Wysiedlenia Frampola w 1943 roku ciąg dalszy – Buchholz

Buchholz

Dalsze dni to już tylko oczekiwanie na transport. Staramy się przy pomocy Polaków w administracji obozowej dowiedzieć się o dalszym naszym losie.

Bernard w dalszym ciągu stara się o szybkie połączenie z przyszłą żoną, to mu obiecują i transport do kopalń węgla w Westfalii nie zagraża mu, więc pewny jest skierowania do któregoś z okolicznych majątków.

Zdawało się, że nasza sytuacja nie zmieni się, kiedy jednego z następnych dni rano wchodzący pracownik administracji do baraku wykrzykiwał moje nazwisko.

Zabieraj swoje klamoty i jazda na bramę, wartownik zaprowadzi cię do Arbeitsamtu, idziesz do roboty, nie jedziesz w transporcie”.

W takich wypadkach to jeden wielki chaos w głowie. Nie wiadomo, co robić, czy się żegnać z towarzyszami wspólnej udręki, myśli się cisną, dokąd, gdzie, jaka robota, dlaczego tylko mnie, czy tylko do Arbeitsamtu, a może coś gorszego. O różnych sprawach się mówi, nie wszystkich się zna, a może u Stacha przy poczęstunku, a może sam Stach coś dla mnie załatwił.

Przyśpieszany, zabieram „klamoty”, podaję najbliższym rękę i wychodzę.

Przy bramie żandarm tylko przy krótkiej broni – wychodzimy na ulicę. Idziemy obok siebie, więc nie wygląda to na eskortowanie. Niemiec jest już starszym człowiekiem i do marszu pogwizduje sobie pod nosem, a w przerwie próbuje rozmowy. Idziemy kolejnymi ulicami, ruch jak w każdym mieście, ale przeważają ludzie starsi; kobiety i dzieci. Młodzieży starszej jak na lekarstwo.

Arbeitsamt, budynek kilku piętrowy, wygląda jak z betonu, wchodzimy do niego przez wielkie drzwi, z przedsionkiem na wielki hol, w którym wokoło wiele drzwi do pokoi dla pracującego personelu. Wprowadzony zostaję do jednego z nich, gdzie widzę rozmawiającego z urzędnikiem już bardzo siwego Niemca.

Wysoki o ascetycznym wyrazie twarzy, nie robi dobrego wrażenia swoim wyglądem. Dokumenty dotyczące mojej osoby podaje urzędnikowi eskortujący mnie żandarm, salutuje i odchodzi. Urzędnik po chwili wyjaśnia mi krótko, że zostaję skierowany do pracy w gospodarstwie rolnym obecnego tutaj pana Waltera Habecka.

Krótkie formalności przekazania, ostrzeżenie niemieckie o dobrej pracy i wychodzę ze swoim nowym gospodarzem. Wychodzimy przed budynek od strony podwórka i szybko kierujemy się do stojącej małej bryczki zaprzęgniętej w jednego konia.

Podchodząc do bryczki szybko szacuję na oko jej wygląd i zaprzęgniętego do niej konia, bo to jak najbardziej świadczy o gospodarzu i gospodarstwie dobro­bycie i panującym tam porządku.

Bryczka mocno podniszczona, ale można to jeszcze tłumaczyć trudnościami nabycia takiego sprzętu w okresie wojennym.

Nie mniej wygląd konia, na co byłem uczulony od dziecka, chudego i mocno zaniedbanego wyraźnie mówił o istniejących nie domaganiach w gospodarstwie, do którego mnie skierowano.

Przypuszczenia moje okazały się słuszne i właśnie ten koń stanowił wizytówkę oraz właściwe odbicie sytuacji gospodarczej i materialnej „nowego pana”. Wyjeżdżamy z miasta mało rozmawiając, gdyż gospodarz nie zdradzał do tego ocho­ty, a ja zająłem się własnymi myślami i obserwowaniem okolicy.
Za miastem skrę­camy i mając po lewej stronie odległe od szosy około 100 metrów osiedle małych domków krytych czerwoną dachówką. Kierujemy się na północny zachód. Asfaltowa jezdnia obsadzona dużymi drzewami. Próbuję jednak rozmowy stawianiem pytań dotyczących nazwy miejscowości, do której jedziemy, wielkości gospodarstwa, z jakiego składa się inwentarza, kto dotychczas tam pracował. Niemiec krótkimi zdaniami więcej pod nosem, ale odpowiada. Przypomina mi się rozmowa wyglądająca odwrotnie, kiedy jechałem do pierwszego gospodarstwa z Szefem, który wtedy sam się wszystkiego wypytywał i to szczegółowo.

Z rozmowy, chociaż bardzo zdawkowej i ograniczonej w słowach, mogłem już teraz w drodze, mniej więcej domyśleć się o czekającej mnie pracy i istniejących warun­kach.

Gospodarstwo znajduje się w miejscowości Buchholz, odległej około 4 km. od Starga­rdu Posiada ok.12 ha ziemi. Inwentarz to 6 krów, dwa konie, 3 świnie. Dotychczas pracował jeden Polak i Rosjanka. Polak odszedł do majątku, a ja jadę na jego miejsce. Musze wszystko umieć robić w rolnictwie, bo gospodarz stale choruje, jak o sobie to powiedział.

Dalsza droga szybko minęła, pomimo iż koń słaby i zabiedzony, nie miał ochoty do szybkiego biegu. Mokry wlokący nogami niepopędzany zbytnio batem przez gospodarza, ciągnął nas z bryczką do celu. Mijamy po lewej stronie przy drodze stoją­cych kilka gospodarstw stanowiących tzw. kolonię i zbliżamy się do wioski, dojeżdżając, po prawej stronie widzę zabudowania dużego majątku, po lewej stronie zabudowania gospodarskie małej wsi, z rzędem kilku gospodarstw przy wiejski drodze idącej równolegle do szosy.

Wszystko, to znajduje się w zieleni późno jesiennej wysokich starych drzew. Mijając folwark wśród drzew po prawej stronie widzę mały murowany niewielki kościółek. Zjeżdżamy z głównej asfaltowej drogi, kierując się już na wspomniany równolegle biegnący wiejski polny trakt obsadzony brzozami. Po lewej stronie widzę trzy zabudowania gospodarskie, domy z czerwonej cegły, tak charakterystycz­ne dla budownictwa niemieckiego.

Mijamy pierwsze gospodarstwo i skręcamy na podwórko drugiego. Jesteśmy na miejscu.

Gospodarstwo Waltera Habecka wieś Buchholz bel Stargard im Pommem.

Podwórko puste, przez okno z jednego z pomieszczeń frontowych, od ulicy wygląda starsza kobieta i dwoje dzieci. Jest godzina popołudniowa.

Zgodnie z pierwszym poleceniem gospodarza wyprzęgam zmęczonego konia, prowadzę go do stajni, gdzie przywiązuję obok tam stojącego drugiego, ale bardziej jasnego. Były to konie maści -karej i gniadej, o podobnym nędznym wyglądzie. Stajnia wspólna z pomieszczeniem dla krów i przegrodami na trzodę chlewną, utrzymana czysto, pomimo, jak widać z wyglądu dawno niebielona. Stojące rzędem krowy oddzielone betonowym chodnikiem biegnącym przez całą długość obory. Konie wygrodzone ścianką, tak, jak trzoda chlewna.

‚Wychodzimy na podwórko, dla postawiania bryczki w przeznaczonej do tego szopie, oraz ulokowania na specjalnych hakach tamże uprzęży.

Zabieram z bryczki swój majątek i kieruję się za gospodarzem do części miesz­kalnej. Cześć mieszkalna stanowiła pod jednym dachem z zapleczem gospodarczym całość podstawowa gospodarstwa. Osobno stała stodoła z dobudowana szopa na narzędzia rolnicze, bryczkę, wóz. Przy tej szopie małe pomieszczenie na tzw. gospo­darskie drobiazgi i tam stawiany był rower.

Wchodząc do sieni kierujemy się bezpośrednio schodami na górę do pomieszczeń urządzonych na strychu dla służby.

Od strony czołowej budynku, czyi i od traktu polnego, przy którym znajdowało się gospodarstwo, urządzone były trzy pomieszczenia. Środkowe pomieszczenie stano­wił ładny pokój: z oknem pa drogę z piecem ogrzewalnym przeznaczony dla córki, po lewej stronie było pomieszczenie dla Tatiany, a po prawej, obecnie dla mnie. Niemiec przeprowadzając mnie obok drzwi tych pomieszczeń, wyjaśnia: że tutaj śpi Tatiana, następne drzwi to córka, a ostatnie to twoje mieszkanie. Wchodzę do środka.Wgląd nienadzwyczajny, bo chodzić można w pozycji prostej zaledwie przy samym łóżku w innych miejscach przeszkadza pochyły sufit odpowiadający spadkowi dachu budynku.

W pomieszczeniu brak ogrzewania, a przy ścianie po lewej stronie gdzie zaczyna się spadek sufitu, duże meblowe łóżko, pokryte pierzyną, widać świeżo obleczoną, przy nim mały taboret, a na nim kawałek świecy-znak, że nie ma tutaj światła elektrycznego. Było tylko w pokoiku córki.

Gospodarz pozostawia mnie dla urządzenia się we własnym pomieszczeniu, zapowiadając jednocześnie, że za chwilę będę zawołany na obiad, po którym pójdziemy zapoznać się obowiązkami wynikającymi z przyszłej mojej pracy.                                            Po wyjściu Niemca siadłem na taborecie i zapaliłem samosiejki z kraju i pierwszą moją myślą było, że te warunki bytowania w okresie zbliżającej się zimy nie za­powiadają się nadzwyczajnie. Tutaj nawet ze stajni końskie ciepło mnie nie ogrzeje. z drugiej strony zawsze to nie magazynek, a coś jednak zbliżone do lu­dzkich warunków.

Z zadumy wyrwało mnie okrzyk kobiecego głosu dochodzący z dołu: „mittag essen”. Szybko zdejmuję nieodłączny kożuszek ojca, położyłem na krawędzi łóżka i zeszedłem schodami na dół. W sieni czekał na mnie gospodarz i wprowadził mnie do pomieszczenia, do którego drzwi mieściły się naprzeciwko drzwi wejściowych ze dworu.

Była to kuchnia. Po prawej stronie przy drzwiach trzon kuchenny, za nim drzwi do pokoju, po lewej stronie drzwi wejściowe do pomieszczeń inwentarskich, obok nich z prawej stół pod oknem z dwoma taboretami, a następnie przy ścianie na przeciw kuchni kredens z naczyniami.

Wchodząc do kuchni zastałem w niej kobietę niedużego wzrostu dość schludnie ubraną w wieku gospodarza oraz w półotwartych drzwiach do pokoju wyglądających chłopca i dziewczynkę w wieku od 6 do 7 lat. Przy stole siedziała młoda dziew­czyna około 19 lat o kruczych włosach zaplecionych w warkocze. Duże oczy lekko skośne, smagła śniada twarz, jak by opalona z lekko spłaszczonym zgrab­nym nosem. Rysy twarzy zdradzały, ze jest mieszkanką z terenów południowo – wschodniej Rosji, aż tutaj zawleczona na przymusowe roboty. Dziewczyna bardzo skromnie ubrana jak w gospodarstwie przy pracy i do­myśliłem się, że to właśnie jest „Tatiana” -Rosjanka, o której już była mowa w czasie drogi. Gospodarz wskazywał kolejno na znajdujące się w kuchni kobiety i przedstawiał, tą starszą, jako „Szefową”, a wskazując na siedząca przy stole powiedział, to Tatiana.

Ukłoniłem się głową obu kobietom, a Tatianie podałem rękę, co w tym przypadku wypadło bardzo niezręcznie, tak jak gdyby ona nie znała tego zwyczaju. Gospoda­rze wychodzą do innych pomieszczeń, a my pozostajemy sami. Rozmowa się nie klei, a z wyrazu twarzy dziewczyny przebija się i to się rzuca w oczy, wielkie przygnę­bienie, małomówność i chyba skrępowanie. Widząc to nie przeszkadzam jej i biorę się za jedzenie. Jest zupa, chleb, drugie danie, może na pierwszy rzut oka skromniejsze jak na poprzednim gospodarstwie, nie mniej bez porównania o wiele lepsze od życia obozowego w Stargardzie. Tatiana zjada wcześniej, wstaje i przy kuchni myje naczynia. Ja też tutaj długo nie siedzę, bo nie widzę żadnego zaintereso­wania ze strony Tatiany moją osobą, a chciałem wyjść na podwórko i rozejrzenia się w samotności, zanim wyjdzie gospodarz. To trwa jednak dłużej tak, że mam możliwość dokładnego obejrzenia gospodarstwa i spojrzenia również na sąsiednie zabudowania. Wyszło mi całkiem z głowy, że to pora obiadowa i godzinny odpoczy­nek. Podszedłem do bramy wjazdowej na podwórko i stąd miałem przed sobą całe gospodarstwo Waltera Habecka zabudowane w czworobok.
Po prawej stronie budynek mieszkalny pod jednym dachem z inwentarskim, po lewej stronie szopa na wozy i narzędzia rolnicze oraz dobudówka do stodoły na składowanie węgla i drewna. Cała stronę znajdująca się na przeciwko od bramy zajmuje stodoła. Pomieszczenia inwentarskie już widziałem zaprowadzając po przyjeździe konia, więc przechodzę przez całe podwórko do stodoły.

W stodole młocarnia na motor elektryczny stojąca na dojść dużym przejściu odgradzajacym tzw. zapolem miejsce na zboże w snopach. Nad nim poddasze całe wypełnione również zbożem. Po prawej stronie pomieszczenia obok bramy wejściowej wydzielony i obudowany magazynek na przechowywanie wymłóconego zboża oraz owsa dla koni. W tym pomieszczeniu zainstalowano również śrutownik do mielenia osypki oraz sieczkarnię poruszaną elektrycznie. Wracam na podwórko i za domem od strony pola miejsce na składowanie obornika. W centrum podwórka duża pompa w obudowie żelaznej, świadczy o tym, że pomieszczenia mieszkalne sa bez doprowadzone wody.

Obchód gospodarstwa przerwał mi gospodarz, który rozpoczyna oprowa­dzanie mnie od nowa. Zaczyna od pokazania mi urządzeń i maszyn używanych do przygotowania karmy dla inwentarza żywego. Wyjaśnienia połączone są z praktycznym pokazaniem czynności i przygotowaniem obrządku popołudniowego, dalej następuje podanie receptury wyżywienia krów i koni, co tutaj należy do moich obowiązków. Następnie przedstawił mi również plan godzinowy mojej pracy w czasie dnia. Od rana sprzątanie całej obory, wywiezienie obornika przed przystąpieniem do dojenia krów i tutaj nowość, pomoc przy dojeniu krów ich karmienie oraz koni.

W czasie karmienia koni, przestrzegać jednoczesnego ich czyszczenia. Gospodarz zwracał szczególną uwagę i wyraźnie podkreślał mówiąc, na co przy żywieniu koni zwracać uwagę, że należy je ży­wić przerobionym owsem na śrutowniku, a w żadnym wypadku twardym ziarnem. Trudno mi było zrozumieć jego postępowanie, patrząc na zabiedzone konie, ale tłumaczenie było krótkie i w stylu pojęcia niemieckiego: „Idzie zima, konie będą mniej pracowały, mogą mniej jeść”.

Wciągałem się stopniowo do przydzielonej mi roboty, a równocześnie jak w poprzednim miejscu, starałem się poznawać Polaków pracujących w tej miejscowości. Każdego ranka w ramach dodatkowej czynności wywoziłem małym wózkiem bańki z mlekiem na podwyższenie zbudowane z desek w odległości o jakieś 200 m. od gospodarstwa, przy głównej szosie asfaltowej. Wożąc mleko przejeżdżałem obok sąsiada Niemca, u którego pracował młodszy ode mnie również Polak. Wkrótce go poznałem podczas jednego ze „spacerów z bańkami”. Spotkaliśmy się przy ladzie z bańkami umawiając się na spotkanie wieczorem. Zgodnie z umowa przyszedł do mnie i zaprosił mnie do siebie. Wyjaśnił, że gospo­darzy ma dobrych, nie zabraniają mu przyjmowania kolegów w domu, udostępniając nawet kuchnię.

Miałem wiec okazje porozmawiać o sytuacji Polaków w tej miejscowości i jedno­cześnie dowiedzieć się coś o swoim gospodarzu.

Lutek Borowiecki, bo tak się nazywał nowy znajomy, pochodził z Bydgoszczy i zos­tał wywieziony na roboty jeszcze na początku 1940 roku. Młody inteligentny, liczył sobie około 19 lat. Jak sam mówił trafił do dobrego gospodarza i pomimo, że ma dużo roboty, traktują go jednak dobrze, podobnie również i Rosjankę przydzielo­ną do tego gospodarstwa.

Jeżeli chodzi o Waltera Habecka, to jest gospodarzem biednym, dlatego, że od dłuższego już czasu choruje na płuca i nie może doglądać gospodarki, a jak sam nie dopilnuje roboty, to i tak wszystko idzie.

Miał w swojej rodzinie również przykre przejścia. Posiadał trzy córki. Jedna miała dziecko z sierżantem wojskowej jednostki, która tutaj budowała tą asfal­towa drogę. Po urodzeniu dziewczynka zmarła. Sierżant nie ożenił się z nią i to ją ostatecznie wykończyło. Druga z córek wyszła za maż i mieszka w Stargardzie. Trzecia jest przy rodzicach, mężatka, ma synka, a mąż przebywa na froncie. Sama pracuje w Stargardzie, dokąd dojeżdża na rowerze. Opiekuje się chłopcem i dziew­czynką, bardzo przyjemne dzieciaki, chowane jednak bez tej wrogości do obcokra­jowców. Widzę i ja to, że dzieci często przebywają w kuchni przesiadując na kolanach Tatiany, a w następnym okresie przyzwyczaiły się i do moich.

Widać to szczególnie u dziewczynki -sieroty, zawsze takiej poważnej i smutne j. Patrząc na to dziecko pomimo wielkiego żalu do tego narodu połączonego nawet z nienawiścią za prowadzony terror, niszczenie narodowości podbitej, mordowanie dzieci Zamojszczyzny i nie tylko, starałem się jednak w stosunku do tych dzieci nie okazywać im żadnego od­ruchu wrogości.

Osiedleni tutaj Niemcy jak wyjaśniał Lutek, przyjechali podczas I Wojny Światowej spod Kijowa, byli tam kolonistami i tutaj tez im za dobrze nie idzie. Polak, jaki przede mną był w tym gospodarstwie pochodził z Warszawy, stale pro­wadził wojnę z gospodarzem, a szczególnie maltretował (podobno) młodą Rosjankę Tatianę, zmuszając ją do życia z nim.

U Tatiany od pierwszego dnia poczułem wrogość do swojej osoby, przestrach i nieśmiałość, unikanie rozmowy. Dowiedziałem się następnie od Lutka, że Polaków w tej miejscowości jest 6-ciu, oraz jedna Polka, pozostałe to Rosjanki i Ukrainki. Z rozmowy z Lutkiem dowiedziałem się, że jego stosunek do wroga jest właściwy Polakowi i można z nim szczerze rozmawiać. Umówiliśmy się, że w najbliższą nie­dzielę wpadniemy do folwarku, bo tam właśnie są Polacy.

Po tym spotkaniu i wyjaśnieniu Lutkowi, jak jest w kraju, co robi tam młodzież pomimo wielkiego terroru i jaki jest mój stosunek do współtowarzyszy niedoli, bez względu na narodowość, jakoś musiało być to przekazane do Tatiany, gdyż od czasu do czasu mogłem wydusić z niej przynajmniej jedno słowo. W końcu wydusiła z siebie, że jest Ukrainką i pochodzi z Połtawy, po zajęciu, której przez Niemców została wywieziona na roboty przymusowe do Rzeszy.

Wykorzystując grudniowe pogodne dni gospodarz umówił sąsiadów i postanowił wszystko zboże wymłócić. Przez kilka dni kolejno młóciliśmy bez udziału gospo­darza, który leżał chory i tylko od czasu do czasu wyglądał przez okno. Pierwszy raz widziałem jego zdenerwowanie, kiedy zobaczył, że ja nie noszę worków ze zbożem. Wykonywał tą czynność inny robotnik od sąsiada, gdyż go oto poprosiłem, gdyż sam bałem się dźwigać po ostatnim wypadku zerwania barku u poprzedniego gospodarza. Niemniej wszystkie inne roboty w gospodarstwie, pomimo młócenia, staraliśmy się z Tatianą wykonać, dokładnie i na czas, ale spostrzegłem, że to i tak nie było widziane dobrze przez gospodarza.

Stale „Szefowa” powtarzała, że gospodarz się złości, że mało pracujemy i może być tak, że zamelduje burgermajstrowi, tak tutaj nazywano wójta. Doszło do tego w połowie grudnia. Przestrzegając ściśle wskazówki gospodarza odnoście żywienia krów i koni, nie mogłem patrzeć na zabiedzone i mizerne te ostatnie. Dla tego przy obrokowaniu południowym dosypywałem im owsa. Wyczyszczone i jako tako nakarmione konie, trochę ożyły ,o czym przekonała się sama „Szefowa”, kiedy odwoziliśmy do Stargardu zboże w ramach wyznaczonych dos­taw. W drodze powrotnej mogłem pokazać jak się jeździ parą koni w Polsce. „Szefowa”, takiej jazdy „po kawalersku” się bała i po powrocie opowiedziała to gospodarzowi, który wezwał mnie do siebie i przy łóżku leżąc niesamowicie mnie sklął i groził żandarmerią, podciągając łamanie ustalonej normy żywienia koni pod sabotaż.

Następnie w wyniku poróżnienia się Tatiany z córką gospodarza, która sprawdzając jej pokój stwierdziła, że na skutek przeciekania dachu, lejąca się podczas deszczu woda, zniszczyła brzeg materaca i oparcie łóżka, a Rosjanka o  tym nie zameldowała, przestrzeganie „Szefowej” sprawdziło się. Następnego dnia w rodzinach południowych przyjechał na rowerze jakiś cywil, długo rozmawiał z „Szefem” w pokoju, a następnie wpadł do obory, gdzie dopadł Tatianę. Jak zwykle, jak każdy Niemiec na funkcji zaczął wykrzykiwać, a kiedy ta nie rozumiała, bił ja po głowie, a następnie, kiedy tego było mało, złapał ją za warkocze i bił głowa o ścianę. Szybko wpadłem z podwórka do obory zobaczyć przyczynę tych wrza­sków, wtedy on doskoczył do mnie, ale, że się nie dałem uderzyć w twarz, pchnął mnie na ścianę. Z jego wrzasku zrozumiałem tyle, że nic nie robimy, pójdziemy do wiezienia za sabotaż, że on z nami załatwi, wy świnie polskie i ruskie. Powie­działem spokojnie, że wszystko, co do nas należy robimy w gospodarstwie, niech, jednak dziewczyny nie bije, bo ona nie rozumie po niemiecku, a ja jej to przeka­że. Wygrażając mi pięścią pod nosem i potrząsając prawą kieszenią od spodni, gdzie widocznie miał broń, wypadł z obory do pomieszczeń gospodarza, a następnie odjechał rowerem w kierunku wsi. Tatianie przetłumaczyłem, o co chodziło Niemcowi, a z drugiej strony powiedziałem, że o takich rzeczach jak przeciek wody z dachu do pokoju należy zgłaszać, bo za te sprawy odpowiada młoda Niemka, a ona wychowuje dwoje dzieci, mało interesuje się gospodarstwem, pracuje w Stargardzie i w stosunku do nas moim zdaniem jest najbardziej na miejscu. Powiedziałem, Tatianie, niech w takich wypadkach nie płacze, bo to na nich to nie działa, oni tego dopiero muszą sami doświadczyć, a nam tylko pozostało trzymać się mocno i nie okazywać, że nas takim postępowaniem mogą złamać. Zobaczysz, to się na pewno skończy. Wieczorem zbojkotowaliśmy kolację, a Niemki do nas nie wyszły i nie pokazały się już dzieci. Zabraliśmy się do sąsiadów, do Lutka i jego „Ruskiej”, jak ją wszyscy określali.                                                                              Kolacja była jednak zaniesiona na górę, bo zastałem ją na taborecie przy łóżku, Przypuszczałem, że zrobiły to dzieci, bo w nich jednak mieliśmy przyjaciół. Po tym wypadku Tatiana chyba zrozumiała, że nie wszyscy Polacy są tacy, jak mój poprzednik, że też tylko biją i ciągną na słomę albo do łóżka. Widziała listy przechodzące do mnie, a nawet paczki, zdjęcie dziewczyny i pod względem moich zalecanek stała się spokojna. Czas leciał szybko.
W połowie grudnia pomimo lekkiego w tej okolicy klimatu, rozpoczęły się przymrozki.

W dzień ciepło, mgły, rano zaś siwo na dachach, a najlepiej dawała znać o tym temperatura w naszych pomieszczeniach. Ja miałem w wszystkim jeden poważny mankament, gdyż dostałem od gospodarza polecenie w wolnym czasie porozbijania wielkiego pnia z korzeniami leżącego na podwórku za pomocą marnej siekiery spadającej ze styliska i żelaznego klina. Robiłem wszystko, ażeby wykonać, ale szło mi to bardzo opornie, bo musiałem uważać na spadające ostrze siekiery przy wbijaniu klina ze styliska oraz groźne wyskakiwanie samego klina, co groziło mi kalectwem. Gospodarz podpatrujący mnie zza firanki uważał, że ja się obijam i coraz bardziej wrogo nastawiał się do mojej osoby. Czułem się w tym gospodarstwie coraz bardziej samotny i tylko wieczorami ratował sytuację Lutek, do którego uciekałem, a wieczory teraz stawały się długie i do godziny policyjnej mieliśmy sporo czasu.

W moim usposobieniu wyczuwałem nadchodzący okres Świat Bożego Narodzenia, pomimo przebywania w jakże zmienionych warunkach. Znajdowałem się w stanie jakiegoś wyczekiwania, nachodzenia wielu wspomnień nie tylko tych okupacyjnych, ale się­gających okresu przedwojennego, a nawet lat dziecinnych.

Rodzina gospodarza w prowadzonych rozmowach również ten temat poruszają, a częste wjazdy do miasta i przywożenie najrozmaitszych artykułów świadczyło rów­nież o zbliżającym się okresie świat.

Wysyłam 2 listy do domu i do Irki życzeniami spokojnych i zdrowych świat. Jak już zaznaczam dzień krótki, wieczory długie, a w izbach na górze zimno i ciemno, tylko przy świecy, a z jej wielkością trzeba się liczyć. Siedzę po kolacji w kuchni, dokąd się jeszcze kręcą kobiety, albo się urywam do Lutka. Tam jest inna sytuacja, kuchnia duża do naszej dyspozycji, gospodarze pozwalają, a nawet zapraszają do przychodzenia.

Święta coraz bliższe, przychodzą listy z domu, paczka od Irki. Orzechy, tytoń, skarpety, szalik, ciastka. Polskie ręce wyciągnęły po drodze sweter. List serdeczny przepełniony tęsknotą i zapewnieniem, że robi się wszystko, ażebym powrócił, tylko się trzymać. To jednak podtrzymuje, pomaga w przerwaniu. Nadchodzi w końcu dzień wigilijny. Oprawiam gospodarzom choinkę, co obserwują przez okno dzieci mało nosami nie wypchają szyby. Wnoszę do pokoju przy wiel­kiej radości dziewczynki i chłopca ustawiając we wskazanym miejscu. Gospodarz dalej choruje i leży w łóżku. W ostatnich dniach wieczorami, Niemki pitraszą i coś wypiekają. W kuchni teraz jestem tylko w czasie posiłków zapachy, jednak dają znać, co się przygotowuje.

Tydzień przedświąteczny dużo roboty, przygotowuję pasze dla krów i koni na dwa miejsca dla kcal i krów dokładnie sprzątam, to samo na podwórku i w całym zabudowaniu gospodarczym.

Nastrój okropny, przepełniony tęsknota za świętami, które przeszły w życiu, ale wszystko jedno jakiś pełen nadziei i ukrytej pewności, że już nie długo. Nadchodzi godzina l8-ta, mogę zająć się sobą. No cóż idę na górę, dzisiaj mogę sobie pozwolić na dłuższe palenie świecy, golę się, myję i ubieram w lepsze łachy, a najważniejsze czystą koszulę. Widzę czysto powleczona pościel na łóżku, aż miło patrzeć. Zimno, ciasno, stale w pozycji pochylonej, ale czysto i to najważniejsze. Godzina 19-ta, krzyk z dołu-kolacja.

Gaszę światło, biorę przysłany z Polski opłatek, ze spacyfikowanej, rozgrabionej i wywiezionej do Rzeszy -Zamojszczyzny, ale walczącej dalej, wkładam do kieszeni i schodzę.

Kuchnia oświetlona, ciepła, przy stole już siedząca Tatiana. Biała bluzka, ciemna spódnica, warkocze długie zaplecione, nawet nie wiedziałem, że ma takie długie i bogate czarne włosy, bo były zawsze okutane grubą chustką. Zawsze ponura dzisiaj uśmiechnięta, przy wyraźnym jednak przebijającym się smutku. Stół pokryty białym obrusem. Na małych talerzykach chleb z wędliną, na głębokich talerzach kartofle, sos i porcja mięsa-pieczonej gęsi, na płytkich talerzach -ciasto.

Wielkie nasze zdziwienie wywołują dwa kielichy napełnione winem i herbata. Siadamy, jesteśmy sami. Wyciągam opłatek, tłumaczę o polskim zwyczaju i podaję do ułamania Tatianie. Początkowo Tatiana uśmiechając się i cofając rękę wykazu­je niezdecydowanie, ale na moje dalsze wyjaśnianie i prośbę łamie opłatek, przygląda mu się i patrząc na mnie wkłada do ust. Długo kręci głowa i zamyślona się uśmiecha, ale nic nie mówi. Pijąc wino życzymy sobie, ja tylko mówię, ona pochylona nad stołem zamyślona dalej myślami. W oczach wielki smutek i łzy. Moje słowa to coś jeszcze bez pokrycia- Tatiana, już nie długo wrócisz do swoich zobaczysz, że to się sprawdzi, na pewno!- czy mnie chociaż zrozumiała. Patrzy na mnie, czyta z oczu, z twarzy, nie można wyczytać jej myśli, czy wierzy w tą wigilijną przepowiednię. Mnie się spełni za rok, ale nie wolnością, je j na pewno za dwa lata już w Połtawie, jeżeli Stalin nie wymyślił obozów dla pow­racających z Niemiec, zakażonych kulturą zachodnią, a mówiono coś o tym.                                                W ciszy i powadze, każde myśląc o swoich sprawach, spożywamy kolację. Od pokoju gospodarzy dochodzi do nas głos szczebioczących dzieci, radosne okrzyki  z otrzymanych prezentów i śpiew starszych.

Kończymy kolację, kiedy otwierają się drzwi, wchodzą dzieci, gospodyni i jej córka. Gospodyni składa nam życzenia od progu, nie podchodzi. Dzieci podbiegają do nas, z prezentami. Tatiana otrzymuje orzechy i pończochy, ja paczkę tytoniu i papie­rosy. Dzieci następnie zapraszają nas do obejrzenia choinki. Podchodzimy na próg pokoju. Przed nami na środku stół zastawiony potrawami i pustymi naczyniami po kolacji. Przy ścianie od okna w lewo, wysoko zasłane łóżko, na którym w białej koszuli leżący Szef, na przeciw w rogu pokoju choinka. Ubrana tak, jak nasze choin­ki polskie. Takie to dziwne w tej chwili, te same obyczaje, tak podobne obrządki, a jak nas dużo dzieli, nadludzi od pół ludzi.

Z pokoju rozchodzi się zapach choinki, pomieszany z zapachem palących się świeczek na drzewku oraz przysmaków na stole. Niemcy nas obserwują, na pewno widzą, z jakim zainteresowaniem przyglądam się ładnie ubranej choince, połyskującym bańkom i innym zawieszonym ubiorom.

Trudnym jest chyba do opisania wyraz twarzy człowieka, który ogląda zwyczaje, w których wrósł, bez prawa korzystania z nich, kiedy siłą sprowadza się go do rozumowania, że jest najpodlejszym stworzeniem na świecie, bez prawa upominania się o cokolwiek, bez możliwości powrotu do dawnej rzeczywistości. Odpowiadam biegającym dzieciom, że choinka jest piękna, dziękuję za jej pokaza­nie, skłaniając głowę do młodej Niemki i wycofuję się tyłem za Tatianą do kuch­ni. Siadam na swoim miejscu. Tatiana myje naczynia, sprząta po kolacji, a ja jej opowiadam, jak w Polsce na wsi obchodzi się święta Bożego Narodzenia. Na pewno za mało znałem słów, ażeby ona mogła zrozumieć wszystko, niemniej jednak starałem się jej mieszając słowa   polskie i rosyjskie dokładnie to opowiedzieć. Dochodziła 20-ta, kiedy wpadł do nas Lutek. Bardzo się ucieszyłem. Złożyliśmy sobie życzenia świąteczne, a z nimi najważniejsze, ażeby następne były w Wolnej Polsce, wśród własnych rodzin i najbliższych.

Poprosiłem Lutka na górę, gdzie podzieliliśmy się opłatkiem z Polski i zapalili przysłanej biłgorajskiej samosiejki. Kiedy usłyszeliśmy, że na górę do swojego pomieszczenia przyszła Tatiana. Lutek zaprosił mnie, a następnie przechodząc do jej sztuby i ją do siebie.

Okazało się, że razem z nim pracowała Tatiany koleżanka, z którą przyjechała do Niemiec i tutaj się odnalazły. Nie były to koleżanki bardzo do siebie zbliżone z uwagi na sposób bycia Tatiany, nie odwiedzały się, tak jak my z Lutkiem, gdyż chyba ta ostatnia należała do ludzi małomównych i lubiących samotność. Zasta­nawiałem się, czy ona nie czuła żalu, albo znienawidziła otoczenie, które zgoto­wało jej życie bez możliwości obrony, przywleczenie młodej dziewczyny na roboty przymusowe i tutaj zgwałcenia przez zwyrodniałego Polaczka. Idziemy w trójkę do Lutka, bo to w następnym domu.

Tutaj jednak całkiem inna atmosfera, o której już pisałem. Gospodarze Lutka, jednak utrzymują pozorny dystans w oczach sąsiadów, ale w taki sposób, że daje to każdemu odczuć o traktowaniu nas na równi.

Czysto sprzątnięta kuchnia. Przy stole stojącym na środku drugiej połowy kuchni siedzi właśnie Rosjanka zatrudniona z Lutkiem i swoją koleżanką Zosią od następnego sąsiada. Piją herbatę i jedzą ciasto. Przy stole są też gospodarze, a pełno ruchu i krzyku wprowadzają dzieci. Siadamy i my. I znów życzenia, dużo rozmawiamy, nie krepując się gospodarzami, którzy za chwilę wychodzą do swojego pokoju obok. Dużo ruchu robi przy stole niskiego wzrostu Rosjanka Zosia. Można powiedzieć, że bardzo mała, ale za to zgrabna i ładna. Pomimo na pewno niełatwych warunków, zna­lazła czas i sposób na zakręcenie włosów. Czysto i schludnie ubrana, bezpośred­nia i jak gdyby beztroska, wpływała na otoczenie oderwania się myślami od życia codziennego. Ciągłe szczebiotanie, wiele śmiechu i przekory robiły swoje, długo nie siedzieliśmy, bo to i godzina policyjna została złamana w wieczór wigilijny. Zbieramy się i wychodzimy po cichu, ażeby nie spotkać nocnej warty. Zapraszam wszystkich na drugi dzień świąt, bo jutro otrzymaliśmy z Lutkiem zezwole­nie na udanie się na nabożeństwo w Stargardzie, organizowane dla cudzoziemców obrządku rzymsko-kat.

Powróciwszy na swoje poddasze jeszcze raz przeczytałem listy od rodziny i Irki długo myśląc, że tylko rok minął od wspólnych świat i jestem teraz tutaj, tak da­leko.

25 grudnia 1943 roku -Boże Narodzenie w Rzeszy.

Wychodzimy z Lutkiem zaraz po obrządku i śniadaniu. Droga prowadzi wśród gęsto obsadzonych drzew. Asfalt lekko mokry od opadającej mgły bez śniegu. Na polach raczej wygląda na wiosnę, a nie na zimę. Teraz możemy porozmawiać sobie spokojnie nie bojąc się podsłuchania. Opowiadań Lutkowi dużo o sobie, o domu o Irce w GG. O obecnej sytuacji tam w kraju, a najwięcej o walce konspiracyjnej v ruchu oporu. Droga schodzi nam szybko i o 9-tej jesteśmy na miejscu. Kościół na górce z dużą strzelistą wieżą. Obecnie w polskim Stargardzie pod wezwaniem św. Jana. Przed kościołem pełno ludzi. Przeważają mło­dzi ludzie. Tłum faluje, głośne rozmowy i śmiechy, we wszystkich językach europy, wchodzimy do kościoła. Wypełniony po brzegi młodymi ludźmi. Zaczyna się nabożeństwo. Grają tylko organy. Stoimy zasłuchani w melodię instrumentu, który wszędzie wydaje jednakowe tony i dźwięki bez podziału na nadludzi i pół ludzi. Ze ścian spoglądają na nas te same twarze z obrazów świętych.

Ale my tutaj jesteśmy nie­wolnikami. Rozmyślamy o sprawach własnego życia, uświadamiając sobie gdzie jesteśmy i co nas Jeszcze czeka, jaki będzie tego wszystkiego koniec, a jakie miej­sce w tej końcówce. Co nam przyniesie najbliższy 1944 rok.

Nabożeństwo się kończy, wychodzimy przed kościół, palimy papierosy, wymieniamy zdania z innymi, skąd?, jak już długo?, trzymaj się, już nie długo! -cześć!. Nie odchodziliśmy jeszcze, stałem zapatrzony
i opanowało mnie pewnego rodzaju zdziwienie spowodowane wyglądem zewnętrznym i beztroskim zachowaniem. W tym tłumie młodzi ludzie, najczęściej jednak schludnie ubrani, nie w krępują­cym mnie kożuszku przykrótkawym, który w tym jednym roku przeżył partyzantkę w oddziale „Boba”, a następnie kilka obozów przejściowych. W większości są to ludzie pełni życia, uśmiechnięci i cwaniacko rozkrzyczani. Szczypię się w policzki czy jestem przytomny i dobrze widzę. Zaczynam spokojnie myśleć i analizować. Ci, co tu taj trafili na Pomorze Zachodnie w początkach okupacji, już ułożyli sobie życie, nie czuli potrzeby jakichkolwiek zmian, obojętna im była sytuacja w jakimś GG, bo ich tereny macierzyste zostały włączone do Rzeszy. Tym, którym się gorzej powodziło nikt im nic pomagał, zajęty swoimi sprawami zabezpieczał tylko własne przeżycie. Często pogubili się z rodzinami wysiedlonymi do GG. wywiezionymi do obozów, albo zamordowanymi na miejscu przez sąsiadów z V Kolumny. Dni im leciały od niedzieli do niedzieli, kiedy można było zorganizować nawet potańcówkę przy harmonii, spotkać nową dziewczynę, organizując u niej metę po pracy na dłuższe okresy, później zaloty i zbliżenia miłosne, a kiedy zapowiadało się dziecko, połączenie w rodzinę w jakimś folwarku.

Będąc w Dahlow spotkałem młodszego ode mnie chłopaka z Warszawy, którego matka wdowa po oficerze polskim, ulokowała go tutaj u gospodarza, ażeby przetr­wał wojnę i jako jedynak nie narażał się. Matka zaczepiła się w jakiejś robocie przy lotnictwie wojskowym niemieckim, tak dobrze, że samolotem wojskowym przy­jeżdżała do Stargardu w odwiedziny do syna, dowożąc wszystko, co mu było potrzebne. Kiedy będąc u niego, a mieszkał w jednoosobowym pokoiku umeblowanym, chłopak otworzył mi szafę, zobaczyłem jego zabezpieczenie w bieliznę, ubrania i żywność. Na wyjście jesienno-zimowe miał nowy płaszcz skórzany koloru ciemnej zieleni, podbity białym futerkiem-(na pewno oficerski lotniczy). Rozmawiał ze mną jak wychowaniec Niemca, a nie robotnik rolny, co mnie ogromnie zaskoczyło. Słowa jego wypowiedziane zapamiętałem na całe życie.

„Chłopie mam żarcie, o które dba matka, palenie i marki, dla rozrywki ugadałem sobie dziewczynę we wszystkim fajną, co mi więcej potrzeba”. Mieszkał nie w stajni, czy na strychu, lub w baraku, ale w dość przyjemnym pokoiku z oknem obrośniętym dzikim winem z widokiem na ulicę wioski i osobnym wejściem. Dziewczynę mi przedstawił jednej niedzieli, kiedy po­szliśmy do wsi Gogolewo, rozdzielonej z Dahlowem małą rzeczka. Rzeczywiście blondynka klasa, pochodząca z jakiegoś miasta, nazwa już mi wyszła z głowy, zapewne w rewanżu zaopatrywana w odzież przez mamusię chłopaka, bo nie wyglą­dała na robotnicę robót przymusowych. O tyle był to chłopak na miejscu, o ile mnie nie kłamał, że był przekonany, że kiedyś się pobiorą, a teraz ma wszytko zapewnione i nie chodzi po jałmużnie.

To nie był jedyny przypadek. Tutaj jakaś zabawa w wojnę nie wchodziła w rachubę, ani z Bernardem,  ani z innymi tego typu Polakami, co syn jedynak Z Warszawy, schowany przez sterowna mamę k/Stargardu im. Pommern.

Wracamy w kierunku swojej wsi. Droga pusta. Niemcy świętują nikogo nie widać. Szybko dochodzimy do naszych gospodarstw, umawiając się z Lutkiem na popołudnie i zabieramy się do obrządku inwentarza.

Wieczorem wybieramy się do Polaków zatrudnionych we dworze. Schodzą się tutaj w wolne dni od pracy wszyscy zatrudnieni obcokrajowcy w tej wsi. Ja w nim będę uczestniczył po raz pierwszy, a więc zrozumiałe, że to spotkanie mnie ciekawi. O umówionej godzinie idę do Lutka i razem idziemy do zabudowań dworskich. Przechodzimy duże dworskie podwórko i wchodzimy do pomieszczeń mieszkalnych znajdujących się w budynku parterowym, jak u nas spotykane czworaki. W pierwszej większej izbie na środku duży stół, wokół, którego poustawiane dość już sfatygowane krzesła.
W pomieszczeniu kilka osób grających w karty, a dym z papierosów, aż utrudnia widzenie. W drugim pomieszczeniu są kobiety. Z prowadzonej rozmowy orientuję się, że są to przeważnie ludzie młodzi z poznańskiego i pomorskiego, przebywający na robotach od początku okupacji i włączeni; tych terenów do Rzeszy. Młodzież ta nie żyje, żadnym innym zagadnieniem jak tylko sprawami dnia codziennego.

Moja osoba nowa na tym terenie nie wzbudza żadnego zainteresowania, pomimo, że w Rzeszy znalazłem się od kilku miesięcy i przybyłem z terenów GG. Obce są im wiadomości o ty, co się dzieje na świecie, bo i po co?. Nie interesuje ich walka Polaków w kraju i zagranicą. Pobyt w rzeszy traktują, jako coś normalnego w wyniku przegranej wojny, a Niemców ze swoją potęgą widzą, jako przyszłych zwycięzców. Usiłowania nawiązania rozmowy na tematy niezwiązane z ich pracą nie zdają egzaminu. Główny temat to wielkość roboty, zachowanie się gospodarza, jakość „żarcia” i w dzisiejszym określeniu „seksowne dziewczyny”. Tworzą nowe środo­wisko ludzi niewolników dwudziestego wieku z nowymi ograniczonymi zwyczajami określanymi przez „panów nowego śwista”, szacowania człowieka według jego zdolności i ważności oraz jego wkładu i zaangażowania przy robotach do których został przydzielony.

Kiedy zakończy się wojna, wtedy dopiero do tej beznadziei i wygodnego czekania często w bardzo trudnych warunkach. Zostanie, jak wszędzie dopisana patriotycz­na strona działalności konspiracyjnej w środowisku robotników przymusowych w Rzeszy.

Stosunek do ludzi, którzy zestali przywiezieni po wielkiej pacyfikacji, łapan­kach, internowaniu i wysiedleniu oraz przejściu po wielu obozach kwarantanny szczególnie moralnego upokorzenia, rozbijania rodzin przez zabieranie dzieci, a w ogóle to wielkiej udręki połączonej z terrorem, jest tylko pełen niewiary, a opowiadania o tym nie mają żadnego wpływu na zmianę już przyjętej postawy. Rozmowa ogranicza się w rzeczywistości do niczego, co w moim odczuciu okupacyjnej walki w kraju stawia ten nasz wysiłek w GG pod wielkim znakiem zapytania.
Czy nie zastosowałem surowej oceny w stosunku do tej młodzieży, trudno, ale ja to tak widziałem, to wynikało z rozmów z nimi, a w rozpoznawaniu otoczenia miałem, co prawda nie wykształcenie przyszłych tornistrowych kombatantów z mia­st czy miasteczek, ale codzienne trudne zmaganie z potrzebami w każdej linii oporu.                    Ktoś musiał to robić i potrzeba istnienia ludzi do wyjmo­wania węgli z ognia występowała na każdym kroku w rozmiarach występujących potrzeb danego terenu, w którym przyszło działać. W oczach gestapo nie było po­działów wtedy kraju na stolicę, wielkie miasta, powiaty czy wsie. Wszędzie katowano ustalonymi metodami, które wprost bolszewicka dla potrzeb łamania nawet w myślach dążeń do wolności podbitych narodów. Ten sam sposób obozów koncentracyjnych łamania ludzi nadmierną „pracą i głodem, wykańczania strzałem w potylicę, albo piecami krematoryjnymi na zachodzie, a mrozami syberyjskimi na schodzie.                                                                                                  Przed godziną policyjną wychodzę zawiedziony z wielką pustką w głowie, ale ze zdobytą w tym zakresie wiedzą, której mi żadne dopasowywanie historii i naciąganie, z ja­kim będę się spotykał do końca życia, nic nie zmieni.

Od 25 lipca do 26 grudnia 1943 spotkałem tylko jednego człowieka, którego zainteresowałem sytuacją w kraju, który mi uwierzył i który to wkrótce potwierdzi swoim zaangażowaniem. Przed rozstaniem się przy gospodarstwie Lutka zapraszam go na dzień następny, drugi dzień świąt. Tak jak umówiliśmy się o godz.9-tej przyszedł. Po niedługim czasie nadeszły również dwie Rosjanki: mała Zosia, która ostatnio poznałem i pracująca z Lutkiem koleżanka Tatiany. Mała Zosia zostaje w moim pomieszczeniu druga idzie do izby Tatiany. Gości częstuję orzechami z Polski, ciastkami od Irki, oraz samosiejką. Siedzimy wszyscy na łóżku, bo nie ma innych możliwości, żad­nego krzesła, stołek na składanie ubrania służy nam za stół. Mała Zosia wprowadza dużo wesołości i ruchu. Zapominamy na chwilę o tragedii tego okresu. Zosia też wkrótce przechodzi do izby Tatiany, a następnie słyszymy, jak wszystkie wychodzą zapewne do znajomych sąsiadek. Tatiana nigdy nie weszła do mojego pokoju.

Siedzimy sami z Lutkiem, który w pewnym momencie zaczyna mówić o sobie, a następnie wciąga mnie do zwierzeń na ile było można o sobie.

