł się Polakiem i zaczął uczyć się po polsku.

[9] Pamiętam jak przed kilku laty pisano obszernie, iż pewien Niemiec, magnat śląski, pod wpływem pism H. Sienkiewicza poczuł, iż w nim także płynie krew polska. Zapisał przeto testamentem majątek H. S. a ten miał oddać go synowi magnata, o ile ten będzie Polakiem. H. S. oddał szlachetnie cały majątek synowi, zostawiając do woli jego, czy chce być Polakiem lub nie.

[10] w 1900 r. według statystyki sfałszowanej terrorem czeskim podobno mieszkało w nim 7,300 Niemców, 14,000 Polaków i 70,000 Czechów.

[11] Slovensky Prehlad IV 65.

[12]  Tonna zawiera 60 pudów.

[13] Roczna produkcja koksu wynosiła w 1900 roku 18 miljonów centnarów metrycznych. (1 centnar metr. — 100 klg.).

[14] Cały majątek narodowy Niemiec w 1914 r. (ziemia, budynki, lasy, porty i t. d.) wynosił 520 miljardów marek.

[15] W okrągłych liczbach możemy podać zatrudnionych rob.:w górnictwie na terenie historycznej Polski do 300,000 a wartość produkcji na 500 miljonów rubli rocznie (Koszutski: Geogr. gosp. Polski).

[16] W roku 1850 według ówczesnej statystyki urzędowe] było Polaków 53 tysiące.

[17] Od tej miejscowości do północnej granicy Spiszą pod Nowym Targiem jest do 80 kim. odległości.

[18]  Madziaronami na Węgrzech nazywano szowinistów węgierskich (w Prusiech germanizatorzy, H. K. T.).

120 rocznica powstania Chóru Frampolskiego

W roku 2018 przypadają dwie ważne rocznice w życiu Frampola:

120 lecie powstania chóru parafialnego we Frampolu.

140 rocznica  benedykcji  kościoła parafialnego wybudowanego w lata 1873-1878 :

-„Po pięciu latach prac budowlanych w uroczystość św. Marcina 11 listopada 1878 roku miała miejsce podniosła uroczystość „benedykcja” – błogosławieństwo nowego kościoła. Poświęcenia kościoła dokonał ks. dziekan Andrzej Karnicki„.

 

Chór Parafialny przy kościele pod wezwaniem  Matki Boskiej Szkaplerznej i  św. Jana Nepomucena we Frampolu.

Jako wnuk jednej z pierwszych chórzystek Malwiny Burlewicz z domu Maciurzyńska
w 110 lecie jego założenia zacząłem gromadzić materiały i różne wiadomości związane  z powstaniem chóru jak i jego działalności i składów osobowych w całym okresie jego istnienia i był najstarszą organizacją zrzeszających ludzi z Frampola.                                      W roku 2018 mija 120 lat od jego założenia. Chcę uwiecznić pamięć o tych ludzi, którzy współtworzyli chór w okresie jego istnienia i tych, którzy po nas będą interesowali się historią Frampola, instytucji i organizacji społecznych, jakie we Frampolu działały, a szczególnie chóru. Oprócz mojej babci w pierwszych latach jego działalności aktywnie uczestniczyli bracia dziadka Leona, a szwagrowie Malwiny Hieronim i Jan Burlewiczowie.

Być może, że wymieniony w opracowaniu wydanym z okazji 100-lecia Wąsek Józef to mój pradziadek. Ale nie tylko to było inspiracją do tego, że chcę coś o chórze napisać. Chcę ocalić od zapomnienia nazwiska tych, którzy nie szczędząc czasu i sił zbierali się często po ciężkiej pracy, aby doskonalić swój śpiew i uświetniać uroczystości kościelne, rozsławiać Frampol poprzez udział w przeglądach chór, jakie na pewno również dawniej się odbywały.

Według zapisów zawartych w „Kronice Parafialnej”, „ Chór Kościelny”, jako chór 4-ro głosowy we Frampolu utworzony został w 1898 roku przez ówczesnego księdza proboszcza Józefa Żyszkiewicza i Michała Kochańskiego – organistę, który pracował w parafii w tym czasie.