Zapoznaję go również z wiadomościami z Polski otrzymanymi od Irki, o czynieniu z jej strony starań na możliwość mojego powrotu. Lutek cieszy się wspólnie ze mną, ale, widzę, że przebija przez niego smutek, że jego położenie jest o wiele gorsze i nie daje mu żadnych możliwości powrotu, gdyż wyrzucono ich z ojcowizny. Współczuje mu jednocześnie zapewniając, że skrawa pobytu w Niemczech, to okres jednego lub najwyżej dwóch lat.

Tak przechodzi okres świąt, a rzeczywistość wprzęga nas z powrotem do zajęć dnia codziennego. Mijają one też jeden za drugim i nawet nie spostrzegliśmy się jak minął –Nowy Rok i znaleźliśmy się w piątym roku wojny i niewoli.
Pierwsze dni Nowego Roku 1944 przebiegają pod wrażeniem nasilonych przelotem samolotów w okresach nocnych i dochodzących do nas dalekich odgłosów bombardowań. W czasie spotkań dzielimy się z Lutkiem uwagami i wiadomościami uzyskanymi względnie podsłuchanymi u Niemców.

Wkrótce przekonaliśmy się sami o sile dokonywanych nalotów, o ich częstotliwości i ilości samolotów.

Noc z 5 na 6 stycznia była najgroźniejszą, jaka przebyłem i przeżyłem w Niemczech. Od godziny w nocy rozpoczął się przelot samolotów, który postawił wszystkich

Wszyscy ubrani czekaliśmy, co nastąpi. Nad nami nieustanny warkot przelatujących ciężkich samolotów, a następnie cała masa niekończących się wybuchów, chociaż dalekich, ale od nich drżał cały dom, drzwi skrzypiały, a okna wydawały stałe dzwonienie. Zachowanie Niemców jakże inne od tych pewnych siebie panów położenia. Wzywanie Boga, łączyło się z przekleństwami  Anglików i Amerykanów, łącząc ich postępowanie z największymi bandytami.

Wyszliśmy przed dom z Tatianą i córką gospodarza i wtedy zobaczyliśmy w stronie Szczecina, wielką łunę pożaru, pasma reflektorów i błyski rozrywających się bomb oraz pocisków dział przeciwlotniczych.

Zmęczony obserwowaniem jednak udałem się na górę do swojej izby, przekonany, że istnieje w tym wypadku małe prawdopodobieństwo bombardowania wiosek, które leżą daleko od punktów strategicznych. Szczecina czy Stargardu.

Rano obudził mnie niemilknący warkot samochodów jadących pobliską asfaltową szosa ze Szczecina w kierunku Stargardu.

Przyczyny ruchu całych kolumn samochodów poznałem dopiero przy odwożeniu mleka na rampę z udoju porannego.

Stojąc przy szosie mogłem przez chwilę obserwować przejeżdżające samochody. Okazało się, że kolumny ciężarówek wojskowych jechały przy przygaszonych światłach, wypełnione po brzegi, kobietami, młodzieżą i dziećmi. Spod plandek słychać było płacz i krzyki.

Tak Niemcy zapoznawali się ze skutkami wojny, którą my przeżywaliśmy w roku 1939 następnie w czasie stałych łapanek, wysiedleń, pacyfikacji i aresztowań. Po skończonym obrządku wpadł do mnie Lutek. Z jego zachowania widać było, że bardzo czymś zaaferowany. Krótko powiedział, chodź do stodoły, reszta na miejscu. Wyszliśmy przez oborę i zamknęli za sobą drzwi stodoły. Lutek sięgnął pod mary­narkę i za chwile w ręku trzymał kilkanaście ulotek ilustrowanych w języku niemieckim zrzuconych, jak się okazało z przelatujących samolotów alianckich. Ulotki zawierały wiadomości o sukcesach armii koalicji antyhitlerowskiej i dalszych przygotowaniach do wojny, ilustrowane zdjęciami. Zapowiadały dalsze bombardowania oraz szybkie zakończenie wojny.

Lutek wyjaśnił, że dużo ulotek zebrali na polach Niemcy, a szczególnie młodzież szkolna zbierająca od rana w specjalne worki. Te kilkanaście sztuk udało mu się zdobyć i postanowił mi je pokazać. Otrzymał je od swojego gospodarza Niemca. Podziękowałem mu serdecznie i postanowiłem je zatrzymać, przechowując w stodole. Ukryte pod podwójna podłoga strychu, miały czekać na sposobność dalszego prze­kazania, a taka się zbliżała szybkimi krokami, o czym ja jeszcze nie wiedziałem.  Nie wiedziałem, że zaledwie za trzy dni rozpocznie się ostatni akt mojego pobytu na robotach przymusowych w Rzeszy i spadnie to na mnie, tak nagle. Z ciągłych starć słownych i wydawanych poleceń gospodarza, wyczuwałem, że już długo nie utrzymam się w tym miejscu.

Lutek dowiedział się od swoich gospodarzy, że mój „Szef” czyni starania wymiany na innego robotnika i znalazł już chętnego, znanego zabijakę w okolicy, który zgodził sie zabrać mnie na przeszkolenie. Lutek, choć z żalem rozstania, ale przestrzegał mnie przed tym Niemcem.

I stało się w dniu 9 stycznia 1944 roku, rano na podwórko wszedł młody człowiek, a zobaczywszy mnie przy stodole zbliżył się i zapytał, czy to jest gospodarstwo Waltera Habecka?. Kiedy potwierdziłem, oświadczył, co następuje:                                 – „Przyjechałem z Polski, jestem Ukraińcem, zgłosiłem się na ochotnika, bo wieś moja została spa­lona i skierowano mnie na miejsce i tutaj wymienił moje nazwisko”. Trudno mi po tylu latach odtworzyć moje uczucia w tym momencie. Opanowałem się i tylko zapytałem, czy ma skierowanie ze Stargardu. Kiedy potwierdził, że tak, poinformował mnie jednocześnie, że ja mam się stawić do Arbeitsamtu, dzisiaj rano.                                    Zebrałem go na górę, a następnie zameldowałem „Szefowi”, że przyszedł nowy robotnik na moje miejsce, a ja mam się stawić w Stargardzie. „Szef” się ucieszył i powiedział, że otrzymam przydział do gospo­darza, który się o mnie stara i już był tutaj w tej sprawie. Sprawdziło się Lutka ostrzeżenie. Polecił mi dalej zapoznać nowego pracownica, co ma robić rano, a wtedy mogę iść do Burgermeistra po przepustkę. Tak też uczyniłem. Zawiadomiłem Lutka, że wychodzę do Stargardu i będę działał w kierunku otrzyma­nia papierów na powrót do Polski.
Kiedy z przepustką wyszedłem na drogę, nogi same mnie niosły, a do głowy tłoczyły się najróżniejsze myśli. Z jednej strony radość z powrotu, z drugiej niepewność, jaki przebieg będzie miało otrzymanie papierów, mając na uwadze nieprzychylność załatwiania spraw przez Niemców, a nawet kierowania odwrotnego do obozu, względnie do kopalni w Westfalii, w tym okresie miejsce bardzo chłonne na obcokrajowców, szczególnie Polaków.

Droga wynoszącą około 4 km. przebiegała szybko. Ciepły mglisty, jak poprzednie w okresie stycznia dzień oraz asfalt bez śniegu nie utrudniał absolutnie marszu w nieznane, gdyż tak należało określić niepewność i natłok wszelkiego rodzaju myśli. W takich wypadkach niepewności czas szybko mijał i znalazłem się w Arbeitsamcie. W długim korytarzu wiele osób w różnym wieku. Słychać rozmowę po polsku ludzi ustawionych w kolejce do jednych drzwi. Z rozmów wynika, że większość ubiera się o urlopy, z małymi wyjątkami ludzi chorych starających się o powrót do domu. Załatwianie spraw przebiega szybko, przeplatane od czasu dc czasu otwieraniem drzwi, krzykiem wulgarnych słów i wypadanie załatwiającego na korytarz z pokoju.

W kolejce szemranie i strach.  Wyrzuceni za drzwi bez załatwienia pisują urzędniczkę, która tak sprytnie zała­twia kolejno wszystkich. Czuję się niepewnie, gdyż wrzaski słychać w języku polskim. Nie ma czasu na rozmyślania, gdyż wielu rezygnuje dostania się w tym momen­cie do tej urzędniczki.

Wchodzę. Na środku pokoju biurko z telefonem, przy ścianie maszyna do pisania na mniejszym biurku.

Na miejscu centralnym, które rzuciło mi się w pierwszej kolejności siedzi przystojna młoda kobieta, o czarnych krótko obciętych włosach, biała bluzeczka, czarne spodnie i buty z cholewami. Przy maszynie do pisania szczupła, młodsza wyższa od pierwszej kobieta o jasno-rudych włosach, mocno piegowata w zielonej sukience, w okularach z charakterystycznymi złotymi oprawami.

Siedząca przy środkowym biurku kobieta mierzy mnie wzrokiem, marszcząc brwi i stawia pytanie: – „Czego?”.

To szczękniecie, jakże nie kolidowało z naprawdę przyjemnym wyglądem samej kobiety. W krótkich słowach wyjaśniłem przyczynę przyjścia. Kobieta hardo spojrzała i jednocześnie zmierzyła mnie od stóp do głowy ostrym spojrzeniem i twardym odezwaniem się w naszej polskiej mowie, skwitowała moje wyjaśnienie:

– „Jazda mi stąd, ja ci dam do Polski, do roboty bandyto, bo kopnę w d..ę!”

Oniemiałem i zamieniłem się w słup, nie ze strachu, bo takie odezwania w naszej ojczystej mowie mogłem słyszeć od marginesu społecznego z pomorskiego, poznański go czy ze Śląska, w obozach przejściowych przez, które przeszedłem, byłych Polaków teraz ubranych w mundury gestapowców, żandarmów, a nawet w terenie granatowych policjantów. Nie ruszyłem przez dłuższą chwilę ani kroku do tyłu, ale patrzyłem temu szczurowi ludzkiemu w kobiecych łachach prosto w oczy, jednocześnie szukając na twarzy, jakiegoś charakterystycznego znamienia, ażeby ten żmijowaty typ utrwalić sobie na całe życie. Zapamiętać na zawsze, bo ludzie się w życiu spotyka ja, a wtedy, żeby nie było żadnej pomyłki,. Jeszcze tak nie dawno nie tacy mocni często skomleli o darowanie życia, a czas rozliczeń zbliżał się nieubłaganie. Do siedzącej Niemki przy maszynie, obserwującej jakoś dziwnie swoją współ­pracownicę, odwróciłem się i skłoniłem głowę, wypowiadając po niemiecku wyraźnie i głośno: – „bardzo panią przepraszam”, odwróciłem się i spokojnie opuściłem pokój. Wyszedłem na korytarz i stopniowo ogarniało mnie takie same zrezygnowanie jak otaczających mnie ludzi, których podobnie dzisiaj już załatwiono. Przypomniałem sobie ostrzeżenie Lutka o zachowaniu często Niemców w podobnych wypadkach, jak niedotrzymywanie uzgodnień nawet urzędowych.

Nie wychodziłem jednak z urzędu starając się szukać rozwiązania mojej sprawy, jednocześnie rozmawiając, z takimi jak ja delikwentami znajdującymi się na poczekalni.

W pewnym momencie wyszła na korytarz w jakiejś sprawie, widocznie z zamiarem przejścia do innego pomieszczenia, wspomniana już „ruda Niemka”, siedząca przy maszynie do pisania. Śmiało podchodzę do niej i mówię tak jak po niemiecku umia­łem o swojej sprawie. Nie ominęła mnie, cierpliwie i przychylnie wysłuchała, a następnie zwykłym ludzkim głosem młodej kobiety powiedziała: „proszą zaczekać, wszystko sprawdzę”. Zapaliłem papierosa i zająłem się przyglądaniem znajdujących się ludziom na poczekalni. Zdawało mi się, że trwało to długo, ale patrzę jak ta sama Niemka ponownie wyszła na korytarz, trzyma w ręku jakieś druki i szuka mnie wzrokiem gdzie siedzę. Podchodzę szybko.

Mówi krótko: – „Masz tutaj papiery na pow­rót /dwa druki/. Idź szybko do Starostwa po przepustkę na granicę, bo dzisiaj urzędują tylko do 15 -tej jest sobota” i jest już bardzo późno. Pamiętaj na tym czerwonym druku ma ci podpisać gospodarz, że nic mu nie jesteś winien”. Dziękując i tą twarz zapamiętałem również na całe życie. W drzwiach obejrzałem się jeszcze raz za siebie i widziałem tą Niemkę, jak spokojnie wchodziła do swojego biura. Do Starostwa biegłem nie zwracając uwagi na przyglądających mi się przechodniów, pytając tylko o kierunek i gdzie jest ten budynek. Jestem na korytarzu i po wy­chodzących Polakach z papierami na urlopy, rozeznaję, do którego pokoju należy wejść dla załatwienia sprawy.

Zwróciłem się do starszej Niemki siedzącej za ogrodzeniem, na przeciwko urzędnika starszego już wiekiem mężczyzny, że chciałem przepustkę, podając papiery.

Wzięła, ale spojrzała na zegar ścienny i powiedziała, że późno, Kierownik miał wcześniej wyjść, a tutaj jest potrzebny jego podpis. Poprosiłem, że wracam daleko, a wyznaczony mam termin powrotu na 10 stycznia/wyjazd/.Do rozmowy wtrą­cił się siedzący Niemiec, że kierownik jeszcze jest, wtedy urzędniczka szybko przygotowała wszystko i wyszła. Czekałem na najważniejszy moment. Długo to nie trwało, weszła z powrotem, kiwnęła ręką i powiedziała, kierownik jeszcze był proszę. Dziękowałem obu siedzącym kilkakrotnie, aż zniknąłem za drzwiami. Dokonał się akt mało znany w przypadkach zwolnienia robotnika przymusowego z robót w Niemczech, gdzie został skierowany w wyniku akcji wysiedleńczo-pacyfikacyjnej kie­rowanej przez gestapo.

Dzisiaj, po latach nie pamiętam, jak wychodziłem z budynku, jak doszedłem do dro­gi dojazdowej do Buchholza, na której dopiero oprzytomniałem. Szedłem szybko, jak gdyby uciekając od zmiany tak ważnego momentu w moim życiu,
a szczególnie tych ludzi tak nieprzyjaznych z językiem polskim, ażeby nie cofnęli tej decyzji Jestem na miejscu we wsi. Przychodząc tutaj do siebie wstępuję do Lutka. Poznał natychmiast po mojej twarzy i powiedział krótko:

 -„Wracasz chłopie, masz nadzwyczajne szczęście, wywieźli mnie z Bydgoszczy w 1940 roku i muszę kiblować dalej, aż do rozwiązania tej sytuacji, oby również do szczęśliwego końca. Jutro niedziela będę się starał odprowadzić cię do Stargardu. Nie szuraj z gospodarzem, bo to świnia. Wieczorem się spotykamy.

Krótki odcinek wiejskiej dropi od dwóch gospodarstw i wchodzę na swoje podwórko. Widzę obcą, furmankę stojącą przed domem, konie z podwiązanymi torbami paszy, drzwi się otwiera ja, wyskakuje chłopak lat około 10-ciu, bierze bat z wozu
i smaga mnie po nocach, wymawiając świnia, świnia. Przechodzę spokojnie, uważając, ażeby mnie nie zaciął po twarzy wchodzę do kuchni. Jest „Szefowa”, jak zwykle sprzątająca i od razu zawiadamia mnie:

-„Przyjechał po ciebie nowy gospodarz, spóźni­łeś się na obiad, zaraz ci dam. Odpowiadam:

-„Tak? -to dobrze, tylko nie tutaj wymiana, ale w Arbeitsamcie, proszę uprzejmie przekazać gospodarzowi, że otrzymałem papiery na powrót do domu, jutro wyjeżdżam i z oferty nowego gos­podarza już nie mogę skorzystać”.

Patrzyły z córką, która w międzyczasie weszła również do kuchni, jak zamurowane, nie wierząc, a następnie wyszły do pokoju z moją niezwykłą wiadomością. Ja już żyłem innymi sprawami, nie czekałem na jedzenie, poszedłem na górę szukając mojego następcy.

Był w pomieszczeniu, opowiedziałem mu wszystko, co załatwiłem, ale przyjął to obojętnie. On uciekał od biedy i pacyfikacji z biłgorajskich piasków, licząc tu­taj jednak na lepsze życie i egzystencję.

Jeszcze raz dokładnie razem obrządziliśmy gospodarstwo, pokazując mu wszystko i w jaki sposób ma robić. Później on dalej oporządzał przed nocą, konie i krowy, przygoto­wywał na niedzielę pasze, a ja zbierałem rzeczy, które jeszcze stanowiły dla mnie jakąś wartość, inne zostawiałem.

Szczególnie pozbierałem listy od Irki, której na pewno w wielkiej mierze zawdzię­czam powrót. To jej wielka zasługa, której nie odpłaciłem w wyniku prowokacji i aresztowania mnie w końcu października 1944 roku przez UB w Biłgoraju.

Listy te o mało nie stały się przyczyna zatrzymania na granicy, ale o tym bę­dzie mowa po kolacji do Lutka zgodnie z umową, a następnie do chłopaków na folwarku, gdzie zawsze schodzili się w sobotę i niedzielę Polacy. .Jeszcze wiele opowiadań o Polsce, po cichu i głośno, życzenia i pożegnania i do zobaczenia w wolnej Ojczyźnie, kończąc słowami: my do Was na pewno przyjdziemy-zobaczycie, to już nie długo. Musicie mi wierzyć tutaj będzie Polska. To przecież zapewniała propaganda i dążenia Stalina w zamian terenów polskich za Bugiem, które zajęto w 1939 roku.

O godzinie 6-tej w niedzielę jestem już na nogach. Po słabym nerwowym spaniu oraz na wspólnym łóżku z następcą, kiedy on wyszedł do obrządku, szybko przeniosłem schowane w stodole ulotki zrzucone z samolotów i zaszyłem wewnątrz rękawów kożuszka pod pachami. Próbowałem następnie ubrawszy kożuszek różnego rodzaju ruchów rękami podejmowałem próbę, a może się uda przewiezienie ich do kraju, jako prezent od Niemców antyhitlerowców i Polaków przez nich wspieranych.

Wyjście z Buchholz ustaliłem na godzinę 9-tą rano, pociąg miałem w Stargardzie: do Krzyża-(Kreuz), o rodz.11-tej.

O godzinie 8-mej pobiegłem do Burgermeistra, ażeby podpisał również zgodę, że nie ma zastrzeżeń do mojej osoby. Nie robił trudności. Powróciłem do domu i poprosiłem gospodynie o podpisanie również dokumentów przez „Szefa”. Poprosiła mnie wyjątkowo do pokoju, bo „Szef” dalej leżał chory. Przyjął papier popatrzył i podpisał. Rozstaliśmy się bez wyrazu i słowa. Wróciłem do kuchni, byli wszyscy. Szefowa, córka, dzieci, Tatiana i mój następca

Tatiana i mój następca mieli jednak łzy w oczach. Podszedłem do Ta­tiany i Powiedziałem:  – „Pamiętaj, że Polacy, też jak wszyscy ludzie są różni, nie można każdego mierzyć jedną miarką. Byłem i będę człowiekiem uczciwym, mam na rzeczoną, nie należało się do mnie źle ustawiać, nigdy nie miałem na myśli jakiejkolwiek twojej krzywdy. Nie możemy mieć do siebie żalu czy pretensji. Niedługo i ty wrócisz do domu -zobaczysz i dobrze wspominaj o mnie”. Gospodyni i córka podały mi przygotowany prowiant na drogę, który włączyłem do pakunku z rzeczami osobistymi.

Przyszedł Lutek, więc podziękowałem wszystkim jeszcze raz, podszedłem do dzieci i głaskając je kolejno po głowach’, powiedziałem:

-„Nie bierzcie przykładu z wczorajszego bicia mnie batem przez chłopca, to zły przykład, bo przejdzie kiedyś czas, że bodziecie żyć z Polakami zgodnie i tego w przetrwaniu życzę Wam serdecznie”.

Wychodząc, popatrzyłem w oczy córce gospodarza, bo miałem takie wewnętrzne przeczucie, że pomagała ojcu w jego wrogim nastawieniu do mojej osoby, ale dlaczego, kiedy byłem zawsze taki grzeczny w stosunku do niej, ceniłem jej poświęcenie się wychowaniu dzieci, a w stosunku do nas obcokrajowców bardzo dodatnio.  Idąc już drogą wiejską do głównej szosy asfaltowej, odwróciłem się do tyłu i popatrzyłem na to gospodarstwo. Za firanką, jak zwykle jaśniała siwa głowa Szefa, który jednak tylko sam był w tym domu zawziętym Niemcem, obym się jednak nie mylił.

Nogi nas niosły po asfalcie przy ładnej pogodzie, a czas skrócała nam rozmowa o tym, co mnie będzie czekać w kraju i jak zakończy się ten okres niewolniczej pracy ludzi pozostających tutaj w Rzeszy. Droga nam tak-szybko biegła, że nie spostrzegliśmy się, kiedy byliśmy na stacji.

Formalności z biletem, jeszcze trochę szczerych słów i pocieszeń i wyszedłem do pociągu. Kiedy ruszył ostatnie pożegnanie machaniem rąk i wtedy usłyszałem ostatni krzyk Lutka: -„Jurek oderwij już ten znak „P” z kurtki, to cię obecnie już nie obowiązuje”. Odszedłem od okna, siadłem na wolnym miejscu, a polecenie Lutka zrealizowałem na stacji w Krzyżu. Tutaj czekała mnie przesiadka, duża sta­cja na trasie Berlin i Poznań.

Masa ludzi, ruch pociągów, a szczególnie wojskowych. W poczekalni spory tłok. Znalazłem wolne miejsce przy stoliku, siadłem i zacząłem jeść kanapkę, okazało się, że przygotowano mi je z chleba z masłem przekładanym boczkiem.
W pewnym momencie przysiadł się gość w płaszczu skórzanym i butach z cholewami i czysto no Polsku zapytał się:

-„Uciekasz?, może masz trudności, to ci pomogę?.”

Spokojnie odpowiedziałem: -„Jestem zwolniony z robót w Rzeszy i wracam legalnie – dziękuję.”

Za chwilę wstał i wmieszał się w tłum. Więcej tego pana na dworcu nie spotkałem.            Z wyglądu byłem przekonany, że to nie konspirator, a z tych wielu nadludzi od spraw bezpieczeństwa, wybijających szczęki, łamiących kości, ściągających paznokcie. Długo jednak myślałem, o co tutaj chodziło, skąd mowa po polsku. Pociąg do Poznania miałem w porze, kiedy było dość ciemno, a na miejscu znalazłem się o godzinie 1-szej w nocy. Ruch taki sam jak na poprzedniej stacji. Po wyjściu z pociągu przeszedłem za ludźmi na dworzec w tłumie szczególnie żołnierzy, jadących z urlopu. Szukałem wraz z innymi na wysoko umieszczonym stałym rozkładzie jazdy pociągu w kierunku Kutna, gdzie było przejście graniczne na Warszawę. Przed godziną 3-cią w nocy wyszedłem na dworzec, ażeby spokojnie zająć miejsce w pocią­gu. Czekałem w tłumie ludzi, gdyż jeszcze nie został podstawiony. I wtedy właśnie zobaczyłem znów, gdzie dalej jestem. W pewnym momencie wpadł na stację pociąg pospieszny w kierunku na Berlin. Ostatni wagon zatrzymał się obok nas, a na prze­ciwko dla wychodzących do miasta. Usłyszeliśmy następnie krzyki Niemców, liczne łomotanie idących szybko ludzi w butach-drewniakach oraz szum przestraszonych głosów. Do ostatniego wagonu z kratami w oknach wpędzono cały tłum mężczyzn ubranych w białe ubrania robocze używane podczas pracy przez piekarzy i kucharzy. Byli to Polacy jeszcze dotychczas zatrudnieni w Poznaniu i w tych zawoda­ch, zabrani ze zmian nocnych i skierowani do Berlina, który stale jest bombardowany.

Zrozumiałem, że sam powrót to nie wszystko, trzeba dobrze czuwać, ażeby taki sam los nie spotkał mnie powtórnie.

Podstawiono pociąg, usiadłem w wagonie pamiętającym czasy cesarstwa austriackiego z wieloma wolnymi miejscami.

Stopniowo zaczęło się rozwidniać i po godzinie 8-mej rano znaleźliśmy się w Kutnie. Granica Rzeszy z GG.

Wychodzę z pociągu na teren wygrodzony siatka i wszystkich kierują do baraku. Barak w połowie przedzielony ladą, a wszystkie wyjścia obstawione żołnierzami SS. Za ladą przy, której jest wąskie przejście dalej siedzą żandarmi, kolejno każdy podchodzi do lady z paczką czy torbą podróżną, która należy rozwiązać i pokazać, co w niej jest. Idący za mną Polak mówi cicho mi przez ramię: „Podsuń pan listy pomiędzy papiery, które okręcają paczkę, bo pana nie puszczą aż wszystkie przeczytają, a może wcale, jak coś będzie nie tak. Ostrożnie tak zrobiłem, a były to wszystkie listy przychodzące do mnie z GG od Irki i rodziny. Moja kolej wiec kolejno brudna bielizna, łachy, koszule, nie robią wrażenia, żan­darm patrząc z obrzydzeniem do niczego się nie dotyka. Sprawdza papiery i dalej, do pomieszczenia już po stronie polskiej.
Jak najspokojniej na podłodze zawiązuję je w pakunek podróżny, obserwowany przez wartowników znudzonych służbą. Widzę za oknem w odległości 100 metrów stojący pociąg, a przy nim przytupujących na mrozie kolejarzy, ale w polskich mundurach. Ludzie pomalutku wychodzą, ja również z nimi. Ostatnia kontrola, oderwanie rogu z zezwolenia na wyjazd przeznaczonego dla straży granicznej oraz zabranie przepustki wydanej przez Starostwo w Star gardzie.

Jestem już na peronie w małej grupce ludzi w większości Polaków i ładujemy się do wagonów podobnego typu, jakimi przyjechaliśmy z Poznania do granicy. Siadam do przedziału, w którym spotykam już Polaka chorego na gruźlicę, a widziałem po już w Stargardzie na poczekalni, kiedy załatwiałem papiery na powrót do domu. Jest w bardzo ciężkim stanie. Okaże się, że w Sochaczewie zostanie zabrany na noszach ze stacji.

Od Sochaczewa wsiadł do wagonu konduktor. Człowiek po 50-tce, wysoki, przystojny mężczyzna z dużymi polskimi wąsami. Zaczyna się nawiązywanie rozmowy, którą zapoczątkował właśnie konduktor, znanym starym sposobem poznania przeciwnika. Mój wyrobiony już psi węch nie daje ostrzeżeń specjalnych w stosunku do tego człowieka, ale powstrzymuje przed wylewnością. Wyczuwam, że kolejarze jeżdżący na tej linii mają jednak uboczne zadanie, zbierania od jadących z Rzeszy wszelkie go rodzaju wiadomości.

Niewinie wiec przyjmuję pytania: skąd, a dlaczego, jak to się stało, kiedy wywie­źli, czego zwolnili?.

Następnie ostrożne podzielenie się z pasażerem: „Panie u nas w Warszawie, to różnie Panie, często to bardzo niewesoło. Takie nasze i wzajemne badanie się, z niepewnością, co można powiedzieć przewlekało się tak jak i jazda. I tak stacja za stacją mój rozmówca powracał do wagonu coraz śmielej, poruszając tematy, co słychać w kraju, a z mojej strony chciał się dowiedzieć, co słychać w Niem­czech. Zarówno mnie, jak i mojemu znajomemu z podróży, trudno było zacząć temat zbyt jasno. Rozmawialiśmy miedzy sobą, jak by w sposób dla zabicia czasu, ale tak, ażeby dalej za dużo nie powiedzieć. Częstowaliśmy się samosiejka i coraz z każdym przejechanym kilometrem chyba nabieraliśmy do siebie zaufania. Konduktor jednak pierwszy wziął na odwagę i jego opowiadanie skoncentrowało się na życiu młodych ludzi w okupowanej Warszawie, postępowaniu Niemców, oporze i odwecie konspiracji.

Czułem wyraźnie, że chciał się dowiedzieć co słychać tam skąd wracam, jak bombardują, czy to się sprawdza co piszą w pasie konspiracyjnej. Jaki jest stosunek ludności niemieckiej do Polaków, jak wielkie szkody ponosi gospodarka niemiecka w wyniku tych bombardowań.

Czułem, znając już poprzednio zaangażowanie kolejarzy w konspiracji, a szczegól­nie na odcinku wywiadu, te mój rozmówca chce się dowiedzieć coś więcej. Miałem jakieś przekonanie, że swoim zachowaniem zasługuje jednak na zaufanie. „Dużo mówił o swojej rodzinie, o sobie, a nawet swoim stosunku do okupanta. W Błoniu wchodząc do wagonu wspomniał, że już niedaleko Warszawa i patrząc w swój podręczny rozkład jazdy, odszukał mi pociąg, którym powinienem dostać się przez Lublin do Zwierzyńca. Muszę korzystać z pociągów urlopowych wojska, do których jednak nie zawsze wpuszczają. Są to pociągi dalekobieżne, aż za Bug. Po postoju na następnym przystanku już nie przyszedł i wtedy zdecydowałem się dać mu kilka ulotek zrzuconych z samolotów alianckich, które powtarzały się w kilku egzemplarzach. Chociaż były w języku niemieckim, ale jak już wspomniałem obejmowały rozbudowę przemysłu zbrojeniowego aliantów w wielkościach produkcji samolotów, czołgów, armat, okrętów oraz zamieszczały ostatnie zwycięskie walki na froncie i skuteczne bombardowanie Rzeszy. Postanowiłem kolejarzowi przekazać kilka wiezionych ulotek dla Warszawy, gdyż stanowiły one właściwy materiał dla tzw. Akcji  „N” a zarówno mój powrót i dalsza podróż nie dawała absolutnie pew­ności, że jednak znajdę się ostatecznie w domu ,to wszystko stało się tak nagle i było nieprawdopodobnym wydarzeniem w obecnym okresie. Nie czułem w swoim pos­tępowaniu ryzyka, mając na uwadze szybkie zmieszanie się w tłumie zalewającym i przechodzącym przez dworzec główny. Myślałem również w tym czasie o swoim jedynym w życiu przyjacielu i koledze, który mi podał bezinteresownie rękę w okresie dla mnie trudnym, a którego nawet nie wprowadziłem do konspiracji biorąc jego okresowy pobyt. Józio Luterek wyjechał właśnie do Warszawy, tutaj uczęszczał do jakiejś zawodowej szkoły, a kiedy wybuchnie powstanie zginie bez wieści. Przed dojazdem do Warszawy mój rozmówca w czasie podróży, przyszedł je­szcze raz zarówno się pożegnać, przekazując mi jednocześnie instrukcje, jak się zachować na dworcu, jakie i kiedy są wizyty żandarmów, jak następnie dostać się do pociągu jadącego w kierunku Lublina i dalej na wschód.

Pociąg wolne się zatrzymywał, staliśmy w wolnej od pasażerów części wagonu przy czwartych już drzwiach. Dziękując mu za wspólna jazdę i wszystkie informacje o dalszej podróży, wcisnąłem zaskoczonemu konduktorowi zwinięte w rulonik ulotki, po­przednio wyciągnięte w ubikacji po odpruciu podszewki w jednym z rękawów. Błyskawicznie je schował do kieszeni, zasalutował i schodząc ze stopni stojącego już pociągu głośno wykrzykiwał: Warszawa, Warszawa. Mijając go powiedziałem, to „Szefie”, właśnie dla tej Warszawy. Dwa razy osiadałem się za siebie, ale kolejarz zgodnie z obowiązkiem konduktora zamykał kolejno drzwi wagonu. Za tłoczącym się tłumem wepchnięty zostałem na dworzec. Miałem przed sobą dużo czasu, gdyż pociąg wskazywany przez kolejarza był późną porą. Usadowiłem się w jednej z sal i tak jak to pozostali ludzie robili pod ścianą i na podłodze, bo nie było mowy o ławkach. Długo obserwowałem ludzi i stały odbywający się ruch w pomieszczeniach, jakże teraz odbiegających od samej nazwy dworca kolejowego dawnej stolicy. Podróżnymi byli różni ludzie, przeważali wśród nich handlarze z prowincji i to w większości kobiety różnego wieku.

Ja zwróciłem uwagę na grupę ludzi, którą obserwowałem już i zapamiętałem jeszcze z Kutna. Byli to przeważnie jeszcze młodzi mężczyźni jadący z Rzeszy na urlopy z robót zapewne ochotniczo podjętych w pierwszym okresie, zachwalania niemiec­kiego, których jednak udało się okupantowi skusić. Patrząc, jak szumnie się zachowują okupując bufet kolejowy,  myślałem, czy oni po przybyciu do domu, jeszcze bę­dą mieli ochotę powrócić do tego dobrobytu i z intratną pracą na roli czy w przemyśle. Z postawy i zachowania wynikało, że tak. Pili dużo sprzedawanego na lewo bimbru, a libację przerywały śpiewki niemieckie i bałaganiarski przy takich okazjach bełkot już podchmielonych pijaczynów, czujących się jak by byli bohaterami, a nie zwykłymi robotnikami przymusowymi.

Około godziny 20-tej wkroczyła na salę żandarmeria niemiecka i mierząc spod hełmów siedzących ludzi, wolno lustrowali wszystkie sale. Nie zaczepiali tej nocy nikogo.

O oznaczonej godzinie wyszedłem na peron wraz z innymi czekającymi na pociąg w kierunku Lublina. Noc była mroźna, pociągał ostry wiatr nawet zawiewając gotowym śniegiem. Nie myślałem, że już tak jestem jednak blisko domu, teraz ogarniały mnie niespokojne myśli jak się dostać tylko do wagonu pociągu pełnego żołnierzy niemieckich wracających z urlopów świątecznych na front. Potęgujące zimno przy­wróciło mi na myśl rozmowę z konduktorem, który ostrzegał mnie, że za Wisłą w lu­belskim panują duże mrozy i spadły tam duże śniegi. Z pewnym opóźnieniem, oszro­niony mocno pociąg, buchają cy parą wpadł na stację. W zamarzniętych oknach wago­nów tylko odchuchane małe kółka. Z wagonów wysypali się wojskowi z plecakami i bronią. Uderzyliśmy czekający na peronie prawie szturmem, gdzie widzieliśmy drzwi wagonów stojącego pociągu. Znalazłem się w korytarzu zatłoczonym po brzegi pociągu, który wkrótce ruszył, a więc jadę dalej, a to najważniejsze. Pociąg dalekobieżny urlopowy dla wojska, zatrzymuje się jednak na każdej stacji. Gdzieś koło Lublina korytarz wagonu z każdą stacją przerzedzał się i dostałem się do przedziału, w którym siedzieli żołnierze w starszym wieku, który zaproponowali mi miejsce na ławce przy drzwiach, a sami grali w karty, a później drzemali. Ja siedziałem, jak na szpilkach, ażeby nie przejechać stacji w Zwierzyńcu.Stacja koplejowa w Zwierzyńcu

Doczekałem się. Wychodzę na maleńką stację, znałem ja sprzed wojny gdyż stąd odjeżdżałem do Lublina i przyjeżdżałem tutaj na wakacje i ferie świąteczne. Idziemy z małą grupką ludzi do budynku. W drzwiach wartownik- własowiec. Wchodzimy do środka. W kącie pali się duży żelazny piec. Na środku stół a wokół niego na ławkach siedzi kilka osób, które przyjechały wcześniej.

Jest obecnie godzina wczesnego świtu. Pasażerowie rozmawiają między sobą,  w jaki sposób dostać się stad do Biłgoraja. Nie włączam się do rozmowy tylko słucham.

O godzinie 6-tej rano ze Zwierzyńca kierowcy samochodem wożą do Biłgoraja drzewo dla piekarni. Zabierają przygodnych pasażerów za parę złotych. Zimno w taki mróz na drewnie, al e to jedyna okazja, ażeby się dostać do domu.

Rozmowy się kończą, każdy zmęczony, wiec zasypiamy z głowami opartymi o stół. Budzi mnie ruch i wtedy widzę, że nie mam szalika, musiał mi spaść na podłogę, a o przywłaszczenie posądzam wartownika. Szalik był koloru bordowego wełniany i przesłany przez Irkę do Niemiec -pamiątka. Znalazł chętnego właściciela. Nie dałem absolutnie poznać po sobie, że coś mi zginęło, po co wywoływać wilka z lasu.

Pomyślałem, przeklinając go w myślach: „niech ci zdrajco służy w twoim psim ży­ciu za sznurek”.

Wychodzimy pomału przetartym śniegu w kierunku szosy. Jest duży styczniowy mróz, ale dzień wstaje pogodny bez wiatru.

Jest 13 stycznia 1944 roku, stoję przy szosie Zwierzyniec-Biłgoraj, skąd rozpoczą­łem gehennę pacyfikacyjną powiatu biłgorajskiego w końcu czerwca 1943 roku.Trzy dni temu, 10 stycznia wyjechałem z miasta Stargard na Pomorzu Zachodnim w Rze­szy. Jestem na skraju Puszczy Solskiej w lesie Roztocza Środkowego, tak pięknie ośnieżonego
i otaczającego nas ze wszystkich stron. Czuję jego przepiękny zapach związany z wolnością w czasie okupacji. Tupiąc czekamy na samochody. Teraz do­piero widzę, że między nami były na stacji również kobiety. One czekają na oka­zję w szoferkach, ja chociaż tylko na drzewie w skrzyni samochodu. Jest mi bar­dzo zimno i przy tym ciągnie mrozem. Za jechał pierwszy rzeczywiście z drzewem, przystanął, kobiety wpakowały się do szoferki, nas trzech pozostałych włazi na górę. Układamy się na drzewie za szoferką, trochę zasłaniającą powiew mroźnego wiatru w czasie jazdy i stukając noga o nogę, liczymy kilometry do Biłgoraja, a jest ich sporo, bo 24.

Jakie jednak ma to znaczenie, wobec tylu godzin jazdy pociągiem oraz kilku miesięcy w wielkiej niewoli. Już minęliśmy Panasówkę, miejsce częstych zasadzek partyzanckich, w końcu Rapy i Biłgoraj. Zmarznięty i prawie sztywny z mrozu, ale pełen radości schodzę z samochodu. Płacę markami niemieckimi, bo emisyjnych pieniędzy nie mam i odchodzę w stronę ulicy 3-go Maja.

Znany dom, jak wiele razy tutaj przyjeżdżałem, nie bacząc na niebezpieczeństwo. Z okna obserwowaliśmy getto, pastwienie się nad Żydami i na codzienne życie mieszkańców powiatowego miasta. Wchodzę znanymi schodami na pierwsze piętro, przez drzwi słyszę głos matki, Irki rozmawiającej w mieszkaniu. Stukam raz i drugi. Słyszę ten sam głos:
– „chwileczkę zaraz otworzę”.

Otwiera drzwi i w panującym półmroku pyta się: – „Pan, w jakiej sprawie?”. Nie odpo­wiadam, ale patrzę do wewnątrz mieszkania ponad głowa matki Irki i widzę, że w kuchni jest brat -Tadeusz. Odpowiadam dalej: Ja proszę pani/udaję już/do Pani Irki”. „Odpowiedz: -„ Nie ma jej w domu, jest w pracy, a o co panu chodzi?. -„Nie wytrzymałem już prowadzonej konwersacji i mówię: -„Mamo, to ja Jurek, wróci­łem, czy tak się zmieniłem?”. O mój Boże, jak mogłam nie poznać, ale u nas tutaj trochę ciemno. Tadek!. Pan Jurek powrócił!”.

Wchodzę do mieszkania za cofającą się matką i cały czas słyszę coraz inne py­tania. Może herbaty, co pan będzie jadł?, kiedy, skąd, jak to dobrze, ale się Irka ucieszy. Pierwsze moje słowa przerywające powitanie p. Kocińskiej: „O wszystkim później, chce się umyć, proszę o jakąkolwiek zmianę bielizny, a dopiero coś zjem”. Dużo ciepłej wody, czysta bielizna, chociaż przykrótkawa, bo ojciec Irki był nis­ki i przy tuszy, ale jakie wspaniałe samopoczucie i odprężenie-przyjemnie i świeżo. Jedzenie mi nie szło, chyba ze zmęczenia i wrażenia.

Tadek pobiegł po Irkę do pracy. Długo czekałem, a nawet się dziwiłem, że nie przy chodzi. Coś mnie zaczęło „gryźć wewnątrz”. Dlaczego tyle dla mnie zrobiła, a tak dziwnie długo nie przechodzi. Nie wiedziałem, że ten fakt zostawi jednak głęboki ślad, który będzie miał wpływ i doprowadzi do naszego dziwnego rozstania w przyszłości.

Przyszła dopiero około godziny 13-tej, bo przecież miała trudności ze zwolnieniem, a pracowała w Starostwie.

Jej słowa to: -„O przyjechałeś?, wcale, tak źle nie wyglądasz”. Pocałowaliśmy się wi­tając  się za przyzwoleniem matki, która powiedziała: – „No już pocałujcie się jak należy?”. Pomyślałem sobie, mamo kochana jak często w przeszłości całowaliśmy sięale w stosunku do Irki byłem cały czas korekt i tak pozostało do końca. Tak rzeczywiście mogłem gorzej wyglądać, a nawet tak jak ten wyniesiony na no­szach pasażer podczas postoju pociągu w Sochaczewie, o czym pisałem. Mogłem za łaskawą pomocą gestapowca Riela w Zamościu wyskoczyć z dymkiem komina krematoryjnego Majdanka czy Oświęcimia. Tutaj, myślałem dalej, będę miał jeszcze okazję chyba również zmizernieć.

Dzwoniłam do Lilki, chciałam, ażeby jutro po ciebie przyjechała, ale ona będzie już o 16-tej. Bardzo się cieszą chcą mieć ciebie już, w domu. Szkoda chciałam porozmawiać tyle nowości”.

I potoczyła się rozmowa przyjaciół w polskiej szlachetnej rodzinie, pełnej pa­triotyzmu, rodzinie zaangażowanej w konspiracji.

Następnie wyszliśmy do Arbeitsamtu, gdzie dokonałem adnotacji w książeczce pracy o powrocie z Niemiec. Serdeczny uścisk z „Jotem” w podzięce za jego zaangażo­wanie się w doprowadzeniu sprawy mojego powrotu do końca. Stałem się z ta chwilą ponownym ewentualnym pretendentem do wyjazdu na roboty..Powróciliśmy już w domu był ojciec Irki, więc powtórka z tematu i nowe uwagi, ale już przy kontyngentówce. Wszystko smakowało, a radość rozpierała piersi. O ulotkach, ani słowa, Irka by miała wielkie pretensje i traktowałaby, to, jako brak rozwagi i odpowiedzialności. O siebie nie dbała, ale do mojej osoby miała zawsze wiele uwag. O 16-tej weszła do mieszkania siostra. Furman wnosi toboły z ubraniem i kożu­chem. Teraz ponownie w drugim pomieszczeniu szybko przebieram się. Nareszcie znów w butach z cholewami, dobre samopoczucie jeszcze bardziej wzrasta. Jeszcze trochę rozmowy. Serdeczne zaproszenie Irki do nas, pożegnanie z domownikami i ładujemy się na sanie w drogę powrotną już do domu.

Jedziemy znanym traktem, setki razy przebywałem końmi, rowerem z pocztą, bronią za potrzebą konspiracyjna. Teraz saniami i dzwoniącym nam dzwonkiem przy dyszlu, melodia nadziei.

Zamyśliłem się na chwile, jakże to dziwnie składa w życiu, dzisiaj jest trzynas­ty stycznia 1944 roku, dzień zaliczany do pechowych, a mnie przynosi szczęście, jak powrót do domu, a może jednak wielka niewiadoma.

Okaże się, jednak, później, że zły los związany z tzw. „wyzwoleniem” opartym na prowokacjach nowej władzy zwanej ludową przyniesie mi utratę tego, co budo­wałem na przyszłe lata i wiązałem z Irką. W tej rozgrywce nie miały znaczenia słowa powitania, odniosłem takie wrażenie, że Irka traktowała mnie, jako swoją włas­ność i nie chciała oddać mnie nikomu, a wtedy nerwy zawiodły i coś powiedziała jednak za dużo, co ważyło na moim całym życiu. Ona trafiła jednak  szczęśliwie.

Reklamy

Wysiedlenie Frampola w roku 1943 ciąg dalszy. Dahlow.

W roku 2013 zamieściłem na moim blogu wspomnienia Jerzego Czerwińskiego związane
z wysiedleniem mieszkańców Frampola i ich wywózką na roboty przymusowe do Niemiec. Przedstawione zostały losy wysiedleńców na poszczególnych etapach i pobytach w obozach przejściowych w Zwierzyńcu, Zamościu, Lublinie na ulicy Krochmalnej, aż po Stargard skąd robotnicy przymusowi bardzo często z rodzinami kierowani byli do pracy u bauerów niemieckich w pobliżu Stargardu, do gospodarstw rolnych w głębi Rzeszy, bądź zakładów zbrojeniowych hitlerowskich Niemiec.

W tamtych materiałach nie przedstawiłem pracy Pana Jerzego u niemieckich bauerów
w miejscowościach Dahlow i Buchholz w okresie od lipca 1943 do początków stycznia 1944 roku.

Teraz w dwu kolejnych wpisach przedstawię przeżycia Jerzego związane z pracą jego
w gospodarstwach Johana Zimmermana w miejscowości Dahlow, a w następnym w gospodarstwie Waltera Hebecka we wsi Buchholz koło Stargardu.

 

 Dahlow[1]

Gdzieś około godz.11 tej zaczyna się targ. Do szlabanu podjeżdża czarny samochód osobowy, z którego wysiada młoda kobieta w żałobie. Widać zza ciemnej woalki twarz otoczoną blond włosami, szykownie ubrana i z oceny siedzących zgrabna baba. Podchodzi do głównego urzędnika prowadzącego targ i coś z nim rozmawia. Za chwilę Niemiec w naszym kierunku krzyczy, coś szybko tłumaczy. Jeden z obsługi administracyjnej obozu, nasz właśnie znajomy. -”Kto umie jeździć traktorem, będzie miał dobre miejsce niech się zgłosi, a nawet, jeżeli nie urnie to na miejscu będzie przyuczony.

Tłumacz podpowiada: -„ chłopcy zgłaszajcie się, to będzie fajna robota”.

Po dłuższej chwili jest ochotnik, chłopak dobrze zbudowany, wysoki. Zgrabny, ale podkreśla, że jest w stanie się nauczyć. Niemka przez chwilę przygląda mu się uważnie podnosząc woalkę, wyraża zgodę, uważając transakcję za załatwioną. Zbliża się do stolika pobiera dokumenty, nowego robotnika zabiera do samochodu i odjeżdża.                Tłumacz przechodząc obok nas powiedział: – „ale trafił dobrze, bogaty majątek, mąż zginął na froncie, sama baba gospodarzy”.

I tak kolejno pokazując rękami zainteresowani gospodarze, wskazując to na jednego albo drugiego zabierają ”inwentarz” do roboty z placyku targowego.

Zdjęcie i znak ze Stargardu

Zdjęcie i oznaka narodowości, jaką otrzymał autor wspomnień w czasie rejestracji przymusowych robotników w obozie przejściowym w Stargardzie pod koniec lipca 1943 roku[2].

Tak się dziwnie złożyło, że my wszyscy trzymający się razem zapuściliśmy wąsy, które nas jednak postarzały, a długi okres marnego odżywiana i warunki bytowe też zrobił swoje. Było to, więc przyczyną, że kupujący omijali nas celowo bojąc się przyjmowania do pracy starszych wiekiem robotników. Nam się też nie spieszyło wiec siedząc w cieniu przyglądaliśmy się na odbywający się targ w XX wieku nowej ery w środku Europy „białych murzynów” i to w państwie będącym okrzyczanym wzorem zachodniej kultury. Jakie było to podobne do tego, o czym czytaliśmy w książkach dla młodzieży i co oglądaliśmy w filmach przed wojną, przedstawiających handel niewolnikami. Na pewno wiek i okres się zmienił, ale metody i sposób postępowania Niemców z narodami podbitymi o wiele był okrutniejszy, a traktowanie i znęcanie się nad ludźmi bezbronnymi przeszedł metody stosowane w średniowieczu i okresach późniejszych.

Dobrze już było popołudniu, kiedy przyszła kolej na mnie. Nieduży siwy już człowiek z laską i skromniej ubrany od innych wskazał na mnie. Podniosłem się wezwany do szlabanu. Byłem dużo większy od swojego przyszłego gospodarza i ciekawie się sobie zaczęliśmy się przyglądać. Patrzyły na mnie nie oczy wroga, nadczłowieka, a zwykłego staruszka, trochę tak jakby z przekorą. Wyraził zgodę na moją osobę i postanowił mnie zabrać. Załatwił formalności i wolno kierując się w stronę ulicy powiedział:, „choć idziemy na stację, pojedziemy pociągiem, mieszkam kilkanaście kilometrów od Stargardu”.
Był upalny dzień, a siedząc tyle godzin pod barakiem, częściowo i na słońcu i o obozowym głodzie, czułem się zmęczony i ledwo się wlokłem za gospodarzem, który nie tylko ze względu na wiek, ale utykając na nogę, podpierał się laską, nie przyśpieszał. Pomimo, że nigdy na roli nie pracowałem, zapewniłem go, że tak ojciec miał 8 ha., Ale na ochotnika nie przyjechałem, bo miałem tam, co robić, że zostałem zabrany jak nas wielu siłę przez wojsko i przywieziony tutaj przez żandarmerię. Niemiec popatrzył bokiem i niedowierzająco i szedł dalej. Tak w końcu doszliśmy do stacji. Ładny dworzec miejski, duży ruch ludzi przychodzących i wychodzących, bufet kasy, ławy pod ścianami. Do jednej z nich podprowadził mnie gospodarz i polecił abym tutaj usiadł. Przesunąłem się jednak bliżej kąta pomieszczenia, ażeby się nie rzucać w oczy, trudno, ale wstydziłem się swojego wyglądu. Gospodarz z podniszczonej ceratowej teczki podróżnej wyjął owinięty białym papierem chleb i butelkę po lemoniadzie z kawą. Podając mi to powiedział: – „Masz tutaj chleb i kawę, zjedz, bo pewnie jesteś głodny. Siadaj tutaj i stąd się nie ruszaj, bo na stację przychodzą żandarmi, a ty nie masz dowodów na podróż, mogą cię zatrzymać i aresztować. Ja muszę pójść do miasta pozałatwiać swoje sprawy i dopiero przyjdę przed odjazdem naszego pociągu”.                                                                                                          Siadłem, więc zgodnie z poleceniem gospodarza. Zacząłem rozwijać paczkę, jednocześnie przyglądając się poczekalni. W papierze było: dwie podwójnie złożone kromki chleba białego masłem nasmarowanego i z włożonymi do środka plasterkami boczku.

Po trzech tygodniach cienkiej lury nazywanej kawą, wody gotowanej z brukwią i starymi kartoflami, te kanapki nie małej wielkości, a krojone przez cały chleb zdawały się fantastycznie smaczne. Słodzona kawa z mlekiem dopełniła wszystkiego. Przypominało mi to dom, lata dobre i złe, przypomniała mi się wolność, plany na przyszłość, przekreślone strasznym słowem wojna.  W tym obiado – podwieczorku widziałem rękę kobiecą, a razem to wszystko w zajmowanym stosunku do skierowanego do pracy obcokrajowca robotnika. Siedziałem, więc dalej po zaspokojeniu głodu i przyglądałem się stale utrzymującemu się ruchowi na stacji. Około godz.16-ej powrócił gospodarz, popatrzy gdzie jestem, kupił bilety, z bufetu przyniósł mi kufel jakiegoś płynu do picia, co nie było lemoniadą, a następnie oznajmił, że teraz będzie pociąg do Dahlow, gdzie ma gospodarstwo i tam pojedziemy.

Wychodzimy na peron i wsiadamy do stojącego już pociągu. W wagonie pełno ludzi, widać, że gospodarze i to ludzie starsi. Młodzieży nie widać, jedynie dzieci. Pociąg rusza, jedziemy. Niemiec siedzi obok mnie, rozmawia, a nawet się uśmiecha. Wydusza nareszcie z siebie, co na pewno go dręczyło, jak jestem stary jak długo jechałem do Niemiec?. Czego jestem taki wynędzniały i chudy i tak słabo ubrany?.

Następnie zaczął mówić o sobie, że nazywa się Johan Zimmerman, ma gospodarstwo 12 ha, na którym gospodarzy jego syn Richard, ale obecnie jest na wojnie. W gospodarstwie hoduję sześć krów dojnych i jałowiznę rzeźną, świnie, do obróbki pola i dla potrzeb gospodarstwa dwa konie. Rodzina nasza składa się z mojej żony starszej jak ja, babci, synowej i dwojga dzieci. Chłopca czteroletniego i dziewczynki jeszcze na ręku, zaczynającej już chodzić. Synowej pomaga w gospodarstwie daleka kuzynka z Berlina przydzielona w ramach hufców pracy Truda, do robót w polu ma zatrudnionego Polaka, zwolnionego z obozu jenieckiego o nazwisku Bernard Zodrow, byłego właściciela gospodarstwa rolnego w okolicach Piły, po polskiej stronie granicy polsko-niemieckiej z przed 1939 roku.[3]

Kilka przystanków i już jesteśmy na miejscu. Mały z czerwonej cegły budyneczek stacji, stojący samotnie, a dopiero w odległości około 1,5 km widać dwie wioski rozdzielone rzeką. Z pośród drzew najbardziej z daleka widoczne są murowane wieże kościołów.

Wyszliśmy ze stacji i Niemiec zatrzymując się pokazał mi laską wyjaśniając:
-„My pójdziemy do tej wioski po prawej stronie, to jest Dahlow, ta po lewej stron; to Pegelow[4]„. Ruszyliśmy polną dość szeroką ścieżką, skracając drogę do wioski. Kierujemy się na duże drzewa, jak powiedział gospodarz okalające folwark i wkrótce jesteśmy już na głównej ulicy wsi.

Mijając sam folwark i poszczególne gospodarstwa, nie wszędzie już widzi się ten porządek i ład niemiecki. Są żniwa i może niema czasu na sprzątanie, albo też biedni gospodarze, a to zawsze odbija się na zewnętrznym wyglądzie gospodarstwa. Po prawej stronie na przeciwko gospodarstwa dworu mijamy barak ogrodzony dru­tem, kręcą się obok niego ludzie w zielonych mundurach ze złotymi guzikami, ale na polskie mundury nie wyglądają. Niemiec widząc moje zainteresowanie, wyjaśnia, że to jeńcy francuscy zatrudnieni we dworze.

Tak dochodzimy do murowanego parterowego domku z dużą drewnianą bramą. Widać na zewnątrz czystość i schludność. Dużo kwiatów w oknach.

Gospodarz zatrzymał się i powiedział pocierając przy tym pot z czoła, dużą białą chustką. -„Jesteśmy na miejscu, tutaj będziesz pra­cował”.

Weszliśmy przez boczną furtkę szczelnie zbitą z desek na podwórko gospodarstwa.

W gospodarstwie Johana Zimmermana pracowałem w okresie od końca lipca,
do 10 października 1943 roku.

Gospodarstwo, jak na stosunki niemieckie niewielkie, jak już wcześniej gospo­darz podkreślał, obejmujące 12 hektarów ziemi, w tym łąki przewidziane na wypas bydła w czasie dnia i zadrzewionej w jednej części, gdzie przebywała tzw. jałowizną przez okres od końca maja do jesieni, to wszystko odrodzone płotem z żerdzi. Układ zabudowań gospodarskich patrząc od domu mieszkalnego dość już starych, tworzył kwadrat z obetonowanym pośrodku podwórka zbiornikiem na obornik wywożony z obory od krów, stajni i pomieszczenia trzody chlewnej. Po lewej stronie od bramy znajdowała się stodoła, połączona wspólnym dachem z obora dla krów i jałówek, a następnie stajnią. Naprzeciwko domu za zbiornikiem komórka na drewno przybudowana do tuczarni trzody chlewne j, pomieszczeń na parnik oraz w przedłu­żeniu szopa na maszyny i wozy. Po prawej stronie podwórka pompa z doprowadzeni wody do pomieszczeń gospodarskich i mieszkania oraz ogródek kwiatowy. Dom mieszkalny murowany parterowy, posiadający część składającą się z kuchni i dwóch pokoi, w której zamieszkiwała rodzina syna oraz drugiej części z osobnym wejściem składającej się z dwóch izb, gdzie zamieszkiwał starszy gospodarza z żoną. Na poddaszu dwa pomieszczenia nadające się do zamieszkania, w których w jednym przetrzymywano zboże, oraz wędzarnia dobudowana do przewodu kominowego. Wchodząc do mieszkania z sieni, po lewej stronie znajdowało się pomieszczenie sypialni, po prawej kuchnia, z której przechodziło się do mniejszego pokoju jadalnego-gościnnego. Umeblowania poszczególnych pomieszczeń nie byłem w stanie nigdy zobaczyć, gdyż stale były przed nami zamykane, a nam tam był wstęp zakazany. Udostępnionym nam miejscem do jedzenia była kuchnia i to tylko w czasie posił­ków. Do tego też pomieszczenia przyprowadził mnie gospodarz i tutaj pierwszy raz zobaczyłem „Mutter”, najważniejszą w tym domu kobietę, żonę gospodarza, którego odtąd tak jak wszyscy należało nazywać „Szefem”.

Była to starsza kobieta w wieku gospodarza, szczupła i drobna dobrze już posiwiała, pochylona do przodu z charakterystycznym długim nosem i cienkim skrzeczącym głosem starszego człowieka.

Chwilę przyglądała się mojej osobie widocznie szacowała mnie czy rzeczywiście przysłali tutaj do pracy „bandytę”, a następnie wskazała mi miejsce przy stole, okrytym ceratą, przy którym stały dwa taborety. Polecając mi siadać, powiedziała, że Szef zje teraz obiad wskakując na drzwi do pokoju, za którymi zginął gospodarz, a ja dostanę tutaj, a następnie pokażą mi moją sztubę, gdzie będę mieszkał. Do pierwszego obiadu po trzech tygodniach wszelkiej maści podejrzanych lur i wody, usiadłem z wielkim zaciekawieniem  i naprawdę wygłodzony, Mutter postawiła na stole wazę z zupą, a następnie kartofle polane sosem z kawałkiem uduszonego boczku. Deser stanowiła kawa zbożowa-biała z mlekiem niesłodzona. Wszystko to, było ze wspólnego gotowania dla rodziny, podane w naczyniach stołowych i smacznie przyrządzone. Kończyłem obiad, kiedy wszedł Szef, usiadł i zapalił papierosa i czekając na mnie rozmawiał z Mutter
o pobycie u rodziny w Stargardzie. Widocznie wtedy, kiedy mnie pozostawił na dworcu.

Podziękowałem za obiad i ruszyłem za Szefem zabierając pozostawioną przy drzwiach w sieni moja skromna paczkę rzeczy osobistych. Myślałem początkowo, że nasze pomieszczenie mieszkalne znajduje się w drugiej połowie domu, względnie na strychu. Okazałe się jednak, że Szef prowadzi mnie do stajni.

Wchodzimy do pomieszczenia pustego w tej chwili, bo konie były w polu z Bernardem
i kobietami, ale go mijamy przechodzą przy ścianie po wybetonowanym chodni­czku, dalej do wąskich drzwi, w tym czasie przed muchami i zapachem końskim zamk­niętych.

Po otwarciu drzwi weszliśmy do małego pomieszczenia, jak gdyby dawniej pomiesz­czenia na nasze dla koni i wtedy Szef powiedział: „Tutaj mieszka Bernard, a te­raz będziecie we dwóch, po prawej stronie to twoje łóżko”.

Teraz trochę odpocznij, umyj się, a potem przyjdę po ciebie i zaprowadzę na pole. Rozumie się, że po takich przejściach, nie miałem szczególnej ochoty i siły do pracy, ale na pewno występowała dalsza ciekawość, jak u młodego człowieka, zobaczenie pozostałych mieszkańców tego gospodarstwa, z którymi przypadnie mi żyć. Zastanawiałem się również nad tym, jak zostanie przyjęta sprawa mojego nie przy gotowania do pracy w polu, po jej zetknięciu się z nią i konfrontacji. Kto to jest ten Polak-Bernard Zedrow były gospodarz poznańskiego, jeniec rezyg­nujący z uprawnień międzynarodowych, a godzący się na robotę u Niemców bez rozpoznania warunków i rekompensaty za pracę.

Izba nazywana przez wszystkich Sztubą, tak jak się domyślałem na początku po wprowadzeniu przez Szefa, była poprzednio składzikiem paszy dla koni. Świadczyło o tym małe okienko stajenne, betonowa posadzka i nieszczelne drzwi do stajni wykonane gospodarskim sposobem, przez które przedostawały się zapachy końskiego nawozu i moczu. Stare metalowe łóżka-polowe ustawione po obu stronach ścian, a w środku przy ścianie mały stolik, na którym rozrzucone szpargały zatrudnio­nego tutaj Polaka.

Na wspomnianych łóżkach grubo wypchane sienniki, przykry te kraciastymi prześcieradłami, takie same poszewki na poduszkach i pierzynach. Z uwagi na brak ogrzewania wspomnianego pomieszczenia zastosowano grube pierzyny. Ubrania wiszą na jednej ze ścian, na gwoździach wbitych w mur.Za oknem brudnym z zawieszoną pajęczyną, widać drzewa następnego gospodarstwa.

Szybko układam swój pakunek, zdejmuję wierzchnia odzież i wychodzę do stajni gdzie jest kran z wodą, zabierając ze sobą z poręczy łóżka przygotowany dla mnie ręcznik. Myję się w zimnej wodzie, jak przypadło mi to robić przez cały okres internowania, co po takim upale i pierwszym posiłku domowym, stawia mnie na nogi. Powracam do sztuby i po odchyleniu pierzyny, ażeby jej nie pobrudzić, kładę się wygodnie na łóżku. Czekając na Szefa z zaciekawieniem oglądam, to, co znajduje się na stoliku. Szukam zwyczajem wywiadowcy, mając to we krwi przez lata okupa­cji w GG, czegoś, co będzie mówić o moim współlokatorze. Jest kartka pocztowa pi­sana przez jego siostrę. Treść mnie nie ciekawi, jest lakoniczna, jak ci się powodzi, czy jesteś zdrowy, napisz do nas, bo co więcej mogło być napisane w kartkach do Niemiec. Charakter pisma potwierdzał, że był pisany ręką wypracowaną w gospodarstwie z przygotowaniem szkoły powszechnej.

Po godzinie wchodzi Szef, po swojej drzemce obiadowej, którą będzie zawsze stosował, zezwalając i na taką nam i zabiera mnie w pole. Wychodzimy na tyły gospodarstwa przez wozownię. Tutaj ciągnie się ogród warzywny dochodzący do drogi bieg­nącej poza wsią, od której prostopadle biegły drogi z każdego gospodarstwa.  Dochodzimy do jednej z nich, biegnącą równolegle do traktu idącego w kierunku lasu i tą właśnie polną drogą dochodzimy do drabiniastego wozu, wokół którego zagrabiają ściernisko dwie młode kobiety w różnym wieku. Na wozie stoi mężczyzna i układa podawane zagrabki. Co chwilę wyładowany wóz podciągają dobrze utrzymane konie, wyciągając jednocześnie niespokojne pyski do niskiej trawy rosnącej na ściernisku.  Idziemy wolno, bo Szef opierając się na lasce, nie może szybko chodzić. Rozmawiamy o polu, które leży przed nami, jak daleko sięga i że jest w jednym kawałku i długim pasie. Mam czas obserwować pracujące kobiety, do których zbliżę my się, a dalej pracujących ludzi na sąsiednich polach. Co chwilę mijają nas furmanki, Niemcy pomiędzy sobą pozdrawiają się, a siedzący z tyłu bardzo licho ubrani młodzi ludzie w moim kierunku krzyczą: „Polak, Ruski?”. Podnoszę więc rę­kę, tak jak oni w górę i odkrzykuję: „Polak!”.

Podchodzimy do furmanki przyglądając się wszyscy sobie z zaciekawieniem. Niemki, jak zwykle spod oka. Mówię dzień dobry, Szczęść Boże, kiwając do mężczyzny na wozie ręką.

Szef śmiejąc się z zadowoleniem, więcej kierując to do swojej synowej, mówi: Przyprowadziłem nowego robotnika i każe jej, tej starszej wrócić do domu dla przygotowania kolacji. Zwolnione grabie, odchodząca podaje mnie i wolno oglądając się idzie z  Szefem w kierunku domu.

Jest 25 lipca 1943 roku, dzień pogodny w pełni lata, słońce chyli się ku zachodowi, ja grabiami rozpoczynam pracę przymusową w Rzeszy, w powiecie Saatzig na Pomorzu Zachodnim we wsi Dahlow w gospodarstwie Richarda Zimmermana, w którym podczas jego pobytu w wojsku, szefuje jego ojciec Johan.

Podstawowym zadaniem u mnie jest samo przyzwyczajenie do tej pracy, a co w tym wszystkim najważniejsze nauczenie się jej od podstaw, bo przez całe swoje dotychczasowe życie nie miałem z pracą na roli czy w gospodarstwach wiejskich nic wspólnego. Prawdą jest, że w gospodarstwach kolegów jeździłem na snopkach, koniczynie czy sianie; pola do domu, znałem narzędzia rolnicze, widziałem, jak się nimi pracuje, ale sam tego nie robiłem, nie umiałem, bo nie występowała taka potrzeba. Już na wstanie widzę, że samo zagrabiana nie idzie mi jak należy, bo robię to tak, że się zdradzam, że nie robiłem w polu. Więcej jednak rozmawiamy, gdyż cały czas ze strony współziomka nadają pytania: skąd, jak tutaj się dostałem, co słychać w kraju i wiele innych pytań dotyczących mojej osoby. Widzę jednak uśmiech na jego twarzy, kiedy zabieram się niezaradnie do swojej pracy i jak dzieli się uwagami po niemiecku z młodą Niemką. I na samym początku już mi pod­padł, bo wylazła  z niego poznańska natura podlizywania się i podkreślania wyż­szości nad każdym innym, dla ułożenia sobie własnego życia.

Nie daję w żadnym wypadku wiec poznania po sobie, że rozumie język niemiecki w zakresie tego po­ziomu rozmów i tak będzie już do końca i z tego powodu, często miałem żal do tego człowieka, a nie mogłem mu tego okazywać. Kończymy zagrabianie, wdrapuję się na wóz, a za mną młoda Niemka o kruczych włosach wychodzących spod chustki na głowie, dobrze zbudowana, wysoka około 19 lat w obcisłych spodniach roboczych, Przechodzi na tył wozu, układa się wygodnie na słomie, obserwując cały czas na­szą rozmowę. Dojeżdżamy do gospodarstwa, wjeżdżamy do stodoły, gdzie wóz pozostaje wyprzęgnięte konie prowadzimy do stajni. Tutaj Bernard już poucza mnie, jaką robotę będę wykonywał w gospodarstwie.

Przerywa nam naszą rozmowę Szef i poleca Bernardowi udania się ze mną na miejsce, gdzie cały dzień przebywało i wspólnie przygonienie jego do gospodarstwa, co od tej pory będzie należało każdego dnia do moich obowiązków.

Idziemy teraz szeroką drogą traktową pomiędzy polami w kierunku lasu, a przed nim widocznych ogrodzonych kęp drzew rosnących na łąkach. Jest znów czas na rozmowę. Odległość do pozostawianego na dzień bydła to około 1 km.

Bernard teraz dokładnie wprowadza mnie w to zadanie. Każdego rana po udoju, będziesz wypędzał wszystkie sześć krów za to ogrodzenie, a o godzinie 18-tej przypędzał je z powrotem do gospodarstwa. W czasie tej drogi dowiedziałem się wszys­tkiego, co mam robić w tym gospodarstwie przy użyciu nawet potrzebnych maszyn.                            A tak przedstawiał się mój rozkład zajęć podczas każdego dnia:                                                Godzina 500 rano wywiezienie nawozu spod krów, uprzątnięcie dokładnie posadzki
i w przejściach pomiędzy krowami lekko podścielana słoma.

O godzinie 600 przychodziły do obory Niemki, gospodyni z Trudą w celu wydojenia krów
i wtedy żaden z nas nie może i nie miał prawa tam przebywać. W czasie dojenia krów przechodziłem do tuczami świń, skąd również każdego dnia zobowiązany byłem wywozić nawóz i czyścić koryta.

Bernard w tym czasie karmił/futrował/ konie, czyścił je i również wywoził ze stajni nawóz. Wywożony nawóz należało równo wyrzucać do zbiornika znajdującego się na środku podwórka.

O siódmej wchodzimy do kuchni, gdzie na stole przygotowane było śniadanie skła­dające się: z zupy mlecznej, chleba z margaryną i kawy z mlekiem bez cukru. Na parapecie okna przygotowane stały dwie butelki z kawą, a w papierze dwie porcje na drugie śniadanie dla każdego z nas. Dwie kromki chleba białego z masłem margaryną, albo ze szmalcem, a w środku plasterki słoniny lub boczku. Po śniadaniu ja wypędzałem krowy i zgłaszałem się do robót polowych w zależ­ności, od tego, jakie prace do wykonania wyznaczone były przez Szefa w tym dniu.

O godz.10-tej – trzydzieści minut przerwy na drugie śniadanie i dalej praca do godz.14-tej.
Od godz.14-tej do 15-tej przerwa na obiad. W tym czasie należało również zaobrokować konie oraz przygotować paszę dla krów na okres wieczorny.                                                      O 1530 podjęcie pracy zaplanowanej na popołudnie, aż do godz. 18-tej.Wtedy prosto z miejsca pracy udawałem sie po krowy, które przypędzałem do gospodarstwa.

Kolacja o godz. 20-tej i następnie wolny czas do godz,2100, to jest, do obowiązującego czasu policyjnego dla obcokrajowców zatrudnionych na robotach.

W ciągu tej jednej wolnej godziny można było wyjść na spacer na wieś, odwiedzić znajomych, a nawet wejść do gospody i przebywać w miejscu wyznaczonym dla obcokrajowców. Ściśle jednak należało utrzymywać obowiązująca godzinę policyjna powrotu na gospodarstwo.

Taki rozkład dnia był ściśle przestrzegany przez Szefa, zmieniały się tylko rodzaje wykonywanych robót. Na pewno trudno byłoby dzisiaj otworzyć każdy dzień pracy z tego okresu i nie stanowiłoby to ciekawego tematu.

Należy jednak zobrazować wypadki najważniejsze mówiące o pobycie Polaków na robotach przymusowych w Niemczech. Nie wszędzie było tak, jak ja to podaje w moim przypadku, bo nie każdy Niemiec-gospodarz miał w sobie coś z człowieczeństwa. I w moim przypadku nie zawsze patrzono przychylnie i ludzkim wzrokiem, pamiętając jednak, że my jesteśmy jednak Polakami i istniały ostre przepisy w szczególności dla kobiet odnośnie osobistego zachowania się, co nawet groziło karą śmierci. Polacy w tej miejscowości stanowili sporą procentowo liczbę obcokrajowców, następną grupą byli Rosjanie i Ukraińcy, przeważnie kobiety, a ostatnią grupę stanowili jeńcy francuscy pozostający w niewoli od 1940 roku, a pracujący w folwarku. Polacy, z którymi spotykałem się w okresie wolnego czasu po godzinie 20-tej w zwykłym dniu, względnie w niedzielę pochodzili z różnych okolic Polski i większość już pracowała w tej miejscowości więcej niż dwa lata. A więc spotkałem młodzież wywiezioną do Niemiec z terenów przyłączonych do Rzeszy jak: z Łodzi, Śląska, Poznańskiego i Pomorza. W wielu wypadkach byli to ludzie młodzi niemający nic wspólnego z pracą na roli, wzięci w łapankach ulicznych dużych miast, począwszy od Warszawy. Wiek tych ludzi w różnych granicach i zróżnicowanym wykształceniem. Stąd znajomość sytuacji międzynarodowej jak, również wojennej z uwagi ma przebywaniu w kraju wroga, prawie, że od początku wojny bardzo mała i ograniczona. Wiadomości radiowe niemieckie udostępniane w bardzo ograniczonych wypadkach, a zagraniczne jedynie dopuszczalne w nielicznych rodzinach niemieckich, ale takie jednak były. Kontakt z rodzinami bardzo trudny poprzez cenzurowane listy i paczki, powodował całkowite oderwanie się od wiadomości i poznawania wypadków, jakie miały miejsce w GG.

Najlepiej tą sytuację obrazuje samo zachowywanie się Bernarda, o czym już wspomniałem na wstępie, a więc jego stosunek do otoczenia i Niemców, co mnie od początku do niego zraziło.

Znał język niemiecki, był gospodarzem w okolicach dawnej Piły, rodowitym pozna­niakiem i to ułatwiało mu pracę i życie nawet w takim przymusowym układzie.                  Bernard odsłużył wojsko w kawalerii jeszcze w okresie przedwojennym. Zmobili­zowany w marcu 1939 r. znalazł się w armii Pomorze i już w pierwszych dniach ranny w walkach na terenie Borów Tucholskich dostał się do niewoli. Następnie podczas prowadzonej przez Niemców kampanii w obozach jenieckich na rzecz podjęcia pracy w przemyśle lub rolnictwie, zgłasza się, jako rolnik i jest skierowany na gospodarstwo Richarda Zimmermana, który został wcielony do wojska, a ojciec w wieku ponad 80 lat nie gwarantował utrzymania dotychczasowej wydaj­ności posiadanych areałów ziemi.

Pierwsze nasze rozmowy po moim przybyciu, miały na uwadze wysondowanie, jaka istnieje sytuacja i stosunki w tym rejonie pomiędzy Polakami. Ja z mojej strony przekazałem informacje oględnie, o tym, co się dzieje w kraju i jaka jest rola w tym byłych żołnie­rzy i młodzieży przedpoborowej.

Dla mnie Bernard, jako były żołnierz WP, obrońca wrześniowych zmagań, ranny, a następnie jeniec, był człowiekiem, którego należy obdarzać szacunkiem i zaufaniem. Z tego rodzaju ludźmi pracowałem w konspiracji od roku 1940. Dlatego też stop­niowo wprowadzałem go w poznawanie sytuacji, jaka istnieje w GG i na wszystkich frontach do momentu mojego wywiezienia. Budowałem w ten sposób powstawanie wza­jemnego zaufania i jednocześnie wpływanie na jego postawę w stosunku do gospodarzy i sąsiadów Niemców, bezwzględnej potrzeby jednoczenia się pomiędzy Pola­kami i utrzymywanie więzi, okazując pomoc dla mniej zaradnych, a najczęściej młodych wiekiem z wyczuleniem na bezradne młode dziewczyny, wykorzystywane przez różny margines, który i tutaj się znalazł.

Zajmowanie takiego naszego stosunku nakazywało wszystkim, a wynikało ono z postępowania Niemców w GG. Wysiedlanie, pacyfikacje, aresztowania, łapanki, rozstrzeliwania ludzi, dymiące kominy pieców krematoryjnych w obozach śmierci.            Nie wiedziałem początkowo, tylko jednego, że Bernard mógł sprawdzić te wiadomości, o czym mnie później poinformował i to upewniło go, że posiadam dokładne rozeznanie sytuacji w kraju i nie tylko, ale również na frontach oraz układach międzynarodowych.

Bernard pozyskał bliższe znajomości z Niemką rozwódką, która pozwalała mu słu­chać radia, ale to nie należało do bezpiecznych zajęć, biorąc pod uwagę fakt, że nastąpiło również na pewno pewne zbliżenie się ich obojga, ponieważ ona pot­wierdzała pewnego rodzaju z tego zazdrość, w stosunku zachowania się jego do Polek w tej wsi.

Tutaj widziałem w Bernardzie odważnego człowieka, jeżeli taki układ utrzymywał dla potrzeb nazwijmy to kolonii polskiej, ale również zachodziła obawa, ażeby przez tzw. „małą główkę” nie stracił własnej głowy i nie naplątał biedy ludziom.

Na pewno nie zawsze moje usiłowania naświetlenia sytuacji i naszego w tym względzie obowiązku były właściwie przyswajane przez pracujących w Dahlowie Polaków, tym bardziej, że musiałem to robić ostrożnie.                                                                                          Nie zdradzałem się, że dużo rozumieniem języka niemieckiego, przy pewnym braku prowadzenia normalnej konwersacji, na tym poziomie jak Bernard, dlatego miałem zawsze sprawdzalność treści prowadzonych rozmów na mój temat. Wynikały one ze sposobu mojej niezaradności w robotach polowych i to mogło wzbudzać śmiech, ale nie wypadało również robić to chełpliwie właśnie w obecności Niemców.                                    Tutaj zaistniał dziwny układ chyba rywalizacji pomiędzy Trudą, która przydzielona została z hufców pracy, która moją niezaradność i brak wprawy wykorzysty­wała do podkreślania swojej przewagi w uzyskiwanych wynikach w polu. Każdy mój ruch dla osiągnięcia lepszego rezultatu w pracy wywoływał z jej strony odruch niemieckiej wrogości do Polaka. Musiałem z tym się liczyć, bo młodzież odgrywała wielką rolę w osiągnięciach niemieckiego faszyzmu. A co tkwiło w tej ładnej, dobrze zbudowanej dziewczynie, było trudne do zbadania. Po moim zaangażowaniu w kraju i chyba nieszczęśliwym przypadku dostania się tutaj w wyniku jakiejś gry naszej terenowej tzw. wierchuszki, nie pozostało mi nic innego, jak wejście w to środowisko młodzieży polskiej i umacnianie w pier­wszym rzędzie tego, że okres obecny jest okresem przejściowym, a zatem ich stosunek do Niemców i pracy musi być taki, ażeby odpowiadał patriotyzmowi polskiemu i walce z wrogiem.                                                                                                        Musieli nabierać pewności, że okres wyzwolenia przyjdzie i będzie taki czas, że na te tereny wkroczy armia sojusznicza i sam wróg zostanie właś­nie tutaj, w jego własnym kraju rozbity i złamany, a potem właściwie rozliczony. Na pewno chętnie słuchano moich opowiadań dotyczących konspiracji i jej osiągnięć, ale nie byli jednak przekonani, że Niemcy tę wojnę, tak prędko przegrają i czy w ogóle przegrają.

Na pewno w ukryciu cieszyli się z odgłosów przelatujących samolotów oraz dale­kich wybuchów prowadzonych bombardowań, zacierali ręce, kiedy przychodziły za­wiadomienia do wsi z frontu o śmierci walczących na wschodzie członków rodzin miejscowych gospodarzy. Zaciekawienie wzbudzały kroczące w czarnych sukniach i garniturach rodziny niemieckie do kirchy, na organizowane nabożeństwa za poległych.  Przysłuchiwano się prowadzonym rozmowom pomiędzy przyjeżdżającymi do roboty na okres żniw czy wykopków, Niemkami z Berlina, o ilości i skutkach bom­bardowań stolicy i innych wielkich miast przemysłowych i portowych. Odpowiednie wskazywanie na te momenty wśród społeczności polskiej zniewolonej przymusowymi robotami nie u wszystkich, ale jednak robiło swoje, a chodziło tylko oto ażeby zagościło w młodych umysłach i spowodowało myślenie, co dalej.                                                                              Cześć jednak młodzieży, a i taka jednak była, zajętej tylko pracą, wyżywieniem i wyżyciem się przy nadarzającej się okazji, nie próbowała nawet myśleć o zmianę obecnej sytuacji na lepszą, gdyż uważała, że inaczej jej już nie przyjdzie żyć. Pogodziła się z lo­sem, jaki przyniosła im wojna.

Bernardowi te sprawy trafiły dopiero dobrze do głowy, kiedy osobiście wyczuł rękę dorffϋhrera członka SA i zgrai łobuziaków z Hitlerjugend.

Bernard, tak jak inni Polacy, stale wieczorami wyskakiwał do jednego gospodarstw, gdzie miał swoją dziewczynę. Jak mi opowiadał o niej, podobno ładna mała blon­dynka, po maturze z Warszawy, o imieniu Michalina. Tam też przebywał do późnych godzin wieczornych łamiąc zakaz godziny policyjnej i to w obcym domu, co było surowo zabronione. Wszystko to trwało do czasu zapewne, kiedy jakiś konkurent— rywal; albo ktoś z tego gospodarstwa przekazał Niemcom, że Bernard tam przebywa, co wieczór i to w zabronionym czasie.

A jaki był tego koniec?.

Jest niedziela wrześniowa tzw. „polskiej złotej jesieni „, chociaż daleko od ojczyzny w niewoli roboczej, Jeszcze utrzymuje się ciepło pachnących sadami wieczorów. W stajni i sztubie znalazłem się jeszcze przed godziną 20-ta i zacząłem przygotowywać się do nocnego spoczynku od mycia pod kranem, a następnie nóg, a dokładne wycieranie kończyłem przy swoim łóżku w sztubie, kiedy z wielkim wrzaskiem niemieckim wdarła się do pomieszczenia grupa młodych Niemców z dorfϋhrerem na czele. Każdy z nich miał w ręku mocny kij,
a mundurowy SA man -dorfϋhrer pałkę gumową i na pasie zawieszony w kaburze duży pistolet. Kiedy wpadli kupą do sztuby Niemiec z SA podniósł pałkę i wskazując na mnie
spytał się towarzyszy „to ten”?, odpowiedz młodych ludzi krótka, „nie’, nie, to nowy
Padło   wtedy pytanie skierowanie do mnie: „gdzie Bernard?, dlaczego „polska świnio” nie śpisz?. Patrząc zdziwiony na Niemców i zegar-budzik, a dochodziła już godz.9-ta (21), byłem przecież w sztubie w miejscu zamieszkania, wiec spokojnie odpowiedziałem, że Bernard musi być na podwórku, może za swoją potrzebą, albo coś jeszcze sprawdza przed spaniem, a ja się umyłem i idę zaraz spać. Młodzi już wyskoczyli z takim samym wrzaskiem z naszego pomieszczenia na podwórko, a SA-mann wychodzi za nimi powiedział, zaraz mam się położyć spać, bo mnie też naleją.!

Położyłem się spać z myślą, że teraz będą nas układać jeszcze do spania, bardzo zdziwiony Położyłem się i zgasiłem światło, czekając ciekawie, kiedy wróci Bernard. Dopiero po dobrej godzinie skrzypnęły drzwi do stajni i usłyszałem ciche pojękiwanie. Wstałem i zaświeciłem światło w stajni i zobaczyłem w przejściu leżącego, którego twarz była cała czerwona we krwi. Leżał pojękując i nie miał już siły dowlec się do sztuby. Zamknąłem drzwi do stajni, zakładając skobel od wewnątrz, a następnie prze­ciągnąłem pobitego do jego łóżka. Pomogłem mu się rozebrać, ułożyłem go wygodnie a następnie przystąpiłem do obmycia twarzy z krwi i robienia z ręczników zimnych okładów w miejscach skaleczonych i zasiniałych. Okładami tymi doprowadzi­łem do tego, że Bernard mógł już coś do mnie powiedzieć. Ja zaś zobaczyłem mocno porozbijane usta, podbite oczy, a we włosach znalazłem przyczynę krwawienia od rozciętej głowy.

Teraz pomalutku zdjąłem z niego bieliznę i przewracając na łóżku sprawdzałem czy nie ma on większego uszkodzenia zewnętrznego ciała i ewentualnie wywnios­kować z obolałego ciała uszkodzeń wewnętrznych. Stwierdziłem pełno siniaków na żebrach i nogach, co potwierdzało, że był bity przez kilka osób po powaleniu na ziemię, a przy tym był kopany. Domyśliłem się więc, że ta wataha, która buszowała no naszych zabudowaniach musiała gdzieś na drodze powrotu Bernarda zrobić zasa­dzkę i tam się z nim rozprawić.

Bernard, kiedy przyszedł do siebie, ze łzami w oczach zaczął opowiadać. Całymi dniami przez tyle lat człowiek tylko za żarcie i parę marek robi na tych s… y synów, a oni tak mi zapłacili.

Jak zwykle poszedłem do Michaliny i byłem do 20-tej, kiedy wpadł tam młody Nie­miec i nakazał mi wracać na swoje gospodarstwo. Wyszedłem, ale później po cichu wróciłem nie wiedząc, że mnie jednak obserwują. Wtedy za jakieś 20 minut wpadła gruba Niemców i wyprowadziła mnie na podwórko. Kiedy wzięli się do bicia, ucie­kłem i schowałem się w ogrodzie. Słyszałem jak mnie szukają, ale myślałem, mam was w dupie, pójdę do domu, jak się rozejdziecie. Kiedy zrobiło się cicho, dochodząc już do wozowni tuż przy samym podwórku, a byli zaczajeni, dorwali mnie. Dorffϋhrer obalił mnie na ziemię, a reszta zaczęła mnie bić kijami i kopać ile, kto miał tylko sił i gdzie tylko popadło. Kiedy już się przestałem ruszać, roz­biegli się na wioskę, a tylko SA-mann kopaniem jeszcze pomógł mi wstać i pogo­nił do stajni, pozostawiając upadłego przed drzwiami. Przewlokłem się przez próg i jęczeniem dawałem ci znać, że jest coś ze mną niedobrze.

Tak mnie wszystko boli, że nie dam rady jutro pracować, a gospodarze o tym nawet nie wiedzą.

Na pewno żal mi było Bernarda, jako człowieka, byłego żołnierza, ale z drugiej strony, dziwiłem się, że tak dojrzały mężczyzna -Polak, ma inne wyobrażenia o Niemcach. Wierzył, że praca ponad siły, będzie przez nich właściwie oceniana, a prowa­dzone rozmówki miały być tego dowodem.

Po tym wypadku starałem się to wykorzystać i w szczególny sposób podkreślić nasze położenie w Rzeszy oraz fakt stałego stosunku wroga do narodowości pod­bitych, a tutaj nawleczonych siłą do pracy przymusowej.

Za nawet lepszą strawę od innych i spanie pod pierzynami, ale w stajni, nie moż­na zapominać, że pracujemy u największego naszego wroga, a w wypadku wygrania przez niego wojny, zostaniemy zniszczeni jak Żydzi.

Widziałem, że moje słowa, tak jak gdyby teraz dopiero docierają do świadomości tego człowieka, ale może tylko tak mi się wydawało. Przez następne dwa dni Bernard leżał w naszym pomieszczeniu przy stajni. Przynosząca jedzenie Truda uśmiechała się pod nosem, tak samo Szef przy spotkaniu się ze mną przy pracy, czy obiedzie. Byłem przekonany jednak, że na pewno to wydarzenie miało pewien wpływ na stosu­nek Bernarda do Niemców, ale nie aż tak, ażeby wierzył w moje opowiadania o sytuacji w GG i innych krajach podbitych. Ja dalej nie wtajemniczałem go w pełni we wszystkie sprawy i wypadki, jakie miały miejsce w Polsce na przestrzeni lat 1939-1943.Występowało u niego w dużym stopniu pogodzenie się z zaistniałą sy­tuacją i takie dopasowanie się do niej, ażeby dalej pracować i żyć. Nie był to, więc człowiek wokół, którego można by skupiać patriotyczną część miejscowej polskiej społeczności na wypadek potrzeb jakie zaistnieją po złamaniu potęgi niemieckiej przez siły sojusznicze.

Obserwowałem dalej i zapoznawałem się z sytuacją pozostałych Polaków zatrudnionych
w Dahlowie. Miałem możność również obserwować jeńców francuskich, których zatrudniano w folwarku. Francuzi wtedy wydawali mi się narodem bardzo wesołym, najlepiej ustosunkowanym do Polaków. Zawsze pełno ich było przed wieczorem w gospodzie, gdzie pili tzw. „mus”, smakiem przypominający lemoniadę. Odbywało się to przy jednym tylko i wyznaczonym rogu bufetu i to przy samych drzwiach wyjściowych. Przy stolikach w gospodzie nie było wolno siadać. Francuzi byli inaczej traktowani przez Niemców i to w pewnym sensie wykorzystywali, żyją własnym życiem, pewni siebie, wierzący, jak wojskowi w końcowe zwycięstwo nad szwabami, wpływając na pewno w jakiś sposób na społeczność polską i ludzi innych narodowości.

Położenie zatrudnionego obcokrajowca na robotach przymusowych w rolnictwie by­ło uzależnione o samego gospodarza -„baora”, który był panem życia i śmierci. Ci ludzie w pełni odpowiadali za istniejące warunki bytu ludzi zwiezionych i zniewolonych siłą prawie z całej Europy.

W samym Dahlowie też było Polakom różnie. Jak już zaznaczyłem poza stajnią, warunki nam stworzone, nie były najgorsze i do takich nie należały, ale już u sąsiada były wypadki bicia tam zatrudnionych robotników przez gospodarza, a jeżeli chodzi o wyżywienie i warunki bytowe bez porównania gorsze. Zarówno nasz gospodarz, jak również kobiety tego gospodarstwa wiedzieli o tej różnicy i byli z tego powodu usatysfakcjonowani, ale nigdy tego nie podkreślali w rozmowach, pomimo spiętrzenia się prac jesiennych jak konanie ziemniaków, zbieranie pastewnych buraków, wywożenie obornika należących do robót ciężkich, a w wolnych chwilach młócenia maszynowego zboża, czas mijał szybko. .Jesień w tym roku piękna-pogodna i sucha pozwalała na długie prowadzenie robót polowych. Do ostatnich należało zebranie buraków pastewnych. W tym właśnie czasie będąc przy pracy w polu zobaczyliśmy, jak na odkrytej ciężarówce pod eskortą wieziono ludzi w mundurach wojskowych jaskrawo-kolorowych, czerwono -granatowych, jakich nie spotykałem. Wiadomości radiowe skąpe, co się dzieje na świecie przynosił od czasu do czasu od wspomnianej już Niemki -Bernard. Mieliśmy i inne źródło, a był to również Polak zatrudniony u gospodarza Niemca pochodzącego z Francji-antyfaszysty, który bardzo dobrze traktował zatrudnionych u siebie robotników, wymagając jednak pracy. Udostępniał nie tylko radia, ale sam z tym Polakiem słuchał i całą rodzina. Już w tym czasie wiedzieliśmy, że sytuacja na froncie włoskim doprowadziła do zawarcia rozejmu pomiędzy wojskami sojuszniczymi, a armią włoską, w odpowiedzi, na co Niemcy spowodowali likwidację wszystkich jednostek włoskich będących pod ich dowództwem. Szczególnie ostro potraktowano jednostki na froncie wschodnim stosując nawet ludobójstwo. I właśnie w tym czasie zobaczyłem na naszym terenie żołnierzy włoskich, ale jako już niewolników. Zachowanie się Niemców pracujących w polu było pełne pogardy i złości. Pluli za przejeżdżającymi samochodami i słyszało się wyzwiska nazywając ich: Cyganami, oszustami, bydłem i nie krępowała ich nasza obecność. Przy burakach, jak i przy kartoflach pomagały przyjeżdżające Niemki, aż z Berlina.

O tragedii żołnierzy włoskich dowiedziałem się dopiero po powrocie do kraju.

Zbliżał się koniec października i pewnego dnia Szef zawiadomił nas, że wkrótce jednego z nas będzie musiał oddać do Arbeitsamtu. Wiadomo było, że ja będę musiał wyjechać do innej pracy, ponieważ Bernard, jako rolnik -fachowiec, jak najbardziej był potrzebny w tym gospodarstwie.

Bernard jednak zrobił im niespodziankę, gdyż rozpoczął starania o przeniesienie go wraz z Michaliną do innego gospodarstwa, a stworzyła taką możliwość sytuacja wynikła z tego, że, Michalina była już w ciąży. Chcieli się, więc pobrać i praco­wać np. w jakimś folwarku, gdzie takim małżeństwom stwarzano warunki do wspólnego zamieszkania i zatrudnienia.

W dniu 10 października 1943 roku przysłano na nasze miejsce nowego pracownika, a Bernard i ja wyjechaliśmy do Stargardu, dobrze zaopatrzeni w żywność, gdzie zostaliśmy skierowani przez Arbeitsamt do obozu przejściowego. Pozostało mi w pamięci jednak ludzkie pożegnanie przez wszystkich domowników z dziećmi i nawet Trudy odchodzących nas z tego miejsca pracy. Równe potrakto­wanie z Bernardem, chociaż on tutaj był o wiele dłużej. To jednak pomimo wielkiego żalu do tego narodu, będzie się liczyło i kto wtedy myślał, że do takich cza­sów dożyje, a pomimo że już nigdy nie spotkamy się w życiu, będziemy w stanie przebaczyć sobie cierpienia z czasów wojny.

Pisząc o moim pobycie w Niemczech i pracy w gospodarstwie Jahana Zimmermanna we wsi Dahlow, nie wspomniałem nic o moich refleksjach po nawiązaniu listownej łączności z rodzina, a szczególnie z Irką Kocińską, w tym czasie moją dziewczyna z konspiracji. Od rodziny otrzymywałem listy, co pewien czas, ale od Irki prawie co tydzień. Teraz dopiero z przychodzących listów, ich wyglądu zewnętrznego, ko­pert i wypisywanych wyrobionym pismem adresu i nadawcy, Niemcy pomimo wrogości wpajanej na siłę przez władze, przekonali się, że to nie jest tak, że jestem pół-człowiekiem. Teraz z wielkim zainteresowaniem zaczęli mi się przyglądać, obser­wując moje zachowanie nawet przy posiłku, posługiwanie się sztućcami, sposobem jedzenia, grzecznością przychodzenia do kuchni i wychodzenia po posiłkach. Truda zmieniając nam pościel, co miesiąc, nie omieszkała przeglądać moją korespondencję, widziała ładnie pisane listy, przesyłane zdjęcia Irki, elegancko noszą­cej się kobiety, czego nie można było widzieć u stale zapracowanych Niemek, cho­ciaż bardzo czysto utrzymujących własna odzież, zachowujących czystość osobistą i naprawdę wzorowy porządek w domach.

Czułem, że stałem się obiektem zainteresowania całej rodziny gospodarza i nawet dwojga dzieci synowej, które zawsze grzecznie się odnosiły, tak do Bernarda jak
i do „Georga „-tak mnie nazywano.

Synowa właściwie główna gospodyni, była kobietą po trzydziestce, dość przy tuszy o twarzy jednak przyjemnej, może przebijającą się na niej trochę tą hardą dumą niemiecką, ale na kobietę w ogóle dość ładną.

Nas traktowała, jako gospodyni i oceniała po wykonanej pracy. Uwagi wnosiła do Szefa, przestrzegając dystansu do mężczyzn, obcokrajowców nakazany przez władze. Mutter więcej polegiwała i mało pokazywała się nam wszystkim.