 Józef Żyszkiewicz

  OLYMPUS DIGITAL CAMERA

1865 – 1944

Józef Żyszkiewicz urodził się w Urzędowie 10 marca 1865 roku. Był synem Tomasza i Anny z Gajeskich  małżonków Żyszkiewiczów mieszczan Urzędowskich.  Wyświęcony został na kapłana w 1889 roku. Ks. Żyszkiewicz w miesiącu czerwcu 1893 roku za zgodą władz Moskiewskich mianowany został wikariuszem filialnym we Frampolu, poprzednio pracował w Kijanach. Nowy wikary filialny zastał parafię z nowo wybudowanym kościołem, ale zaniedbaną moralnie, ponieważ Ks. Krauze skupiwszy się na budowie nie miał czasu na działalność czysto duszpasterską. Dla tego ksiądz Żyszkiewicz wszystkie swe siły skierował na pracę duszpasterską, a w szczególności leżało mu na sercu podniesienie moralne parafii, pracował w parafii 5 lat od czerwca 1893 do 20.04.1898,  to jest do czasu wydalenia Go z parafii przez władze carskie za organizowanie stowarzyszeń „wywrotowych”, zawieszony w obowiązkach z obowiązkiem przymusowego zamieszkania w Lublinie, a pięciu mieszkańców za współpracę z księdzem zesłanych zostaje na trzy lata do Odessy, byli to: Stanisław Miazga, Jan Miazga, Erazm Miazga, Serafin Miazga i Aleksander Kość . Ksiądz Żyszkiewicz założył chór przy kościele parafialnym. Ksiądz Żyszkiewicz z Lublina udał się do Mełgwi koło Świdnika, gdzie pracował przez 43 lata, jako proboszcz tamtejszej parafii.

Ksiądz proboszcz Józef Żyszkiewicz i organista Michał Kochański, podjęli się trudu utworzenia chóru frampolskiego w roku 1898, który działa do chwili obecnej.

Michał Kochański

Kopia Kochański

 Michał Kochański w parafii frampolskiej pracował 3 lata, był również organistą w parafii u franciszkanów w Puszczy Solskiej.

Bardzo duże zasługi dla rozwoju chóru miał proboszcz Antoni Sadłowski, który sprawował posługę kapłańską we Frampolu od 8 lutego 1899 roku do 17 czerwca 1920 roku. Organiści pracujący w parafii Frampol Zanim przejdę do pisania o chórze, chcę napisać kilka słów o organistach, którzy pracowali  w kościele filialnym parafii radzięckiej we Frampolu. Pisząc o Frampolu, jako mieście prywatnym analizując dokumenty udało mi się ustalić nazwiska kilku organistów, którzy pracowali w kościele filialnym we Frampolu przed powstaniem w pełni samodzielnej parafii:

–  W roku 1813 20 października zmarł we Frampolu  organista Franciszek Budkowski,        który pochodzi z Janowa. Miał 62 lata, mieszkał w domu plebańskim pod  numerem       108 przy ulicy Północnej.                                                                                                                   –   W roku 1833 organistą był Kazimierz Romański. Kazimierz Romański był organistą         Frampolskim kilka lat, a wynika to z zapisów w księdze urodzonych z roku 1833, kiedy    to ochrzczona   została córka Kazimierza i jego pierwszej żony Magdaleny z                Tokarzewskich – Franciszka Aleksandra oraz  zapisu w księdze zawartych małżeństw   z  roku 1839, kiedy to zawarł związek małżeński 40-to  letni wdowiec Kazimierz, z             Katarzyną Lisowską wdową.                                                                                                                –   W roku 1854 zawiadomienie o śmierci Pulcherii z Wisłockich Puchałowej składał,        organista Walenty Brzóz.                                                                                                                      – W roku 1856 zawiadomienie o śmieci Karola Wisłockiego byłego właściciela Frampola złożył   Aleksander Kość – organista,                                                                                                –  Ostatnim organistą przed powstaniem chóru był Serafin Miazga. Niżej wymienieni organiści pracowali w naszej parafii:

1           Michał Kochański                      1896-1899            3 lata                                                        2           Antoni Anusiewicz                    1899-1902              3 lata                                                      3           Antoni Stęgierski                       1902-1903              1 rok                                                      4           Teofil Podobiński                       1903-1904            1 rok                                                        5           Piotr Podobiński                         1904-1908            4 lata                                                      6           Józef Simbirowicz                      1908-1909           1 rok                                                        7           Adam Chróścicki                         1909-1911           2 lata                                                        8         Piotr Podobiński drugi raz         1911-1926           15 lat                                                        9         Władysław Szawaryn                1926-1926             6 m-cy                                                  10       Józef  Simbirowicz drugi raz    1926-1927                  1 rok                                                11       Józef Czerwieniec                         1927-1947              20 lat,                                                    12      Edmund Borzęcki                          1947-1953                 6 lat                                                    13     Józef Żyszkiewiczkiewicz             1953-1961                 8 lat                                                    14     Jan Cichocki                                    1961-1965                4 lat                                                    15     Zygmunt Królik                             1965-1968                3 lat                                                  16     Tomasz Koper                                1968-1988               20 lat                                                17      Piotr Koper                                      1988-1994                  6 lat                                                  18      Tomasz Zawisza                            1994-1995                  6m-cy                                            19      Zbigniew Wnuk                             1995-1996                 1 rok                                              20      Grzegorz Stręciwilk                       1996-1997                  1 rok                                              21     Zbigniew Wnuk                                1997-2012               5 lat                                                  22      Ireneusz Sajnaj                                 2012

 

 Skład chóru w początkach jego istnienia .                                                                                    Mężczyźni: – Franciszek Dubiel, Serafin Miazga, Lucjan Miazga, Paulin Sobczak, Leon Oszust, Stanisław Oszustowicz, Teofil Wąsek, Konstanty Małysz, Józef Wąsek, Leonard Oszust, Jan Oszust, Fabian Zalewa, Stanisław Miazga s. Jana, Jacenty Oszust, Stanisław Dudek, Teofil Krawczyk, Paulin Oszust, Ksawery Piasecki, Marcin Łaźniak, Franciszek Wąsek, Antoni Marchewka, Leonard Wach, Ksawery Dudek, Wiktor Brzóz, Hieronim Burlewicz, Stanisław Zalewa, Jan Burlewicz, Jan Gabryszewski.                                   Kobiety: – Pulcheria Miazga, Stanisława Filipowicz, Bronisława Filipowicz, Paulina Marchewka, Paulina Filipowicz, Natalia Dudek, Salomea Kłos, Malwina Burlewicz , Bronisława Zalewa, Weronika Maciąg, Maria Bełkowska, Helena Wąsek, Maria Oszust, Paulina Piasecka, Weronika Brzóz.

Skład chóru w początkach jego istnienia przedstawiłem korzystają z opracowania wydanego w 100-lecie istnienia chóru.

Istnienie chóru, jego, jakość w bardzo dużej mierze zależała od tego, jakie warunki miał stworzone przez gospodarza parafii proboszcza oraz od organisty, jego zaangażowania, umiejętności i chęci uczenia śpiewu ludzi, którzy oprócz głosu niewiele więcej potrafili w śpiewaniu chóralnym.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Piotr Podobiński podjął pracę organisty w wieku 19 lat w roku 1904. Mimo tak młodego wieku wykazał duże zdolności muzyczne i zainteresowanie teorią i praktyczną nauką śpiewu chóralnego. Proboszcz ks. Antoni Sadłowski widząc i doceniając zdolności i zaangażowanie w pracy młodego organisty, skierował go do Konserwatorium w Warszawie. Piotr Podobiński wyjeżdża na studia w roku 1908, aby po ich ukończeniu i odbyciu służby wojskowej wrócić do Frampola w roku 1911. Praca młodego, energicznego, wykształconego i znającego swój fach organisty przynosi efekty.  Chór zwiększa swoją liczebność do około 60 stale uczestniczących w próbach chórzystów. Zwiększa się repertuar śpiewanych mszy 23, nieszporów, a trzeba pamiętać, że w obrządu nabożeństw używany był język łaciński.  Oprócz pieśni kościelnych chór śpiewał również pieśni i piosenki świeckie. Przy tak szerokim repertuarze chór chętnie był widziany na różnych uroczystościach kościelnych i świeckich organizowanych w okolicznych parafiach i  miejscowościach.

Skanuj09-02-09 1737

Zdjęcie powyższe, na którym znajdują się członkowie chóru Frampolskiego otrzymałem od Leszka Roga – wnuka wieloletniego (43 lat) organisty w Radzięcinie pana Adama Olekszyka. Zdjęcie wykonane po zachodniej stronie frampolskiego kościoła parafialnego. Na tym zdjęciu na pewno jest organista Piotr Podobiński, koło niego siedzi poniżej Stanisław Miazga. Koło fisharmonii siedzi Franciszek Dubiel, ojciec księdza Aleksandra Dubiela, który zginął prawdopodobnie w Ostaszkowie.  W prawym górnym rogu Leonard Wach, Klementyna Filipowicz, Jan Jasielski. Jest prawdopodobnie na tym zdjęciu i moja babcia Malwina, ale niestety nie mogę rozpoznać jej ani nikogo więcej. Jest to chyba najstarsze zdjęcie członków chóru Frampolskiego.