W listach otrzymywanych z kraju, przekazywane wiadomości o znajomych utwierdza­ły mnie w przekonaniu, że wysiedlono przeważnie ludność rolniczo-biedniejszą. Przeważnie po pracy odpoczywając polegiwaniem w samotności słuchają z za ścianą stajni przegryzanych przez konie obroków lub siana, zastanawiałem się na tym, o czym już pisałem, a to mnie w dalszym ciągu gryzło wewnętrznie, dlaczego 10 lipca na rynku frampolskim nie znaleźli się z tobołkami i rodzinami, ci właśnie ważniejsi i zamożniejsi. Nie było ich również w Zwierzyńcu, Zamościu czy Lublinie. Ojca i siostrę na interwencję Łukasika z-cy komendanta policji granatowej, zwolniła żandarmeria już wyciągając z gromady oczekujących na samochód i wywiezienie do obozu w Zwierzyńcu. Miało to może i związek z pozostawianym proboszczem parafii Malawskim, bo przewidywano jednak działalność obrządków kościelnych. Rozumiem pozostawienie rodzin policjantów, pracowników Arbeitsamtu w Biłgoraju pracowników Hurtowni- Powiatowej Spółdzielni Rolniczo-Handlowej oraz nie widziałem tej reszty, czym została ona uprzywilejowana, czy zdołała się ukryć i czy ją uprzedzono. Dlaczego nie powtarzano wysiedlenia, tak, jak w innych miejscowościach do samego wyłapa­nia wszystkich.

Zapytywałem się do końca, dlaczego urzędników gminnych, nie uprzedzono, chowając własne dzieci i przyszłego zięcia, jakim cudem pozostał Stanisław Osuch, tak samo zatrudniony w tej samej gminie.

Dręczyła mnie ta myśl zawsze, że nas się pozbyto, nie uprzedzono, a może dla swojego bezpieczeństwa i wygody, jako element stałego zagrożenia wynikającego z zaangażowania w działalności konspiracyjnej, zbyt uciążliwy i niebezpieczny.

W myślach prześladowało mnie podejrzenie wynikające z mojej działalności w Ke-dywie, oparte na pewnym kojarzeniu dawnych zachowań pewnych osób i istniejących wtedy możliwości korzystania z podpowiadanej oferty przez okupanta. W następnych okresach pisząc te wspomnienia powróciłem w oparciu o odpowiednią literaturę do istniejących w okupacje rozporządzeń i okólników dotyczących np. „Niemieckiej listy narodowościowej”, którą okupant realizował w GG. Pewnego rodzaju światło na tą sprawę rzuci pewien dokument Starosty biłgorajskiego, ale kolejno przypomnijmy jej powstawanie.

Już w 1940 r. Himmler, Komisarz Rzeszy d/s umocnienia niemczyzny, zapowiedział wydanie rozporządzenia o niemieckiej liście narodowej. Lista narodowościowa stanowiła klasyfikacje osób zamieszkałej w byłej Polsce, którym przypisywano niemieckie pochodzenie, a jednocześnie przyznawała określone prawa, przywileje i obowiązki.

„Podzielono te osoby na cztery grupy:

  1. Niemcy, którzy aktywnie pracowali dla sprawy hitlerowskiej.
  2. Niemcy z pochodzenia, którzy byli mniej lub więcej bierni w walce hitleryzmu, ale utrzymali narodowość niemiecką.
  3. Osoby pochodzenia niemieckiego, które pomimo, że poprzednio związane były z narodem polskim, chętnie poddały się germanizacji.
  4. Osoby pochodzenia niemieckiego, które zostały „politycznie wchłonięte przez naród polski”i które są oporne w stosunku do germanizacji.

Polacy pochodzenia niemieckiego, których Niemcom udało się otumanić i pozyskać do wspomnianej listy narodowościowej, wchodzili do 3-ciej części./grupy/. W wydanej do użytku wewnętrznego instrukcji w tej sprawie w punkcie 3 odpowiadającym ustaleniom 3 części listy zakłada się:

„Osoby pochodzenia niemieckiego, które w miarę upływu lat związały się z naro­dem polskim, ale z uwagi na swoją postawę mogą stać się pełnowartościowymi cz­łonkami niemieckiej wspólnoty narodowej. Do tej grupy należą również osoby po­chodzenia nie niemieckiego, ale żyjące w mieszanym małżeństwie z osobami narodowości niemieckiej o przeważającym wpływie”.

Bardzo ważnym stała się następująca wzmianka: „Osoby pochodzenia mazurskiego, kaszubskiego, śląskiego lub górnośląskiego, które należałoby zaliczyć do narodowości niemieckiej, będą z reguły włączone do tej trzeciej grupy.” Ostrzegano jednocześnie, że przeciw tym, którzy odmawiają poddania się powtórnej germanizacji, należy podjąć akcję przez policję bezpieczeństwa – gestapo. Druga możliwością spokojnego przeżycia zaostrzającego się terroru: pacyfikacji, aresztowań i wysiedleń, było szukanie przez ludzi obcych Polsce, swojego miejsca wśród narodowości ukraińskiej.

W Biłgoraju zorganizowana została delegatura Ukraińskiego Centralnego Komitetu który powstał w Krakowie. Ukraińscy działacze nacjonalistyczno-faszystowscy, o wysokich ambicjach politycznych, przyjęli na siebie rolę oficjalnej reprezentacji społeczeństwa ukraińskiego wobec Niemców. Powiat Biłgorajski stał się miejscem działania wielu nacjonalistów i faszystów ukraińskich ze Lwowa i Galicji.

W  przekonaniu do wykorzystywania możliwości volkslisty utwierdzało mnie pismo wspomniane wcześniej, starosty biłgorajskiego z dnia 5 lipca do gubernatora dystryktu przy sprawozdaniu sytuacyjnym za m-c czerwiec 1943 roku o treści następu­jącej: W części II dodatkowego egzemplarza zatytułowanej: „Zagadnienia narodo­wościowe i  przesiedleńcze, kościoły./

„Zgodnie z zarządzeniem z 18.VI.1943 r. -174 policyjnie sprawdzone wnioski o wystawienie dowodów o niemieckim, pochodzeniu do powiatowego pełnomocnika Volksdeutsche Nittelstelle w Biłgoraju. Chodzi tu o te wnioski, które złożono w starostwie w okresie od jesieni 1942 do czerwca 1943 roku.

W czepcu 1943 roku wpłynęły tylko dwa nowe podania o udzielenie dowodów osobistych dla Niemców etnicznych. Tak mała liczbę doręczonych podań uzasadnia strach wnioskodawców przed szykanowaniem lub nawet gwałtem ze strony bandytów.    Nikogo nie oskarżam po tylu latach, ale mam prawo mieć własny pogląd na pewne sprawy, a szczególnie do zjawiska kardynalnej niemocy albo obojętności w działalności wywiadu ruchu oporu, który nie prowadził dostatecznego rozeznania wśród tej grupy ludzi starających się o przyznanie volkslisty, względnie grupy narodowości ukraińskiej.

Przyjdzie wkrótce taki czas na całe lata, że Niemcy odchodząc zniszczą wszelki akta marginesu współpracującego z policją bezpieczeństwa i żandarmerii okupant posiadającego wszelkiego rodzaju dokumenty przynależności niemieckiej i ukraińskiej. To się zemści na ludziach zaangażowanych konspiracyjnie, kiedy Polska znajdzie się w orbicie budowy socjalizmu z nasłanymi „doradcami NKWD”, a władza ludowa w pierwszym okresie i urzędy bezpieczeństwa będą korzystać z szerokiego rozpoznania grupy zasprzedańców niemieckich, o których nie będzie materiałów. Ruszą oni na odzyskane Ziemie Zachodnie i Północne, tam się dobrze urządzą, wykształcą swoje dzieci, które nie znały przeszłości rodziców, wejdą w społe­czeństwo polskie, albo dadzą, jak to się mówiło „nura” do naszych zachodnich sojuszników, tam powychodzą za mąż i rozmyją się w poloni amerykańskiej, kanadyjskie zachodnio-niemieckiej i innej.

Jeszcze raz podkreślam, że nie oskarżam, ale zarówno ja, nie widziałem wśród zatrzymanych mężczyzn pewnych osób, jak również ci co siedzieli z tobołkami na rynku w dniu 10 lipca, mówili podobnie o niektórych rodzinach.

-Teściowej i żony Józefa Lechowicza „łapacza” Arbeitsamtu Nebenstellen Biłgoraj, byłego oficera zawodowego WP, ppor. Teściowa miała uprawnienia sprzedaży alkoho­lu, ale również wyjeżdżała w modnych wtedy wyjazdach handlowych do dużych miast i nawet podobno za granice GG.

-Sekretarza gminy z rodziną i przyszłym zięciem, którego żona pochodziła z Łodzi i pochodziła z dawnej rodziny niemieckiej. Rodzin właścicieli restauracji.

-Nie widziano urzędników gminy, którym udało się uniknąć „branki” z gminy Kocudza, Goraja .

-Rodzin: teścia niedoszłego, Ignaca Mrozika, Lankofa, Mydlaka, Krawczykiewicz Walentyny-z pochodzenia Rosjanki jeżdżącej w sprawach handlowych do Łodzi, a potem do Lwowa, rodzin nauczycieli jak np. Maciurzyńskich Stanisława i jego żony z d. Stelmachow -ukrainki.

Nie chodzi mi w tym wypadku o tworzenie listy, ale wolno mi różnie myśleć o podobnych sprawach.

W ostatnią noc pobytu w Zwierzyńcu siedziałem pod gołym niebem towarzysząc rodzinom Stanisława Oszusta nazywanego „Jajkiem”, która po tragedii Florka, nie widziała innej drogi zejścia z oczu ludziom, wśród których nie znalazłaby na­ pewno wielu przyjaciół, Mazurka Franciszka, wielodzietna rodzina już rozbita, bo najstarsza córka Marysia pozostała z bratem Frankiem ukryta we Frampolu i pomagać będzie rodzinie przebywającej w obozie, aż do ich wydostania się, rodzina Kapicy Ja­na z córkami Janiną, i Krystyną oraz jedna z biedniejszych rodzin Kapków z cór­ką Aliną, która nie dawała sposobności do wzięcia społeczności kawalerskiej.
Nie spotkałem również żadnej rodziny ani obecnej, ani przyszłej tzw. grupy „Orłów”, a tylko Stach Dziuba ostatni mój amunicyjny w akcji w Korytkowie Dużym będzie mi towarzyszył, do Stargardu.

Wracając do skutków akcji pacyfikacyjnej na Zamojszczyźnie, to w okresie jej trwania na Pomorze Zachodnie, a ściśle do obozu w Stargardzie, skierowane zosta­ły cztery transporty, w tym nasz, jako drugi-750 osób. Jako pierwszy wyruszył z Lublina w dniu 9 lipca z ilością 900 osób dorosłych. Trzecim transportem w dniu 24 lipca wywieziono z Lublina-846 osób, w tym 75 dzieci.

Ostatni transport-czwarty; wyruszył z Lublina –  w ilości już tylko 104 osób, zamykając ogólną liczbę wywiezio­nych do tego obozu do ilości 2600 osób.

Powracając do momentu odejścia mojego z gospodarstwa Richarda Zimmermana we wsi Dahlow muszę stwierdzić, że nie było to dla mnie żadnym zaskoczeniem, ani też nie spowodowało to krzty żalu.

Wymaga ten okres mojego pobytu tutaj pewnego podsumowania, gdyż stanowił on pierwsza cześć mojej przymusowej pracy w Rzeszy. Skierowany na rolę i to trzeba przyznać bardzo szczęśliwie, musiałem się jednak nauczyć od podstaw występujących zajęć w gospodarstwie, a w stosunku do polskich na pewno już nowoczesnym.

Przyjechałem tutaj na koniec żniw i już tylko przy mnie kończono koszenie żniwiarką pszenicę i owies.

Już w sierpniu przed połową miesiąca przystąpiliśmy do kopania ziemniaków i okazało się, że w tym gospodarstwie robi się to motykami, a nie koparką. Dostałem od gospodarzy spodnie robocze z naszytymi w miejscu kolan łatami zabezpieczającymi przed wilgocią, gdyż okazało się również, że tutaj kopanie odbywa się na kolanach, motykami o krótkim stylisku i które mają trzy spłaszczone pazury jak np. grace. Kopiący obejmuje kopaniem trzy rzędy ziemniaków klękając przed środkowym i stawiając kosz w bruździe przed sobą. Zaczyna kopanie od rzędu środkowe go, a następnie taki sam po lewej stronie i na końcu po prawej. Ziemię po kępach z kartoflami po dokładnym wybraniu ziemniaków wyrównuje się motyczką przesuwa się do przodu cały czas na kolanach.

Od samego początku kopania ziemniaków trafiłem, na grupę przyjezdnych kopaczek aż z Berlina, które zatrudniały się w gospodarstwach do tej pracy każdego roku zapłatę pobierając ekwiwalentem w ziemniakach, zabezpieczając w ten sposób włas­ne potrzeby.

Były to już starsze kobiety wprawione do tej pracy i wykonywały ją szybko oraz dokładnie. Z miejsca nie dorównywałem im na polu, pozostając w tyle, przy uciesze młodej Niemki Trudy, dziwnie i chyba z wrogością stale mnie obserwującej. Naśmiewały się również, ale nie złośliwie starsze Niemki, ale pomagając mi i pod­kopując boczne moje rzędy, ażebym mógł idąc równo z nimi uporać się tylko ze swoim środkowym rzędem.

W pierwszych dniach tej roboty bolały mnie kolana i krzyż oraz miałem kłopoty z nękającymi od ziemi zgięciami palców u rąk.

Uparłem się i zaciąłem wewnętrznie, ażeby nie być obiektem żartów starszych ko­biet nabierałem więc wprawy i doszedłem do tego, że kiedy końcówkę wykopków prowadziliśmy tylko oboje z Trudą, pozostawiałem ją z tyłu.

Widziałem wtedy, że moja nadgorliwość ją denerwuje i złości, objawiając to nawet jakimś pomrukiwaniem pod nosem i nakazywanie przerwy w pracy na drugie śniada­nie, albo podwieczorka. Truda odchodziła do pobliskiego zagajnika, gdzie przebywały nasze krowy, ja siadałem na miedzy, gdzie przed pracą kładłem własne „manele”. Truda nie wracając do pracy dawała mi dłuższe przerwy, a ja bez jej obecności nie rozpoczynałem kopania, czym zyskiwałem jej przychylność. Zrozumiałem, że Trudę to kopanie również męczy.

Szczytem złości Trudy, był przypadek przyjścia na pole naszej pracy samego „Szefa”, który nie dla dokuczania komuś, w pewnej chwili wziął widły do odrzucania naciny kartoflanej i zaczął przetrząsać za nami ziemię w miejscach naszego przekopania szukając czy nie pozostawiamy za sobą w ziemi kartofli.

Okazało się, że w miejscu kopania kartofli przez Trudę znalazł ich wiele, czego u mnie nie było i śmiejąc się wytykał niedokładność jej pracy. Truda nie mogła ukryć swojej wściekłości i błyskała czarnymi oczami w moim kierunku odcinając się Szefowi. Ja jak zwykle nie brałem żadnego udziału w takich rozmowach i nie czułem się winnym tego w żadnym wypadku.

Po ukończeniu kopania ziemniaków, dość dużego wysiłku wymagało zbieranie buraków pastewnych i zwiezienie ich do gospodarstwa, a następnie wywiezienie na pole zgromadzonego w zbiorniku nawozu.

Gospodarz zastosował wahadłowe wywiezienie dwoma wozami, polegające na tym, że jeden był z obornikiem w drodze, drugi musiałem przez ten czas ja załadować, ładowanie dobrze udeptanego obornika w zbiorniku/nawet do tego używano koni, które jeden za drugim na linkach chodziły no zbiorniku równo udeptując/, wymaga­ło dużego wysiłku. Należało, bowiem wyrywać go odpowiednimi hakami na styliskach drewnianych, a następnie ładowaniu widłami na wóz, który miał dwukrotnie większą pojemność, jak nasze chłopskie wozy. W tym wypadku dużo jednak zależało od jeżdżenia końmi i wywożącego na pole obornika -Bernarda. Musiałem się dobrze namachać i to przez kilka dni, a żeby nadążyć z załadunkiem obornika przy takim wahadłowym zastosowaniu. Należy podkreślić i to, że swoją pracę przy zbiorniku wykony wałem przed oknami pokoju młodej szefowej i kuchni, nie mogąc liczyć na jakieś wypoczynkowe przestoje. Bernard musiał to rozumieć, bo przyjeżdżał tak, że ja nadążałem z załadunkiem. Przy tej robocie dostałem na rękach odcisków, a wytworzone pęcherze przy pękaniu z pomieszaną wodą z krwią bardzo piekły i nie mogły być w czasie przebiegu tej; pracy leczone.

Ostatnia nasza pracą w tym gospodarstwie było młócenie zboża. Młocarnię na sil­nik elektryczny ustawiał Bernard, podłączając do niej automatyczną prasowarko -wiązałkę.

Niemki tj. młoda szefowa i Truda, przerzucały widłami snopy zboża z tzw. zapola stodoły na moje stanowisko wyżej, a moim zadanie było dokładnie podawanie równie widłami na stanowisko Bernarda, który przecinał sznurek i już luźne zboże podawał w maszynę. Worki ze zbożem wymłóconym od maszyny sam Szef, pomimo, że był w pode­szłym wieku. Pracujące Niemki jednak czuły się kobietami przy półludziach nie­wolnikach, siląc się nawet na żarty, bo podrzucały tak snopki w moim kierunku ażeby mnie przewracać, udając przy tym powagę, odwracając się i chichocząc.

Dawało to do zrozumienia w jakimś stopniu, że w tym domu panował ludzki stosunek do nas obcokrajowców, polegający na przestrzeganiu przepisów w tym względzie, ale z przyzwoitym ludzkim podejściem i współżyciu w pracy na co dzień. Przez cały czas mojej pracy w Dahlow zmęczenie w wyniku jej wykonywania, polega­jące na nieznajomości, braku praktyki oraz sposobu, regulowałem jak to nazywałem spacerami rano, kiedy wyganiałem krowy do zagrodzenia na cały dzień oraz przed wieczorem, kiedy przyganiałem je do gospodarstwa w celu wieczornego udoju. Spacer taki tam i z powrotem zajmował czas prawie godziny, a jak bydło-6 krów szło spokojnie i nie wchodziło w przydrożną „szkodę” np. działki buraczane, karto­fliska czy koniczynę, miałem przy letniej pogodzie zarówno rano jak i nad wieczorem naprawdę frajdę
w niewolnictwie, wykorzystując ją na łączenie się myślami z kra jem, Irką i rodziną.

O właściwym stosunku mieszkańców tego gospodarstwa, na ile to było możliwe, świadczyło zajęcie się moją osobą podczas choroby, która wynikła z naderwania jakiegoś ścięgna w lewym boku, przy przenoszeniu w drucianym koszu, buraków pastewnych dla krów, z piwnicy do maszyny-krajarki. W wyniku poślizgnięcia się na betonowo -kamiennych schodach z niesionym ciężarem, dostałem potwornego bólu w boku, że mu­siałem przez dwa dni leżeć w łóżku.

Wtedy właśnie „Truda dostarczała mi do stajni wszystkie posiłki oraz lekarstwa do nacierania i okładów, które robił mi Bernard. Nie udawała samarytanki, była sztywna jak zawsze i ważna, ale robiła to grzecznie z zainteresowaniem o stanie zdrowia oraz z zadbaniem ażebym leżał w czystej pościeli i wygodnie.

Wchodziła i wychodziła bez słowa, tylko jak zawsze zimno się mi przypatrując. Spotykałem ją w świąteczne wolne dni, kiedy spacerowała z przyjeżdżającymi tutaj Niemcami, młodymi lotnikami ze Stargardu.

Ładnie ubrana w letnie sukienki, wysoka, zgrabna, dobrze zbudowana z rozpuszczonymi na plecy włosami, zajęta rozmową, śmiejąca się, była całkiem innym człowiekiem. Ja ze swoimi zniszczonymi łaszkami, które kiedyś były brązowymi spodniami i gra­natową sztubacka marynarką, odrastającymi włosami na krótko ostrzyżonej głowy robotnika rolnego pół człowieka w niewolniczej pracy, starałem się w porę scho­dzić z drogi „panom i możnym tego świata”.

Zerwany bok wyleczył mi górnik ze Śląska skierowany po wypadku w kopalni na roboty rolne do Rzeszy, zatrudniony u sąsiada naszego gospodarza. Chodziłem od czasu do czasu tam wieczorami, bo pracowało w tym gospodarstwie trzech Polaków i Ukrainka. Kiedy wspomniany górnik dowiedział się o moim wypadku postanowił mnie wyleczyć. Wieszał mnie za lewą rękę na drzwiach i tak wyprężony bok nacierał mi ska­żonym spirytusem, który dostarczała Truda.

Odchodząc pozostawiliśmy gospodarstwo Szefa-Johana Zimmermana po wykonaniu wszystkich prac jesiennych w polu, podorywkami, wymłóceniem zboża, wywiezieniem obornika, a nowy nasz następca teraz musiał ustawić się na przezimowanie.

[1] Obecna nazwa Dalewo.

[2] Czerwiński Jerzy w chwili aresztowania miał 23 lata.

[3] Nie zamieszczam w tym materiale przeżyć, autora wspomnień, podczas jego pobytu i pracy w gospodarstwach rolnych w Dahlow, a następnie w Buchholz, w materiale tym przedstawię jedynie korespondencję, jaką otrzymywał Jerzy od swoich kolegów, z którymi został wywieziony na przymusowe roboty do Niemiec.

[4] Obecnie Gogolewo.

Odznaczenie Frampolaków prześladowanych przez Moskali w roku 1897 .

Wiadomości Diecezjalne No 9 z 15 listopada 1928 r.

Parafia Frampol.

Odznaczenie krzyżem „Pro Ecclesia et Pontifice”.

Skanuj10-07-21 1218

Obecny proboszcz parafji Frampol, ks. Karol Sołuba, przedstawił J. E. ks. Biskupowi Marjanowi Fulmanowi trzech swoich parafjan: Aleksandra Kość, Stanisława Miazgę i Erazma Miazgę do odznaczenia ich orderem pro Ecclesia et Pontifice. Pobudką do prośby tak wielkiej a nagrody niezwykłej był fakt z przed 30 laty. Mianowicie ówczesnemu proboszczowi, dzisiaj proboszczowi w Mełgwi, ks. kan. J.  Żyszkiewiczowi groziły wielkie kary, ze strony rządu rosyjskiego, za rozszerzanie kultu do Serca Jezusowego, Żywego Różańca i Tercjarstwa; jeżeli ks. kan. Żyszkiewicz ich nie poniósł, to w dużej mierze dzięki wyżej wymienionym, którzy nie wahali się przyjąć tych spraw na siebie, owszem siedzieć w więzieniu w Janowie, Zamościu, Lublinie, a potem pójść na wygnanie do Odessy, gdzie również pracowali dla Kościoła i Ojczyzny. Nic więc dziwnego, że J. E. ks. Biskup, znając ich zasługi, oraz poczciwe i prawe życie po powrocie z wygnania do dnia dzisiejszego, przedstawił ich Ojcu św., by raczył ozdobić ich piersi tem za co cierpieli: pro Ecclesia et Pontifice. Ceremonja wręczenia im krzyża odbyła się 16 września. Na uroczystość przybyli dawni proboszczowie, księża okoliczni, oraz masy  ludu wiernego z frampolskiej* i innych parafij. Sumę uroczystą odprawił siostrzeniec odznaczonych Miazgów: ks. Antoni Krawczyk, wikarjusz z Krasnobrodu, kazanie podniosłe do zebranych wygłosił, ks. dr. Piotr Kwoczyński, towarzysz wygnania z Odessy. Aktu udekorowania dokonał ks. kan. Antoni Sadłowski, który też i przemówił.

Zachował się tylko jeden dyplom, ale niestety nie mogłem sfotografować orderu wręczonego prześladowanym.

Miazgowie w Odessie.

Miazgowie

Frampol 1940 część II – okupacja Frampola.

Jerzy Czerwiński

Frampol 1940 część II – okupacja Frampola.

 

Wiosna we Frampolu, pomimo ruszenia się walk na zachodzie nie zmienia sytuacji w zajmowaniu miejscowej szkoły przez jednostkę niemiecką. Widzimy obecnie, że kwatery zajmuje formacja budowlana. Rozpoczyna ona budowę na terenie przyległym do szkoły kilku baraków koszarowych dla wojska oraz szop gospodarczych i magazynowych. Część tej formacji bierze udział w przygotowaniach i rozpoczęciu budowy drogi utwardzonej z Frampol Janowa Lub. Jest to inwestycja wojskowa zakładana na pilną realizację. Dowodzi o tym fakt, że roboty są prowadzone równocześnie do Frampola i odwrotnie z Frampola do Janowa. Całą strona techniczną kieruje biuro niemieckie usytuowane w domu spadkobierców Paulina Oszusta przy ul. Orzechowej. Transport kamienia i piasku zabezpieczają podwody szarwarkowe z pobliskich wsi. Siłę roboczą zabezpieczają ludzie płatni zwerbowani z za dość dobre wynagrodzenie oraz w każdą sobotę premię wódczaną w szybkim tempie realizują wyznaczone zadania. Okazuje się, że ten Frampol zaszyty na rozstaju traktów leśnych w przeszłości, od przemarszu cofających się wojsk od Wisły na wschód i południe we wrześniu 1939 roku. Będzie w dalszej wojnie odgrywał ważną trasę transportową z zachodu na wschód i odwrotnie.

We Frampolu łagodzi się przejazd przez rynek od ulicy Janowskiej do ulicy Biłgorajskiej, likwidując ostry zakręt na środku, usuwając jednocześnie gruzy spaleniska po dawnym „Społem” i Kasie Stefczyka, restauracji Jana Dziuby i Zbigniewa Wrońskiego, piekarni Józefa Karczmarzyka, sklepu monopolowego Aleksandry Siemieniowej, sklepu żelaznego Bryka i sodówki Nuchyma.

Maj najpiękniejszy miesiąc wiosny, zawsze pełen kwiatów, począwszy od żonkili, a skończywszy na kolorowych bzach, a szczególnie tych pełnych – białych, tak pięknie strojnych, jak panny młode. Maj pełen zapachów rozwijającej się zieleni, świergotu ptaków, ciepłych deszczyków i kałuż z brodzącymi w nich dziećmi.

Maj w Europie nie wyglądał tak pięknie i nie był też tak beztroski.

10 maja 1940 roku Hitler uruchamia kolejny kierunek ekspansji, zaczyna realizację podboju kolejnych państw Belgii, Holandii i Luksemburga, w wyniku „blitzkriegu”, kraje te tracą swoją niepodległość. Z kierunku Luksemburskiego rozpoczynają uderzenia na oddziały francuskie i korpus ekspedycyjny angielski.

Wyniki walk obronnych Francuzów, Belgów i Anglików stają się z każdym dniem bardziej niepomyślne. Nie wierzymy propagandzie niemieckiej, która w polskich „gadzinówkach” zachłystuje się swoimi sukcesami na froncie za­chodnim. Potwierdzają je jednak wiadomości z nasłuchów radiowych oraz prasa konspiracyjna.

My jednak twardo stoimy w niezachwianej wierze, że Francuzi, jak w pierwszej wojnie światowej zdołają złamać niemiecką hitlerowską butę i przyniosą nam wolność.

Na dawnych terenach rozdartej Polski, rozpoczynają jedną ze szczególnie krwawych akcji eksterminacji inteligencji polskiej nazwaną „AB”-„ Außerordentliche Befriedungsaktion” realizowaną w okresie maja-lipca.

W samym dystrykcie lubelskim, aresztowano w tym okresie ogółem około 2-3 tysięcy osób z tego ok. 500 osób stracono na miejscu. Pozostałych po makab­rycznych badaniach: biciu, głodzeniu, znęcaniu się fizycznym i moralnym deportowano do obozów koncentracyjnych:
w Dachau, Oranienburgu Sachsenhausen Buchenwaldzie i Oświęcimiu. Aresztowania nie -ominęły naszego terenu.

3 maja aresztowany zostaje w Radzięcinie właściciel majątku oficer rezerwy WP Matraś Wacław. W ręce gestapo w Biłgoraju wpadł Władysław Rapa „Wiłkomski”, na którego ręce składaliśmy przysięgę konspiracyjną. Aresztowania następują w Biłgoraju, Szczebrzeszynie i Zamościu. Wszędzie gestapo wybiera ludzi z pośród inteligencji posługując się listami sporządzonymi wcześniej.

19 czerwca w Biłgoraju-gestapo dokonuje aresztowań wielu ludzi znanych na tym terenie od przed wojny, trafiając również w pierwszych konspiratorów ZWZ. Między innymi zostali aresztowani: Michał Fus, dr Leopold Góranowski, Edward Janiuk -nauczyciel, komendant Hufca ZHP pow. Biłgorajskiego w latach 30-tych, Stanisław Kiełbasa –Karbonowski -urzędnik magistratu, Ferdynand Kondysar były poseł, Kazimierz Kryński -burmistrz, Tadeusz Lisek urzędnik sta­rostwa, Antoni Łagowski-kierownik szkoły, Franciszek Mroczek -adwokat, dzia­łacz ludowy, Stanisław Ordyczyński -z-ca inspektora szkolnego, Edward Pająk-nauczyciel, Ryszel inspektor szkolny, W.  Klaudel, Michno – sędzia grodzki, Seweryn- kupiec, Marian Spisacki, Szczepan Sprysak i Józef Wróbel.

W tej grupie aresztowanych znaleźli się również księża biłgorajscy: ks. Czesław Koziołkiewicz-dziekan i proboszcz parafii, jego wikariusz Józef Chmielewski, który pracował przed 1939 rokiem we Frampolu i ks. Jan Samolej z „małego kościółka”.

Jak już zaznaczyłem wśród aresztowanych znaleźli się pierwsi organizator: ruchu konspiracyjnego ZWZ w Biłgoraju oraz członkowie, a nawet komendy powiatowej: Edward Janiuk, Tadeusz Lisek, Antoni Łagowski, Stanisław Ordyczyński, Marian Spisacki.

Sprzymierzeniec Hitlera na wschodzie nie tylko pomaga dostawami materia­łów strategicznych dla wielkiej machiny wojennej uruchomionej na zachodzie, ale skutecznie realizuje na ludności polskiej plan wyniszczenia ustalony pomiędzy NKWD i -gestapo.

Na przełomie czerwca i lipca Sowieci przeprowadzają trzecią deportację na daleki wschód 240 tysięcy Polaków, którzy znaleźli się za Bugiem w czasie działań wojennych we wrześniu 1939 roku, uciekając przed Niemcami z terenów zachodnich i centralnej Polski.

Skończył się ochotniczy werbunek sił roboczych do Niemiec, a prowadzony jest bez przerwy, kontygentowy przymusowy werbunek, polegający na łapankach zarówno w dzień, jak i w nocy skierowanych przeciwko młodzieży i kierowanie transportów do Niemiec.

Uszło mojej pamięci wydane w końcu miesiąca kwietnia zarządzenie władz niemieckich
o konieczności przekazywania wszelkich przedmiotów metalowych takich, jak: miedz, nikiel, ołów oraz ze stopu tych metali, jak również różnych innych przedmiotów z żelaza, np. krat, ogrodzeń, bram itp.

Przyszła kolej na dzwony wydobyte z ziemi i na polecenie proboszcza ustawione pod chórem w oczekiwaniu na swój koniec. Naszej odpowiedzi na takie zachowanie się księdza ze swoją „Bronką”, jeszcze nie byłe.

 Spotkanie i rozmowa pomiędzy Stachem kościelnym, „Pająkiem” i mną jest krótkie, a decyzja jednoznaczna. Dzwonów we Frampolu było trzy. Pod chorem jest cztery, ratujemy dla parafii, bez względu, jak zachowa się proboszcz jeden z nich, a wypada na średni, bo jest możliwy do przeniesienia przez nas samych. ”Pająk” zgłasza istniejący na ich placu dół, w którym przed pożarem Frampola chowali odzież i żywność. W jedną z następnych nocy wykopuje­my pierwsze pod okupacją zadanie bejowe. Ja ubezpieczam, Stach Zalewa-koś­cielny i „Pająk” niosą z przerwami odpoczywając ulicą Kościelną uratowany dzwon i kierując się na plac przy spalenisku dawnego gospodarstwa Stanisła­wa Oszusta – ojca „Pająka”. Tutaj dzwon zostaje opuszczony do dołu i dokładnie przysypany ziemią. Miejsce zakopania dokładnie udeptane i zamaskowane. W miejscu ukrycia dzwonu wbity pal, jako znak rozpoznawczy przy odkopywaniu, kiedy przyjdzie na to czas.

Tak uratowany dzwon doczeka się końca okupacji, ale chyba nigdy nikt z rady parafialnej czy następnych proboszczów nie wspomniał historii jego ukry­cia ani o inicjatorach tego czynu.

 

Frampol się bardzo zmieni w następnym okresie prawie półwiecza, ale dzwon, jako jedyny tym samym głosem będzie budził i usypiał miasteczko każdego dnia, a w południe chwalił „Pana” obwieszczając to swoim dźwiękiem na całą okolicę. Ludzie się wykruszą, los również ich rozrzuci w różne strony świata, ale dzwon każdego dnia będzie przypominał swoje istnienie i tych, którzy nie dali go przetopić wrogim i zbrodniczym rękom, na pociski do mordowania ludzi.

Może znajdzie się ręka któregoś z księży przechodzących przez tą parafię i parę słów wstawi do istniejącej historii parafii, bo, to nie wymaga specjalnego wysiłku, dodatkowych kosztów, jak został uratowany „dzwon średni” i przez kogo, dla większej chwały żyjącego tutaj bożego ludu.

Pozostały u ludzi zdjęcia wykonane przez fotografa amatora, jak ludzie ładują je na furmanki jednokonne – szarwarkowe, a które towarzyszyły im swoim głosem w dni powszednie i świąteczne, jak by się ich wyrzekając. Za trzy lata w tym samym miejscu będziemy wtłaczani na samochody, aby w ramach pacyfikacji wylądować w obozach przejściowych gestapo, a potem w Rzeszy. Nie żegnały nas dzwony, a łzy rodziny.

Wydobycie ukrytego dzwonu

Na zdjęciu upamiętniającym wydobycie ukrytego dzwonu widzimy od lewej jednego z uczestników ukrycia dzwonu Stanisława Oszusta „Pająka” Aleksander Chmiel „Hrabia”, Jan Zalewa, ks. Proboszcz Paweł Jarzyński, Stanisław Oszust-Orliński ojciec „Pająka”, Walerian Dubiel, Oszust Bronisław-Gidula? i NN?.

W naszej grupie młodzieżowej wśród chłopców panuje, jak u wszystkich duże przygnębienie, ale nie widzi się przypadków odchodzenia od udziału w konspiracji, a przekazywane gadania są wykonywane z dotychczasowym zdyscyplinowaniem i precyzją. Prowadzimy częste rozmowy z piątkowymi zalecając stałe obser­wowanie członków swoich grup, czy nie ulegają jakimś wpływem z zewnątrz albo nie działają dekonspirująco w otoczeniu.

Ja osobiście poświęcam wiele czasu na obserwowaniu zachowania ludzi w terenie, po następnej wielkiej dyskusji, którą wywołały sukcesy Niemców na zachodzie oraz zawód ze strony sprzymierzonych, którzy trudno, ale kompromituje, że w krótszym okresie czasu, co przegrali wojnę, a co najważniejsze, jak my z dwoma przeciwnikami, osamot­nieni, przy przewadze broni pancernej i lotnictwa, wrażych sił z zachodu i ze wschodu.

Udaje mi się nawiązać towarzyskie kontakty z byłymi uczniami gimnazjalnymi, co mi pomaga w rozpoznawaniu sytuacji w terenie. I tak: we wsi Wola Radzie­cka mam Tadeusza Grzywnę późniejszego „Haczyka” w BCH, w Rzeczycach Jasia Moskwę, w Kątach-Antoniego Mydlaka, ze wsi Kocudza Morgi i Konstantowa mogę coś się dowiedzieć od „SJ”.

W zwykłych koleżeńskich spotkaniach, przy nadarzających się okazjach uzyskiwałem wiadomości o zachowaniu się ludzi, bliższe szczegóły o mnożących się już napadach bandyckich i w jakim środowisku one powstają, o powstającym ruchu konspiracyjnym z określeniem jego kierunków politycznych, jakości dostarczanej prasy, tytuły i treść.

Ciekawe były spostrzeżenia o środowiskach, które te kierunki polityczne so­bie przyswajały, organizowały się w grupy.

Bardzo ważnymi były wiadomości o stosunku ludności do granatowej policji, o zachowaniu się j ej funkcjonariuszy, pracowników urzędów gminnych, sołtysów na wsiach i służy leśnej. Ciekawe były spostrzeżenia o ludziach już zakonspirowanych, ich zachowaniu niebudzącym podejrzeń współmieszkańców, życie ich w domu, kontakty poza domem. Ciekawe również było środowisko nadużywające alkohol, ich zachowanie się w restauracjach, upijanie się na bohaterstwo, czy też umartwianie, prowadzone rozmowy oraz źródła, z których czerpią gotówkę na pijackie eskapady. Przeglądając obecny stan zakonspirowanych kolegów, w zasadzie poza małymi wyjątkami za mało widzę chłopców odpowiednich do ewentualnych grap bojowych, dywersyjnych, czy patroli likwidacyjnych w walce z nasyłanym margi­nesem zdrajców na usługach organizowanych siatek konfidentów i szpicli przez gestapo, żandarmerię, a nawet policję.

Analizuję w światłe prowadzonych aresztowań w terenie swoją osobistą sytuację. W dalszym ciągu na utrzymaniu ojca, jako trzecia osoba wspólnego na pewno biednego garnka. Mieszkanie lokatorskie bez żadnego zaplecza gospodarczego. Żadne możliwości wykonania jakichkolwiek skrytek na tzw. materiały zakazane i niebezpieczne. W ewentualnym zaskoczeniu przy jedy­nym wyjściu i oknach na ulicę, sytuacja beznadziejna na uratowanie się. Organizowanie tzw. „melin” w trenie bez żadnych środków finansowych, to tylko liczenie na czyjąś litość i nadużywanie ludzkich możliwości. Byłem jednym z, wielu, którzy podjęli się wielkiej sprawy bez żadnych włas­nych możliwości i przeszedłem wiele prób tylko na swoją odpowiedzialność, jako jednak jeden z, niewielu, którzy przeżyli -chyba za frajer.

W czasie następnego okresu, w różny sposób te sprawy były łagodzone, ale nigdy nierozwiązywane tak, jak należało przez ludzi za to odpowiedzialnych. W moim trudnym przypadku los jednak czasami pomagał w rozwiązywaniu kłopotów i tak się stało, kiedy zgłosił się na rozmowę dawny kolega zabaw dziecięcych i następnie szkolnych Józef Chmiel, potocznie nazywany Józiem. Był synem Jana Chmielą i Katarzyny z Odrzywolskich, należących do tej biedniejszej grupy mieszkańców, żyjących na kawałkach gruntu liczącego się w pręty. Mieszkali w jednoizbowym domku drewnianym usytuowanym za cmenta­rzem parafialnym, przy drodze do cegielni, od której wąwozami Roztocza można było wyjść na tzw. „pola mariampolskie”, albo na szosę do Goraja i polne drogi do Radzięcina, Abramowa, a stamtąd na teren powiatów zamojs­kiego i krasnostawskiego.

Domek mały, a w środki również ubogi i jak gospodarze, ale zawsze przestrzegający staropolskiego powiedzenia „Gość w dom, Bóg w dom”, dzielący cię z każdym „ostatnią nawet łyżką strawy”. Przybysza wchodzącego do środka witały pobielone ściany, a stąpał polepie glinianej, zamiast podłodze z desek.

Przez dwa okienka wychodzące, jedno na południe, przez łąkę tzw. „ścianne” z widokiem na Frampol i szosę janowską, a dalej aż do pobliskiego lasu, drogie na zachód, biegnącą wspomnianą drogę do cegielni, oraz polną drogę biegnącą na pola tzw. kocudzkie, studnię z żurawiem i gospodarstwo Wójcików nazywanych Strzałkami, wpada jasność południowego słońca jego potem zachodzenie. Okna zawsze ozdobione małymi firaneczkami, a do przechodniów wyglądają kwitnące kwiaty doniczkowe.

Zaplecze gospodarcze, to mała obórka, dla krówki żywicielki wypasanej na miedzach i pobliskich łąkach oraz kryty dół piwniczny na kartofle, podstawowy artykuł żywnościowy, trudnych szarych dni, od przednówku do przednówku. Małe zbiory zboża na mąkę, hreczki na kaszę, sadzone ziemniaki i krowie mleko zabezpieczały przetrwanie.

Pan Jan w sezonie dorabiał w pobliskiej cegielni, a pani Katarzyna prowadziła dom. Zbierała ściółkę w pobliskim lesie, bo słomy nie starczało na podściółkę w obórce. Zbierała też chrust – suche gałęzie, na podpałkę pod kuchnią i to wszystko we lnianej płachcie przynosiła na swych plecach do domu.

Na stojącym pod zachodnim oknem warsztacie tkackim pracowali wszyscy rozdzielając swój wolny czas, wyrabiając lniane płótna przeważnie z dostarczanych motków lnianych. Tak samo między sobą dzielono wypasanie żywicielki krówki.

Rodzina, jak już zaznaczyłem biedna, ale bardzo szlachetna, religijna, żyjąca cicho, wzajemnie się szanująca.

Oczkiem w głowie obojga rodziców był zawsze jedyny syn Józio, największa jednak pociecha na stare lata matki. Wrósł na młodzieńca przystojnego, dorównując wysokim wzrostem ojcu, o kruczych włosach zaczesywanych do góry, zgrabnej postawie. Wychowany nie zawsze w dostatku, ale grzeczny, chętny do pracy, posłuszny i przychylny dla ludzi.

Kiedy wyjechałem, jak to się określało „do szkół”, życie nas rozdzieliło. Spotykałem Józie
w okresie ferii i wakacji szkolnych, ale mieliśmy już inne własne zainteresowania i towarzystwo. Pomimo tego stale interesowałem się dalszym życiem kolegów szkolnych i dziecięcych zabaw.

Wiedziałem, że przed samą wojną 1939 roku jest w Związku Strzeleckim, że bierze udział z naszym wspólnym kolegą Bolkiem Wąskiem w marszach „Szlakiem Pierwszej Kadrowej” organizowanym na trasie z Oleandrów w Krakowie do Kielc. Spotykałem go na próbach orkiestry dętej, kiedy uczył się gry pod kierunkiem mojego ojca, na wybranym instrumencie, jakim był w każdej orkiestrze-tenor.

Chodząc na spacery w tzw.”Łyczakowe Doły”, zawsze przechodziłem obok domku byłego kolegi i przypominałem sobie wszystko, co nas kiedyś przez lata łą­czyło.

Kiedy na wiosnę 1940 r. jak już zaznaczyłem, przyszedł do mnie na rozmowę Józio Chmiel, zapoznał mnie z faktem, że jest członkiem ZWZ w grupie star­szych, ale wie o naszym działaniu wśród młodzieży Frampola i dlatego popro­sił o przyjęcie go do tej grupy, gdyż będzie się lepiej czuł wśród swoich dawnych i obecnych kolegów. W pierwszym momencie próbowałem mu przetłumaczyć, że takie postępowanie nie jest zgodne z dyscypliną wojskową, ale tutaj spotkałem; się z jego przemyślanym uporem w tym postanowieniu.

Brałem również pod uwagę, osobiste postanowienie, że będę unikał wcielania do organizacji tzw.” jedynaków”, gdyż pociąga to za sobą nieporozumienia rodzinne i robi krzywdę samym rodzicom, ochraniającym życie najbliższej osoby.

Starsze pokolenie nie zawsze widziało potrzebę narażenia życia młodych ludzi następnego okresu konspirowania w tragicznym wrześniu 1939 roku mając przekonanie, że poczynania okupanta następują w wyniku oporu społeczeństwa i dążenia do odzyskania niepodległości oraz wyrzucenia obcych wojsk z kraju. Oni mają przed oczami katastrofalną sytuację w świecie, która szczególnie dotykała szczególnie ludzi biednych, którym przebyty historyczny okres zaborów wraz z latami przedwojennymi, nie szczędził krzywdy. Byli dalej przekonani, że nic dobrego nie może ich spotkać w zapowiadanym na różne sposoby w tzw. Nowym życiu. Nie lubiłem odkładać spraw na dalsze terminy, ale zwyciężyły w moich przemyśleniach potrzeby organizacyjne, które w następnych latach zwiążą mnie z tym domkiem – chatką Józia za cmentarzem.

Już, jako miejsce postoju- tzw. mp. miejscowej drużyny dywersyjnej oraz Józia na bardzo poważnym odcinku magazynowania broni maszynowej i przygotowywania jej do działania sprawnego w czasie wykonywania zadań bojowych. Powrócę, więc jeszcze raz do przypomnienia szczegółowych zalet domku i jego wyglądu wewnętrznego, który w mojej pamięci pozostał mi na całe życie. Pozostał mi również w zmienionej nazwie, jako „chatka za cmentarzem”. Właśnie ta chatka okazała się wygodnym miejscem tzw. odskoczni i bezpiecznego przebywania w okresach zagrożenia, łapanek, aresztowań itp. Ukryty za cmentarzem i wśród drzew, stanowił bardzo dobry punkt obserwacyjny na drogę do cmentarza parafialnego od wylotów ulic Kościelnej i Cmentarnej ułatwiał wzrokowe penetrowanie cmentarza żydowskiego oraz posiadał daleki wgląd na zachodnią przyległą część do miasteczka.
Istniało dogodne i bezpieczne wycofanie się z północnej części miasteczka, gdzie mieszkałem, a to z ul. Kościelnej przez ogród przy plebanii, do polnej ścieżki za budynkami gospodarczymi. Ścierką około 100 metrowej długości, dostawaliśmy się do tzw. „dołków księżych”, a tymi już niewidzialni od strony miasteczka przebiegaliśmy około 200 metrów, wpadając na gęsto zarośnięty cmentarz, jego wschodnią część.

Tutaj wystarczyło przejść cmentarzem do zachodniej części ogrodzenie i po jego pokonaniu działką ogrodową przechodzimy do chatki za cmentarzem. Stąd też istniała odskocznia drogą
w kierunku cegielni, a stamtąd we wszystkich kierunkach wąwozami i dołami do okolicznych wiosek leżących w rejonach na zachód, północ i wschód od miasteczka. Istniały również możliwości przedostania się na tereny powiatów: janowskiego, krasnostawskiego, zamojskiego.

Jak już podkreślałem nazwa „chatka” odpowiadała wielkością domku, gdyż z trudnością mieścił skromne wyposażenie. Z podwórka bardzo małego od strony południowej wchodziło się do małej ciemnej sionki. Na lewo wchodziło się do pomieszczenia mieszkalnego. Tuż za drzwiami wejściowymi, ale w sieni stała drabina, po której wchodziło się na strych, na którym z braku stodoły przechowywano okresowo słomę. Dach chatki kryty gontem dość stromy i cały.

Ze strychu, możne byłe korzystać w okresie równej wiosny, lata i wczesnej jesieni, jako miejsca noclegowego. Wchodząc z sieni do mieszkania przez wysoki próg, tuż przy drzwiach po prawej stronie znajdowała się mała kuchenka z tzw. okapem i piecem chlebowym. Tuż przy niej na długości ściany północnej stała drewniana kanapa, na której po każdorazowym rozłożeniu spał Józio, należało zdejmować przykrycie kanapy wykonane z desek.

Tuż przy kanapie, na środku pomieszczenia stał warsztat tkacki, przy którego obsługiwaniu siedziało się plecami do okna wychodzącego na zachód, a twarzą do drzwi wejściowych z sieni. Przy ścianie południowej od rogu w części zachodniej do okna, stało łóżko rodziców, schludnie czysto nakryte i utrzymane, z wysoko ułożonymi białymi poduszkami i wścieloną pierzyną przykrytą jasną kapą. Ten wygląd łóżka, kiedy weszli Sowieci do Frampola w lipcu 1944 roku spowodował, że mieszkańcy chatki uznani zostali burżujami –„pomieszczykami”. Przy południowym okienku, stał mały stolik, przy którym jadano posiłki, ale najczęściej wykorzystywane do tego ławy. Krzesła stolarskiej roboty, tak, jak opisane wszystkie meble, uzupełniały wyposażenie mieszkania. Przy kuchni zwracał uwagę mały stołeczek, na którym siadano, kiedy podkładano drewno pod kuchnię albo obierano kartofle. Służył również przy myciu naczynia, gdy: stawiano na nim „szafliczek”[1] z wodą. W samym rogu po przeciwnej stronie kuchni stał mały kredensik na naczynia. Tutaj spędziłem wiele” dni i nocy okupacyjnych, żywiony, pilnowany nocami jak własny syn, bez pytania za ile, jak długo.                                            Tutaj zostałem bratem Józia, tutaj rodziły się zadania konspiracyjne, stąd wychodziła grupa do zadań bojowych, tutaj Józio Chmiel początkowo o pseudonimie „Pion”, a w dywersji „Grom„, wykonał skrzynie do magazynu broni maszynowej i strzegł jej do końca. Gospodarze już odeszli ich czyny i poświęcenie bez składania przysięgi zamazały okrzyczane „wartości chrześcijańskie”, których w żaden sposób nie można porównywać do wielkiego oddania się sprawie, która odchodzącemu pokoleniu nic nie niosła. O tych ludziach ich wielkiej szlachetności będę w tych wspomnieniach jeszcze pisał, ażeby pozostali w historii tamtych czasów nie za litr czy dwa, a za swoją walkę na jej pierwszym odcinku, wspomagają­cych nas nie bronią, ale modlitwą na polskim różańcu i znaczeniu nad nami krzyżykiem błogosławieństwa o szczęśliwy powrót.

Józio Chmiel przedstawiając na tym spotkaniu swoją prośbę, zwrócił się jednocześnie również w imieniu swojego kolegi ze Strzelca-Bolesława Wąska. Był to tak samo mój młodszy kolega szkolny  i harcerz miejscowej drużyny, a przy tym bliski mój sąsiad. Nie występowała tu sprawa „jedynaka” wyraziłem, więc zgodę na jego prośbę.

Bolesław Wąsek PS. „Grot” nosił imię swojego ojca, również Bolesława, byłego członka POW. Przed wojną ojciec jego zajmował się skupem nierogacizny, jeżdżąc po znanych miejscowościach, gdzie odbywały się znane na okolicę targi- jarmarki. Matka jego pochodziła z Janowa Lubelskiego z rodziny Kristellich.

Mieszkali przy ulicy Butlerowskiej w parterowym domu z czerwonej cegły, krytym blachą, a który w czasie pożaru Frampola 13 września udało się uratować. Budynki stojące na całej posesji pomiędzy ulicami Butlerowską i Kościelną zostały spalone. Poza Bolkiem w rodzinie tej były dwie siostry: Irena oraz Zosia w wieku szkolnym i dorastający brat Zdzisław. Jak już zaznaczyłem ojciec handlował, ale również posiadał trochę ziemi otrzymanej, z tzw. ojcowizny. Jak na czasy przedwojenne, żyli sobie dość dobrze i zaliczani byli, do tzw. elity ludzi zamożnych. Bolek „Grot” był to typ chłopaka o całkowicie innym charakterze jak Józio, ale widocznie wynikało to z cech nabytych z rodziny Ojca. Bolek, jak to my nazywaliśmy „umiał liczyć”, a wiec dochodzić czy każda sprawa, z którą się spotykał z jego wyliczenia się opłacała, przy nadarzającej się lub wys­tępującej potrzebie -okazji. Przybić rając postawę charakterystyczną dla targującego się kupca z przyzwyczajenia jak by cmokając, chowając do kie­szeni spodni rękę przed ewentualnym zaklepaniem, doszukiwał się stanowiska za i przeciw. Na pewno w handlu było to dobre, ale w konspiracji za wszystko odpowiadał dowódca i takie sejmikowanie przed wykonaniem rozkazu, czy damy radę, a czy to coś da, a czy Niemcy o tym nie wiedzą, a czy nie wpadniemy, a czy człowiek nie zginie, w żadnym wypadku było nie do przyjęcia i tylko demoralizowało pozostałych. W naszych warunkach każdy teren przed akcją był rozpoznawany przez wywiad następnie opracowywano sposób przeprowadzenia zadania, opierając się głównie zeskoczeniu przeciwnika, zdecydowanym szybkim działaniu, mając na uwa­dze własne niedostateczne środki walki. We wszystkim wstępowało duże ryzyko i nieprzewidziane posunięcia ze stro­ny nieprzyjaciela, który miał własne plany podczas rozpracowywania terenu. Pomimo nazwijmy to tak, własnych przywar Bolka, nigdy w działaniu nie zawiódł i trzeba przyznać, że należał do tzw. grupy szczęśliwców. Był zdyscyplinowany i całkowicie oddany sprawie, oddając w następnym okre­sie wraz ze swoim ojcem, który został komendantem WSOP rejonu: „Liceum”, ca­ły dom do dyspozycji konspiracji, WSOP- Wojskowa Służba Ochrony Powstania. W konspiracji z tego domu znajdą się również -siostra -Irka ps.”Jolanta”, młodszy brat Zdzisio ps.”Tygrys” no i ojciec ps.”Sęp”. Miał również i inne słabości, które m. innymi utrudniały życie partyzanckie. Przyzwyczajony był np. do dobrego kulinarnego bytu, gdyż w swoim życiu na pewno nie zaznał większego głodu i mało wiedział o marnym wyżywieniu. Był też pewnego rodzaju „hobbystą”, gdyż przy każdej nadającej się okazji podczas zadań likwidacyjnych punktów handlowych okupanta, zawsze coś dla domu wydawało mu się potrzebne. Robił to jawnie traktując, jako trofeum wojenne, nie chował ukradkiem „za pazuchę”, co będzie spotykane w przyszłości nawet u liczących nazwijmy, to „bojowników”.

Uważam, że decyzja moja w tym czasie odnośnie „Groma” i „Grota” była słuszna, gdyż przyczyniała się do pozyskiwani dalszych byłych kolegów w ramach już przygotowań bojowo-dywersyjnych. Zakonspirowany zostaje również młodszy mój kolega szkolny, z którym bliższych kontaktów w latach poprzednich nie miałem, ale obecnie widziałem jego miejsce wśród młodzieży zakonspirowanej.

Był to Marian Miazga syn Leona, który przyjął pseudonim konspiracyjny „Jastrząb”, wśród mieszkańców określany przezwiskiem –„Maklepa”. Chłopak dobrze zbudowany, średniego wzrostu o jasnej czuprynie czesanej gładko do góry i charakterystycznych jasnych brwiach. Od małego zaprawiony do pracy na roli i przy innych robotach dorywczych podejmowanych przez ojca, gdyż, jako małorolny gospodarz nie był w stanie utrzymać dość licznej rodziny. Ojciec „Jastrzębia”, człowiek bardzo uczynny zaangażowany przy pracach rady kościelnej i innych posługach parafialnych w okresie świąt i odpustów. Najczęściej proszony był do gospodarzy w okresie bicia nierogacizny i bydła przed zbliżającymi się świętami oraz uroczystościami domowymi. Wtedy, kiedy syn już na tyle miał siły sprawności ojciec zabierał go do pomocy i przyuczając do zawodu. „Jastrząb”, kiedy stał się już młodzieńcem, zasłynął z siły i sprawności, ale nie wykorzystywał tego w stosunku do słabszych. Znany był z silnego uścisku dłoni, kiedy ją podawał na przywitanie.

Przy biciu nierogacizny mógł pić ciepłą krew od pierwszego uderzenia noża, znał również miejsca w rozbieranym wieprzu, gdzie znajduje się jeszcze ciepłe mięso, które można spożywać bez gotowania czy pieczenia. Należał do ludzi małomównych, ale dokładnych i zdyscyplinowanych. I kiedy zna­lazł się w okresie późniejszym w tzw. „sekcji likwidacyjnej” Kedywu, po uda­nych kilku akcjach, znajdując się pod innym dowództwem i w innym otoczeniu, straciliśmy nad nim kontrolę, jako jego dawni nie tylko koledzy, ale towa­rzysze broni, wierzący bezgranicznie i zapatrzony w poczynania nie zawsze odpowiedzialnych przełożonych i najbliższych z nowego otoczenia kolegów, starszych często wiekiem, których przeszłość miała wiele do życzenia, a potrzeby wojny i konspiracji wymagały w pewnych momentach „brudnych rąk”, czemu nie wszyscy chłopcy mogli podołać i mówiąc prawdę w tym się babrać, nie umiał rozróżnić dobra od zła. Nastąpiło wypaczenie dobrych zasad wyniesionych z domu, stał się zadufany w swoje czyny, wmawiane przez otoczenie jaj równe bohaterstwu, a resztę zrobiła wódka, która w tym otoczeniu chyba, uspakajała nerwy, a może ludzkie wyrzuty sumienia. Znalazł się poza życiem tych, którzy się z nim wychowali i podali rękę do konspiracji. Drogi ich do tego stopnia się rozejdą, że będą walczyć z jednym wrogiem, a potem
z drugim, w międzyczasie ustrzegając się od zadania śmiertelnego strzału z bratniej ręki w plecy i oby tylko.

Następnym kolegą po „Jastrzębiu ” był zaprzysiężony w szeregi ZWZ, również kolega szkolny i jednolatek ze mną Stanisław Krawczyk, który przyjął pseudonim „Strzała”, najmłodszy z braci, o których napisałem, kiedy przychodziłem do trudniącego się szewstwem Olesia.

Ojciec Stacha już nieżyjący Teofil Krawczyk, posiadał gospodarstwo przy ulicy Zamojskiej, ożeniony był z mieszkanka Starej Wsi, która pochodziła zeznanej rodziny Marków i przyniosła mu w posagu część ziemi na tzw. Polach Kąteckich.

Dorabiał również biciem nierogacizny i sprzedażą mięsa w wyrobów przed wojną na frampolskich jarmarkach. Rodzina składała się z ośmiu osób, w tym sześcioro dzieci. Przewagę stanowili synowie, a tyło ich czterech: Antek, Bolek, Oleś, Stach. Wszystkich z tej rodziny określano mianem „Szymciaki”.

Przyjmując do konspiracji najmłodszego z nich Stacha, miałem na myśli zdobycie chłopaka rosłego, bitnego i odważnego, sam jeszcze w szkole od niego obrywałem i to na własnym ogrodzie. Była jeszcze inna sprawa, po cichu powtarzana wśród zaufanych, że bracie mają ukrytą broń ma szynową z okresu wojny i jej pozyskanie miałem również na oku. W gospodarstwie tym zawsze utrzymywano dobrą parę koni, rywalizującą z podobną w gospodarstwie Jana Filipowicza. Kiedy w przyszłości wystąpią takie potrzeby, będziemy z nich korzystali bez żadnych trudności? ··Stach -„Strzała” okazał się dobrym konspiratorem, odważnym i sprawnym erkaemistą, ale broni dla naszej grupy nie pozyskał. Jednym z tych, którzy przeszli do naszej grupy z placówki starszych, był Bolesław Wójcik, który brał udział w wojnie 1939 roku, jako żołnierz czynnej służby. Przybrał pseudonim „Lis”, a zainteresowanie jego osobą wynikało z potrzeby wprowadzenia do naszej grupy człowieka przeszkolonego w ostatnim czasie wojskowo, obeznanego z bronią strzelecką i maszynową oraz posiadającego przeszkolenie w służbie łączności. „Lis” mieszkał naprzeciwko gospodarstwa Józia „Groma”, a rodzina utrzymywała się z niewielkiego areału ziemi. Bolek od małego prawie dziecka począwszy, zarabiał przy pasieniu krów, a następnie, jako robotnik w miejscowej cegielni. Zainteresowanie jego osobą wynikało również z tego, że zatrudnił się przy robotach związanych z budową odcinka szosy Janów Lub. – Frampol. Dla potrzeb wywiadu niezbędne stało się posiadanie człowieka wśród ludzi zatrudnionych w tej firmie, przekazującego dane o stanie budowy, atmosferze wśród pracujących, zachowaniu się w stosunku do Polaków nadzorujących Niemców i o ewentualnych ruchach wojsk na tej trasie. Bolek „Lis” okazał się dobrym obserwatorem w tej firmie.

Sam jednak swoją osobą, przedstawiał całkowicie innego człowieka o tych chociażby ostatnio pozyskanych. Jako biedny chłopak ciężko pracował w warunkach, jakie występowały w prywatnej cegielni. Nie był wrogo nastawiony do tych, którzy łatwiej szli przez życie, ale wyraźnie stwierdzał, że takiej Polski, jak była nigdy by nie chciał i o taki dobrobyt, w jakim żył, on sam i jemu wielu podobnych nigdy nie będzie walczył.

Umiałem z nim rozmawiać, chociaż w jego oczach wyglądałem na „panicza” i on nie zrozumiałby, że ani mojej rodzinie, ani mnie droga różami się nie ścieliła. W okresie mojego pobytu w Lublinie, a dłużej w przemysłowym i robotniczym ośrodku, jakim były Starachowice, miałem znajomości i rozeznanie ze środowisk, którym się dobrze powodziło, ze środowisk robotniczych ludzi wykwalifikowanych i niewykwalifikowanych. Bywałem w domach nadzoru technicznego urzędników i kierowników elity kierowniczej, jak dyrektorzy, szefowie jednostek produkcyjnych w przemyśle zbrojeniowym. Zawsze tłumaczyłem mu, że nasze powodzenie w życiu jest uzależnione od nas samych i co o sobie stanowimy, a nie od worka pieniędzy dzielonego równo dla wszystkich, gdyż takiej prawdy nigdy nie będzie, a ci, co tak nam plują w uszy, to tylko nas tumanią dla swoich tylko celów.

Żyjąc na paru morgach na wsi, bez światła i radia, nie możemy liczyć, że ktoś nas zrówna z życiem żyjących w miastach, gdzieś za granicą, w krajach wysokiej kultury, wypracowanego dobrobytu dziesiątkami lat wysoko uprzemysłowionych i o wysokiej technice we wszystkich, dziedzinach. Mówiłem do niego jak najbardziej szczerze, że ja też jestem w oczach syna szewca z Lublina, ale chlebodawcy mojego ojca również synem parobka, bo tak sobie jakieś środowisko ograniczonych ludzi to wymyśliło. A czym szewc z miasta, z jakiego by nie był, jest lepszym od organisty, czy w twoim wypadku od wyrobnika-małorolnego chłopa. Czy w ogóle można to poró­wnywać, wyciągać wnioski i przenosić określenia na potomstwo.                                                                                                Po tym okresie dalszej rozbudowy grupy młodzieżowej, w moich przewidywaniach na przyszłość, mając na uwadze szkolenie bojowe, kreślił się skład podsta­wowej piątki, do tzw. zadań specjalnych i dywersyjnych. Szkolenie bojowe było przewidywane w zakresie: poznawania i obsługiwania broni, prowadzenia walki w mieście, w terenie odkrytym i lesie, udzielanie pierwszej pomocy sanitarnej w walce.
W piątce tej znaleźli się: Chmiel Józef „Grom”, Wąsek Bolesław „Grot”, Miazga Marian „Jastrząb”, Krawczyk Stanisław „Strzała „, Wach Józef „Tur”. Po tragicznych miesiącach maja czerwca przyszedł czas ponownego ciężkiego okresu, przemyśleń i rozmów z ludźmi, dla utrzymania ich wiary, że przegrana sojuszników, to jeszcze nie koniec wojny, chociaż przed nami na pewno prze­dłużający się okres okupacji i wielka niewiadoma w jej przetrwaniu.

Jest w pełni lato 1940 roku, okres pełen wielkiego odczucia tragizmu całego narodu. Trwa wspomniałem akcja „AB”, a jednocześnie zgodnie z wydanym zarządzeniem Heichsfϋhrera SS Himmlera podczas pobytu w GG, nasiliły się w miastach nieustanne aresztowania i łapanki dla osadzenia w obozach kon­centracyjnych 20000 Polaków. Z samej Warszawy wywieziono tylko do sierpnia tysiące osób, głównie do obozu w Sachsenhausen.

Gubernator Frank udziela dla prasy niemieckiej makabrycznych wywiadów, które zapowiadają zniszczenie narodu polskiego, a oto ich treść: „W Pradze wywieszono np. wielkie czerwone plakaty z wiadomością, że dzisiaj rozstrzelano 7 Czechów”.                    Powiedziałem sobie wtedy, gdybym o każdych rozstrzelanych siedmiu Polakach chciał rozwiesić plakaty, to lasy polskie nie starczyłyby na wyprodukowanie papieru na takie obwieszczenia.”

Na naradzie w sprawie akcji „AB” między innymi stwierdził:

„…Kierowniczą warstwę społeczeństwa Polski należy zlikwidować, nowy narybek należy mieć na oku i w odpowiednim momencie znowu zniszczyć…Inteligencja do obozów koncentracyjnych i do­łów egzekucyjnych, młodzież na przymusowe roboty do Rzeszy, mniejszość narodowa żydowska do obozów pracy, a opornych, starców i dzieci likwiduje się na miejscu.

W Lublinie od połowy 1940 roku istniała już dzielnica żydowska, ale jeszcze nieotoczona drutami, a mieściła a przy ulicach: od numeru domu 22 ul. Staszica przez Lubartowską i jej bocznice, ul. Nową i ulicami poza Bramą Krakowską. W maju poprzedziło to wysiedlenie ludności żydowskiej z przedmieścia Lub­lina tzw. dzielnicy Wieniawa. Zniszczono 122 domów pożydowskich i polskich, starą bożnicę i nagrobki-pomniki na „kirkucie „.

Odila Globocnik jeszcze w okresie istnienia koncepcji utworzenia w dystrykcie „rezerwatu”, zaplanował budowę 4 wielkich obozów koncentracyjnych dla Żydów.

15 lipca 1940 roku wysyła do Bełżca 3 tysiące osób, 22 lipca dalsze 5 tysięcy, a już w sierpniu 30 tysięcy Żydów do prac przy „wale” budowanym w strefie granicznej rzeki Bug.

Bełżec na Ziemi Lubelskiej stanie się miejscem zagłady i końca wędrówki narodowości żydowskiej, Oświęcim, stanie się wielkim kombinatem Zagłady obu narodowości Polaków i Żydów, nie mówiąc już o przywożonych transportami kolejowymi Żydów z ca­łej Europy i nie tylko. Stąd wychodziło się zgodnie z hasłem na bramie tego i innych kombinatów śmierci:

 -„Arbeit macht frei” – „Praca czyni człowieka wolnym”, jedynie tylko przez kominy krematoriów.
Zalążki getta, tak jak w Lublinie powstają na terenie dystryktu począwszy od Puław, a następnie w Krasnymstawie, w Chełmie, a na końcu tego roku w Piaskach, gdzie stłoczono około 5 tysięcy Żydów z tej osady i z sąsiedni­ch wsi na wydzielonych uliczkach przedmieścia.

Przed tym narodem otwierał się okres głodu, wyniszczającej pracy, nieludz­kich warunków bytu i straszliwego końca w komorach gazowych, albo od kuli w dołach śmierci.

Trwa likwidacja żydowskich sklepów i warsztatów przez ich likwidowanie z całkowitym przepadkiem mienia na rzecz administracji niemieckiej. Gubernator dystryktu Zörner wydaje w końcu zarządzenie nakazujące anulowanie wszystkich zezwoleń na prowadzenie handlu i skupu przez Żydów. Nakładano coraz większe kontrybucje i daniny w postaci setek tysięcy złotych, biżu­terii, złota, mebli, dywanów, futer, bielizny pościelowej, a nawet żywności.

W tym samym okresie pięknej majowej wiosny 1940 roku nadeszły ponownie na Lubelszczyznę transporty „wysiedlonych”, których ilość do końca roku osiągnęła 90 tysięcy osób, a które nadeszły z ziem przyłączonych do Rzeszy, a miały być rozlokowane na terenie GG.

„Wysiedlonych” kierowano szczególnie do powiatów chełmskiego- 21 tyś., Radzyńskiego -18 tyś., Biłgorajskiego i puławskiego po 7 tyś. Wkrótce wielu z nich, jako władających językiem niemieckim znalazło pracę w urzędach i instytucjach gospodarczych administracji okupanta; agronomowie, administratorzy majątków – „liegenschaftów”, wójtowie, tłumacze  itp.

Ale ogólnie i to wyraźnie należy stwierdzić, że sytuacja „wysiedlonych” była jednak bardzo ciężka i te rodziny korzystały do końca okupacji z opieki RGO, a szczególnie z pomocy miejscowego społeczeństwa.

RGO – Rada Główna Opiekuńcza wywodziła się z Rady Głównej „Polskiej Pomocy”, która powstała równocześnie z utworzeniem dystryktu, a nazwę tą przyjęła w maju 1940 roku.
W Lublinie powstał zarząd RGO, a wkrótce po nim zarządy powiatowe w tym i w Biłgoraju. Utworzono następnie sieć terenową w oparciu o gminy. Rozpoczęły swą działalność referaty opieki, wyżywienia i pomocy doraźnej. Zaangażowali się do tej pracy – działalności ludzie o wielkim sercu i wysoce patriotycznej postawie.

W okresie kończącej się akcji „AB” aresztowania w Janowie Lubelskim, które miały miejsce na przełomie lipca i sierpnia uderzyły w debrze działający kontakt aresztowaniem obu braci Paszkiewiczów.

Po odczekaniu pewnego okresu przy wzmożonej czujności i na ewentualne wykry­cie przez gestapo kontaktów janowskich na Frampol. „Pająk” usiłuje nawią­zać go powtórnie. Wyjeżdża, więc kilkakrotnie na teren Janowa lub., Ale bez rezultatu. Dociera także do majątku Godziszów, gdzie zamieszkują rodzice braci Paszkiewiczów, ale rodzina po stracie synów nie jest w stanie nic nam pomóc. Powiedzieliśmy się jedynie, że ich synowie zestali wywiezieni do obozu, który znajduje się gdzieś koło granicy szwajcarskiej. Mając na uwadze występujące trudności w obsłudze przez łączników, utrzyma­nia kontaktów prasowych z Janowem Lub. W ostatnim okresie prac budowy drogi bitej, postanowiliśmy z takowego zrezygnować i skierować cały swój wysiłek na Biłgoraj.

Następuje jednak okres pewnego przyhamowania łączności w terenie na sku­tek rwania się kontaktów spowodowanych, przez przeprowadzane aresztowania na całej Lubelszczyźnie, ukrywania się ludzi w tym zaangażowanych, albo takich, w których środowisku wystąpiło tego typu zagrożenie. Zmiany samych punktów kontaktowych i nawet w nich ludzi, wymaga nowej bu­dowy łączności szukania jej kontaktów w terenie, bardzo żmudnej, a jednocześ­nie niebezpiecznej pracy.

Musimy okresowo przejść na pracę w terenie bez pomocy prasy konspiracyjnej bezpośredniego oddziaływania na podopiecznych ludziach w piątkach. Jest, więc okazja na stopniowe wprowadzanie ludzi w sprawy wywiadu, celem zabezpieczenia naszej grupy przed ewentualną dekonspiracją oraz penetro­waniem jej szeregów przez siatki konfidenckie, albo zbliżonych ludzi do administracji okupacyjnej.

Stawiamy stale zadanie, które stanie się aktualne, na co dzień i do końca konspiracji oraz okupacji.

Jest to zadanie prowadzenia stałego rozpoznania terenu pod względem zacho­wywania się okupanta, jego sił policyjnych, żandarmerii i gestapo, policji granatowej, zwracania bacznej uwagi: na ukazujących się w terenie ludzi obcych, ich zachowanie, cel ich pobytu, z kim się kontaktują, kto ich firmuje. Dużą rolę, tak jak przewidywałem spełniają dziewczęta, o których wspominałem poprzednio, którym przy działalności sanitarnej’ zleciłem zabawę w wyłapywaniu wszelkiego rodzaju miejscowych ploteczek, począwszy od knajp, a skończywszy na kościele. Takie, wydawałoby się drobne sprawy przekazywa­ne sposobem „jedna pani drugiej pani” w dalszym sprawdzeniu i obserwacji dawały materiał w oparciu, o który należało wkraczać, gdyż nieodpowiedzialni ludzie np. nadużywający alkoholu działali nie zdając sobie sprawy na granicy dekonspiracji, a nawet zdrady. W pewnym momencie zorientowałem się, że moje chodzenie z Bolką znajduje się pod obserwacją „cnotliwych dziewic”, którzy nie widzą własnych córeczek,
a wskazują na Zdzicha, że prowadza młodszą od siebie dziewczynę i oby tyl­ko bałamucił.

Dobre nastawienie uszu i koleżeńska pomoc w zazdrości, potwierdza, że moje sprawy konspiracyjne w oczach społeczności babskiej, a to w małej mieści­nie było bardzo ważne, uszły uwadze, a pozostał chłopak bałamut, zawracający głowy dziewczętom i to w takim poważnym okresie jak wojna, aresztowania, łapanki do Niemiec.

Postanowiłem podtrzymywać tą babską opinię, która nie ominęła również tak zwanych „babskich cwaniaków”, trzymających się spódnic dla żarcia i wy­godnego się przespania.

Chodziłem, więc z dziewczętami nie tylko sam, ale od czasu do czasu z kole­gami po naprawdę malowniczych okolicach Roztocza Północnego oraz poblis­kich lasach przechodzących z biłgorajskich w janowskie. Chodziłem, więc i to w różnych okresach z byłymi koleżankami ze szkoły innych znajomości jak: Zośka siostra Bolki, Marysia siostra „Jota”, Irka siostra „Grota”, Władzia Kapicówna, Wanda Dziubówna, Danuta Wrońska Karczmarzykówna, wspomniana Fruzia i Bronia i Otylia siostry „Pająka”, Kazia Miażdżanka – „Siuńkowa”, ·a nawet Mela Rzochowska. Nie mówiąc już o dziewczętach z poza Frampola.

Chodziłem – „przywłoka bez majątku i zawodu”, bo nie mogło być mowy o ożenku do końca wojny i z taką propozycją z żadnej strony się nie spotkałem. Nie zwracałem uwagi na docinki byłego nauczyciela, którego dogoniłem w kawalerce, a mogłem mu przeszkadzać w zastawianiu sideł na byłe uczenni­ce i to w tych samych wąwozach, dołkach czy krzakach.

Nie umiał trafić do szeregów swoich harcerzy, którymi się opiekował druży­nie szkolnej, a którzy teraz konspirując, czekali na instruktora dowódcę, a przecież był podchorążym rezerwy WP. Był w konspiracji na placówce ZWZ i nawet pełnił jakąś funkcję, ale wycofał się bez słowa, bo ważniejsze były karciane noce, przygruchiwanie mamusi i dostanie się do córeczki. Będzie skakał w przyszłości żabkę przed bojowcami, w której to grupie będą jego uczniowie, za utworzenie gniazda karcianego wśród urzędników administracji niemieckiej, w czasie, kiedy już lasy zapełniały się oddziałami partyzanckimi i przygotowywano akcję „Burza”. Ale to dopiero przyjdzie po latach. Teraz prowadzaliśmy, jak wydawało się temu „obździdrągowi”, dziewczęta i to w tym samym celu.

A było to jednak o wiele inaczej. „Wieczni kawalerowie” prowadzali po krza­kach moje dorosłe koleżanki czy znajome, jako angażujący się o rękę, jako­by myśląc o przyszłym ożenku, ale do takiego nigdy nie dochodziło. Jedno było jednak pewne, że oboje na tych spacerach stokrotek nie zbierali, a kiedy były grzyby, koszałek z sobą nie nieśli.

Wracając do opisywanego ino jego nauczyciela, któregoś dnia jeden z moich żołnierzy powiedział mi, co usłyszał od tego pana: „Ten Zdzich to podpadnie prokuratorowi, bo ciągać za sobą taką dziewczynkę”.

Nie trzeba było długo czekać, kiedy na połowie drogi w tzw. „Doły Łyczakowe”, spotkaliśmy się mijając, ja idąc z Bolka na spacer p.”N” powracał już ze spaceru z p. MS. Popatrzeliśmy po sobie dokładnie, oddając nawzajem pozdrowienia grzecznościowe.

Pan „?” Przytulony do partnerki, trzymając ją pod rękę bardzo czule, miał na plecach zmiętą marynarkę, co Bolka skwitowała, że widocznie na niej siedzie­li. Pannę MS. Musiałem ją ocenić, a miała zmiętą spódnicę i trawę we włosach, idąc koło swojego partnera tak zmęczona jak po biegu długodystansowym.                                                            Po pewnej chwili Bolka zaczęła opowiadać jak panowie nauczyciele załatwiali dziewczynki kończące siódmą klasę. Wyraźnie podkreśliła, że robił to kierownik szkoły p. „B”. Wybierał dziewczyny dobrze rozwinięte i zapraszał do swojego gabinetu. W rozmowie nawiązywał do dalszych planów takiej dziew­czyny i okazywał zainteresowanie osobistej pomocy we właściwych ocenach na świadectwie, które pomagałyby przy dostaniu się do szkoły średniej.

Bolka stała się dobrym i pewnym kumplem w tym trudnym okresie i szkoda, że nie stała się partyzancką dziewczyną, tak jak jej siostra, która była w oddziale słynnego „Groma”.  Bolka, tak, jak się znalazła a mojej drodze, sama odeszła w swoje życie, zostawiając mnie naprawdę zaskoczonego takim obrotem sprawy, nie mówiąc już, że było, to pewnym przeżyciem. Ale, to nastąpi dopiero za dwa lata.

Otrzymałem sygnały o biurze budowy drogi Frampol-Janów. O panienkach tam zatrudnionych. Postanowiłem osobiście zająć się tą sprawą, ażeby zawiść i plotkarstwo nie narobiło nieszczęścia.

Jeszcze raz powrócę do poprzedniej wzmianki o budowie tej drogi. Biuro zostało zorganizowane dwóch pomieszczeniach domu zmarłego Paulina Oszusta „Olszowiaka”.

Kierownikiem budowy odcinka wspomnianej drogi był oficer niemiecki w stopniu oberlejtnanta, wysoki dość przystojny mężczyzn; On też „kierował pracami biura. W godzinach popołudni owych po skończonej pracy można go było spotkać spacerującego z pięknym rasowym pieskiem, którego prowadzał na smyczy. Jego postawa i zachowanie się świadczyły, że jest to człowiek inteligentny, zajęty swoją pracą, niezwracający uwagi na otoczenie i niedający odczuć ludziom, że jest w kraju okupowanym przedstawicielem rasy panów i zwycięzców.

W tym też biurze znalazły pracę byłe uczennice gimnazjalne, moje koleżanki z lat szkolnych, które przez podjęcie zatrudnienia w wojskowej instytucji odsuwały od siebie możliwość wysłania na roboty przymusowe do Niemiec, co groziło całej młodzieży włącznie od 16 lat.

Zatrudnione, więc zostały: Eufrozyna Krawczykiewicz, o której już pisałem i dobrze mi znajoma. Maria Dziubówna, najstarsza córka b. wójta gminy, właściciela restauracji. Teodora Jęczmionkówna, córka miejscowego kowala, Elżbieta Mydlak „Elżunia”, córka byłego komendanta Straży Obywatelskiej.

Kiedy budowę drogi ukończono i biuro rozwiązano Fruzia nie mogła znaleźć miejsca w tutejszej społeczności. Wyjechała do Chełma i tam została zatru­dniona w jakimś biurze niemieckim.
Z Arkasiem jej bratem zerwano wszystkie konspiracyjne kontakty. Pozostało po tych frampolskich romansach z Niemca­mi tylko wspomnienie u ludzi wywiadu tamtego okresu oraz zdjęcie, na którym stoi Fruzia na spacerze z niemieckim pieskiem swego kierownika przy domu męża Helenki Oleszkównej – Maciąg, siostry byłej wielkiej miłości jednych przedwojennych wakacji -Stefanka Oleszka.

Fruzia na krótko powróci do Frampola dopiero z wkraczającymi jednostkami wojsk sowieckich przynoszącymi jakoby nam wolność w 1944 roku. Podobno była już mężatką i to podobno z człowiekiem z konspiracji. Ukończy studia wyższe będzie miała córeczkę i w końcu rozejdzie się na rzecz jakiegoś starszego pana z willą. Będzie wyjeżdżała do Francji, jako jakiś przedstawiciel -prze­mysłu chemicznego czy innego, ale to wszystko wiadomości niepotwierdzone.

Elżbieta Mydlak znalazła się w Kraśniku również w administracji niemieckiej i do Frampola już nigdy nie wróciła. Wylądowała przez zieloną granicę wraz ze swoją siostrą Ireną w Niemczech, gdzie wyszły za naszych zachodnich sojuszników, a potem Elżunia skończyła studia lekarskie i mieszka w USA, a Ire­na w Kanadzie. Pozostałe pracownice biura więcej nie pracowały i do Niemiec ich nie wywieziono. Każda znalazła kochającego męża i sprawę uznano za zakończoną.

Na Lubelszczyźnie koniec lipca i sierpień, to pierwsze żniwa w okresie okupa­cji dla szybkiego zrealizowania wyznaczonych dostaw kontyngentowych dla Niemców. Wyznaczone kontyngenty są w wielu wypadkach dla gospodarstw chłopskich, szczególnie tych podupadłych nie do wykonania. Dochodzi do paradoksu, bo dla oddania, kontyngentu trzeba ziarna kupić. Terminowego oddania zboża pilnują siły policyjne niemieckie.

Dostawy kontyngentowe są realizowane zgodnie z wydanymi zarządzeniami w dystrykcie, które ukazały się w dniach: 10.VII, 17.VIII, 14.X.1940 r., a dotyczyły nie tylko dostaw zboża, żywca, ale również jaj, drobiu, ryb, weł­ny, roślin włóknistych, warzyw i owoców.

Drakońskie środki wymuszenia dostaw w pełnych wysokościach zaskoczyły wieś, ale nie zapewniły pełnej realizacji planu kontyngentowego. Skończyły się tzw. „gadki wśród chłopów o dobrym gospodarzu” i zaczęto rozglą­dać się za powstającymi organizacjami konspiracyjnymi.

28 Lipca 1940 r. Biłgoraj ma zaszczyt przyjmowania gubernatora Franka, który będąc w Zamościu przyjeżdża pod uzbrojoną obstawą wojska i policji, aż do tego miasta powiatowego wśród lasów pomiędzy Puszczą Solską, a lasami Lipsko-Janowskimi.

Niemcy, Volksdeutsche, Ukraińcy budują przy drodze-wjeździe od Zwierzyńca bramę triumfalną, a banderia ukraińska na koniach i strojach ludowych towarzyszy mu na ulicach Biłgoraja.

W Biłgoraju działa już w tym czasie delegatura UCK- Ukraińskiego Central­nego Komitetu, powołanej w kwietniu tego roku w Krakowie. UCK założył sobie, jako przejęcie działalności dotychczas istniejących na terenie Zachodniej Ukrainy oraz Polski burżuazyjnych Partii politycznych. Działacze nacjonalistyczno- faszystowscy, przyjęli na siebie rolę reprezentacji społeczeństwa ukraińskiego wobec Niemców. W delegaturze UCK- w Biłgoraju widzimy nazwiska m.in.: dra Teodora Michałowskiego, Włodzimierza Darmochwała, Romana Kisielewskiego, którzy z jawili się na tym terenie ze Lwowa. Wielu innych faszystów i nacjonalistów ukraińskich ze Lwowa i Galicji ulokowało się na terenie powiatu organizując środowi nieukrywanej nienawiści do Polaków. W następnych latach doprowadzi to do wielu nieszczęść.

Dochodzą do nas wiadomości z różnych miast i miasteczek o wysyłaniu schwytanych
w łapankach Żydów do obozów pracy. Żydzi próbują się ukrywać, a to tylko powoduje zwiększenie się łapanek dziennych i nocnych. Przykrym objawem jest występująca wśród naszej ludności chęć pomagania Niemcom w tych łapankach. W prawdzie są to przypadki wśród tej części społeczeństwa zaliczanej do tzw. marginesu, ale również z przykrością należy stwierdzić, że nie tylko.

Nie na miejscu często jest również stosunek wsi do rozmieszczanych w gospodarstwach chłopskich, przeznaczonych do transportu do GG wysiedlonych polskich rodzin. Z terenów przyłączonych do Rzeszy. Los tych ludzi pozbawionych przez okupanta wszystkiego, co osiągnęli przez całe pokolenia oraz rozdzielenie córek i synów skierowanych na roboty przymusowe do Rzeszy, staje się ze wszech miar bardziej tragiczny, kiedy nasi gospodarze traktują przybyszów, jako siłą sobie narzuconych, są im niechętni i częstokroć wszystkiego im odmawiają.

Na jarmarkach wyraźnie odczuwa się brak Żydów, bo zabroniono im handlu i chłopi, już nie korzystają z ich pośrednictwa z uwagi nawet na własne bezpieczeństwo.

Ceny w okresie letnim na rynku kształtowały się w podstawowych artykułach na poziomie:
– masło 8-9 zł./kg, jajka 13-15 gr./szt., kurczaki 1.50 zł./szt. Niemcy kwaterujący w szkole,
a przychodzący na targ płacili niższe ceny np. jajka 6 gr./szt. Są również takie przypadki, kiedy kobiety aryjskie odpędzają Żydówki od handlujących gospodyń wiejskich.

Wśród ludności żydowskiej obserwujemy narastające stale przygnębienie, na skutek rozpowszechnianych stale wiadomości z rożnych stron dotyczących coraz gorszego stosunku Niemców do tej narodowości. W tym miejscu należy podkreślić dobrze zorganizowaną łączność pomiędzy społecznością żydowską miast i miasteczek, pomimo zakazu poruszania się tej ludności w terenie i zmiany miejsca zamieszkania.

Rocznica wybuchu wojny w dniu 1 września 1940 r. przypomina nam odmierzone 12 miesięcy codziennego życia pod okupacją. Przez ten okres z dziewiętnastoletniego ucznia gimnazjum, przeistoczyłem się w żołnierza czynnej służby konspiracyjnej. Całkowicie oddając się może niezdarnemu jeszcze jej organi­zowaniu. Zdawałem sobie sprawę z tego, że przyjąłem poważną odpowiedzial­ność- za kolegów, byłych harcerzy, którzy gromadzili się wokół nas, grona tych pierwszych na trudnej drodze i absolutnie bardzo niebezpiecznej. Pomimo występujących trudności, jak aresztowania w terenie, zrywanie się kontaktów, utrzymywaliśmy łączność dla zabezpieczenia prasy codziennej i instruktażowej.

Stawiając pierwsze kroki w tej trudnej działalności, musiałem wspólnie z „Pająkiem” w pierwszej kolejności uczyć się jej, a jednocześnie opracowywać kierunki organizacyjne, a szczególnie na odcinku zabezpieczenia grupy przed wrogą penetracją z zewnątrz i ewentualną dekonspiracją. Ważnym okazał się dobór ludzi przy szczególnym zwracaniu uwagi na środowisko, z jakiego pochodzą i skutków wśród swoich najbliższych, rodziców, braci, sióstr z chwili bezpośredniego zaangażowania się w przyszłej już walce.

Te dociekania w pewnym sensie wpływały na moje rezygnowanie z tzw. „jedy­naków”
i uchronienie się na przyszłość do pretensji osób trzecich i nie­przewidzianych skutków z ich strony.

Rok 1940 dał dobre podwaliny pod organizujący się ruch oporu podporządko­wany legalnym władzom Polski na emigracji. Utrzymywana stała łączność z władzami poprzednio w Paryżu, a obecnie w Londynie. Kraj pokryły podsłuchy radiowe, a w oparciu o te wiadomości wydawana jest prasa konspiracyjna za równa drukowana, jak również odbijana na powielaczach. W terenie odbijane na maszynach komunikaty radiowe. Kurierzy i łą­cznicy dostarczają drukowane słowo tam gdzie tylko bije serce polskie, gdzie czeka spragniony wiadomości przyszły żołnierz podziemia. Wytrzymaliśmy dwa okresy ciężkich przeżyć i wielkiego zawodu, a nawet załamania u wielu po tragedii wrześniowej 1939 r., a potem po majowej i czerwcowej Francji z państwami ościennymi zachodniej Europy, a tak na swojego wiekowego sojusznika liczyliśmy.

Budowane są wszędzie całe miasteczka baraków przeznaczonych na koszary wojskowe, oraz organizowane w lasach magazyny zaopatrzenia w paliwo i wszelkiego rodzaju amunicje.

Są również sygnały budowy lotnisk polowych na terenie Zamojszczyzny.

W kraju żołnierz podziemia uparcie szuka pozostawionej i ukrytej w ziemi broni, a po znalezieniu czyści, zabezpiecza w nowych zmyślnie budowanych magazynach i wszelkiego rodzaju schowkach.

Dumni jesteśmy z tego, że postawa całego narodu pomimo niesłychanego terro­ru jest niezwykle odporna. W świetle i skuteczności wojny na zachodzie, dumni jesteśmy z naszych obronnych walk we wrześniu 1939 roku. Obrona Warszawy, Modlina, Helu, marsz generała Kleberga na pomoc Warszawie, walki samodzielnych grup na drogach ku Węgierskiej granicy złożonych z tych najdzielniejszych synów Polski. Pierwszy walczący Samodzielny Oddział Wojska Polskiego, przez nas rozumiany, jako „Pierwszy Partyzancki” majora „Hubala” na Kielecczyźnie. Podniosły Polskę w oczach całego świata kraj uparcie walczący z przemocą bolszewicko-hitlerowską o wolność ojczyzny, pomimo zastraszających strat jej obywateli.

Uległy tylko słabe, mierne i mało wartościowe jednostki z tzw. marginesu, które często niechlubnie będą kończyły swój żywot, odchodząc w zapomnienie z mianem zdrajcy.

W połowie września pomimo zajęcia szkół na kwatery albo koszary niemieckich zaczyna się jednak rok szkolny. W wynajętych pomieszczeniach ocalałych domów zniszczonego Frampola rozpoczynają naukę dzieci różnych klas bez żadnych pomocy szkolnych, których okupant zabronił używać, a szczególnie, jeżeli chodzi o historią i język polski. Nauka trwa przy częstych zmianach przez cały dzień[2].

W Biłgoraju jak opowiadają tam bywający, obserwuje się coraz więcej niem­czyzny. Na każdym kroku szyldy, napisy, tabliczki w języku niemieckim. Mnóstwo różnych urzędów, biur, hurtowni, składów sklepów i świeżo skleconych baraków zajętych przez wojsko.

Taka sytuacja powstała w wyniku zlokalizowania tutaj jak przed wojną władz powiatowych, ale teraz okupanta ze zwiększoną policją i administracją, co zmieniło obraz miasta. Z domów nowo wzniesionych przed wojną przy dawnej ul. Piłsudskiego, wyrzucono mieszkańców i właścicieli polskich, a nasiedlono niemieckimi urzędnikami albo volksdeutschami. Dokonano zmiany nazwy ul. J. Piłsudskiego na Główną, a 3-go Maja na Kościelną.

Zniszczono wszystkie godła i symbole polskości, zastępując je flagami nie­mieckimi, godłami hitlerowskimi i portretami Hitlera.                                                                                    Ludność żydowska mogła zamieszkiwać jedynie na wyznaczonych ulicach: Kościelnej – dawna 3-go Maja, tylko częściowo, Nadstawnej, Ogrodowej i zabroniono wychodzenia na ulicę Główną.

W urzędach obowiązywał język niemiecki.                                                                                    Ograniczono działalność Spółdzielni Spożywców „Społem” zezwalając na prowadzenie 2-ch sklepów. Do dyspozycji Niemców otwarto specjalne sklepy „Nur fur deutsche”.                Działa również Komunalna Kasa Oszczędności, która stanowi jedyną instytucję kredytowo-oszczędnościową w mieście i powiecie.

Od października 1939 roku uruchomiono działalność Urzędu Pocztowego w Biłgoraju – Deutsche Post, Osten in Biłgoraj, z centralą telefoniczną i telegrafem oraz obsadą personalną składającą się z Volksdeutschów i Ukraińców. Poczta zabezpieczała i przedstawiała każdego dnia do gestapo, przechodzącą korespondencję, przed doręczeniem adresatom.

W mieście zlokalizowano również instytucje niemieckie zajmujące się eksploatacją gospodarczą powiatu.

„Wszystkie większe tartaki na terenie powiatu przejęła firma Vowinckel und Richtberg z Berlina-Scharlottenburg.

Eksportem drewna z lasu zajmowały się firmy: Holztransport Schmidt, Holtztransport Gische, Holztransport Stengie.

Firma Gustaw Quavart zajmowała się wywozem płodów i runa leśnego, firma Ikavec zajmowała się eksploatacją kamieniołomów, wapniarek i cegielni. Przy końcu września przychodzą wiadomości o aresztowaniach w powiecie zamojskim, gospodarzy za niedostarczenie przez wsie wyznaczonego kontyngen­tu zboża.

Wszystkie działania okupacyjne, toczą się z dokładnością nakręconego zegar­ka. Gestapo stale węszy i aresztuje, żandarmeria łapie na przymusowe roboty do Niemiec, różne oddziały pomocnicze, złożone z Reichsdeutschów, Volksdeutschów i Ukraińców prowadzą akcję ściągania kontyngentów, a pomimo to ludzie, jeżeli tylko można handlują.

W pociągach na Warszawę tłok, tylko: worki, toboły, skrzynki, blaszanki, koszyki.  Suną takie pociągi przeładowane stłoczonymi w nich ludźmi, całymi nocami bez świateł, zatrzymywane na stacjach węzłowych, gdzie żandarmeria niemiec­ka obładowuje się podczas postojów rabowanym ludzkim mieniem.  Pomimo wielkiego zagrożenia, nieprzerwany strumień żywności płynie do War­szawy, a z powrotem różne artykuły, których brak występuje w naszym terenie. Handlującym powodzi się, chociaż niebezpiecznie, ale wcale dobrze i na pewno nie tak, jak tej części społeczeństwa, która jest w pogoni za środkami finansowymi, a dopiero na końcu za żywnością.