Na tym zdjęciu, które wykonano być może z okazji 25 lecia istnienia chóru,  wykonanym przed rokiem 1926 znajdują się chórzyści z początku jego istnienia, ale na pewno są na nim i ich następcy, którzy przystąpili do niego w latach późniejszych.

Z inicjatywy Piotra Podobińskiego po zakończeniu działań wojennych w roku 1918 założona została orkiestra strażacko-kościelna, której został kapelmistrzem i która przetrwała przez następne 21 lat do wybuchu II wojny światowej, uległa wtedy spaleniu większość posiadanych instrumentów muzycznych.

Orkiestra Frampolska około roku 1920

Piotr Podobiński opuszcza Frampol w roku 1926 i udaje się do pracy w Lublinie. Jego związek z Frampolem i chórem frampolskim nie urywa się, nadal utrzymuję kontakty  z ludźmi, z którymi żył i pracował przez tyle lat.

Po Piotrze Podobińskim organistą we Frampolu krótko jest Władysław Szawaryn i Piotr Simbirowicz. Sprawują swoje obowiązki do lipca 1927 roku.

Józef Czerwiński – Czerwieniec.

J Czerwiniec

Józef Czerwieniec, bo częściej używał tego nazwiska urodził się  16 października 1881 w Kurowie. W latach 1896-1900 uczęszczał do szkoły muzycznej – organistowskiej  w Lublinie z uprawnieniami do prowadzenia chórów i zespołów śpiewaczych. Będąc jeszcze w szkole podejmuje pracę organisty w parafii w Siennicy Różanej w powiecie Krasnostawskim. 24 czerwca 1927 roku Józef Czerwieniec podejmuje zaoferowaną mu pracę organisty w parafii we Frampolu. Dla mnie piszącego o nowym organiście, który przybył do Frampola ważne jest to, że jego przybycie do Frampola nastąpiło na kilka dni przed dwoma uroczystościami rodzinnymi to jest 50-cio leciem pożycia małżeńskiego pradziadków Andrzeja Maciurzyńskiego z Marianną z Oleszków oraz mszą prymicyjną mojego stryjka Adolfa Burlewicza. Uroczystości te miały miejsce w pierwszą niedzielę lipca 1927 roku. Nowy organista łączy swoją działalność z Katolickim Stowarzyszeniem Młodzieży Żeńskiej  i Męskiej organizacją, która w tym czasie organizuje się przy miejscowej parafii. Czerwieniec odmłodził istniejący czterogłosowy chór i utworzył jednocześnie chór żeński. Członkowie męskiej części organizacji KSM szkolą się w grze na instrumentach dętych i stanowić będą w krótkim czasie zaplecze miejscowej strażackiej orkiestry. Skład chóru pod koniec lat trzydziestych XX wieku.

Chór w latach 30-tych

Mężczyźni: od lewej Mazurek Franciszek, Krawczyk Bolesław, Ciekanowski Teofil, Kras Stanisław, Dudek Alfons, Wach Jan, Zalewa Stanisław – kościelny, Karczmarzyk Wiktor, Oszust Tadeusz s. Mikołaja, Dubiel Leonard.         Chórzystki: stoją od lewej – Miazga Maria c. Leona, Jasielska Leokadia, Wąsek Aleksandra, Krawczykiewicz Maria, Wąsek Maria, Jasińska Aleksandra c. Marcina, Małyszek Władysława, Gabryszewska Maria – Zalewa c. Karola, Maria Miazgowa c. Mikołaja. Filipowicz Franciszka – Sajowa, Marchewka Klementyna, Teresa Kość,                                                                                              Siedzą: Wanda Miazgowa, Oszust Sabina, Oszust Maria, Ks. Józef Paczos, organista Józef Czerwieniec, Oszust Feliksa, Kapica Sabina – Maciurzyńska.                                                      Na ziemi siedzą: Ciekanowska Wanda, Filipowicz Bronisława, chłopiec NN, Aleksandra Jasińska c. Paulina – Górska, Dudek Klementyna oraz syn organisty Jerzy Czerwiński – Zdzisław Czerwieniec.