Wśród handlujących stopniowo pojawiają się również ludzie, już zakonspiro­wani i oni przywożą wiadomości o ruchu konspiracyjnym nie tylko dotyczącym ZWZ, ale również spotykają środowiska dawnych komunistów. To środowisko właśnie szczególnie nas interesuje, gdyż ciekawi nas, jak się za­chowują oni obecnie po roku okupacji, po pamiętnym wbiciu nam noża w plecy przez Sowiety, zabraniu terenów wschodnich Polski aż do Bugu. Prowadzenia na byłych ziemiach polskich przez obu okupantów terroru wyni­kającego ze współpracy i wymiany doświadczeń gestapo -NKKD,
a zmierzającej do wyniszczenia narodu polskiego, a szczególnie tej warstwy, która dąży drogą organizowania się konspiracyjnego, co odzyskania niepodległości. Z rączych terenów na zachód od Bugu większość aktywnych komunistów ucie­kła z cofającymi się jednostkami sowieckimi za Bug, zatrzymując się w ta­kich miastach jak: Białystok, Wilno, Lwów, Łuck, Równe, Kowel. Pozostający w GG ucichli, tracąc twarz wśród ludzi, kiedy doszły wiadomości o prowadzonych aresztowaniach przez NKWD i wielkich deportacjach ludności polskiej na daleki wschód. Zdawało się nam, że było ich tak mało, że znaleźli się poza społeczeństwem, nie mając żadnego wpływu na rozwój sytuacji pod okupacją. Nie mieliśmy rozeznania i okaże się w przyszłości, że obiecywanie „biedocie władzy i dobrobytu, wielkiego szczęścia tylko w komunizmie na czele ze Związkiem Radzieckim i Wielkim Stalinem, cofnie narody Środkowej Europy do wolności
i niepodległości prawie o 50 lat.

Z warszawy dochodzą nas wiadomości o powstawaniu szeregu grup i kółek, a nawet stowarzyszeń, szczególnie w dawnych dzielnicach robotniczych, z wiązanych z przemysłem, a stąd i z biedotą, bezrobotnymi o zabarwieniu lewicowym i ko­muni stycznym.

W przekazach tych padają nazwy dzielnic Warszawy jak: Praga, Żoliborz, Mokotów, Ochota, Wola, Powiśle. Nazwa jednej z grup wprowadza nas w wielkie zdzi­wienie, a jest nią „Stowarzyszenie Przyjaciół ZSRR”. Jak może tak być?. Za zbrodnię, wywózkę braci na wschód, przepełnione więzienia, obozy, łagry w Sowietach, tutaj pod okupacją niemiecką organizują mieszkańcy Warszawy – Polacy, miała bohatera-Stowarzyszenie Przyjaciół ZSRR, a jeszcze inaczej organizację pod nazwą „Sierp i młot” i sięgający aż do Lublina „Związek Walki Wyzwoleńczej”.

Pierwszy raz słyszymy w połowie roku 1940 określenie – nazwę „Organizacja Polska Ludowa”, w której zrzeszyli się komuniści grodu podwawelskiego -Krakowa, co okazało się przepowiednią wielkiej tragedii narodowej w przyszłości.  Historia pozostawi zapis z tego okresu, że komuniści Łodzi organizowali się we „Froncie Walki za Naszą i Waszą Wolność”, a już bez żadnych zasłonek. Komunistyczna Partia Polski w Poznaniu i Zagłębiu Śląsko-Dąbrowskim orga­nizuje swoich przedwojennych członków. Ale warszawskie nazwy organizacji konspiracyjnych prokomunistycznych, dla mnie przebywającego przed wojną w ośrodku przemysłowym, jakim były Stara­chowice o profilu mieszkańców pochodzenia robotniczo-chłopskiego wyjaś­niały rzeczywistość, do jakiej „Polski Ludowej”, ci organizatorzy dążą. Tą nazwę, jak opowiadali rodzice przyniesiono w roku 1920, aż pod Warszawę w wielkiej masie zabiedzonej, głodnej, groźnej, podobnej do szarańczy, rozbestwionej mordem, gwałtem i niszczeniem wszystkiego, co na drodze czerwonej armii. Rodzice ze starszymi dziećmi przeżyli rewolucję październikową w Kijowie i Kursku i mieli pewnego rodzaju rozpoznanie o tym wszystkim. Widziałem tą czerwoną armię z moimi obecnymi współtowarzyszami walki, niezwyciężoną i wielką, idącą w 1939 roku na pomoc Niemcom, broniącym się przed WP zgrupowania płk Zieleniewskiego we Dzwoli.

W tym również czasie przekazano mi wiadomości od: kolegów szkolnych z wio­sek jak Wole Radzięcka i Kąty – „Haczyk” i „Antek”, że wśród dawnych członków Stronnictwa Ludowego i młodzieży organizacji „Wici” i „Siew”, rozpoczyna się organizowanie własnej chłopskiej organizacji wojskowej, którą nazwano Straż Chłopaka-skrótem „Chłostra”.

Organizatorom podziemnego ruchu ludowego jest Centralne Kierownictwie Ruchu Ludowego „BCH” i na komendanta głównego powołano znanego przedwojennego działacza ruchu ludowego Franciszka Kamińskiego, porucznika rezerwy byłego prezesa Mazowieckiego Związku Młodzieży Wiejskiej RP „Wici”, z zawodu rewi­denta spółdzielczości, który przyjął pseudonim „Zenon Trawiński”. W terenie pokazała się prasa konspiracyjna wydawana przez Centralne Kiero­wnictwo, nosząca tytuły: „Ku Zwycięstwu”, „Przez walkę do zwycięstwa”. Do tego czasu część inteligencji chłopskiej, a wśród niej, byli oficerowie i podoficerowie rezerwy rzadko występujący w rej społeczności oficerowie zawodowi i podoficerowie znaleźli się w szeregach ZWZ i pociągnęli za sobą byłych wojskowych w rezerwie oraz młodzież.

W większości biedna wieś biłgorajska gnębiona przez okupanta kontyngenta­mi na marnych piaszczystych gruntach, oddająca nawet dzieci na przymusowe roboty do Rzeszy, nie widziała również powrotu przedwojennych jak to okreś­lano rządów sanacyjnych. ZWZ nie stawiało absolutnie na początku rozwijania swoich szeregów na ilość, ale, na jakość pod względem znajomości rzemiosła wojskowego i występujących w przedwojennej armii specjalizacji. Biedota, więc wiejska podatna stawała się na wpływy wszelkiego rodzaju propagandy wrogiej byłemu ustrojowi, kiedy tego pokroju emisariusze wtykał, jej na siłę przyszłą władzę w kraju i najbliższym terenie. Często, więc w terenie odzywały się nieprzychylne określenia pod adresem powstającej konspiracyjnej organizacji wojskowej, jakim był ZWZ. Ludzi tej organizacji nazywano: „pańskim wojskiem”, „wojskiem sanacyjnym”, „wojskiem piłsudczykowskim”, już od początku okupacji w tej wrogiej ro­bocie wyręczały komunistów, skupiska radykalnego chłopstwa, które z czasem przejdzie na całkowitą współpracę z sowiecką agenturą. Napływ ochotników ze wsi do ruch oporu będzie dopiero widoczny, kiedy okupant nie tylko zabierze ostatnie ziarno, ostatnie ciele z obory, ale za nieterminowe i w wyznaczonej wielkości dostawy, winach osadzał w aresztach, zamykał w obozach pracy, a nawet likwidował gospodarstwa. Kiedy za udział i pomoc oddziałom partyzanckim będzie pacyfikował całe wsie, mordując ludność i paląc dobytek całego życia.
Tą tragedię dopełnią w następnych latach wysiedlenia całych wsi i zastosowany terror w stosun­ku do mieszkańców kończący się w obozach zagłady, w najlepszym wypadku na robotach w Niemczech.

Organizowany ruch ludowy i powstanie jego zbrojnego ramienia dla przeję­cia władzy po odzyskaniu niepodległości, stopniowo przejmuje aktyw swój, który znalazł się w szeregach ZWZ. Przechodzą z naszych kontaktów moi koledzy z sąsiednich wiosek, przekazu­jąc już teraz tylko po znajomości konspiracyjną prasę swojej organizacji.

Ciekawą informację przekazał mi „Haczyk” o poruczniku zawodowym Aleksan­drze Białasie, który służył w okresie przedwojennym w 7 pp. Legionów w Chełmie i walczył we wrześniu 1939 roku w 3 DP Legionów stacjonującej w Zamościu Aleksander Białas powrócił z wojny całkowicie załamany i rozchorował się widocznie na rozstrój nerwowy. Dziwnie się przy tym zachowywał. Zapuścił brodę, ukrywał się przed ludźmi, korzystając z piwnicy w gospodarstwie ojca. Nie było mowy o żadnym wprowadzeniu go do konspiracji. Dla ludzi, którzy Go znali i na jego kwalifikacje liczyli była, to bardzo smutna wiadomość, gdyż oficerowie zawodowi byłej polskiej armii byli szczególnie potrzebni, przy szkoleniu młodzieży w wieku poborowym, zwłaszcza w zakresie szkół podoficerskich i w tajnych podchorążówkach.                                                                                Wśród ludzi, którzy zmienili przynależność organizacyjną odchodząc z ZWZ był jeden
z pierwszych organizatorów Antoni Bryła, podchorąży rezerwy WP, prawnik, który jako „Tom” przeszedł do działalności polityczno – administracyjnej i w niej już pozostał do wyzwolenia. Podobnie postąpił plutonowy zawodowy WP – Olik Władysław, który działał po zmianie nazwy „Chłostra” na Bataliony Chłopskie w oddziałach taktycznych i przy scaleniu powróci w szeregi AK – Armia Krajowa. W tym właśnie okresie przechodzenia ludzi czujących się ludowcami do powstającej swojej organizacji z „pańsko-sanacyjnego wojska” nie mogłem sobie wytłumaczyć za nic przyczyn tego postępowania i z pewną pogardą patrzyłem na tą inteligencję chłopską.

Zrozumiałem to w następnych latach okupacji i w okresie powojennym, ale na to potrzebny był długi czas, a rozpocząłem go już w Armii Krajowej po zmianie nazwy ZWZ, w szeregach Kedywu na odcinku działalności w zakresie rozpoznania tzw. „inne organizacje”.  W tym czasie jeszcze nie wiedziałem, że los mnie zwiąże z działalnością Batalionów Chłopskich i będę musiał rzetelnie oceniać ich stosunek do Armii Krajowej, ich zamiary i powiązania z PPR, coraz ściślejsze powiązania w działaniu na rzecz budowania tzw. „władzy ludowej”, a nadchodziły lata nikczemnego postępowania, bezczelnego wypierania się prawdy, a często nawet zdrady. Odchodzili nawet z zakłamanymi klepsydrami zawiadamiającymi o zgonie, jako wysocy stopniem oficerowie BCH, dyrektorzy i inni tzw. utrwalacze władzy ludowej.

Wśród pierwszych przekazanych mi materiałów o powstającym chłopskim wojsku, jak formację BCH określał ludowy działacz w rządzie gen. Sikorskiego Stanisław Mikołajczyk, o trzymałem treść przysięgi, z której wiele wyczytałem, a to jej słowa:

-„W obliczu wiekuistości minionych pokoleń ojców i praojców, w obliczu nieśmiertelnego ducha Ojczyzny mojej Polski, w obliczu zakutego w kajdany niewoli narodu polskiego- postanawiam i ślubuję w swym sumieniu człowieczym i obywatelskim, że na każdym miejscu i we wszystkich okolicznościach walczyć będę z najeźdźcą o przywrócenie całkowitej wolności narodu polskiego i niepodległości państwowej Polski. Do walki tej staję świadomie i dobrowolnie w bojowych w szeregach BCH, kierowanych przez znaną mi organizację ideowo-polityczną, zmierzającą do sprawiedliwości Polski Ludowej – na chrześcijańskich zasadach demokracji opartej. Na tej drodze walki wszelkie zalecenia i rozkazy wykonywać będę rzetelnie i karnie. Powierzonych mi tajemnic nie ujawnię przed nikim, nawet przed najbliższymi osobami. W wykonaniu rozkazów oraz w zachowaniu powierzonych mi tajemnic nie powstrzyma mnie nawet groza utraty życia. Stojąc w szeregach BCH- do szeregów żadnej inne j organizacji ideowo-politycznej nie wejdę i w żadnym wypadku z Szeregów BCH samowolnie nie wystą­pię. Przyrzeczenie to składam i ślubuję dotrzymać-tak mi dopomóż Bóg”.

Czytając tą przysięgę wyraźnie spotykam się z określeniem przyszłej państwowości, jako „Polski Ludowej”, a więc władza w ręce ludu. Nie znam jeszcze treści przysięgi powstających ugrupowań organizowanych przez byłych komunistów, a tam słowo „lud” występuje na każdym kroku.   Przysięgę BCH mogę obecnie porównać tylko ze składaną przysięgą przeze mnie w dniu 26 grudnia 1939 roku wstępując do Związku Walki Zbrojnej. Konspiratorzy -żołnierze wstępujący do ZWZ przysięgają posłuszeństwo Prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej i wykonywanie rozkazów Wodza Naczelnego, a więc występuje ciągłość istnienia państwa, służby w Wojsku Polskim, jako obowiązek każdego-obywatela. Nie szukamy zakuci w kajdany nie­woli, tak samo jak ludowcy, do nadania nowej nazwy Ojczyźnie, do której oswobodzenia droga bardzo się wydłużyła. Nie znamy określenia „Polska Ludowa”, ale stanęliśmy do walki o wolną, suwerenną, niepodległą Rzeczypospolitą Polską. Bezwzględne posłuszeństwo przysięgamy natomiast wyznaczonym przez Rzeczypospolitą naszym dowódcom. Nie wchodzimy w żadne układziki czy układy roz­politykowanych stron.

Koledzy, teraz okazało się nagle, że „ludowcy”, będą wykonywać rozkazy znanej im organizacji ideowo-politycznej zmierzającej do sprawiedliwoś­ci „Polski Ludowej”, na chrześcijańskich zasadach demokracji-opartej”. Przysięgają jednocześnie, że:- „w żadnym wypadku z szeregów BCH samowolnie nie wystąpią”, a jak wielu z nich potraktowało przysięgę składaną na wier­ność Prezydentowi Rzeczypospolitej i jak to wygląda w świetle podkreślanych „zasad chrześcijańskich”.

W tym porównaniu składanych sobie różnych treści przysięgi, moje odczucia przewidywały zbliżający się trudny okres w przyszłości naszego narodu, któremu będzie w przyświecało w pierwszej kolejności przejęcie władzy, a nie dobro narodu czy później zakłamanego określenia „ludu”.                                                                                                          W rządzie emigracyjnym, któremu przewodzi gen. Wł. Sikorski znajdują się przedstawiciele różnych ugrupowań – bez komunistów, organizuje się i walczy wojsko Polskie – apolityczne, a tutaj w kraju, rozpoczyna się tzw. „sobiepaństwo”. Powstaje coraz więcej ugrupowań o różnym zabarwieniu i każde orga­nizuje własne wojsko, nazwijmy to bojówki, które w przyszłości, a ją za­gwarantować przynajmniej właściwe miejsce we władzy. Teraz staje się rzecz najważniejsza, kto i komu da w ręce broń i skieruje ją, przeciw komu?.  Na pewno rozwiązanie tego zagadnienia dadzą nam następne lata nie tylko okupacji, a formowania się po „wyzwoleniu” nowej władzy przy, kolaboranckim zdaniu się na sąsiada z za Bugu.

Trudno, ale przyznaję się, że politycznie nie miałem żadnego rozpoznania, ani przygotowania i będę dopiero stopniowo w te sprawy wchodził ze wzglę­du na otrzymane w tym zakresie zadania konspiracyjne.

Przed wojną zarówno hitlerowską V kolumnę jak i „jaczejki” komunistyczne zwane KPP traktowałem na równi, jeżeli chodzi o tereny, gdzie pracował przemysł zbrojeniowy. Jedni działali na rzecz hitlerowców, drudzy na rzecz bolszewików, równocześnie działali na rzecz szkodzenia Polsce. Po wypadkach 1939 r. okazało się, że miałem rację.

Wieś na Zamojszczyźnie już przez cały wrzesień odczuwa stopniowy nacisk okupanta na terminowe dostawy -kontyngentowe, a w stosunku do opornych do­prowadzając do aresztowań. Wymuszanie dostaw kontyngentowych będzie się nasilało przez całą jesień.

Opornych kieruje się do obozów prący, gdzie dotychczas przetrzymywano Żydów. Jaki obóz najbliżej nas położony istnieje w lasach janowskich we wsi Bukowa, a zorganizowany został jeszcze w miesiącu maju, w którym Żydzi i osadzeni tam aresztowani, chłopi, zatrudniani są przy melioracji terenu i regulacji o tej samej nazwie, co wieś rzeki. Zatrzymani i przebywający w tym obozie ludzie podlegają, jak określają znający tą sytuację, okropnym warunkom braku żywności, podstawowych norm sanitarnych oraz bytowych, przy jednoczesnej ciężkiej pracy.

Zaskoczeniem w prasie jest jawne podawanie komunikatów o bombardowaniu przez lotnictwo brytyjskie Berlina, Hamburga, Bremy. Ataki stopniowo się nasilają, a lotników angielskich nazwa się piratami nocnymi, bandytami dokonującymi zbrodni berlińskiej, itd.

Przykre wiadomości i wymagające potępienia czytamy o zachowaniu się na­szych Górali, narodowości znanej z pięknego folkloru, kultury ludowej od dawnych lat związanej z historią narodową Polski. Górale zawsze mieli swój znaczny udział w obronie ojczyzny, a ostatnio potwierdziły to w wojnie obronnej dywizje górskie strzelców podhalańskich. Pierwsi podjęli również walkę z Niemcami poza granicami kraju i znaleźli się aż w Norwegii, jako Samodzielna Brygada Strzelców Podhalańskich.

Zaczęło się od wielkiego szumu propagandy okupanta i zdjęć w prasie gadzinowej Krakowa.

W dniu imienin Hitlera 20 kwietnia gubernator Frank przyjął na Wawelu delegację Górali, a przywódca tej społeczności w swoim przemówieniu wyraził radość i wdzięczność „za wyzwolenie ich przez Niemców z polskiej niewoli”. Padło określenie ludzi z jego regionu, jako „Goralenvolk”, a młodzież rozpoczęła działalność, której skutkiem było utworzenie „Góralskiego Haimatdienstu”, który Niemcy skierowali do prowadzenia robót drogowych i melioracyjnych w powiecie nowotarskim.

Jak to określano szumnie „Góralska służba”, tworzy grupy robocze w Zakopa­nym i Czarnym   Dunajcu. Przoduje w tym wszystkim Zakopane, gdzie spotykają się rodziny dzieci szkolnych, mężnego, a ciemiężonego dawniej narodu Górali Ukraińcy nie pozostają w tyle, jako drugi „naród wybrany” i za Góralami tworzą również „Ukraiński Haimatdienst”..

Jeżeli już mowa o narodzie ukraińskim, to należy podkreślić, że Niemcy szczególnie działają na poróżnienie go z Polakami, a dokonują to m. innymi przez tzw. hołubienie wybranych jednostek obsadzając nimi stanowiska w urzędach, gminach, w ogóle w samorządzie terytorialnym.

Gubernator Frank organizuje 24 września przy wielkim nagłośnieniu również przez prasę gadzinową, audiencję z metropolitą Dionizym, którego uroczyś­cie zatwierdza, jako metropolitę kościoła prawosławnego w gubernatorstwie. Obecni są przy tym przedstawiciele Ukraińców z prof. Kubijowiczem i bisku­pem chełmskim -Obibijenko, który, jako pierwszy Ukrainiec zos­taje biskupem kościoła prawosławnego. Ogłoszono również, że Kościół prawo­sławny w GG podzielony będzie na 3 diecezje: ukraińsko-rosyjską, jako -warszawsko-radomską, ukraińsko: chełmsko-podlaską i ukraińską: krakowsko -lwow­ską z własnymi biskupami narodowości ukraińskiej.

Tutaj rzuca się w oczy obejmowanie wpływami wyznaniowymi terenów lwows­kich, a to przecież obszar Sowietów, dozgonnego i wiernego przyjaciela Rzeszy.

Jeżdżący do Warszawy za handlem dalej potwierdzają o trwających potwor­nych w rozmiarach zbrodniach, stosowanych w śledztwie torturach, prowadzo­nych stałych aresztowaniach i przepełnionych więzieniach. Nieustanną falę aresztowań przedzielają łapanki uliczne, a organizowane transporty kierowane są do Oświęcimia, albo na egzekucje do Palmir.

Dowiadujemy się również, że na przełomie dni 20-21 czerwca rozstrzelano w Palmirach 358 osób, a między innymi znanych działaczy społecznych, polity­cznych, wyższych urzędników okresu przedwojennego, nawet znanych sportow­ców nie tylko w Polsce, ale i na świecie.

Wśród zamordowanych we wspólnym dole znaleźli się: Maciej Rataj-wybitny polityk ludowy i długoletni marszałek Sejmu RP. Mieczysław Niedziałkowski działacz socjalistyczny, redaktor naczelny dziennika „Robotnik”. Znany nam, jeszcze chłopcom Janusz Kusociński-lekkoatleta, zdobywca zło­tego medalu w biegu na 10 km. podczas Z Olimpiady w Los Angeles w 1932 r. Olimpijczycy i sportowcy: Feliks Zuber, Tomasz Stankiewicz. Deptano laury sportowe, wyróżnienia i uznanie międzynarodowe.

W każdym następnym miesiącu tracono w tym samym miejscu setki aresztowanych mieszkańców Warszawy, o czym będą nadchodziły wiadomości z różnych źródeł.

2 października 1940 r. stało się faktem to, czego od dłuższego czasu oba­wiała się społeczność żydowska zamieszkująca Warszawę. Utworzona została zamknięta dzielnica Żydowska „Getto”.

Późną jesienią po oddaniu kontyngentów zaczyna się wkradać do małorolnych i na piaskach żyjących chłopów nieustępliwa bieda, nie mówiąc już o gnieżdżącej się w różnych zakamarkach, a trzymającej się kurczowo Frampola ludności żydowskiej. Trudne warunki mieszkaniowe, niedostatki w żywieniu, katastrofalne warunki sanitarne przyczyniają się do powstawania i rozsze­rzania epidemii tyfusu. Odnotowujemy takie wypadki po wsiach, a nawet dotk­nęły one mieszkańców Frampola.

Wielkie niebezpieczeństwo gorsze od epidemii tyfusu zaczyna grozić całemu społeczeństwu poprzez szerzące w zastraszający sposób pijaństwo. Ludzie nie zdają sobie sprawy z faktu, że leży to w interesie okupanta, który wszelkiego rodzaju premiowania realizuje w postaci wódki, którą wszyscy nazywają już „kontyngentówką”. Dopływ alkoholu na rynek wspomagają powstające jak grzyby po deszczu bimbrownie produkujące samogon nazywany bimbrem.

W zmyślnie urządzonych kryjówkach zarówno w gospodarstwach wiejskich, czy miejskich pędzi się samogon-bimber z różnego rodzaju przygotowywanego „zacieru” jak: mąka-zboże, buraki, cukier, cebula a nawet owoce. Przyjmują się nazwy gatunkowe jak: buraczanka, cukrówka, jabłkowy i inne. Uzyskiwanie wysokoprocentowego i klarownego samogonu uzależnione jest od posiadanych urządzeń i sposobu produkcji. Nie wszystkim jednak to się udaje. Po wszelkiego rodzaju potajemnych knajpkach i inaczej nazywanych „spelu­nach”, albo „melinach”, których prowadzenie, chociaż niebezpieczne, pomaga w trudnym okresie życia, piją ludzie przeważnie często przypalany w czasie pędzenia bimber zwany „buraczanką” rezygnując z droższej kontyngentówki, okreś­lanej gatunkowo od naklejek na butelkach z czerwoną kartką albo niebieską.

Dni jarmarczne-poniedziałkowe są okazją do odwiedzenia zwyczajem przedwo­jennym wszelkiego rodzaju knajpek poza właściwymi restauracjami. Bimbrownicy najczęściej dostarczają swój produkt w bańkach na mleko, nie bawiąc się w jakieś butelkowanie, bo i takich brak. W butelkach natomiast podawany jest w odwiedzanym lokalu, resztę regulują szklanki tzw. musztardówki, albo zwyczajnie małe kufle na piwo. Pije się rozlewny samogon do szklanek pod tzw. „sztachetki” wyciśnięte od dołu szklanki do połowy piono­we kreski, zagryzając często swojej roboty chlebem, kotletem pokrojonym w plasterki, a nawet kiełbasą nielegalnie produkowaną, jak bimber. W przepełnionych restauracjach podczas jarmarku, gdzie występuje kontygentówka, można dostać piwo beczkowe przeważnie „Zwierzynieckie”, a zakąski również na gorąco: jak żeberka, mięso wieprzowe wszystko to gotowane, pie­czoną kaszankę, boczek i kiełbasę.

Charakterystycznym objawem pijącym, ale również bardzo niebezpiecznym, jest tzw. upijanie się na „patriotycznie”. Rozglądając się wokoło, czy nie ma kogoś obcego, nieznajomego, pito pod nazwy bombardowanych miast niemieckich, a później włoskich, pod zatopione okręty, zdobyte miasta na linii frontu i tak będzie do samego końca z tymi toastami pod sukcesy sojuszników. Podochoceni trunkiem początkowo pod nosem, a potem głośniej zaczynano śpiewać nazwijmy to hymn poświęcony bimbrowi pod melodię przedwojennej „Rosa munda”.

„My młodzi, my młodzi, nam bimber nie zaszkodzi, więc pijmy go szklankami, my z wami, wy z nami”, i tak często powtarzając tą treść bez pijackiego końca proszeniem do wychylenia kolejki, były teraz mocne również słowa: nasze stare, ze stuknięcie w szklankę kumpla: „zdrowie”, niemieckie „’prosit”, a cwaniackie „szulim”.

Następną groźną plagą okupacyjną, która zaczyna przerażać społeczeństwo są rozpowszechniane wiadomości na progu rozpoczynającej się zimy i zbliżających się świąt o powrocie fali bandytyzmu.

Długie wieczory, ciemne słotne noce sprzyjają napadom rabunkowym ‚i przypadkom mrożącym jak określano „krew w żyłach” wyczynów zwykłych bandziorów, kończących się gwałceniem ko­biet i dziewczyn i nawet morderstwami osób stających w obronie swoich najbliższych albo długoletniego dorobku życiowego.

Najbardziej tragicznym w tym wszystkim jest fakt, że bandyci na swoje nik­czemne eskapady ubrani są w przedwojenne mundury WP, pozostawione na wsiach podczas rozbrajania się jednostek. Są, również wypadki, że występują ubrani w mundury oficerskie, uzbrojeni w broń krótką, karabiny, granaty, a nawet broń maszynową piechoty -ręczne karabiny maszynowe.

Szukający nasi ludzie w terenie zarówno miejsc pozyskania broni, jak i opo­rządzenia wojskowego, otrzymują dodatkowe zadania zbierania wiadomości o ewentualnych osobach, które zdaniem mieszkańców mają jakieś podejrzane kontakty wymagające rozpoznania. Ciekawe w tym wszystkim jest zachowanie zarówno Niemców jak i policji gra­natowej, które nie wykazują specjalnego zainteresowania tym problemem. Musieliśmy to upodlenie ludzkie występujące w różnych środowiskach i for­mach trudnych do wykrycia przez całą okupację rozwiązywać sami, gdyż często, przynosiła ujmę szlachetnemu czynowi konspiracyjnemu.

Przypadający 1 listopada „Dzień Zmarłych” obchodziliśmy podczas okupacji już drugi raz. Skromnymi światłami, gałązkami zieleni wspominaliśmy w gonie rodzinnym naszych zmarłych z wielką niepewnością patrząc w przyszłość. Nie zapomniano o przystrojeniu grobów żołnierzy, którzy na zawsze spoczęli na naszym cmentarzu.

W wielu domach jak długie okupowane tereny dawnej Polski brak już najbliż­szych, począwszy od wywiezionych na przymusowe roboty do Niemiec, ginących w dalekich śniegach Syberii osadzonych w więzieniach, katowniach, obozach koncentracyjnych i łagrach, rozstrzelanych i zamordowanych w nieznanych miejscach straceń.

W prasie gadzinowej hańbiąca nas wiadomość, a to podsumowuje się akcję wydanych
w Warszawie legitymacji Volksdeutschom po udokumentowaniu pocho­dzenia niemieckiego i zadeklarowania lojalności. Podano między innymi, że na złożoną ilość 7900 wniosków, uznano i wystawiono 4128 legitymacji.  Margines i wszelkiego rodzaju męty społeczne wymierzają nam w oczach oku­panta i walczącego z przemocą, świata, policzek, za który wielu zdrajców na­rodu zapłaci głowa, a nazwiska pozostaną w historii, jako ostrzeżenie. Teraz dopiero widzimy, z kim żyliśmy, mieszkaliśmy i dzieliliśmy się ostatnią może kromką chleba. Nie wiedzieliśmy, ale taką akcję prowadzili Niemcy i dalej będą prowadzić w całym GG.

Jak było i na naszym terenie Zamojszczyzny, gdzie również werbowano i nakłaniano do podpisywania list przynależności do narodu niemieckiego. W wyniku tej akcji werbowania na Volksdeutschów zgłosiło swą przynależność 1201 osób i to samych, tylko mieszkańców miasta Zamościa. Wśród deklarują­cych znaleźli się i to jest najsmutniejsze, ludzie ze środowiska inteligen­cji, a wśród nich: lekarze i aptekarze, a więc ludzie znani w mieście.  W wyniku tego „gęsiego biegu”, może ze strachu przed terrorem, aresztowaniem, wysiedleniem, wielu ludzi straciło na zawsze wszystko to, co wypracowali przez całe życie wspólnie w jednej ojczyźnie, zdradzając w najmodniejszym okresie tych, z którymi rośli, uczyli się, a nawet walczyli w jednym szeregu w obronie jej niepodległości. Nie wyszła jednak Niemcom sprawa zorganizowana w Zamościu „Szturmówki Zamojskiej”, gdyż zgłosiło się zaledwie 56 osób z pośród zwerbowanych na Volksdeutschów.

Zakończono przed zimą odcinek budowy drogi bitej Frampol-Janów Lub. Jak już podawałem przy budowie był- zatrudniony Bolesław Wójcik, który dok­ładnie informował nas o wydarzeniach tam zachodzących. Przekazał nam również o premiowaniu w każdą sobotę za utrzymywanie tempa budowy wszystkich pracowników wódką. Nadzorujący Niemcy przynosili w wiadrach ze studni wodę, a następnie wsypywali jakiś proszek i po dokładnym wymieszaniu, a następnie wsypywali jakiś proszek i po dokładnym wymieszaniu rozlewali gotową wódkę w szklanki w/g opowiadania Bolka wódka pita przez z niego z tych wiader nie odbiegała smakiem i mocą od zwykłej „kontyngentówki”.

Droga po zakończeniu, została oddana i udostępniona do ruchu kołowego z wszystkiego rodzaju mostkami przepustowymi na całej trasie do Janowa Lub. z mostem na małej rzeczce w Krzemieniu, która groźnie wzbierała w czasie wiosennych roztopów lub nagłych wiosennych i letnich ulewnych burz.

Dzięki, wybudowaniu tej drogi uzyskaliśmy połączenie przez Janów z Kraśnikiem, skąd dalej w kierunku Lublina, albo do Annopola, gdzie odbudowano i oddane we wrześniu most przez Wisłę. Niemcy usprawnili w ciągu tego roku cały ciąg trasy, którą w okresie wojny we wrześniu 1939 roku przemieszczały się od Wisły na wschód jednostki wojska polskiego i postępował za nimi Wermacht.

Śledzimy z uwagą podawane nazwy miejscowości, wokół których toczą się walki i opuszczanie coraz większych terenów przez Włochów. Jak zwykle po takich wiadomościach ojciec „Pająka” odczytuje nam z encyklopedii dokładne dane o miejscowościach i terenie gdzie przebiegają walki.
W miejscowych knajpkach i na spotkaniach w domach, wychylano już starym zwyczajem, toasty rozlewane bimberkiem czy kontyngentówką w szklanki i ściśle po „sztachetki” ze słowami:?. No to cyk pod „Bardię”, czy Sidi Barrani, L Sollum itd. Stawała się już okazja każdego dnia, jak się określało, ażeby „walnąć” kielicha pod jakieś nowo zdobyte miasto we Włoszech, Albanii, Afryce, czy też zbombardowane miasto Niemieckie. Wojna stawała się bezwzględna, bez żadnych sentymentów i współczucia.

Drugie święta Bożego Narodzenia pod okupacją skromne, ale pierwsza zapalająca się gwiazda przed wieczerzą wigilijną przynosi nam swoim miganiem na mroźnym niebie, jak gdyby sygnały wielkich zmian na całej arenie zmagań wojennych w przyszłym nadchodzącym roku.

Na gwiazdkę w prezencie Niemcy wprowadzili zakaz jeżdżenia koleją w całej GG dla Polaków od dnia 3 grudnia 1940 r. do 2 stycznia 1941 r. Odcięto doty­chczasową możliwość dostarczenia żywności do miast, a szczególnie Warszawy.  Handel mięsem i słoniną staje się w tym czasie coraz bardziej niebezpieczny, gdyż przy wykryciu grozi więzieniem, a nawet obozem koncentracyjnym.

My tutaj wśród lasów przy zasypanych śniegiem drogach dotrzymujemy tradycji świąt, przy jednak występujących trudnościach. Są również nawet, tradycyjne potrawy, a nawet skromniejsze ciasta. W wieczór wigilijny w wielu domach zapłonęły choinki, a z blaskiem lamp naftowych albo modnych już karbidówek -wynalazku wojennego oświetlających mieszkania, na zaśnieżone ścieżki przedeptanych ulic przenikać będzie melodia odwiecznych „Polskich Kolęd”. Pasterka jest odprawiana tak jak w ubiegłym roku, w godzinach rannych pierwszego dnia świąt. W szkole powszechnej zamienione już na koszary i w dobudowanych wokoło barakach stacjonuje jednostka artylerii przeciw­pancernej szkolącego się młodego rocznika Niemców. Nie tak już wielu, jak rok temu Niemców przychodzi do polskich domów.

Na przestrzeni mijającego roku część spalonych domów została odbudowana, ale więcej, widoczne jest wśród społeczności żydowskiej. Przeważają domki z czerwonej cegły.          W rynku pobudowała się strona północna od ul. Gorajskiej do ul.3-go Maja, w tym sklep spożywczy i mieszkanie Andrzeja Oszusta „Jędryka” i piekarnia Franciszka Miazgi – „Walkowego”. P. Miecio Maciurzyński pokrył dach swojej kamienicy i na panterze wyremontował dla siebie dawne pomie­szczenie mieszkalne. Odbudował drewniany dom na miejscu spalonego starego w części południowej rynku Żyd – Gerszon.

Od rogu ul. Biłgorajskiej i rynku w kierunku wschodnim wybudowano trzy murowane parterowe domy, a to, sklep „Społem”, następnie rodzina po Paulinie Jasińskim dom, w którym urządzono restaurację i pomieszczenia mieszkalne na zapleczu. Do ich wschodniej ściany dobudował dwa pomieszczenia, pokój z kuchnią Jan Osiej.

Po stronie wschodniej rynku od wylotu ul. Gorajskiej do ul. Szczebrzeskiej wybudowano cały ciąg pomieszczeń biurowo-magazynowych dla Oddziału Hurtowni Rolniczo -Handlowej-Kreisgenossenschaft.                                                                                                        Na prawym ciągu posesji ulicy Szkolnej, od ul. Gorajskiej do 3-go Maja również Żydzi odbudowują szereg domów mieszkal­nych. Tutaj również budowana jest mleczarnia, a więc zlewnia mleka i wyrób masła, śmietany oraz żółtych serów z przekazywaniem dla Niemców.

Na ulicy Stolarskiej od Cmentarnej i Butlerowskiej do ul. Janowskiej budu­ją się: Mydlak, Krawczykiewicz, Miazga Jan „Rachwałek”, Karczmarzyk Hieronim, wdowa p. Walentyna Krawczykiewicz, matka Fruzi, Miazga –„Chołpa” i duży pięt­rowy dom Józefa Tarki. W domu tym znajdzie pomieszczenie poczta na parterze, na piętrze mieszkanie naczelnika i rodziny właściciela.

Na ulicy Janowskiej róg ul. Wesołej wybudował duży do drewniany Jan Dziuba były wójt Frampola i właściciel restauracji w rynku, jeszcze w okresie przedwojennym. W pomieszczeniu największym od ul. Janowskiej urządził resta­urację, pozostałe wykorzystując na mieszkalne. Przy plebanii również odbudowane zostały budynki gospodarcze, ale w innym układzie, jak te spalone, gdyż bardziej wysunięte na północ poza ogrodem. Pozostały również wybudo­wane domy przez rodziny żydowskie na posesjach pomiędzy ulicami Radzięcką a Targową, przy ul. Biłgorajskiej, Nowej i Przemysłowej. Odremontowano dom rodziny Bolesława Wąska, który od początku stał się ważnym punktem w na­szej działalności grupy młodzieży. Starałem się odtworzyć stan budowy w tym okresie, jaki mi pozostał w pamięci.

Powracając do wieczoru – wigilijnego znów mamy sygnały, że na wsiach jest ukrywana broń i to w stanie użytkowym, czego dowodem były strzały seryjne z broni ma­szynowej oraz wybuchy granatów po tzw. „postniku” oddawane starym zwyczajem na wiwat. Było to piękne i budujące nas, ale równie, wśród ludzi konspiracji, odczuwalny był wewnętrzny żal, że niszczy się amunicję i granaty dla celów tylko tradycji, a nie zabezpiecza na czekającą nas na pewno rozprawę z okupantem przy rozliczeniu z nim popełnionych na narodzie zbrodni.

Święta i w obecnym okresie spędzamy wśród najbliższych znajomych i nawet korzystamy ze spacerów, gdyż wojsko nie zwraca uwagi na ludność miejscową i nie stanowi jakiegoś zagrożenia.

Spotykamy ich, a szczególnie podoficerów, udających się po dziennych zajęciach do miejscowych restauracji, tych o lepszym standardzie, jak pp. Dziuby czy Jasińskich, gdzie lubią sobie dobrze popić no i zrozumiałe pojeść „szpeku”.

Kończy się rok, a więc i pora na podsumowanie wydarzeń pełnych tragizmu, osobistych nieszczęść, niedostatku, ale również tych pocieszających, że walka z Niemcami rozszerza się już na inne części nawet świata, że rozwija się ponosząc ciężkie straty ruch oporu, który będzie przechodził ze stanu orga­nizacyjnego do bezpośredniej walki z okupantem.

„Gadzinówka” podaje o osiągnięciach okupanta w GG. Czytamy w niej, że w ra­mach kontyngentów ściągnięto tylko samego zboża w ilości 370 tyś. ton.  My odczuwamy to inaczej, bo Polak jednak dostaje 1400 g., a jego dzieci do 10 lat po 700 g. chleba na tydzień zgodnie z wydawaną kartką żywnościową na każdy miesiąc.

Wieś znosi wielkie obciążenie również w obowiązkowych dostawach mleka, żyw­ca i innych artykułów żywnościowych. Musi, jeżeli posiada konie, świadczyć tzw. „szarwarkowe”, 3 razy w tygodniu dla wszelkich robót prowadzonych przez okupanta.

Podkreśla się w osiągnięciach GG, przeprowadzoną kampanię cukrowniczą, podczas której uzyskano o 30% więcej cukru, jak w roku ubiegłym, a oto porównanie w latach: 1939 r.-70 tyś. ton, 1940 r.

-90 tyś. ton. Podano również o tym tragicznym kontyngencie, którego „ochotniczy zaciąg” coraz bardziej się zmniejsza, a Polaków traktuje się, jako „podludzi – niewolników”.

Z niemiecką precyzją i dokładnością liczenia, co do sztuki, podano, że na roboty przymusowe do Niemiec w 1940 r. wyjechało-wywieziono – 46013 robotni­ków.

A jak wyglądał ten bilans zbrodni ukrywany przed światem, obu zbrodniarzy XX wieku.

Sowieci:

Próby często udane rozbicia powstającego ruchu oporu i osadzenie jego członków-żołnierzy w więzieniach i łagrach i wywiezienie w trzech masowych deportacjach tysiące ludzi całymi rodzinami na daleki wschód i Sybe­rię. Zrabowanie całego majątku pozostawianego przez wywożonych. Wcielanie Polaków z roczników- poborowych do wojska sowieckiego.

Niemcy:

Realizowanie zaplanowanego systemu niszczenie inteligencji polskiej celem zapobieżenia powstającego ruchu działalności konspiracyjnej, zmierzającego do odzyskania niepodległości. Aresztowania, tortury, egzekucje, transporty do obozów koncentracyjnych w Rzeszy,
a następnie takich samych miejsc ludobójstwa powstających na terenie GG- jak zorganizowany obóz koncentracyjny Oświęcim – Auschwitz. Cały kraj pokryto posterunkami sił bez­pieczeństwa: gestapo, żandarmerii, polskiej policji granatowe jak i ukrai­ńskiej.  Każdy z tych punktów terroru organizował wszelkiego rodzaju areszty wiezienia, kazamaty tortur. U bezwzględny sposób zabierano się do eksterminacji ludności żydowskiej poprzez obozy pracy, pierwsze zorganizowanie gett -dzielnic ściśle zamkniętych oddzielających Żydów od ludności aryjskiej. Wprowadzono oznakowanie ludności żydowskiej pozbawiając ją możliwości poruszania się poza miejscem zamieszkania, stworzono trudne do określenia nędzne warunki zaopatrzenia
w żywność. Terror, praca ponad siły, głód, zmierzały do wyniszczenia tego narodu
z rzeczywiście pierwsze objawy tego, co miało nastąpić zgodnie z planami niemieckimi.

Na poczynania okupanta Polacy odpowiedzieli szerokim konspiracyjnym ruchem oporu
w powstających ponad 200 organizacjach politycznych i wojskowych, organizowano całą sieć podsłuchów radiowych, a w oparciu o uzyskane wiado­mości wydawano pierwsze biuletyny, a następnie normalną w druku prasę kon­spiracyjną. Kurierzy i łącznicy przemierzali cały dawny teren Polski, dostarczając, jak potocznie nazywano „tajną gazetkę” do najodleglejszych miejsc począwszy od miast, miasteczek, a skończywszy na wioskach zaszytych w lasach. Kiedy jedni bojownicy wpadli w ręce wroga, następni stawali w szeregu na ich miejsce. Ojców zastępowały matki, mężów— żony, braci-siostry, wszyscy gotowi ponieść najwyższe ofiary na ołtarzu wolności i niepodległości Polski. W tym pierwszym roku patriotycznego zrywu społeczeństwa wróg zewnętrzny jeszcze nie zdążył zapuścić swoje macki propagandowej obłudy, nie obiecywał władzy, nie wymyślał sposobu wzajemnego opluwania się, przez różnych pogląda­ch, nie zdążył przygotować emisariuszy zdrady i kolaboranctwa. Nawiązana została w obu kierunkach łączność z legalnymi władzami polskimi na emigracji Prezydentem, Rządem jego Premierem
i Naczelnym Wodzem WP. W noc sylwestrową żegnając 1940 r. i witając ten nieznany 1941 skupieni wokół swoich najbliższych, życzyliśmy sobie przetrwania i doczekania wolności, jaka bezwątpienia nastąpi.

[1] Drewniane naczynie zastępujące miednicę.

[2] Nauka odbywała się w domach Miazgi dama, Krawczyka Jana, Maciurzyńskiego Stanisław i Oszusta Jana –Nierody. Wszystkie domy przy ulicy Targowej. wg informacji Stefanii Krawczyk. W tajnym nauczaniu brały udział wg niej Maria Wilga, Maria Mazurek, Chojacki.

Frampol 1940 -początki konspiracji

Jerzy Czerwiński

Frampol w roku 1940 – początki konspiracji.

Ponownie muszę powrócić do dnia wielkiego pożaru Frampola w dniu 13 wrzenia 1939 r. Jak już pisałem spaliła się wtedy dzwonnica, trzy tam znajdujące się dzwony spadły na ziemię i leżały wśród spaleniska. Były to trzy dzwony nazywane przez parafian: „mały”, „średni”, „duży-wielki” oraz stojący w rogu dzwon stary z dawnego pierwszego kościoła już popękany dzwon odpowiadający wielkością, tzw. „dużemu”.

Kopia Kopia IMG_0006

Kiedy przewaliły się przez Frampol wojska niemieckie i sowieckie, w tzw. krótkim okresie bezpańskim, ojciec mój mając w pamięci czasy I wojny Światowej, kiedy Niemcy zabierali dzwony na potrzeby, wojenne do przetopu, zaproponował członkom rady kościelnej, ludziom zaufanym, ich ukrycie.

Na zewnątrz ogrodzenia placu kościelnego, od strony wschodniej i na wysokości starej lipy, wykopano dół i zakopano trzy nieuszkodzone dzwony, pozostawiając stary popękany, jako dowód, że dzwony zostały podczas bombardowania i pożaru zniszczone. Mieszkańcy tak byli zajęci w tym czasie wspólnym nieszczęś­ciem, że nie zwracali uwagi na sprawę dzwonów.

Kiedy późną jesienią zaczęły krążyć wiadomości, że Niemcy noszą się z zamiarem zbierania materiałów kolorowych: brązu, mosiądzu, srebra i podobnych, oraz pochodnych z nich urządzeń i przedmiotów, ksiądz proboszcz rozpoczął atakowanie wszystkich tych, którzy przyczyni się do ukrycia dzwonów, żądając ich wykopania.

Najwięcej dostawało się ojcu, któremu zarzucało się głośno i każdego dnia, że naraża życie księdza proboszcza-miejscowego kapłana, kiedy nadeszły wiadomości o aresztowaniach księży, nie za dzwony, proboszcz Mieczysław Malawski, kazał spakować podręczne rzeczy do walizki, która stała zawsze go przy drzwiach do sypialni. Przestała tak do końca wojny. Mieszkaliśmy przez ścianę z pokojem księdza, ojciec należał do tzw. służby kościelnej, inaczej to traktowali przewielebni księża…? i stale teraz wysłuchiwał przycinki bolejącej nad nieszczęściem gospodyni -Bronisławy, rozpowszechniane również wśród tzw. „babek kościelnych”, że jeśli księdza aresztują i zginie to przez wyłącznie tych, którzy zakopali dzwony, a organizatorem; sam organista. To rozpowiadanie nadchodzącej tragedii księdza padło na dobrą glebę, zataczało coraz większe kręgi i w końcu przestraszony do granic wy­trzymałości pasterz parafii, zażądał wykopania dzwonów. Kościelny-Stanisław Zalewa zorganizował grupę, która dzwony wykopała, oczyściła i ustawiła w miejscu widocznym pod chórem w kościele, gdzie oczekiwały na rozkaz dostarczenia do powiatu. Dzwony jednak przy zgorszeniu wielu mieszkańców stały w tym miejsc przez wiele miesięcy, aż w końcu Niemcy kazali je dostarczyć do Biłgoraja. Wszystko jedno pomimo takiego rwetesu wokół tej sprawy, do Biłgoraja pojechały rzeczywiście trzy dzwony, a to „mały”, „duży” i ten stary popękany „duży”, a „średni” został ponownie ukryty w pierwszej akcji konspiracyjnej. Do tego, jeszcze powrócę w dalszej części wspomnień.

zac582adunekdzwonc3b3wdowywc3b3zki2

Drugim „strasznym” wydarzeniem, narażającym proboszcza-ojca parafii na aresztowanie i śmierć było zaintonowanie przez organistę/i znowu przez ojca/, podczas pasterki, staropolskie j kolędy „Bóg się rodzi”, tale jak rozpoczynano w tym dniu obrzędy kościelne przez całe lata.
I wszystko było by dobrze, gdyby nie ostatnia zwrotka ze słowami:

-„Podnieś rękę Boże Dziecię błogosław Ojczyznę miłą.  W dobrych radach, w dobrym bycie, wspieraj jej siłę swą siłą. Dom nasz i majętność całą, I wszystkie wioski z miastami, A słowo ciałem się stało, I mieszkało między nami.”

I teraz, w pierwszą pasterkę okupacyjną, ze wszystkich piersi umęczonego przejściami wojny narodu, zgromadzonego w kościele, buchnęła pod sklepienie świątyni w wielu miejscach popękane od wybuchu bomby rozbijającej wieżę, pieśń kolędowa błagalna o błogosławieństwo Ojczyzny na pewno każdy śpiewając myśląc o Polsce/opiekę i przetrwanie.

Po spieczonych słońcem i wiatrem twarzach, rozmodlonych parafian, u wielu spływały łzy spowodowane utratą najbliższych, a u wielu całego dorobku ży­ciowego, żylaste spracowane ręce uzbrojone jeszcze tylko w różaniec rozmazywały je na płonącej twarzy i usuwały gromadzące się w oczach, ażeby nie stracić widoku narodzonego Jezusa przynoszącego pokój dla świata. Po nabożeństwie nowe piekło i gromy na głowę ojca, który bezmyślnie naraża osobę duchowną na aresztowanie, więzienie, obóz i śmierć.

I znowu zatroskana gospodyni p. Bronisława, otyłe do granic możliwości i rozpasane babsko, wylewa łzy wśród „zaufanych „proboszcza duszyczek przepowia­dając rychłe nieszczęście na plebanii. Przyszedł ojciec-winowajca- przyszłe­go nieszczęścia proboszcza, dzieląc się z nami treścią piekielnej rozmowy, jaką zawsze w takich wypadkach urządzał mu przełożony, a ojca uważał się za właściciela. W tym wszystkim dziwiło nas, że proboszcz, wieloletni nauczyciel w gimnazjum w Lublinie, dopuszcza do roztrząsanie tego rodzaju spraw osobie, której zadaniem jest sprzątanie, gotowanie, utrzymywanie inwentarza żywego w gospodarstwie plebanii. Tak już pozostało, że p. Bronisława, potocznie nazywana; „bronką”, była uchem i okiem i od niej zależało tworzenie sytuacji dobrej czy złej wokół proboszcza w okresie okupacji i toczącej się wojny, tak dobiegał końca pierwszy okres okupacji, pierwszym sylwestrem ze skrytymi życzeniami-przetrwania i wielką niewiadomą, co los nam zgotuje w następnym trudnym okresie niewoli.

Nowy Rok 1 stycznia 1940 wypadał w poniedziałek. Spadek temperatury i opady suchego śniegu zawiewane wiatrem robiły zaspy i drogi trudne dla prze­jazdów nie tylko na głównych drogach, ale w ogóle w terenie. Zapowiadała się mroźna zima.

W nasze i sytuacji zniszczonego Frampola, braku często podstawowej odzieży, właściwego obucia, trudności z opałem i życia w zagęszczonych gospodarstwach, które szczęśliwie uratowały się od zniszczenia, sprawa przetrwania nie zapowiadała się różowo.

Zawód, jaki mnie spotkał zachowaniem matki „Jaremy”, na pierwszym spotkaniu konspiracyjnym, skierował mole myśli w innym kierunku. W oparciu o złożoną przysięgę, która pozwalała mi na dalszą rozbudowę organizacji wśród miej­scowej młodzieży, przemyślałem i postanowiłem szukać chętnych do niej w środowisku byłych moich kolegów szkolnych podległych mi w drużynie harcerskiej. Terazprzed samą wojną widziałem już ich w Związku Strzeleckim i Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży Męskiej.

Obserwuję to środowisko i próbuję rozmawiać na temat obecnej sytuacji młodzieży i pierwszych miesięcy okupacji, ich zamiarów na przyszłość. Obserwuję reagowanie i zachowanie się młodych ludzi na dochodzące do nas wiadomość: groźne o aresztowaniach, więzieniach, obozach. Przechodzę lekko obok wiadomości o powstającym ruchu oporu, czy widzą swoje miejsce w walce o odzyskani niepodległości i walki z okupantem. Dzielę się z nimi z rozwojem sytuacji na zachodzie, w obozie aliantów oraz zbierających się Polaków we Francji, którzy uciekają z obozów internowania w Rumunii i na Węgrzech. Tworzenia Armii Polskiej na obczyźnie.

Kiedy rozpoznanie przynosi mi pozytywną ocenę osoby, z którą rozmawiam, podkreślam rolę młodzieży polskiej pod okupacją, obowiązek naszego udziału w tworzącej się konspiracji
i w takich jej szeregach, które będą odpowiadały naszym kierunkom myślenia, które otrzymaliśmy w harcerstwie i organizacjach niepodległej Polski. Nasze miejsce musi być wśród ludzi dających nam doby przykład patriotyzmu, bezinteresownej działalności i oddania się całkowitego sprawie odzyskania niepodległości. Podkreślałem, że nasze miejsce młodzież przedpoborowej w ruchu podziemnym jest w organizacji wojskowej, gdzie musimy przejść przeszkolenie nowoczesnej walki, względnie jej uzupełnienie oraz czegoś nowego, jakim będzie walka partyzancka i dywersja bojowa. Zdawałem sobie dokładnie sprawę, że podejmuję się zadania, które przerasta moje siły, gdyż moje wiadomości z tego zakresu to ćwiczenia polowe harcerskie oraz przeszkolenie w PW.

Podjąłem się jednak śmiało tego zadania mając w pierwszym okresie na uwadze pozyskanie ludzi, zdobyć ich zaufanie i zarazić bakcylem przygotowania się do walki o odzyskanie niepodległości. Wierzyłem, że oficerowie, instruktorzy, broń, przyjdzie w następnej kolejności i musi się znaleźć we właściwych rękach. Dużą pomoc widziałem jednak w znajomości historii z okresu działalności niepodległościowej, której rezultatami były kolejne powstania narodowe.

Dużo miejsca w moim życiu zajmuje literatura poświecona ruchowi organiza­cyjnemu strzelecko -legionowemu i następnie POW, działalności grup bojowych i rozpoznawania działalności policyjnej zaborców. Poznałem sposoby ochrony zorganizowanych grup tajnej działalności przed inwigilacją policji i prze­dostawaniu się w szeregi organizacji zdrajców i wszelkiej maści szpiclów, dla jej rozbicia poprzez aresztowania. Zdobywałem pierwsze wiadomości i skro­mną wiedzę w zakresie walki na odcinku rozpoznawania przeciwnika, przyswajania sobie, może jeszcze w małym zakresie zdolności poznawania ludzi, ich przywar, słabości, skłonności, jak również odwagi, samozaparcia, koleżeńskości i rzetelności. Prawdziwego oddania sprawie i traktowania przyjętych zadań i obowiązków z poczuciem wielkiej odpowiedzialności za ich wykonanie.

Ostatni okres przed wojną był bogaty również, we wszelkiego rodzaju broszury i literaturę sensacyjną zalegającą kioski i różne księgarenki opisującą walkę ze szpiegostwem, obcym wywiadem, zdradą, rozbojem, omawiające środowiska i przyczyny powstawania tego.

Ktoś może się uśmiechać, tak, pod wąsem, ale ja nie miałem innego sposobu poznawania tego, co mnie fascynowało, w zwalczaniu, czego widziałem w przysz­łości swoje miejsce. To mnie nie wypaczyło, nie zostałem złodziejem, bandytą, muszę podkreślić, że do tego nigdy się nie przyznawałem, to było jedynie moją tajemnicą i mogłem spokojnie nabyte umiejętności praktykować na otaczającym mnie świecie, który nie był taki piękny i pełen sprawiedliwości, uczciwości, a nawet pobożności.

Coraz bardziej krystalizowało się we mnie przekonanie, że moje miejsce z uwagi na pewne braki fizyczne i nabyte urazy, nie dadzą mi możliwości udziału w walce bezpośredniej z wrogiem, ale moje miejsce będzie w tej o wiele więcej wymagającej tzw. robocie na zapleczu, ale na pewno dorównującej pierwszej linii. W tej penetracji środowiska młodzieżowego i za zdobywaniem bieżących wiadomości radiowych, stałem się stałym gościem w rodzinę Stanisława Oszusta, która zamieszkiwała po spaleniu własnego gospodarstwa, jedno pomieszczenie również na plebanii, z wejściem z drugiego za naszym ganku.

Przy tym utrzymywałem ci lat szkolnych kontakt ze starszym o rok synem p. Stanisława -Tadeuszem, byłym harcerzem, członkiem KSMK, chóru parafialnego i orkiestry. On właśnie, jako jeden z pierwszych wykazywał zainteresowanie włączenia się do działalności konspiracyjnej i nawet szukał w terenie jakiegoś kontaktu.

Sam prowadząc warsztat krawiectwa męskiego, był zmuszony wyjeż­dżać w teren za poszukiwaniem dodatków, nici, guzików itp. rzeczy i te wyjazdy wykorzystywał ostrożnie do znalezienia jakiegoś kontaktu z powstającymi komórkami organizacji konspiracyjnych, pozyskaniem, pozyskaniem ukazującej się już tajnej prasy. Tadek miał jeszcze trzy siostry i brata Florka, równolatka ze mną. W krawiectwie pomagała mu również najstarsza z sióstr Bronisława, a pozostałe pomagały w gospodarstwie, bo były młodsze. Florek[1], jego brat po pobycie do wybuchu wojny w batalionach junackich na Śląsku, gdzie budowano umocnienia obronne, brał udział w walkach obronnych i po tułaczce za Bugiem powrócił do Frampola na rowerze z radzieckim gramofonem walizkowym, w obudowie czerwonego kolonu. Od samego powrotu swoje zainteresowania skierował na handel obwoźny wykorzystując do tego rower „trofiejny” i znikał na całe tygodnie z domu. Rodzice Tadka prowadzili gospodarstwo kilkumorgowe, dodatkowo zajmując się farbowaniem materiałów, a szczególnie płócien lnianych i motków. Ojciec od przedwojenny sympatyk lewicowego ruchu chłopskiego/brał udział w organizowanych wiecach chłopskich na terenie Zamojszczyzny wyprawiając się do nie do bardzo odległych miejscowości. Był człowiekiem oczytanym i znał się na sytuacji politycznej na świecie. Posiadana encyklopedia pomagała mu w poznawaniu zakątków świata, a w okresie wojny służyła na śledzenie przebiegu walk na wszystkich jej frontach, dokonywanych nalotów na miasta i ośrodki przemysłowe.

O tej rodzinie już pisałem we wspomnieniach dotyczących pobytu wojsk sowieckich we Frampolu i jeszcze będę powracał w tragicznym dla nich okresie, kiedy Florek już, jako sprzedawca w sklepie Społem zostanie zatrzymany przez policję za ukrywanie na poddaszu sklepu, swojej dziewczyny pochodzenia żydowskiego, a po przekazaniu Niemcom zostaną zamordowani.

Podczas jednej z rozmów prowadzonej w czasie częstych spacerów, zaproponowałem Tadkowi przystąpienie do organizacji konspiracyjnej i rozszerzenie jej na grupę kolegów jego i moich, zamieszkałych we Frampolu. Tadek wyraził zgodę i złożył przysięgę na moje ręce, przyjmując pseudonim „Pająk”. W tym wypadku dobrze dobrałem konspiratora na tzw. okres rozruchowy Tak, jak przyjął pseudonim „Pająka”, tkał nieprzerwanie nić, oplątując wielu kolegów w grono młodzieży konspirującej Frampola, przeciągał tą nitkę na dalsze tereny innych powiatów dla utrzymania stałego kontaktu organizacyjnego. Po tragedii Florka wycofał się z organizacji, a w czasie wysiedlenia Fram­pola został z całą rodziną wywieziony do Austrii.

Ja w pierwszym rzędzie postanowiłem odbudować nową piątkę z części nieszczęśliwie rozbitej przez „bojową” mamę „Jaremy” w dniu 26 grudnia 1939 r. Trudność polegała na tym, że nie istniały indywidualne kontakty z pchor.”Wiłkomskim”, a on sam już nas nie szukał. Nigdy się również nie dowiedziałem jak „Jerema” wyjaśnił temu panu, dla czego piątka się rozleciała.

Tak, jak zamyślałem, uczyniłem. Nawiązałem kontakt z „Jotem” i „Skrzetuskim”, wprowadziłem do nowej piątki Stanisława Wacha, którego pseudonim wyszedł mi z pamięci, bo był przez krótki okres i został zastąpiony przez brata Józefa oraz wspomniane „Pająka”. W początkowym okresie cała ta piątka działała wspaniale w realizowaniu wyznaczanych im zadań. Zabezpieczenia środków transportowych dla łączności, jak rowery, osobistego angażowania się, jako łączników na Janów Lub. i Biłgoraj, działania na rzecz stałej rozbudowy grupy młodzieżowej o nowe piątki.

Zrażony zachowaniem się matki „Jaremy”, przemyślało jednak dokładnie za i przeciw i doszedłem do wniosku, że należy bezwzględnie brać pod uwagę troskę każdej matki o życie jedynego dziecka, czy to będzie dziewczyna czy chłopak i nie angażować dla bezpieczeństwa grupy do działalności konspiracyjnej.

Wprowadziłem zasadę w mojej działalności, że do końca trwania konspiracji zakazałem i przestrzegałem tego, a to przyjmowania jedynaczek i jedynaków w szeregi ruchu oporu. Jeżeli jednak taki wypadek mógł mieć miejsce z przyczyn bardzo ważnych, czyniłem wszystko, ażeby zakonspirowany jedynak był zaangażowany i wykonywał takie zadania, które nie narażałyby go na niebez­pieczeństwo.

Dlatego też zrezygnowałem z udziału w naszej grupie „Procha” oraz naprawdę dobrego potrzebnego nam, kolegę przyjezdnego na ten teren W.L.  którego spot­kałem w drużynie miejscowej placówki ZWZ, ale to pewnym dopiero okresie. Kolegów-jedynaków traktowałem, jako sympatyków, ludzi pewnych i w rozdziale do czytania prasy konspiracyjnej, jeżeli wyrażali zainteresowanie zawsze ich uwzględniano.

Czym drogi stawały się bardziej przejezdne po śnieżnej zimie „Pająk” nasilał swoją działalność w szukaniu kontaktów organizacyjnych, jak już o tym wspomniałem. To mnie przekonało do samego „Pająka” i zaproponowałem, ażeby dokonać między sobą podziału głównych zadań, jakie staną na wiosnę przed organizowaną grupą. Zaproponowałem mu przejęcie zadań dotyczących utrzymywania kontaktów z zew­nątrz, szukania punktów stałego zaopatrywania w prasę konspiracyjną i tak, jak dotychczas pozyskiwanie nowych kolegów do tworzonych piątek konspiracyj­nych. Sam przejąłem sprawy organizacyjne, wojskowe oraz najtrudniejsze, tj. tworze­nia siatki wywiadu, która będzie zabezpieczała rozwijający się ruch młodzie­żowy od zewnątrz. Należało już więcej myśleć o pozyskaniu broni, która znajdo wała się ukryta przez wojsko na naszym terenie oraz znajdowała się w rękach ludzi, którzy już próbowali nią handlować, oraz szukać instruktorów do prowa­dzenia szkolenia wojskowego z ukierunkowaniem na dywersję i walkę partyzancką z poznawaniem nowej broni stosowanej w walce przez przeciwnika. Jeszcze raz należy powrócić do okresu świątecznego i sytuacji, jaką spowodo­wała ostra zima i duże opady śnieżne połączone z zadymkami na drogach. 6 stycznia 1940 r. w dzień Trzech Króli, wcześnie rano, pierwszy w czasie oku­pacji alarm i strach. Niemcy chodzą po domach i wypędzają mężczyzn do odkopania dróg zasypanych przez ostatnie zamiecie śnieżne.

Niemożliwy stał się przejazd w kierunku Goraja i to już od samej szkoły we Frampolu, a szczególnie zasypało wąwóz, przez który przebiega szosa z zakrętem za wiatrakiem.

Miejscami wymaga usunięcia powstałych wydm śnieżnych na szosie do Biłgoraje i trakcie do Janowa Lub. Jesteśmy w wyniku tego odcięci od świata i przerwa­na jest droga komunikacyjna Biłgoraj przez Frampol do Jarowa Lub. Obecnie, jak się okazało w tej wojnie strategiczna, Złapani poprzednio Żydzi nie sta­nowili grupy, która mogła podołać temu zadaniu. Włączyło się do pracy kwaterujące w szkole wojsko, ale postanowiło również wypędzić do pracy Polaków. Przechwycili przy tym mężczyzn, którzy szli albo jechali z pobliskich wio­sek na nabożeństwo do kościoła.

Nie wszystkim przypadło to do gustu, a szczególnie praca na mrozie, w głębokim śniegu, a przy tym tylko i łopatami do kopania w ziemi. Kto mógł chował się, albo uciekał z tej miejscowości nawet w pobliskie doły.

W ostatniej chwili powiadomiony przez „Pająka” o zaistniałej sytuacji, chowamy się na chórze w kościele.

Łapanka do śniegu była pierwszym ostrzeżeniem, że Niemcy to nie kolęd, „Cicha Noc” i przymilne słowa: -„pananka-panenka”, albo „gut,fajna-panenka”. Pomimo niedostatecznego sprzętu, trochę jednak wojsko oraz ludzie w imię własnego interesu przebicia się na świat, szczególnie na głównym kierunku Biłgoraj-Janów Lub. jakoś sprawę załatwili i już wieczorem w miejscowości zapanował spokój.

Tym razem ponownie znalazłem się w domu państwa Lankofów[2], zaproszony na ostatni dzień świąt przez Zosię, z którą już przed samą wojną pracownicą poczty utrzymywałem koleżeńskie kontakty. Tak, jak wszystkie koleżanki w jej wieku już czuły się prawie pannami na wydaniu i marzyły skrycie o tym najdroższy i przyszłym mężu. Na pewno grono sztubaków nie stanowiło zainteresowania w tym konkretnym zakresie, ale chętnie z nim przystawały, bo się różniło od miejscowej kawalerki.

Zosia jak i jej podobne dziewczęta upatrywały chłopców w urzędnikach, policjantach i innych przyjezdnych na teren Frampola.

Znały frampolskich kawalerów, że się bardzo cenili i tylko „cacy-cacy”, ale jak nie będzie „majątku”, to mamy synów za „dziadów i przywłoków” nie dawały.  Przesiedzieliśmy przy choince z wszystkimi domownikami, a następnie Zosia zaproponowała spacer, gdyż miała jakieś sprawy do załatwienia u koleżanki, w tak zwanych ogrodach za domem nauczyciela Chojnackiego przy ul. Janowskiej.  Był ładny styczniowy mroźny wieczór, przetarta saniami droga szkliła setkami maleńkich brylancików, szliśmy w trójkę: Zosia, jej najmłodsza siostra Bolka i ja. Mieliśmy jeszcze sporo czasu do godziny policyjnej. Zasypane drogi zabezpieczały nas przed nadjechaniem samochodów niemieckich, których spotkanie nie dawało już nam pewności, czym się ono może zakończyć. Piękny księżyc, wielka cisza wokoło, przenosiła nas myślami daleko wstecz a szczekanie psów zdawałoby się potwierdzać, że żyjemy w dawnym Frampolu, że nic się nie zmieniło, a tylko gdzieś pod śniegiem zginęły nam nasze przy ulicy domy. Dobrze przyglądając się otoczeniu, widzimy jednak, że pod śniegiem kryją się zgliszcza i rumowiska dawnych gniazd ludzkich.

Kiedy znaleźliśmy się na wysokości domu państwa Choinackich, Zosia wbiegła w uliczkę obok kapliczki z figurą św. Jana, my zaś oboje zatrzymaliśmy się przy drodze głównej do Janowa Lub. Rozpoczęliśmy rozmowę o naszej sytuacji młodych ludzi, szczególnie tych, którzy planowali rozpoczęcie dalszej nauki, teraz mogą liczyć tylko na roboty w Rzeszy, które w najbliższym okresie staną się przymusowe.

Mróz stawał się coraz ostrzejszy, a widziałem, że Bolka jest ubrana bardzo marnie. Lekka jesionka, wełniana czapka wiązana pod szyją i buty sznurowane z cholewkami. Zaczynała wyraźnie marznąć, a Zosi nie widać. Widząc to zaproponowałem rozgrzewanie, chociaż nóg poprzez tupanie, bo i mnie w półbutach wcale nie byłe na spacer. Śnieg na jezdni dobrze ubity przy dużym mrozie stał się śliski, więc Bolka chwyciła mnie pod rękę i tak prawie biegaliśmy na pewnym odcinku drogi, tam i z powrotem. Przed powrotem Zosi zdołaliśmy się umówić na następny spacer, gdyż Bolka miała do omówienia „pewien temat”, z którym chciała mnie zapoznać bez osób trzecich.

Wyraziłem zgodę na taki spacer w dniu następnym, ale o wcześniejszej godzinie, ażeby był dostateczny czas na omówienie, jak to ona określała „pewnego tematu”, ażeby dalej się z nim nie nosiła.

Przy następnym spotkaniu zgodnie z ustaleniem, pierwsze słowa Bolki mnie zaskoczyły. Zaczęła się tłumaczyć, że spotykając się ze mną nie chce wchodzić, jak to określiła „w drogę siostrze”, a ma swój i innych koleżanek poważny temat. Byłem zaskoczony, że w tym domu uważają mnie za kawalera Starającego się o rękę Zosi. Na wstępie rozwiałem te przypuszczenia i ewentualne plano­wania związane z moją osobą.

Podkreśliłem, że byłem kolegą Zosi już przed wojną, kiedy ona miała pierwszy chyba starających się i uważam się dalej tylko kolegą szkolnym. W obecnym czasie bez ukończenia czegoś w życiu, zdobycia, jak to się mówi fachu –zawodu, możliwości do samodzielnego życia, absolutnie nie mam zamiaru liczyć na garnek przetrwania okupacyjnego (osób trzecich). Nie mam, więc żadnego zamiaru ubiegania się o czyjąś rękę, albo pchać się z narzeczeństwem. Śmiejąc się odpowiedziałem na jej poważne wywody, na przyszłą sympatię to będziemy wybierali, dla siebie dziewczęta w wieku Bolki, a może i będą młodsze, bo nastąpić to może tylko po zakończeniu wojny, stanu okupacyjnego i uczenia szkół. Będą wypadki posiadania, jak się to mówi „własnych dziewczyn”, które będą nam pomagały przetrwać ten trudny okres, a przecież jest to dopiero początek. Tak jak my bierzemy ten czas na własny rozrachunek bez żadnych zobowiązań, tak one starając się być przy naszym boku muszą dobrze sprawę przemyśleć, bo wszystko podejmują na własne ryzyko. Z rozmowy wynikało, że Bolka jest mądrą i rezolutną dziewczyną, a przy tym wyrasta na dobrego moim zdaniem kumpla.

Dzień był piękny, mroźny, bez wiatru, więc poszliśmy w stronę dawnego majątku Celinki, traktem na Janów lub., obecnie po opadach śniegu i zawiejach dla dalekiego transportu zamarłym. Na spacery pasował nam ten odcinek drogi, bo był wybrukowany od Frampola do tzw. „traktu austriackiego”, wybudowanego w okresie I Wojny Światowej, a biegnącego od traktu janowskiego przed Celinkami przez las w kierunku południowym i wychodził do szosy Biłgoraj -Frampol pomiędzy wsiami Korytków Mały i Duży. Ten brukowany odcinek drogi już przed wojną był wykorzystywany do spacerów, jak podobnie droga w kierunku Goraja do pięknego wąwozu w pobliskich górach Roztocza.

Kiedy Bolka przystąpiła do omówienia tzw. „pewnego tematu”, w pierwszej kolejności, poprosiła mnie o zachowanie tego w ścisłej tajemnicy i tylko dla siebie, gdyby nawet dla mnie zakrawała ona na dziecinadę.

Zaczęła, więc dokładnie przy lekkiej tajemniczości opowiadać o sobie i grupie koleżanek, z którymi ukończyła siódmą klasę szkół, tuż przed wojna.

Chodziło tutaj o Leokadię Wrońską, Danutę Wrońską, dziewczyny o  równych latach z  Bolką oraz młodszą siostry Irenę-Leokadii Wrońskiej, która ukończyła do­piero pięć oddziałów miejscowej szkoły .Lodzia i Irena były stryjecznymi siostrami Danuty, córkami przedwojennych właścicieli restauracji Zbigniewa i Mansfelda Wrońskich.

Wszystkie cztery dziewczyny od jesieni 1939 r. po ustaniu działań wojennych postanowiły w tajemnicy przygotowywać materiały sanitarne trudne, do uzys­kania dla potrzeb zapowiadających się w przyszłości walk z okupantem o wyz­wolenie ojczyzny.

Są trudności z watą, bandażami, więc przygotowujemy ze starej spranej bieliz­ny tzw. szarpie i opatrunki osobiste. Lodzia Wrońska z Irką i rodzicami mieszkała po spaleniu swojego domu, w ocalałej parkowej kamieniczce ciotki p. Łazarewiczowej -akuszerki i pod jej fachową opieką realizują podjęte za­danie. O domu tym pisałem już, kiedy była mewa o rodzinie p. Walentyny Krawczykiewiczowej i Fruzi siostra zmarła, jako dziewczynka na gruźlicę. Zapowiadała się na dziewczynę dobrze zbudowaną, o ciemnych kruczych włosach, w typie wschodniej kobiety. Czarne oczy, ładnie rysujące się brwi również ciemne, zachowaniem nie wzbudzała większego zainteresowania jej osobą. Nie wchodziła jeszcze w okres panieński, jak inne jej rówieśniczki.

Lodzia Wrońska, krępej budowy, o blond włosach z zabarwieniem rudawym, jasnej cerze, lekko piegowatej. Wzrostu niskiego i od uroczenia pociągająca jedną z nóg, starsza z dwóch córek małżeństwa Wrońskich. Cicha, grzeczna, żyjąca własnymi sprawami. Lodzi nie przewidywałem w działaniach bojowych – jako sanitariuszki, ale mogła dostatecznie spełniać tą rolę na zapleczu frontu.

Oczytana z dobrymi wynikami w szkole oraz posiadaną inteligencją mogła również spróbować działania w organizowanym wywiadzie i kontrwywiadzie.

Młodsza jej siostra to dopiero dziewczynka po piątym- oddziale szkoły, ruchliwa, drobniutka, odwrotnie jak siostra z czarnymi piegami. Na pierwszy rzut okiem wyglądała na roztrzepaną, a swoim zachowaniem lekceważącym w stosunku do płci męskiej, czuła się już całą gębą pannicą. Przed nią dopiero zaczynało się życie, tak młodego nie wolno była nikomu narażać w okresie trudnym i niebezpiecznym. Przed nią stała odbudowa kraju po odzyskaniu niepodległości.

Tak zaczęły się moje spotkania z Bolką, związane w pierwszym okresie z działalnością, jaką ona by nie była, ale konspiracyjną, co nawet uważane było przez starszych, jako nie na miejscu, gdyż jak podkreślano, dziewczyna była niepełnoletnia. Kiedy to do mnie dotarło, zrozumiałem, że – tym zachowaniem odciągam uwagę groźnej miejscowej głupoty od spraw zasadniczych, a to pełnego zaangażowania w konspiracji. Nie zrezygnowałem, a właśnie przez nią zbierałem wszystkie krążące ploty i ploteczki, które często stawały się groźne dla otoczenia. Ona również ustawiała swoje koleżanki w wyłapywaniu gadulstwa ludzi z konspiracji, a chodziło nam szczególnie o naszych młody, którym na nasze wspólne nieszczęście mogła uderzyć woda do głowy. Tego jednak nie wiedziano, że z Bolką, kolejno będę przemierzał lasy, wąwozy znajdujące się wokół Frampola, a szczególnie na wiosnę, kiedy po kopaniach jesiennych dla ukrycia broni, ziemia w tym miejscu będzie lekko opadać, a układana maskująca darnina często odstawać od sąsiednich kawałków. Chodząc po lesie próbowałem również zwalczać występujące od dzieciństwa trudności, jakie miałem w orientowaniu się wśród wysokich drzew i gęstwiny, w ustalaniu prawidłowego kierunku marszu oraz właściwego określania stron świata.

Podczas przebywania w domu Fruzi Krawczykiewiczównej, kiedy dzieci zostawały same, a matka p. Walentyna zapuszczała się z handlem aż na teren Rzeszy, miałem okazję często rozmawiać z bratem Arkadiuszem, którego znałem, jako jeszcze chłopca ze wspólnych zabaw w ogrodzie organistówki. Jak go wszyscy nazywali -„Arkasio”, teraz wyrósł na młodzieńca dość wysokiego i korzystając z nieobecności matki, urządzał sobie wędrówki po miejscach zamieszkania swoich kolegów, a byli to  przeważnie  uczniowie szkół  średnich.

Kiedy Bolka skończyła Swój „pewien temat”, byłem bardzo zaskoczony tak pięk­ną inicjatywą młodych dziewcząt, które nie czekały na przewodnictwo daw­nych nauczycieli tylko same podjęły tak szlachetny czyn. Pochwaliłem byłe harcerki za dochowanie idei tej organizacji i zapewniłem, że będę utrzymy­wał kontakt, licząc na ewentualną pomoc w innym zakresie tworzącej się kon­spiracji. Zwróciłem Bolce szczególną uwagę na przestrzeganie tajemnicy, żadnego prowadzenia notatek, żadnych zapisów nazwisk imion i adresów, żadnej dalszej rozbudowy grupy i chwalenia się nawet przed swoimi chłopakami, a tacy na pewno będą w ich życiu. Zapewniłem przez Bolkę dziewczyny, że załatwię im torbę czerwonego krzyża, a ich zadaniem będzie skompletowanie leków pierwsze potrzeby w czasie prowadzonej walki z nieprzyjacielem. Określiłem jedynie kontakt między nami tylko przez Bolkę, nie wiedziałem, że będzie złamany jak dziewczynki będą dorastały w ładne osiemnastoletnie panny, a tu jak się mówiło serce nie sługa.

Zmarznięci po dłuższym spacerze rozeszliśmy się do domów i teraz na spokój nie mogłem przekazany mi temat przemyśleć. Znałem te dziewczyny od małych dzieci i mogłem dobrze ocenić ich przydatność w bieżących zadaniach konspiracyjnych. Dzisiaj należało jedynie docenić ich szlachetność i powagę myś­lenia, nie wykazać zlekceważenia i chyba dobrze wybrałem, nie przypuszczając przy tym, że kiedy kończyć się będzie pierwsza okupacja, one będą sobie liczyć po 13-19 lat- zamieszkali w pobliskich wsiach wokół Frampola. Stale wydłużał swoje trasy i jak opowiadał posiadał już znajomości w samym Janowie Lub., jak i jego okolicach.

Co to właśnie w czasie jednego z moich pobytów w tym domu, kiedy młodszy brat Toluś i siostra gdzieś wyszli do znajomych, nawiązał rozmowę o terenie, stwierdził, że będąc w janowskim poznał ludzi, którzy już należą do organizacji podziemnej -tajnej, której nazwy nie zapamiętał i określał ją, jako związek „Tajnych Rycerzy”, czy coś podobnego. Wykazałem zaskoczenie jakoby wiadomością i z wielkim zainteresowaniem próbowałem wyciągnąć bliższe dane o tym środowisku, gdzie ta grupa występuje, jakie są jej cele, czy dysponuj bronią i jakie istnieją możliwości pozyskania jej na tamtym terenie. Znałem Arkasia i z tej strony, że lubił fantazjować, opowiadać o swoich możliwościach, znajomościach, wszystko otaczając wielką tajemnicą, podkreś­lając jednocześnie, że dzięki jego zdolnościom udało mu się do niej przeciągnąć. W tym konkretnym wypadku wierząc tym opowiadaniom i nie wierząc, w obecnej sytuacji rozbudowującego się ruchu konspiracyjnego nie mogłem jej tylko odfajkować, ale postanowiłem się jej dokładnie przyjrzeć.

Ja również byłem zainteresowany kierunkiem kontaktowym na Janów Lub. oraz nawiązaniem kontaktów z kolegami szkół średnich w wioskach położonych wokół Frampola, jak również na pograniczu powiatów biłgorajskiego i janowskiego. Nie dawała mi spokoju podana przez Arkasia nazwa organizacji, którą on wynalazł w terenie i jak określił „Tajnych Rycerzy”, chociaż takie powstawały, jak grzyby po deszczu, a kończyły się często, wsypą jej członków. Nasze rozpoznanie prowadzone wspólnie z „Pająkiem” na kierunkach Biłgoraj Janów Lub. potwierdza organizowanie się grup konspiracyjnych w ramach Związku Walki Zbrojnej/ZWZ/, Narodowej Organizacji Wojskowej /NOW/, szczególnie w janowskim i kraśnickim, oraz występujący tam „Związek Jaszczurczy”, przyjęły oddziały zbrojne Grupy „Szaniec”, organizacji skrajnie prawicowej.

Z Lublina handlujący „Proch”, przywozi ze środowiska inteligenckiego, wiadomość o istnieniu pośród młodych oficerów WP i młodzieży, organizacji konfederacyjnej pod nazwą „Muszkieterowie”, względnie „Muszkieterzy”. Te dwie nazwy „Związek Jaszczurczy” i „Muszkieterzy”, jakoś kojarzą się mi z opowiadaniem Arkasia i jego zawsze wybujałej fantazji, w której powstał: „Związek Tajny Rycerzy”.

Nie rezygnuję całkowicie z pozyskiwania wiadomości dostarczanych przez Arkasia, ale ustawiam go jednocześnie na konkretniejsze zadanie, na szukaniu miejsca i możliwości pozyskania broni, chociażby na potrzeby szkoleniowe. Broń i jej posiadanie, a nie czytanie tajnej prasy, stanowiły z mojego punktu widzenia podstawowe działanie naszej grupy młodzieżowej w organizującym się ruchu konspiracyjnym. Zapamiętałem na całe życie reprymendę p. Eugenii, ale rezygnując z „jedynaków”, będę szukał nieustępliwie wszelkimi dostępnymi sposobami pozyskania broni, co jednak w konsekwencji będzie dla mnie wielkim zawodem, gdyż zostanie ona oddana w niewłaściwe ręce, ale do tego jeszcze dojdziemy w następnych latach.

W zadaniem pierwszoplanowym było szukanie broni w miejscach walki i rozwiązywania się jednostek oraz najbliższych wsi i osiedli. Przez Frampol przewaliła się wielka masa naszych wojsk, ale broń składała w okolicach i na całych trasach walk przez Puszczę Solską do Tomaszowa Lubelskiego. W naszym, więc wypadku musieliśmy ukierunkować poszukiwania broni, w miejscach ostatnich walk Zgrupowania płk Zieleniewskiego, Filipkowskiego, Koca i Płonki. Kręciliśmy się i penetrowali wokół wiosek i w nich samych jak: Dzwola, Krzemień, Momoty, Domostawa, Bukowa, Ujście, aż do Huty Krzeszowskiej oraz wzdłuż starego traktu przez lasy janowskie od Janowa lub. do Biłgoraja.

Młodzi ludzie, kiedy przyjdzie w pełni pierwsza wiosna okupacyjna, będą szu­kali uparcie tej broni i miejsc ewentualnego jej zakopania, w lasach i na polach, w piwnicach i cmentarzach. Szukano w stawach i sadzawkach. Wsłuchiwano się w opowiadania ludzi i krążące już legendy o ukrytej broni na odludnych ukrytych wśród lasów wioskach.

Wiele wysiłku kończyło się na „podobno widział ten, albo tamten, jak wiele majątku chowano nocami. Najprawdziwsze okazały się jednak schowki z bronią braną przez chłopów i przemyślnie przechowywaną we własnych gospodarstwach. Szczególnie poszukiwane były pistolety typu „Vis” wz. 35 kaliber 9 mm. Bar­dzo dobry pistolet polski, który wszedł na stan uzbrojenia w 1938 roku produko­wany w Radomiu.

Następnie karabiny piechoty i kawalerii tzw. kb. typu Mauser wz. 98 i /kbk/ również typu Mauser wz. 29 / usprawniony karabin niemiecki przez zbrojmistrzów polskich.

Szczytem posiadania była broń maszynowa, a wśród niej szczególnie karabin maszynowy Browning wz. 28 w całym brzmieniu: ręczny karabin maszynowy typu Browning wz. 28.

Łatwy do obsługi, dość lekki, z magazynkiem kasetowym zawierającym 20 naboi, strzelający ogniem ciągłym i pojedynczym.

Jak już podkreśliłem wiosna 1940 r. stała się wszędzie okresem wielkich wykopów rozpoznawania miejsc ukrycia broni. Kłuto, więc zarówno w dzień jak i w nocy ziemię, przygotowanymi prętami stalowymi, a następnie ryto łopatami i saperkami.

Rozpoczynał się również handel bronią, prowadzony przez biednych chłopów, którym udało się takowe ukryć.

Wróćmy jednak do początku miesiąca stycznia 1940 roku, który od początku pierwszej dekady rozpoczął bardzo ostrymi mrozami.

9 stycznia -rano -25 stopni, 11 stycznia temperatura spadła w nocy do-30 stopni. Wsie i miasteczka prawie zamarły, odcięte zostały od świata wielkimi zaspami nawianego śniegu. Zamiera handel i nie może być mowy o większych jarmarkach. Ceny[3] idą w górę nawet na żyto 70 zł, pszenica -90 zł., mąka -160 zł., a jaja-35 do 40 gr.za szt., kasza jęczmienna-1.40 zł za kg., kiełbasa-7 zł kg. Mrozy absolutnie nie folgują i trzymają przez cały miesiąc, aż do końca pierwszej dekady lutego. Na dworze zimno, w mieszkaniach kilka stopni ciepła, wszyscy przeważnie przesiadują w kuchniach, gdzie stale musi się palić dla potrzeb utrzymania w gospodarstwach inwentarza żywego.

Ludzie zaczynają zaglądać do kielicha i zalewają głowy na „patriotycznie”, śpiewając po cichych knajpkach „Rotę” i „Jeszcze Polska”. Na mrozie zabijają ręce z powiedzeniem, „Aby do wiosny”.

Z terenu gminy słychać o pierwszych wypadkach zachorowań na tyfus. To jest oznaka biedy, brudu i braku higieny, które pchają się do chat. Przy końcu stycznia przyjechali granatowi policjanci, zorganizowali poste­runek, rozwiązując „straż obywatelską”. Posterunek jest usytuowany na pierwszym piętrze miejscowej szkoły w prawym jej skrzydle z wejściem głównymi drzwiami, a urząd gminy w lewym skrzydle z wejściem bocznym od strony północnej.

Policjantów tworzących posterunek jest w sumie czterech i pochodzą z Grudziądza i okolic obecnie, terenów obecnie włączonych do Rzeszy.

Komendant wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w wieku około 50 lat, przyjechał z dwoma córkami w wieku 18-20 lat, młodsza Halina, starsza prowadząca dom Wanda. Rodzina komendanta Kęsika zamieszkała w domu p. Jana Wacha przy ul. Gorajskiej, gdzie do pobytu Sowietów mieszkał dr Pliskin, który będąc przewodniczącym komitetu rewolucyjnego wyjechał za Bug.

Zastępcą komendanta posterunku jest Jan Łukasik, człowiek samotny, tak samo w stopniu starszego sierżanta.

Trzeci z policjantów Franciszek Skomski przyjechał wraz z żoną i zamieszki w domu Bolesława Wąska przy ul. Butlerowskiej. Ostatni z policjantów, jak poprzedni w stopniu plutonowego Franciszek Polakowski, również samotny, jak zastępca komendanta, zamieszkał w domu Marcina Miazgi „Marcinka” przy ul. Zamojskiej dawniej Szczebrzeskiej, sam gospodarz tego domu przebywał w niewoli niemieckiej. Żona „Marcinka” mieszkała tylko z małą córeczką w dużym drewnianym domu o wielu pomieszczeniach i p. Franciszek człowiek spokojny i cichy żył sobie wspólnie w tym domu jak członek rodziny. Jak już podawałem wcześniej organizowane posterunki granatowej policji były obsadzane przez funkcjonariuszy przedwojennej policji państwowej, których okupant -zmusił do podjęcia służby odpowiednim rozporządzeniem.

Posterunki tworzone były w zasadzie w ilości 5 do 6 osób, a wśród tych załóg spotyka się wielu byłych mieszkańców terenów przyłączonych obecnie do Rzeszy.

Bo końca 1940 r. stan policji granatowej w dystrykcie lubelskim osiągnął 1380 osób i 20 oficerów, w tym 200 funkcjonariuszy w policji kryminalnej. W powiecie powołana została z kolonistów Niemców i Volskdeutschów formacja tzw. Selbstschuzu do walki z Polakami i Żydami. Twór ten stał się bandą morderców, złodziei, rabusiów, łapowników i sami Niemcy wkrótce go rozwiązali.

Stworzono również policję kolejową -Bahnschutzpolizei, która strzegła porządku na dworcach, pilnowała magazynów kolejowych, transportów, składów. Gospodarki leśnej strzegła niemiecka straż leśna tzw. Forstscliatzkcmmando, której zadaniem była walka z kradzieżą drzewa, ochrona ekip prowadzących wyrąb, zabezpieczenia szarwarków -wyznaczonych, podwód z poszczególnych wsi do wywózki drewna do tartaków.

Po zorganizowaniu posterunku policji mamy więc we Frampolu administrację niemiecką reprezentowaną przez Zarząd – Urząd Gminy, no i wspomnianą władzę porządkową. Wójtem gminy jest mieszkaniec wsi Teodorówki, rolnik Franciszek Furmanek, żonaty z miejscową nauczycielką. Sam ukończył kilka klas szkoły średniej, można powiedzieć, że człowiek na miarę obyty i  oczytany.  Sekretarzem gminy przybyły na teren Frampola nowy człowiek, długoletni pracownik samorzą­dowy- Jan Lewandowski w wieku około 30 lat. Posiada rodzinę, a mianowicie żonę, syna Wojciecha w wieku 19 lat i młodszą od niego córkę Basię. Rodzina zamie­szkała w oficynie Stanisława Sobczaka przy ul. Gorajskiej, zajmując dwa małe pokoiki z kuchnią. W gminie pracują jak już podawałem, jej organizator Kowal Franciszek zajmujący się sprawami socjalnymi-w późniejszym okresie wydawa­niem kartek żywnościowych, Józef Burlewicz, zatrudniony jako tłumacz -dolmetscher oraz prowadzący sekretariat, Stanisław Osuch-referent podatkowy oraz prowadza cy całość spraw związanych z rozdziałem kontyngentów wyznaczonych przez Niemców na gminę, Jan Plato[4]-referent ewidencji i ruchu ludności zamieszkałej na terenie gminy. Woźnym gminy został Stanisław Wnuk i to skomplikowało nasze zamieszkanie w domu p. Kazimierza Brzóza.
Pan Kazimierz mieszkający z rodziną, jako woźny szkolny w suterynie musiał opuścić pomieszczenie służbowe, przewidziane obecnie dla woźnego gminy. Szkoła pozostała tylko z nazwy, a wykorzystana teraz była na pomiesz­czenia urzędów administracji okupacyjnej zajmujących pierwsze piętro, drugie zaś piętro rezerwowane było na koszary dla wojska względnie jednostek poli­cyjnych prowadzących akcje w terenie.

W związku z taką sytuacją ks. proboszcz musiał powtórnie zakwaterować nas do swojego pokoju stołowego, jak po spaleniu Frampola. W suterynie szkoły prawie naprzeciwko mieszkania -woźnego urządzono areszt gminny podlegający policji, zakładając w oknie kraty oraz wzmacniając blachą drzwi wejściowe.

Lekcje szkolne obowiązujące dzieci tylko do czwartego oddziału zgodnie z zarządzeniem władz okupacyjnych zostały przeniesione do wynajętych pomie­szczeń w domach prywatnych. Jakiś tylko czas uczyły się w izbie domu Adama Miazgi „Połamanego” przy ul. Targowej.

Jestem ponownie pod jednym dachem z „Pająkiem”, co nam ułatwia szybkie kontaktowanie i kontynuowanie rozpoczętej pracy konspiracyjnej.

Chodzenie do domu, gdzie są dziewczęta i to trzy nie wzbudza większych podejrzeń

Wiadomości jakie w tym czasie dochodzą do Frampola z terenu Lubelszczyzny nazywanej teraz dystryktem Lublin są przygnębiające.

W całym dystrykcie już działają urzędy pracy -Arbeitsamty. W Zamościu urząd na Zamojszczyznę, w Biłgoraju filia tego urzędu na powiat biłgorajski.

Gminy otrzymały kontyngenty, na wyznaczenie i dostarczenie siły roboczej, ludzi w wieku od lat 16 do 50,  którzy w trybie pół ochotniczym powinni wyjechać do Rzeszy w okresie I kwartału 1940 r.

Ogólna ilość, jaka przypadła na dystrykt Lublin, ludzi, którzy we wspomnianym okresie powinni wyjechać do Rzeszy zamykała się ilością 185 tysięcy robotników.

Od stycznia występują trudności zaopatrzenia w żywność stacjonujących garnizonów wojskowych oraz placówek i posterunków policji, robią, więc oni to zaopatrzenie w drodze rekwizycji we wsiach, targach i targowiskach.

21 i 22 stycznia ukazują się pierwsze zarządzenia w sprawie obowiązujący kontyngentów mięsa, zboża, ziemniaków, pasz, mleka i tłuszczów roślinnych, które zostaną rozszerzone w miesiącu lutym na dalsze artykuły jak: jaja i drób.

Miastom pozostał dla zabezpieczenia dostaw żywności tylko tzw. „czarny rynek”.

Do końca stycznia Niemcy nakazali oddać z każdego hektara po 6 kwintali zboża, zaznaczając i ostrzegając jednocześnie, że każde, przeciwdziałanie będzie uważane za sabotaż i podlegać będzie karze śmierci. Przyjęto zasadę tylko częściowej odpłatności za podstawowe produkty roi: objęte kontyngentem w postaci tzw. premii poprzez deficytowe artykuły w lu jak: nafta, wódka, cukier, artykuły włókiennicze itp.

Wyglądało to na zwykłą grabież za względu na nikłą odpłatność, ale miało również dla społeczeństwa wiejskiego skutek „pobudzenia patriotycznego”, prawdy nie o „dwóch gospodarzach”, którzy przyszli, ale o Niemcu rabusiu i zbrodniarzu, który już wkrótce opornych w dostawach będzie kierował do organizowanych tam obozów pracy, a nawet likwidował gospodarstwa.

Umilkły całkowicie zjadliwe powiedzonka za propagandą zachodnią i wschodnią, o „zdradzie”, „sprzedaniu”, „ucieczce do Rumunii” itd. itd. Na wsiach wyznaczono zakładników, którzy w pierwszym rzędzie odpowiadali za pełne i w terminie realizowanie dostaw kontyngentowych.

Przez pierwsze miesiące, kiedy organizowała się administracja okupacyjna mieliśmy takie odczucie, że okupant początkowo jak gdyby oszczędzał włościan/chłopów/.

Wyrąbywano państwowe i dworskie lasy, aby tylko nie swoje. Brak było jeszcze przepisów na handel artykułami rolnymi. Nie ściągano żadnych podatków, ważniejsze, że znikł ze wsi egzekutor inaczej sekwestrator, tak znienawidzony w okresie przedwojennym.

Rekwizycje na większą skalę objęły tylko dwory i majątki, a chłopa omijały. Wieś zaczęła przez tzw. „czarny rynek” wyciągać pieniądze z miasta i stać było na wykupywanie wszystkiego, co się dało kupić.

Te nowe warunki, w jakich się znalazł chłop zamożniejszy, w okolicach szczególnie podmiejskich, przynosiły zamiast obawy przed okupantem, wrażenie jakby sympatii dla nowej sytuacji i jej twórców.