KSK z organistą

Jak już pisałem Józef Czerwieniec podjął pracę we Frampolu 24 czerwca 1927 roku.  Z zamieszczonego zdjęcia widać, że skład jego stanowią ludzie młodzi. Zdjęcie wykonane  w latach 1927-1930, w czasie, gdy we Frampolu wikarym był ks. Józef Paczos.  Na zdjęciu od prawej: pierwszy rząd- Maria Karczmarzyk, Janina Wąsek-Dubiel, NN, drugi rząd: Helena Filipowicz, Oleniowa, Franciszka Saj, Józef Czerwieniec, NN, Filipowicz c. Adama , NN. Trzeci rząd Leokadia Ciekanowska, NN, Leokadia Karczmarzyk, Sabina Kapica-Maciurzyńska, NN, Maria Miazga – Deruś, Wanda Ciekanowska, Klementyna Oszust – Piasecka, NN, NN, NN, NN, dużo tych NN, a co będzie po latach. Trzeba robić wszystko, aby pamięć o tych, którzy byli wśród nas, a odeszli trwała w naszej pamięci jak najdłużej. Na zdjęciu Józef Czerwieniec w mundurze kapelmistrza orkiestry strażackiej, zdjęcie z lat 30-tych XX wieku. W okresie trzech pierwszych lat pracy w parafii Józefa Czerwieńca do roku 1930, dzięki wytężonej pracy i zaangażowaniu młodych Frampolan odmłodzono chór czterogłosowy, odmłodzono i powiększono orkiestrę, wyposażono ją w nowe zakupione w Warszawie instrumenty. Chór w latach trzydziestych bierze udział w konkursach chórów kościelnych organizowanych w Lublinie, a orkiestra dęta rywalizuje z najlepszymi orkiestrami w okolicy. Lata wojny i okupację przeżył we Frampolu. W późniejszym okresie przy wspomnianej organizacji młodzieżowej KSM rozwija się żeński zespół teatralny.

JasełkaZespół młodych frampolanek z koła KSM – Ż podczas próby.  Po 21 latach pracy w parafii Józef Czerwieniec przestał pracować we Frampolu  i wyjechał na małą parafię Blinów koło Kraśnika. Umiera w wieku 79 lat 30 czerwca 1960 roku. Spoczął na Frampolskim cmentarzu obok swej żony.

 

Edmund Borzęcki.

Edmund Borzęcki

Edmund Borzęcki był organistą we Frampolu w latach 1947- 1953 w trudnych latach powojennych, w okresie odbudowy Frampola ze zniszczeń wojennych. Mieszkańcy Frampola, a szczególnie część młodzieży, tej bardziej zaangażowanej w życiu społecznym skupiła się przy młodym wówczas organiście, który z energią zabrał się do swej pracy  i reaktywowania z dużymi już tradycjami chóru kościelnego. Skupił dużą grupę przedwojennych chórzystów i nowych adeptów, miłośników śpiewu chóralnego. Edmund Borzęcki wzorem swoich poprzedników włączył się w życie społeczności Frampola. Współorganizuje zespół teatralny, współpracuje z miejscową Strażą Pożarną. Pod jego kierownictwem szybko rozrasta się chór i wzbogaca swój repertuar. Chór pod jego kierownictwem występuje na uroczystościach kościelnych i imprezach świeckich nie tylko we Frampolu i pobliskich parafiach, ale również w takich miejscowościach jak Biłgoraj, Lublin czy Zamość. Podczas swojego pobytu we Frampolu mieszkał w domu przy ulicy Cichej stanowiącym własność rodziny Chojnackich,  a to z tego powodu, że spalona w czasie działań wojennych organistówka nie była jeszcze odbudowana. W domu tym odbywały się również próby chóru. Borzęcki prowadził również naukę gry na instrumentach dzieci z miejscowej szkoły podstawowej. W roku 1953 opuszcza Frampol i przenosi się do Tomaszowa Lubelskiego. Mimo stosunkowo krótkiego pobytu we Frampolu chór pod jego kierownictwem szybko rozwija się pod względem artystycznym wzbogacając swój repertuar.

Chór frampolski

Zdjęcie chórzystów, którzy zbierali się w domu Jana Chojnackiego przy ulicy Janowskiej róg z Cichą, aby tam ćwiczyć swój głos. Był to początek lat 50-siątych XX wielu półwiecze istnienia chóru (dom ten został sprzedany, rozebrany i wywieziony).

Nazwiska osób uwiecznionych na zdjęciu poszczególne rzędy od prawej strony siedzą: Maria Gabryszewska, Bronisława Orlińska, Zofia Korczak, Jadwiga Oszust, Janina Chmiel, Jezierska Bogumiła, Janina Kras z córką, drugi rząd: Maria Jasielska, Stanisława Gabryszewska, Robert Marchewka, Kazimiera Filipowicz, Stanisław Miazga, Jadwiga Halska, Edmund Borzęcki – organista, Maria, Gabryszewska, Stanisław Wach, Jadwiga Wąsek, Jan Krawczyk, • trzeci rząd: Maria Filipowicz, Stanisław Olszyński, Romana Osińska, Antoni Małyszek, Helena Frelas, Stanisław Dubiel, Władysława Bełkowska, Maria Krawczykiewicz, Stanisław Krawczykiewicz, Tadeusz Saj, Jadwiga Miazga, Tadeusz Orliński, Jan Wąsek, czwarty rząd: Janina Świeżawska, Maria Chodaczyńska, Krystyna Wąsek, Irena Wąsek, Janina Zwolak, Maria Miazga, Jadwiga Ciszewska, Zygmunt Karczmarzyk, Bronisława Wąsek, Mieczysław Osmólski, Bogumiła Olszyńska, Ryszard Wąsek, ostatni rząd: Eugeniusz Miazga, Jan Dubiel, Tadeusz Jasielski, Lucjan Strzałka, Stanisław Kapica, Władysław Molenda, Ryszard Szynderski.

Józef Żyszkiewicz.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Józef Żyszkiewicz pracował, jako organista po Edmundzie Borzęckim przez 8 lat  w latach 1953 – 1961. W czasie swej pracy we Frampolu udoskonalał brzmienie chóru  i starał się utrzymać jego liczebność i skład na poziomie, jaki zastał przybywając do Frampola. Był dobrym nauczycielem i dyrygentem. Dla urozmaicenia repertuaru chóru wprowadził do jego repertuaru wiele nowych kolęd, pieśni kościelnych jak również piosenek świeckich. Widział potrzebę stałego zasilania chóru w młodych ludzi, aby poprawiać jego brzmienie i aby możliwe było utrzymanie jego działalności na lata przyszłe.

Kolejni proboszczowie i organiści starali się o to, aby frampolski chór rozwijał się  i wzbogacał swój repertuar, następował stały napływ nowych śpiewaków, ale było  i tak, że chór był zbędny, a Ci, którzy przez wiele lat nie szczędząc czasu i sił uczestniczyli  w pracach chóru powinni przestać uczęszczać na próby. Całe szczęście wszystko przemija  i nastąpił czas, że chór znów jest potrzebny i jest mile widziany na wszystkich uroczystościach parafialnych jak i na uroczystościach w innych parafiach i miejscowościach. W roku 1958 kiedy proboszczem parafii Frampol był ksiądz Jan Kozak chór obchodził swe  60-cio lecie istnienia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAKopia Chór poł.lat 70-tych

Na powyższym zdjęciu chórzyści:  Lucyna Osmólska, Jan Wąsek, Romuald Miazga, Antoni Małyszek, Stanisław Wach, Tadeusz Saj, Stanisław Miazga, Pulcheria Małyszek, Tadeusz Serocki, Stefan Zalewa, Bogumiła Jezierska, Jadwiga Oszust, Maria Jasielska, Jadwiga Wąsek, Janina Chmiel, Zygmunt Karczmarzyk, Wanda Dudek, Józef Wach, Barbara Gajór, Kazimiera Korczak, Bronisława Wąsek, Jadwiga Ciszewska, Maria Filipowicz, Maria Chodaczyńska, Kazimiera Filipowicz, Jadwiga Miazga, Stanisław Dubiel, Helena Wąsek, Bogumiła Olszyńska, Leokadia Dubiel, Janina Krawczyk, Leokadia Karczmarzyk, Leokadia Dziurżyńska, Barbara Dubiel, Władysława Zalewa, Jan Jasielski. Proboszcz ks. Jan Kozak, wikary Stanisław Chmiel, dominikanin ks. Mateusz Bogucki, organista Jan Cichocki. Zdjęcie wykonane około 1964 roku, w pracach chóru bierze udział ponad 40 osób wtedy jeszcze stosunkowo młodych nic, więc dziwnego, że odnosił sukcesy i był chętnie zapraszany na różnego rodzaju uroczystości kościelne w okolicy. Kolejni organiści, którzy pracowali z chórem parafialnym.