Obecne postępowanie okupanta, jakie wystąpiło przy końcu stycznia oraz przekazywane wiadomości przez uciekinierów z Sowietów oraz wysiedlonych z Reichu, co się robi z narodem polskim. Teraz w chłopie wzbudziło refie czy ta „tragiczna radość” z dobrobytu, który przyniosła wojna, nie prowadź końcowej zagładzie.

Z wielkim zainteresowaniem szukaliśmy i wsłuchiwali się w wymieniane w ludzi wiadomości pochodzące z prasy konspiracyjnej i podsłuchów radiów a dotyczących działań wojennych na zachodzie, a szczególnie naszych polskich sił zbrojnych we Francji.

4 stycznia 1940r.zawarty został układ polsko-francuski o odtworzeniu na terytorium Francji polskich sił zbrojnych w tym polskich sił powietrznych. Składały się na to kontyngenty już od września 1939r.zgłaszających się emigrantów-ochotników oraz trwająca od października cicha mobilizacja wojsk w wyniku ucieczek ewakuacja do Francji żołnierzy polskich internowanych w Rumunii i na Węgrzech trwająca do 30 czerwca 1940 r[5]. Jeszcze na przełomie grudnia i stycznia 1939-40, pomimo beznadziejnego stanu środków, utworzono we Francji cztery pułki piechoty, pułk szkolny, dywizjon kawalerii i batalion saperów. W lutym zaczęła się tworzyć brygada pancerna płk Maczka, która docelowo osiągnie stan: 193 oficerów i 3130 żołnierzy. Po potępieniu przez Ligę Narodów sowieckiej napaści na Finlandię a szcze­gólnie ostro przez Francję, Najwyższa Rada Sprzymierzonych zaoferowała pomoc wysłania korpusu ekspedycyjnego, francusko –angielsko -polskiego w sile 50 tyś ludzi.

W wyniku takich wiadomości, udzieliło się wielu pod okupacją ludziom, że rok 1940 będzie decydującym w rozprawie z Niemcami. Wszyscy liczymy na Francję i Anglię i na tworzące się jednostki wojska polskiego. Na Zamojszczyźnie jednak Niemcy zaczynają nam przyciskać pasa.
1 lutego 1940 r. wprowadzone zostało racjonowanie chleba i sprzedaż na kartki.  Norma wynosiła na osobę-750 gramów dziennie, ustalone ceny to: chleb razowy-35 gr. kg., chleb pszenno razowy -45 gr. kg.

3 lutego mamy już masło na kartki. Trzymamy się jednak dalej zabezpieczenia w artykuły żywnościowe na tzw. „czarnym rynku”, dostarczane przez wieś, poza przydziałami. Droższe, ale są, a ich wielkość zakupu regulują własne możli­wości finansowe kupującego.

Mrozy w dalszym ciągu utrzymują się przy – 200 stopniach poniżej zera. Przy panującej minusowej temperaturze, my młodzi nie odczuwamy tego tak, będąc w stałym ruchu, na spotkaniach, w domach i częstych spacerach. Po przychodzących wiadomościach z miast, teraz już naocznie mamy możność obserwowania i czytania plakatów propagandowych zachęcających ludność w wieku od 16 lat do 50 do wyjazdu na roboty rolne do Rzeszy. Plakaty gło­szące, że tam czeka nas wszystkich dobrze płatna praca, wyśmienite warunki życia i bytu. Z drugiej strony nadchodzą wiadomości ostrzegające przez wy­jazdem, gdzie czeka na ludzi ciężka ponad siły praca bez unormowania godzi­nowego, o złym traktowaniu Polaków i wzrastającej groźbie skoków wojny, trwających nalotów i bombardowań lotniczych.

Zdajemy sobie sprawę, że piękne kolorowe afisze roześmianych ochotników wyjeżdżających do Niemiec, wkrótce zamienią się z braku chętnych na wyznaczane kontyngenty równe bydlęcym, nakazy imienne, a następnie łapanki w dzień i w nocy. Ale w terenie są to sprawy przyszłościowe i nie uderzą w ludzi tak ciężko, jak to będzie miało miejsce w miastach, miasteczkach GG.

17

8  lutego 1940 r. przypadał w sobotę. Na lata, data ta zostanie związana historycznie z tą miejscowością, jak dzień „zagłady Frampola”tj.13 września 1939 r.

Z tą tylko różnicą, że w ten lutowy mroźny dzień, pierwszego roku okupacji niemieckiej, niedaleko kwaterującego Wehrmachtu, niezałamana powstałą- sytuacja i pewna zwycięstwa społeczność wojskowa, dołączy pełni poczucia obowiązku żołnierskiego do wykonania zadań w powstającym na terenach całej Polski konspiracyjnym ruchu oporu.

Po okresie wzmożonego szukania kontaktu z organizującym się ruchem konspiracyjnym na kierunkach Zamość i Biłgoraj, doszło do tajnego spotkania przy ul. Orzechowej, w domu byłego powstańca z roku 1963
i Sybiraka p. Leona Jasińskiego. Dom ten zamieszkiwała obecnie córka b. powstańca p. Pulcheria Miazgowa, wdowa po społeczniku i samorządowcu Lucjanie Miazdze, z dwoma synami Marianem i Romualdem.

Tutaj na cichych tyłach Frampola, nastąpiło spotkanie przyszłych konspiratorów-żołnierzy, organizacji wojskowej-Związku Walki Zbrojnej -ZWZ. Są wśród nich oficer rez. WP, miejscowy nauczyciel -Jan Mazurek, podchorąży WP rez. Antoni Bryła -prawnik, Marian Miazga, student UW, Leonard Wach student KUL, Stanisław Maciurzyński-rezerwista i społecznik, Jan Zalewa plutonowy rezerwy WP, b. prac. telekomunikacji, Józef Laskowski -rezerwista, pracownik budowlany. Po złożeniu przysięgi obowiązującej w szeregach ZWZ, na komendanta miejscowej „placówki” powołany został Jan Mazurek, który przyjął pseudonim organizacyjny „Rybak”. W następnym okresie będzie również występował pod pseudonimami: -„Szczupak” i „Robak”.

Zastępcą komendanta placówki został Marian Miazga, który przyjął pseudonim: „Kwiatek”, w następnym okresie będzie występował również pod pseudonimami „Mir”, „Michał”.

Pozostali rozpoczęli działalność konspiracyjną pod pseudonimami: Antoni Bryła, jako „Kąt”, Stanisław Maciurzyński, jako „Bąk”, Jan Zalewa, jako „Wierzba –„Topola”. Pseudonimy L. Wacha i J. Laskowskiego uległy po latach zapomnieniu. System organizacyjny ZWZ w tym okresie był oparty na najniższym ogniwie, jakie
w terenie stanowiły powoływane „piątki”. Te tworzyły „placówki”, które podlegały komendzie powiatowej,
a ta z kolei podlegała najwyższej władzy konspiracyjnej w województwie, którą była Komenda Okręgu Lubelskiego ZWZ.  Frampol stanie się w przyszłości głównym ośrodkiem konspiracyjnego dzieła na terenach północnej Zamojszczyzny, obejmującym gminy: Frampol, Goraj, Kocudza, a po zmianie nazwy organizacyjnej z ZWZ na Armię Krajową, rejonem AK o kryptonimie „Liceum”.

Mamy więc we Frampolu działającą organizację konspiracyjną w dwóch środowiskach, a więc wśród byłych wojskowych oraz wśród młodzieży okresu przedpoborowego i poborowego. W tym czasie występuje jeszcze tendencja nie wprowadzania w szeregi ZWZ ludzi bez odbytej służby wojskowej i nie prowadzenie przygotowania w tym zakresie.

My również nie widzimy ze swej strony w obecnym stadium organizacyjnym konspiracji, łączenia się, co jest wyrażane przez członków organizowanych „piątek”.

Pod typowanych, uchwycenie stałego kontaktu na dopływ prasy konspiracyjnej oraz pozyskanie materiałów instruktarzowych do prowadzenia szkolenia „bojowego w zadaniach dywersyjno -partyzanckich.

„Pająk”, już organizuje następną „piątkę” wśród swoich kolegów, której przewodniczy. Są to: Józef Miazga[6] ps. ” Julek „/^połamanego/, uczeń gimnazjum w Leżajsku, Józef Oszust „Zbyszko” s. Anteczka, bracia Józef i Bolesław Krawczykowie /Samelaki/, Bolesław o ps.”Zbyszek”.

Z początkowego okresu naszej konspiracyjnej działalności, widzimy wyraźnie, że głównym motorem przyciągania młodzieży to możność dostępu do wiadomości ze świata zamieszczanej w tajnych gazetkach zapowiadanym udziale w przysz­łej walce z wrogiem. Dlatego robimy wszystko, ażeby ukazującą się prasę na czas zabezpieczać.

Panujące jednak warunki atmosferyczne, mrozy i częste opady śniegu, absolut­nie wyeliminowały nasze wyjazdy w teren, gdyż dotychczas mogliśmy to tylko robić transportem rowerowym przy udziale żołnierzy-łączników. Teraz musimy stosować wyproszone na okazyjne sanie do Biłgoraja czy Janowa Lub. tzw. przy­siadki.

Czekamy z utęsknieniem na przyjście wiosny.

A tymczasem w terenie wiadomości skąpe, niemniej jednak przynoszące coraz nowsze poczynania okupanta. W okresie lutego, a szczególnie drugiej dekady, pierwsze partie ochotników z Zamojszczyzny wyjechały do Niemiec. Propaganda niemiecki chwyciła i ludzie zgłaszają się nawet całymi rodzinami. Z samego Szczebrze­szyna do końca lutego wyjechało 45 osób, a razem z wioskami ilość wyjeżdża­jących osiągnęła cyfrę 135 osób.

Przy dużych trudnościach finansowych, ojciec jednak rozwiązał mi sprawę, uszycia kurtki, ażeby sam mógł chodzić w kożuszku krótkim-krytym, który na zimę musiał mnie odstąpić. Kupiliśmy na targu, w dobrym stanie szynel wojs­kowy i zamówiliśmy w Korytkowie Małym u znajomego krawca uszycie kurtki z dodatkiem watoliny.

Nastąpił okres szycia odzieży z pozostawionych po wsiach sortów wojskowych w czasie rozbrajania się jednostek wojskowych oraz likwidowania taborów. Szyto zarówno dla mężczyzn, ale i dla kobiet. W wielu wypadkach sposobem domowym zmieniano jedynie guziki, wojskowe, albo je obszywano materiałem, likwidowano naramienniki i tak chodzono.

Obecnie na jarmarkach, w kościele, widzi się czapki wojskowe polowe, płaszcze wojskowe z guzikami cywilnymi, bluzy, spodnie, pasy. Również kobiety noszą spodnie przerobione z płaszczy wojskowych. Modne stają się czarne buty tzw. „oficerki”, zarówno noszone przez mężczyzn, ale i kobiety, jednak ostat­nim krzykiem mody były wysokie buty wojłokowe w połączeniu z czarną lub żółtą skórą, do których wykonania używano kolorowych wojłoków z końskich czapraków-siodeł kawaleryjskich.

U tym jednak czasie było to dla mnie tylko marzeniem, jeżeli chodzi o buty „oficerki”. Chodziłem jednak w wieczory zimowe do rodziny Krawczyków, gdzie jeden z czterech- braci Aleksander przyuczony do zawodu szewskiego, gdy powrócił z wojny, już, jako inwalida[7], założył własny warsztat i robił na zamówienie właśnie buty z cholewami- „oficerki”. Rodzinę tą dobrze znałem z racji kolegowania w szkole i poza nią ze Stanisławem moim rówieśnikiem, najmłodszym z czterech braci[8].

Całymi wieczorami siedziałem w małym pokoiku ich dwuizbowego mieszkania,
w którym Oleś urządził sobie warsztat szewski i do późnych godzin nocnych robił udane buty. Wygodnie i bezpiecznie było mi tam chodzić, gdyż wtedy mieszkaliśmy na tej samej ulicy Orzechowej w odległości jakieś 300 m. od domu rodziny Krawczyków, stojącego, jako narożny po stronie wschodniej, ulic Zamojskiej dawniej Szczebrzeskiej i Orzechowej.

Czas nam szybko schodził na wspominaniu okresu szkolnego/był o dwa lata starszy/ oraz opowiadań Olesia o przebytej kampanii wrześniowej, odniesionej ranie i leczeniu szpitalnym. Ja odwzajemniałem się przekazywaniem wiadomości ze świata, a nawet przekazywałem do przeczytania prasę konspiracyjną. Miałem takie wrażenie, że lubiano mnie w tym domu od małego chłopca, często byłem przyjmowany posiłkami, a najbardziej cieszyłem się z otrzymywanej porcji kiełbasy z chlebem własnego wyrobu, gdyż rodzina ta, również trudniła się rzeźnictwem, wyrobem wędlin, już przed wojną miała własne stoisko na miejscowym targu, podczas odbywających się jarmarków.

Najwięcej radości sprawiał Olesiowi –kawał, jaki stosował względem mojej osoby, a mnie przynoszący ból.

Zajęci rozmową, myślałem, że Oleś niedokładnie wbija kołki w podeszew buta naciągniętego na kopyto i w pewnym momencie, wykazując swoją wyższość w obserwowaniu wykonywanej pracy, zwracałem mu uwagę, że opuścił jedno miejsce i trzeba dobić dodatkowy kołek. Oleś bardzo spokojnie zapytywał, a w którym to miejscu, a ja wtedy pokazywałem palcem kładąc go na obcas. Reakcja Olesia była wtedy natychmiastowa i młotek spadał błyskawicznie na palucha, jak to on określał. W pokoiku rozlegał się śmiech Olesia i mój sykot z bólu wtłaczający mnie w stołek, na którym siedziałem. Kiedy nastała wiosna z uwagi na zaangażowanie moje w zadaniach konspiracyjnych, a potem podjęcie pracy, zaprzestałem chodzenia na wspólne spotkania, w tym domu. W następnym okresie prasę przekazywałem przez Stacha, którego wprowadziłem do konspiracji, ale o tym jeszcze będzie mowa. Ogólne trudności nie wpływają na życie młodych ludzi, którzy zawsze rządzili się, jak to określano własnymi prawami. Poprzez Zosię Lankof zapoznaję się z dziećmi nowego sekretarza gminy, chociaż zawsze czułem jakiś respekt, że nie zawsze jakoby odpowiadałem tym sferom, obracając to w wewnętrzny pusty śmiech.

Baśka jest dziewczyną wyższą od Zośki, dość zgrabną, o ciemnych, krótkich, po męsku noszonych włosach. Nosi się ładnie po miejsku. Ubrana w granatowe zgrabne nogi w pończoszkach koloru owego, obute w długie na słupku czarne śniegowce. Głos miły kobiecy i stały uśmiech podczas rozmowy, jakby zmniejszał w przymrużeniu oczy, chyba burego koloru, osadzone pod podkreślonymi ciemnymi brwiami i twarz ozdabia zgrabny foremny nosek z drobnymi nielicznymi piegami i wypukłe lekko usta, często ślinione podczas prowadzo­nej rozmowy. Sposobem prowadzenia rozmowy przy męskim -energicznym, rzucania zdań i słów oraz opisanym wyglądem zewnętrznym, stanowi osobowość zapewnia­jącą bez dodatkowego regulowania, utrzymywania właściwego stosunku ze stro­ny kolegów podczas spotkań i spacerów. Wygląd, a na dziewczynę mocną, pełną życia, ale zawsze na właściwym miejscu.

Wojtek ku mojemu nieszczęściu /jedynak/, starszy od Baśki, dobrze zbudowany i wysportowany.  Włosy ciemne, lekko kręcone, falujące, krótko strzyżone. Twarz smagła, a poprzez grube rysy przypominająca coś nietypowego w słowia­ńskiej urodzie. Usta o grubych wargach podczas uśmiechu odsłaniają zdrowe białe mocne uzębienie. Jest chłopcem spokojnym, grzecznym i mimo swojej budowy ustępliwym. W okresie letnim okazał się dobrym kumplem sportowym podczas gry w siatkówkę, szczególnie w tzw. ataku, mając wypracowane ścięcia pewne i bardzo mocne. Przyznać muszę, że był odpowiednim chłopcem do naszej grupy do obsługiwania w przyszłości ręcznego karabinu maszynowego. Na przeszkodzie stanęło jednak moje zobowiązanie dotyczące tzw. „jedynaków”, co łączyłem z wielkim niebezpieczeństwem dekonspiracji w powstającym ruchu konspiracyjnym ze strony „nieszczęśliwych ” matek. Po pierwszym zapoznaniu przez Zośkę obu rodzeństwa, jestem zapraszany do tego domu dość często i rozmawiam z ich matką p. Lewandowską. Jest to kobieta około czterdziestki, szczupła, zgrabna blondynka, wzrostu wyżej niż średniego.                                                                        Charakterystyczne, że żadne z dzieci nie nosi cech podobieństwa do matki. Pochodzi z Łodzi o niemieckim z domu nazwisku i jest siostrą żony byłego pracownika gminy obecnie zamieszkałego w Goraju p. Jana Kality. Z młodymi rozmawia bardzo chętnie i przebija w niej wielka troska o własne dzieci i ludzi młodych, jak to określa w tym okropnym czasie okupacji. Mają rodzinę w Warszawie i przywożone stamtąd wiadomości o aresztowaniach i łapankach napawają ją strachem o każdy dzień. Pewnego dnia w rozmowie ze mną w tej swojej niepewności i trwodze o dzieci zdenerwowana powiedziała: „Jestem doprowadzona tym strachem do rozpaczy i przychodzą mi takie myśli do głowy, że będąc pochodzenia niemieckiego, dla ratowania rodziny, przyjmę papiery niemieckie, bo co mi innego pozostało dla ratowania rodziny”.

Jaki miałem wyraz twarzy trudno mi powiedzieć, nic nie odpowiedziałem, mogłem się tylko uśmiechnąć. Miała pani Lewandowska coś w sobie, czym mogła się podobać i utwierdziła mnie w tym momencie, że nie można jej robić krzywdy narażając syna.

W każdym razie, postępując zgodnie ze swoim postanowieniem, Wojtkowi nie zaproponowałem nigdy wstąpienia do konspiracji, jako właśnie „jedynakowi”, mimo iż z nim spotykałem się i za wypożyczanie rower; dla potrzeb łączności wypożyczałem prasę konspiracyjną. Nigdy również nie usiłowałem nawiązywać, jak to ludzie młodzi bliższej znajomości z Baśka, chociaż była, jako kobieta „warta grzechu”, ale w niej szukałem jednak kumpla-towarzysza, więcej jak tylko dziewczyny w trudnych moich poczynaniach. Obserwowałem ją na wspólnych spacerach i spotkaniach, widziałem wspólne zainteresowanie z jej strony, ten odczuwalny znak chęci poznania się bliżej i przebywania razem, ale jedna i druga strona czekała na coś, co w końcu nam uciekło. Schwytane zostało w późniejszym okresie przez starszego pana, doświadczonego przez lata kawalera, który wkradł się do tego domu, jako przyjaciel domu, umiejącego tak zadziałać przez mamusię, aby dostać córusię. Wtedy przekonałem, że się myliłem w swoich ocenach dotyczących Basi, czyżby chodziło tylko o męża, ale zawsze nauczyciel, nie sztubak z zadatkiem na śmierć.
Pozostały mi jedynie zdjęcia wykonane w górach koło Frampola, zasypanych olbrzymimi zwałami śniegu, na zasypanym wielkim śniegiem trakcie do Goraja, wykonane na przełomie lutego i marca 1940 r.

Podchorąży WP w rez. N, umiał bez strachu wyparować z szeregów konspiracji, ale zabrał, kiedy przyjdzie czas, na Ziemie Odzyskane młodą żonkę, która mogłaby być jego córką. Dreptanie latami po obcych progach w końcówce życia dało wymarzony rajski owoc, ale to już zostało jego tajemnicą. Ja uważam, że wszystko jedno, przegrał życie na wdowich „pochłopach” i grze w „preferka”.

W połowie marca zaczęły się dni cieplejsze. Śniegi puściły, a drogi stał się wtedy nie do przebycia.

Wyczuwa się z podawanych wiadomości w tzw. „gadzinowej prasie” -Nowym Głosie Lubelskim, że skończyła się dobrowolność wyjazdu do Niemiec. Teraz wyznacza się kontyngenty na ludzi, jednocześnie wysyłając imienne wezwania do obowiązkowego stawiennictwa na punkt zborny w Biłgoraju, skąd po komisji lekarskiej wysyła się do Niemiec. Młodzież zaczyna się ukrywać budując przemyślne kryjówki we własnych gospodarstwach, albo na okolicznych wioskach, które znajdują się w dogodnej odległości od lasu.

W drugiej dekadzie marca – 20.III.40 r. wychodzi rozporządzenie zabraniaj lekarzom aryjskiego pochodzenia, dentystom, a nawet akuszerkom udzielania porad i leczenia Żydów.

Nam na pierwsze Święta Wielkanocne pod okupacją wprowadza się zakaz sprzedaży i spożywania w każdy piątek mięsa i wszelkich wyrobów mięsnych, co i tak społeczeństwo wierzące i praktykujące czyniło przez okres całego swojego życia.

W pierwszy dzień Wielkanocy zgłasza się Arkasio i prosi o spotkanie. Melduje o nawiązaniu kontaktu na Janów lub. Z jego wyjaśnienia wynika, że w małym dworku we wsi Godziszów mieszka rodzina państwa Paszkiewiczów. Dwóch dorosłych synów tych państwa, jeden b. student, drugi w okresie maturalnym prowadzi w Janowi lubelskim rynku mały sklepik z materiałami papierniczymi i piśmiennymi. W najbliższy czwartek, kiedy w tym dniu odbywa się jarmark w Janowie, ustalony został dla mnie kontakt, celem omówienia stałej współpracy konspiracyjnej. Miejsce kontaktu wyznaczone zostało w jednym z domów bocznej uliczki, po lewej stronie przed wjazdem na rynek, od strony Frampola.

Nie wiedziałem, że pierwszy raz znajdę się o krok od końca niebezpieczne zabawy z Niemcami, podjętej na własne ryzyko. A przebieg tej przygody był taki:

Rano w czwartek 28 marca 1940 roku wyjeżdżamy furmanką zorganizowaną przez pana Brzóza, zaprzęgniętą w konika, którym tak często jeżdżę na spacery. Po rozmokłym gościńcu wiosennych roztopów, jedziemy z Arkasiem traktem, którym parę miesięcy temu przemierzały cofające się na wschód od Wisły jednostki Wojska Polskiego oraz niekończące się kolumny gospodarskich wozów i gromad pieszych, ludzi uciekających często od zachodnich krańców Polski przed nadchodzącymi Niemcami. Pozostawili na zawsze na traktach Lubelszczyzny, a w naszym wypadku Ziemi Zamojskiej, nazwę „uciekinierów”. Błotnista droga traktowa rozjeżdżona przez wszelkiego rodzaju pojazdy w tym armaty i czołgi, pozostawiła doły i wyrwy teraz zalane wodą, które trzeba było ostrożni omijać. Z zaciekawieniem przyglądałem się we Dzwoli, po prawej stronie drogi przy wjeździe do wsi, świeżej, żółtym piaskiem uformowaną mogiłę żołnierzy polskich, którzy stoczyli na tym terenie ostatnią walkę z Niemcami, którzy odchodząc za Wisłę odstępowali ten teren Sowietom. Tutaj płk Płonka dowodzący wschodnią grupą zgrupowania płk Zieleniewskiego, idącego w kie­runku Sanu z zamiarem przejścia na Węgry, rozbił tyłową jednostkę niemieckiej artylerii ppanc. i jednocześnie stawił czoła nadciągającym od Frampola czołgom sowieckim, zdążającym na pomoc Niemcom. Tutaj były przypadki rozjechania gąsienicami czołgów sowieckich atakujących ich granatami naszych żołnierzy. Nie wiedział tutaj dowodząc płk dypl. Władysław Płonka, d-ca 22 p Ułanów Podkarpackich z Brodów/były przy nim jego resztki w sile dwu szwadronów/, że kiedy zgrupowanie złoży broń na ręce wojsk sowieckich, ich oficerowie-dowództwo nie dotrzymają słowa i uzgodnień o kapitulacji i wszystkich Polaków internuje w głąb Rosji, On sam znajdzie się z innymi w oficerskim obozie jenieckim w Starobielsku, skąd wywieziony przez NKWD, zginie zamordowany strzałem w potylicę w dołach lasu pod Charkowem. Pozostały po nich wspomnienia pułkowych białych proporczyków na lancach ułańskich z trójkątem kolorowym u nasady i czapek rogatywek z białym, otokiem.

W Krzemieniu przejeżdżamy przez wezbraną rzeczkę, obok spalonego mostu i w końcu docieramy do Janowa. Tutaj prowadzenie przejmuje Arkasio i pewnie prowadzi mnie z pojazdem w małą uliczkę i zatrzymujemy się przed niedużym domkiem. Śmiało otwiera bramę i każe wjechać na podwórko.

Chwilę zajęło mi wytarcie zagrzanego konia, przykrycie derką i zaobrokowanie. Po wykonaniu tych czynności pukamy i wchodzimy do małej na biało pobielonej kuchni z okienkiem na ulicę. Wita nas młoda mająca około 20 lat kobieta, szczupła, wyżej średniego wzrostu, blondynka. Na głowie ma zawiązaną fantazyjnie białą chusteczkę, a granatowa sukienka przepasana zgrabnym, również białym fartuszkiem. Zapytana o gospodarza odpowiada, że jest obecnie w mieście i spodziewany jest za dwie godziny. Grzecznie uśmiechając się zaprasza do zaczekania na podwórku. Rozsiadamy się, więc w kuchence przy oknie i prowadzimy wspólnie rozmowę.

Po dwóch godzinach a może krócej, słychać tupanie nogami w sieni, szuranie na wycieraczce i do kuchni wchodzi wachmaister żandarmerii niemieckiej. Mruknął pod nosem „morgen” i nie zwracając na nas wcale uwagi, wszedł do następnego pomieszczenia. Młoda kobieta nie zdążyła nawet powiedzieć o naszym czekaniu na jego przyjście i tylko do nas powiedziała: to właśnie powrócił gospodarz i możecie panowie z nim rozmawiać. Nie tyło czasu na przestraszenie się, popatrzyłem na pobladłego Arkasia z oczami na wierzchu, wcale nie podobnego do swojego „Tajnego Rycerza” i próbowałem wyjaśnić naszą tutaj obecność coś tylko bąkając pod nosem „proszę pani bardzo przepraszamy, ale musieliśmy pomylić adres”, a nam nie chodziło o tego pana. Młoda kobieta głośno się roześmiała, życząc nam szybko wychodzącym za drzwi dobrego i właściwego odszukania adresu. Co by się stało i jak wyglądała by rozmowa, gdyby żandarm zainteresował się naszym siedzeniem w kuchni. Zabranie się z podwórka odbyło się błyskawicznie. Odjechałem ulicą spokojnie, ażeby nie zwrócić większej uwagi, tych, co zostali w małym domku, mając wielką chęć udusić Arkasia za jego „Związek Tajnych Rycerzy”.

Dogonił mnie dopiero na głównej ulicy, gdyż chwilę zatrzymał się przy zamykaniu bramki wyjazdowej z podwórka.

Chwilę zatrzymaliśmy przy główniej ulicy przed wjazdem na zastawiony furmankami jarmarcznymi rynek, tutaj dopiero przychodząc do siebie. Nie odzywamy się do siebie. Teraz dopiero zdawałem sobie sprawę, że z tego kontakt przepadliśmy bez wieści i jeszcze było by dobrze gdyby tyłki wytrzymały.  Przepadłaby furmanka z zaprzęgiem i konikiem. Jeszcze dalej czułem jednak ścierpnięte plecy i brak słów do Arkasia, który siedział obok mnie i coś myślał zapewne po swojemu.

W końcu wjechaliśmy na rynek i znaleźli odpowiednie miejsce na postój. Przyjęliśmy plan w pierwszym rzędzie obserwowania czy ktoś z ostatnich naszych znajomych nie wyszedł za nami i nie szuka nas wśród furmanek, a następnie Arkasio miał odszukać właściwego miejsca kontaktu. Już na spokojnie Arkasio udał się na tą stronę rynku, gdzie stały niespalone domy, ja natomiast zająłem stanowisko przy głównej ulicy narzucając na kożuch, w jakim siedziałem w kuchence, podróżną szarą burkę.

Po prawie godzinnej obserwacji zmieszani z tłumem jarmarcznym, spotkaliśmy się przy furmance powtórnie i wtedy Arkasio powiedział, że idzie do sklepiku papierniczego, ażeby sfinalizować moje spotkanie. Wkrótce powrócił i udaliśmy się rzeczywiście na punkt kontaktowy do wspomnianego poprzednio sklepiku materiałów piśmiennych i papieru. Tutaj z mężczyzną około 30 lat, którego przestawił mi Arkasio, przeszliśmy na zapiecze, które jednocześnie było małym podręcznym magazynkiem. Referując cel mojego przyjazdu i dotychczasowy przebieg naszej działalności, mogłem dobrze przyjrzeć się przedstawionemu mi mężczyźnie.

Był to człowiek w wieku 30 lat powyżej średniego wzrostu, o ciemnej czuprynie mówiący poprawnym językiem i wykazujący się miejskim obyciem. Po scharakteryzowaniu naszego środowiska konspiracyjnego młodzieży i te­renu z mieszkającą tam społecznością, podkreśliłem występujące potrzeby stałego zabezpieczenia w prasę konspiracyjną oraz instruktażową z zakresu wojskowości i walki partyzancko-dywersyjnej.

Przedstawiłem chęć ewentualnego nabycia maszyny do pisania, dla przepisywa­nia uzyskiwanych wiadomości radiowych z podsłuchu prowadzonego w terenie. Zwróciłem również uwagę na występującą potrzebę udostępniania za zwrotem ciekawej literatury, gdyż posiadane zasoby biblioteczne i prywatne zostały zniszczone w naszej miejscowości podczas pożaru i bombardowania. Mój rozmówca wysłuchał wszystkiego w skupieniu, a następnie zgodził się na włączenie nas do występującego ruchu konspiracyjnego na terenie janowskim. Zapewnił nas jednocześnie, że w każdy czwartek tygodnia podczas odbywającego się jarmarku będzie przygotowana partia prasy konspiracyjnej i ewentualnie broszury instruktażowe.  Człowiek, który będzie wysyłany po odbiór prasy i innych musi postępować według uzgodnionego hasła. Wymienione zostały z obu stron zastępcze punkty kontaktowe, dla utrzymania stałej łączności organizacyjnej.

Na pożegnanie otrzymuję kilka egzemplarzy tajnego tygodnika „Walka”,z za­pewnieniem, że następnym razem łącznik otrzyma również inne tytuły, które w dniu dzisiejszym już zostały rozdysponowane.

Przed samym wyjściem rozmówca zaproponował mi wysłuchanie, jeżeli dysponuję jeszcze chwilą czasu , najnowszych wiadomości związanych z rozwojem ruchu konspiracyjnego w kraju, którymi mogę się podzielić w terenie. Arkasio, w tym czasie wyszedł pilnować furmanki, ażeby nie skradziono nam ciepłego okrycia, które schowaliśmy pod siedzeniem. Ja natomiast słuchałem ciekawych wiadomości zarówno o władzach naczelnych na emigracji w Paryżu, jak również o strukturze organizacyjnej ZWZ w Okręgu Lubelskim.
8 listopada ubiegłego roku Rada Ministrów z Premierem i Naczelnym Wodzem gen. Wł. Sikorskim, rządu polskiego na emigracji, pod jęła uchwałę o powołaniu Komi­tetu Ministrów dla spraw kraju, który ma za zadanie czuwania nad wszystkimi sprawami związanymi z krajem, z tajnymi wysiłkami narodu, dla odzyskania wolności i niepodległości Rzeczypospolitej, przez wyzwolenie z okupacji wroga.

Komitet Ministrów ds. kraju zgodnie z uchwałą zostaje powołany w dniu 13 listopada 1939 roku i rozpoczął działanie pod przewodnictwem gen. Broni Kazimierza Sosnkowskiego, który jednocześnie pełnił funkcję Komendanta Głównego Związku Walki Zbrojnej (ZWZ).

Przekazana instrukcja z dnia 4 grudnia 1939 roku. Do Komendanta Obszaru warszawskiego, jako ściśle tajna –płk dypl. Stefana Roweckiego „Rakonia”, wyraźnie określa i jednoznacznie, że „ZWZ jest organizacją jednolitą, jedyną działającą w kraju i nie może być w żadnym wypadku związkiem kilku organizacji pokrewnych.

Dalej określono charakterystykę organizacji pod względem z wyraźnym podkreśleniem, że ZWZ jest organizacją ogólno – narodową, ponadpartyjną i ponad stanową, skupiającą w swych szeregach bez względu na różnicę przekonań politycznych i społecznych wszystkich prawych Pola­ków pragnących walczyć orężnie z okupantami w warunkach pracy konspiracyjnej, o wysokim osobistym morale.”

Organizacja ZWZ obejmuje swoim zasięgiem okupację niemiecką i sowiecką. Województwo lubelskie wchodziło w tym czasie do Obszaru Kr. 1 W Warszawie Komenda Obszaru Kr.1 dzielił się na 6 komend okręgów ZWZ: Warszawa miasto, Warszawa województwo, Lublin miasto, Lublin województwo, Łódź miasto, Łódź województwo.

Instrukcja Kr.2 z dnia 16.1.1940 r. jednocześnie określa organizację ZWZ, jako siłę zbrojną w kraju w swojej treści stanowiąc:

– ZWZ stanowi część składową Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej podległa, prze Komendanta Głównego, Naczelnemu Wodzowi Wojsk Polskich.

-Każdy oficer i szeregowy WP biorący udział w pracach ZWZ jest w dalszym ciągu żołnierzem armii działającej na froncie, przysługują mu wszelkie prawa moralne i materialne.

Bardzo ważnym momentem w przekazywanych dokumentach jest stwierdzenie: „Po złożonej przysiędze wystąpić z szeregów można tylko za zezwoleniem komend wyższych poczynając od komendy okręgowej w górę, przy czym sankcje za zdradę tajemnicy nie przestają działać”.

Dziękując serdecznie za przychylne ustosunkowanie sit do naszych próśb i okazane zainteresowanie oraz pomoc, opuszczam miejsce kontaktu.

Siadamy na furmankę, chowamy uzyskaną prasę w siedzenie ze słomy i wyjeżdżamy w drogę powrotną. Bocznymi uliczkami omijamy ulicę główną na ile się to da, przy jednej z pomp, poimy na drogę konika i wyjeżdżamy z Janowa na trakt do Frampola.

Po kilku kilometrach obwiane głowy marcowym, cieplejszym i suchym powietrzem wpłynęły, na spadek emocji, których nie brak było podczas całego dnia. W rozmowie z Arkasiem nie robię mu wymówek, odkładam sprawę do przeanali­zowania całego wydarzenia na spokojnie. Widzę, że on tą wpadkę z kontaktem przeżywa i rozumie, że wiele mógł stracić w moich oczach.

Z zadowoleniem opowiadam o pozyskanej prasie, która jeszcze nie docierała na nasz teren. Jeszcze raz opisuję jej wygląd zewnętrzny, wskazując na zastosowanie bardzo pomysłowej i przyjemnej dla czytelnika symboliki narodowej z tytułem gazetki. Jest w tytule –Walka -widnieje graficznie wykonany symbol trzymający w szponach obu nóg, miecz rycerski w pozycji poziomej. Pomimo wszystko jestem w pełni zadowalany z końcowego przebiegu sprawy, a to uchwycenia stałego kontaktu zarówno organizacyjnego oraz gwarantują­cego stałą dostawę prasy, co w tym okresie stanowiło podstawową broń w pozyskaniu ludzi do dalszej rozbudowy szeregów, o wartościowe jednostki.

Jestem pod wpływem zapoznanych dzisiaj dwóch młodych ludzi, wiekowo nam odpowiadających, u których w zachowaniu przebija wysoka inteligencja, grzeczność, szanowanie każdego z jego zapatrywaniami i nie sztuczna chęć pomocy.

Dojeżdżamy na kilka kilometrów przed Dzwolą, do resztek tak zwanego „Dworu Kocudzkiego”, który, jak głosi miejscowa fama został przepity przez ostatniego właściciela i to na targach końskich i o dziwo z chłopami. Po lewej stronie drogi w naszym kierunku jazdy i na wysokości dawnego dworu skromne zabudowania gospodarskie, domek z walącą się kuźnią, dawniej dworską. W tym miejscu droga z głębokimi wyrwami zalanymi wodą i oblepiające koła błoto. Koń ciągnie wóz z wielkim wysiłkiem, więc wolno przejeżdżamy koło zabudowań i obserwujemy je. W małych oknach obielonej chaty krytej słomą doniczki kwitnących kolorowo kwiatów. W pewnym momencie wyszła z chaty wysoka szczupła młoda dziewczyna, schludnie ubrana, rzucająca się w oczy swoim ubiorem, którego nie spotyka się przy obrządku inwentarza żywego na wioskach. Na sobie miała serdaczek jasnobrązowy z wypustkami z czarnego kożuszka, ciemną spódniczkę z jasnym fartuszkiem i długie buty. Długie włosy ciemne zakręcone w grube warkocze opuszczone na piersi.

Oceniam szybko i mówię do Arkasia, popatrz, jaka ładna dziewczyna w typie wschodnim, czy przypadkowo tutaj Żydzi mieszkają?.

Widocznie cały dzień na głodniaka go zmorzył, bo jak gdyby przebudzony powiedział: to córka byłego dziedzica p. C, którą miał z kowalową, tak, jak naszego kolegę WC, którego matce kupił działkę ziemi, pobudował dom i budyn­ki gospodarcze. Ta ładna dziewczyna i córka mieszka z kowalami, bo otrzymał, za nią kawał ziemi dworskiej. Myśmy chyba za agresywnie przyglądali się jej, bo na chwilę zatrzymała, się, bacznie nas obserwując. Kiedy odjechaliśmy kawałek, jeszcze raz obejrzałem się za siebie i widziałem jak idąc przez podwórko spogląda w naszym kierunku.

Na górce pogoniłem konia i zamyśliłem się, jak to ludziom się dziwnie życie układa. Zastanawiam się po tylu latach, dlaczego nie zapomniałem widoku dziewczyny, z którą nigdy nie rozmawiałem. Po jakimś czasie przez ludzi, którzy działali na tym terenie dopytywałem się o nią i otrzymałem smutną wiadomość, że w okresie zimowej epidemii tyfusu w latach 1940-1941 zachorowała i zmarła.

Przejeżdżałem jeszcze nie raz koło tej kuźni z chatą coraz bardziej wrastającą w ziemię, kiedy dziewczyna jeszcze żyła i później. Widziałem te same kwiaty w oknie, ale jej już nigdy. Po latach różnego układania się mojego losu, kiedy jechałem, ale już po nowoczesnej asfaltowej drodze, zawsze patrzyłem w to miejsce, ale już kuźni nie było.

Po powrocie przedstawiłem „Pająkowi” rezultat mojego pobytu w Janowie Lubelskim oraz potrzebę zorganizowania stałej sekcji łączników, którzy każdego tygodnia zabezpieczą transport prasy konspiracyjnej dla naszych potrzeb i utrzymania łączności organizacyjnej. Bilans naszego działania jest zadawalający. Dzięki „Pająkowi” mamy kontakt na Biłgoraj, gdzie mamy zapewnioną dostawę „Wiadomości radiowych” oraz „Biuletyn Informacyjny”.

W Janowie Lubelskim odbieramy „Walkę”, „Jestem Polakiem”, a później po wpadce w Warszawie drukarni, do Frampola docierać będzie „Zwycięstwo”. Połączenie z Biłgorajem będącym miastem powiatowym naszego regionu, nie nastręczało większych trudności. Istniały stałe możliwości dostania sic przygodną okazją jadących za różnego rodzaju sprawami gospodarzy oraz podwód wysyłanych z urzędów, gminy, poczty i instytucji handlowych. Łączyła nas droga bita, a więc i w najtrudniejszych warunkach atmosferycznych, można było dotrzeć rowerem, a w najgorszym wypadku nawet pieszo. Korzystanie z furmanek zwalniało nas od trudności wypożyczania prywatny rowerów, tłumaczenia się, w jakim celu i często od ludzi, którzy absolutnie nie mieli wtedy pojęcia o konspiracji, a często nie mogli, o tym wiec inna natomiast występowała sytuacja i o wiele trudniejsza z zabezpieczeniem łączności na Janów Lub. W tym wypadku podstawowym środkiem był rower gdyż furmanki zdarzały się rzadko. Droga bita została wykonana dopiero n przełomie końca 1940 r., a 1941 r.-wiosna, przed wybuchem wojny Niemców z Sowietami. Do tego czasu był to trakt, który rowerem mógł być pokonywany biegnącymi obok ścieżkami.

W pierwszym rzędzie musieliśmy dokonać dokładnego rozpoznania ludzi po­siadających rowery. Następnie szukaliśmy tych, którzy mieli dojście do właścicieli rowerów i możliwości wyjednania ich zgody na udzielenie własnego roweru, w wielu wypadkach osobom obcym dla nich. Pomimo występowania bardzo wielu trudności na tym odcinku, spotykaliśmy się z chętną pomocą ludzi zakonspirowanych w grupie starszych -wojskowych. Sprawa wyglądała diametralnie inaczej, kiedy zorientowano się, że sprawa wypożyczenia roweru wiąże się ściśle z terminową dostawą prasy konspiracyjnej, na którą póź­niej czekano z niecierpliwością od czwartku do czwartku. Były również przypadki, że sami czytelnicy prasy konspiracyjnej sygnalizowali o nadarzających się w tym dniu okazjach przy wyjeżdżających furmankach do Biłgoraj albo Janowa Lub. Sami również urabiali wcześniej posiadaczy rowerów prze nad chodzącym kolejnym czwartkiem, ażeby nie robili trudności w ich wypożyczeniu, a szczególnie utrzymywania tego środka transportu w dobrym stanie użytkowym.

Taka działalność zakrawała jednak na dekonspirację i niebezpieczeństwo, dlatego zorganizowana została sekcja łączności, której kierownikiem został Stanisław Wach i on krawieckimi potrzebami wyjazdu za materiałami, trochę łagodził występujące podejrzenia, jeżeli w ogóle takie występowały. On wytrwale i uparcie wypraszał środki transportu, zabierał rower i zwracał, a łącz­nik wykonywał zadanie i był zakonspirowany.

Na nas spadło najbardziej odpowiedzialne zadanie, wyszukanie i dobrania odpowiednich ludzi w zorganizowanych już piątkach, albo ich znalezienie poza organizacją i następnie wprowadzenie w jej szeregi. Mieli być to ludzie, przed którymi stawiano bardzo trudne i odpowiedział zadanie, które brali na własną odpowiedzialność nie licząc, na żadną pomoc w razie wpadki.

Łącznik- kurier musiał mieć podstawowe zdolności pamięciowe, jeżeli chodzi o posługiwanie się hasłami na punktach kontaktowych, szybkość orientowania się w terenie, refleks w zaskoczeniu, wytrzyma­łość fizyczną, a przy tym nadzwyczajny spokój przy realizowaniu zadania z szeroka nazwijmy to gamą wytłumaczenia swojej obecności w miejscach występującego zagrożenia osobistego ze strony okupanta.

Zdawaliśmy sobie całkowicie sprawę z bardzo trudnego zadania stawianego przed młodym człowiekiem, które wiązało się w pierwszym rzędzie z naraże­niem jego życia, ale również dotyczyło rodziny, znanych mu członków orga­nizacji, sytuacji w samej miejscowości.

Należy moim zdaniem pozostawić w tych wspomnieniach nazwiska pierwszych kurierów -łączników, którzy zapoczątkowali trudne zadania i na ich doświadczeniach będzie pracowała w przyszłości łączność kobieca, którą przejmie już w AK – Wojskowa Służba Kobiet – WSK.

Stanisław Wach s. Leonarda, ur. w 1920 r. mój kolega szkolny od pierwszej do ostatniej klasy, harcerz drużyny szkolnej, członek zespołu teatralnego i tanecznego, na pewno nie miał wyglądu konspiratora i przyszłego partyzanta. Miał jednak zalety; spokojny, cichy, zrównoważony zdyscyp­linowany i pewny. Stracił wcześnie ojca i był podporą dla matki, która przejęła skromną gospodarkę i wychowała dwóch synów. Postawiłem w pierwszym okresie na niego i nie zawiodłem się. Pierwszym z kurierów-łączników został Eugeniusz Oszust, który zaprzysię­żony został w domu u „Jaremy”, ale się zgłosił do mojej dyspozycji. Gienek był uczniem gimnazjum biskupiego w Lublinie i pochodził z jednej uznawanych rodzin we Frampolu. W następnym już bojowym okresie, jego rolę przejmie młodszy brat Kazimierz, a sam poświęci się tajnemu nauczaniu. Drugim z łączników był Antoni Małyszek również uczeń gimnazjum biskupiej w Lublinie, ale z uwagi na powiązania rodzinne z dowódcą placówki grupy starszych „Rybakiem”, dla bezpieczeństwa tego ostatniego, musieliśmy dzie­lność Antosia po jakimś czasie zawiesić.

Najdłużej i najofiarniej pracował, jako łącznik brat młodszy Stanisław Wacha-Józef występujący pod pseudonimem „Tur”, który szczególnie w czasie powstania Oddziału Dywersji Bojowej przy rejonie „Liceum” będzie wypełniał stawiane przed nim zadania i to w sytuacjach bardzo trudnych i odpowiedzialnych. Nie ograniczył swojego zadania do sprawy łączności, ale brał udział również w akcjach dywersyjnych. Ale do jego osoby jeszcze powracał w następnych latach.

Pisząc pierwszych łącznikach – kurierach, należy wspomnieć o tych, którzy pomagali nam w uzyskiwaniu rowerów.

Korzystaliśmy, więc z rowerów: b. nauczyciela Jana Niemcewicza, ks. Semki, Borkowskiego Serafina, Kowalika Jana, Roberta Marchewki, a w m okresie z bardzo dobrego roweru francuskiego Wojtka Lewandowskiego oraz Józefa Miazgi „Gromadzkiego”. Należy również podkreślić i taki fakt, że zawsze, nowe miejsca kontaktów po zmianach, jak, to określano przecieraliśmy sami, albo ja lub „Pająk” i po wszystkie szczegóły związane z wykonywanym zadaniem oraz dodatkowo z własnymi spostrzeżeniami nawet dotyczącymi drogi i terenu. Wskazywaliśmy w pierwszym rzędzie na rozkładanie równomierne wysiłku przy jeździe na rowerze, bo każdorazowy wyjazd wymagał przejechania około 30 km. Podkreślaliśmy, że sama jazda musi być wykonywana spokojnie, bez nerwowych ruchów, rozglądania się, czy zjeżdżania z kierunku jazdy na polne drogi przy spotkaniu pojazdów czy patroli niemieckich kontrolujących ludzi. Podkreślaliśmy, że najważniejszym zadaniem łącznika jest ścisłe i bezbłędne podawanie hasła na punktach kontaktowych, gdyż tylko bezbłędne jego podanie gwarantowało szybką wymianę poczty.

Należy przy tym jednocześnie podkreślić, że hasła były często dość skomplikowane. Używano często haseł składanych z liczb, które w podsumowaniu dawały liczbę znaną dla jednej, jak i drugiej strony upoważniającą do dalszych rozmów.

Np. przyjeżdżający łącznik na punkt kontaktowy, który przeważnie mieści się w sklepie, restauracji, kiosku i innym obiekcie handlowym, a nawet w urzędzie