Jan Cichocki.

Cichocki

Jan Cichocki pracuje we Frampolu, jako organista stosunkowo krótko, bo około 4 lat w latach 1961-1965. Po nim w latach 1965-1968 pracuje jeszcze Zygmunt Królik.

 

Tomasz Koper.

Tomasz Koper 1931-1988

Tomasz Koper podejmuje pracę w parafii Frampol 22 maja 1968 i pełni obowiązki organisty przez prawie 20 lat to jest do czasu swej przedwczesnej śmierci 20 lutego 1988 roku. Zamiłowanie do muzyki Tomasz miał od dziecka. Po ukończeniu szkoły podstawowej podejmuje naukę w 6 cio letniej Szkole Muzycznej w Lublinie, którą kończy dopiero w roku 1955 to jest po 8 latach, a to z tego powodu, że w roku 1951, kiedy był w przedostatniej klasie, powołany został do odbycia zasadniczej służby wojskowej. Nie były to lata całkowicie stracone, bo w wojsku został przydzielony do dętej orkiestry pułkowej. Pomagał kapelmistrzowi w prowadzeniu czterogłosowego chóru pułkowego. Po odbyciu służby wojskowej dokończył naukę i 1956 roku otrzymał dyplom ukończenia Szkoły Muzycznej.  Tomasz Koper kochał swą pracę i był bardzo zaangażowany •w prowadzeniu chóru  i doskonaleniu jego śpiewu. Obdarzony pięknym głosem – baryton, potrafił przyciągać ludzi do pracy w chórze. Potrafił pięknie grać na organach, a gra jego na tym instrumencie sprawiała przyjemność nie tylko jemy, a w szczególności słuchaczom. Potrafił znaleźć wspólny język z ludźmi ciężko pracującymi czy to na roli czy też wykonujących inne zawody i zachęcić ich do ćwiczeń w późnych godzinach wieczornych i nocnych, bo tylko wtedy mogli znaleźć czas na próby.  Pracował nie tylko, jako organista w kościele, ale pracował również z młodzieżą prowadząc chór mieszany w Gminnym Ośrodku Kultury. Tomasz Koper umiera 20 lutego 1988 roku. Pochowany został na miejscowym cmentarzu.

Po śmierci ojca stanowisko organisty obejmuje jego syn, który łączy pracę organisty z pracą nauczyciela muzyki w Państwowej Szkole Muzycznej I –go stopnia w Biłgoraju. W szkole tej uczył przedmiotów teoretycznych i prowadził chór. Piotr Koper, bo o nim mowa studiował w Instytucie Muzykologii Kościelnej KUL oraz był członkiem chóru akademickiego. Podejmując po ojcu obowiązki organisty frampolskiego miał już praktykę w tym zawodzie, ponieważ pracował od 1981 roku, jako organista najpierw w Dzwoli, a następnie w Kocudzy. Tak jak ojciec obdarzony był pięknym głosem i umiejętnością prowadzenia chóru. W roku 1994 Piotr wyjeżdża z Frampola i obejmuje stanowisko organisty w parafii w Dobroń. Nie traci kontaktu z Frampolem i na 100-lecie jego istnienia aktywnie włącza się w organizację i w przebieg w dniu jubileuszu. 75 lecie istnienia chóru.

75-cio lecie chóru

 

 

Chór 02.09.1973-75-lecieZdjęcie wykonane z okazji 75- cio lecia chóru 2 września 1973 roku     Siedzą od lewej: ks. wikary Zeń, proboszcz Jan Kozak, wikary ks. Aleksander Szczygielski, organista Tomasz Koper. Chórzyści od prawej: pierwszy rząd: Zofia Krawczyk, Wanda Ciekanowska, Jadwiga Ciszewska, Jadwiga Miazga, Bronisława Wąsek, Leokadia Dubiel, Janina Chmiel, Jadwiga Wąsek, Pulcheria Małyszek, przed nią mały jeszcze przyszły organista Piotr Koper, drugi rząd od lewej: Stanisława Gabryszewska, Krystyna Sobczak, Jadwiga Oszust, Bogumiła Jezierska, Kazimiera Filipowicz, Bronisława Góra, Maria Chodaczyńska, Maria Filipowicz, Helena Frelas, od prawej: Stefan Zalewa, Antoni Małyszek, Stanisław Korczak, Zygmunt Karczmarzyk, Józef Wąsek, Daniela Dubiel, Stanisław Dubiel, Helena Wąsek, Maria Jasielska, Jan Kapica, Janina Krawczyk, Józef Wach, Jan Wąsek.   W 75-cio lecie swego istnienia chór nadal liczny, ale widać, że coraz starszy wiekiem swych członków. Nie widać wśród chórzystów młodych ludzi. Całe szczęście  w latach dziewięćdziesiątych do chóru coraz częściej zaczną napływać ludzie młodzi  i w wieku średnim, co umożliwi dalszą jego działalność.    Na zdjęciu podczas próby w 1998 roku: Anna Zbrońska, Maria Chodaczyńska,  Bolesław Korczak, Jadwiga Biernat, Jadwiga Cieszewska, Bronisława Góra, Bronisława Wąsek, Pulcheria Małyszek, Tadeusz Saj, Janina Chmiel, Bogumiła  Włodzisław Jasiński, Jan Wąsek.

 

Stulecie chóru frampolskiego.

100-lecuie chóru

Skład chóru w stulecie jego istnienia i ilość przepracowanych w nim lat:

Żyjący chorzyści w jego stulecie

60 lat Wanda Dudek, Kazimiera Filipowicz, Maria Jasielska,                                                        51 lat Jadwiga Biernat, Janina Chmiel, Maria Chodaczyńska, Jadwiga Cieszewska Stanisław Dubiel, Bogumiła Jezierska, Bolesław Korczak, Kazimiera Korczak, Janina Krawczyk, Jadwiga Miazga, Bogumiła Olczyńska, Jadwiga Oszust, Tadeusz Saj, Bronisława Wąsek,                                                                                                                                47 lat Leokadia Dubiel, Bronisława Góra                                                                                       45 lat, Pulcheria Małyszek                                                                                                                   40 lat, Zygmunt Wasilik 40 lat,                                                                                                  Włodzisław Jasiński 25 lat, Jan Świeżawski 23 lat.                                                              Pozostali chórzyści ze stażem od 10 lat do 1 roku w kolejności: Ewa Ficek, Anna Zbrońska, Maria Czerniak, Ryszard Filipowicz, Henryk Mazurek, Anna Dycha, Edward Kaproń, Lucyna Litwiniuk, Monika Mydlak, Anna Padiasek, Krystyna Zalewa, Ks. Jan Radziszewski, Andrzej Cichocki, Tadeusz Kowalik, Władysław Serocki, Bogusław Zalewa, Alicja Domańska, Krystyna Dycha, Urszula Gabryszewska, Marian Krawczyk, Józef Laskowski, Grzegorz Osmólski, Beata Padiasek, Monika Zalewa, Bożena Ciekanowska, Teresa Jasielska, Piotr Jasiński, Danuta Odrzywolska.

Córka organisty frampolskiego Tomasza Kopra Marta Hetman w 2001 roku pisze  i broni pracę magisterską napisaną na zakończenie swoich studiów na Akademii Świętokrzyskiej im. Jana Kochanowskiego w Kielcach. Praca magisterska, którą napisała Marta pod kierownictwem naukowym dr Marii Kaczmarskiej nosi tytuł:                                – „ Działalność chóru parafialnego we Frampolu w latach 1898-1998”, jest odzwierciedleniem dorobku chóru, zaangażowania organistów oraz większości księży proboszczów. W ostatnich latach frampolskim chórem zajmował się Włodzisław Jasiński nie, jako organista, ale społecznie szkolił chórzystów i dyrygował chórem w czasie uroczystości kościelnych we Frampolu jak również w czasie koncertów organizowanych w zaprzyjaźnionych parafiach czy przeglądów. Ponieważ praca chórzystów i dyrygenta przynosiły efekty chór chętnie był zapraszany na różnego rodzaju uroczystości czy imprezy nie tylko kościelne.

Chór Frampolski w 120-lecie swego istnienia.

W dniu dzisiejszym 15 lipca 2018 roku w kościele parafialnym we Frampolu odprawiona została uroczysta suma z okazji dorocznego odpustu poświęconego Matce Bożej Szkaplerznej  oraz 120 rocznicy powstania chóru parafialnego.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA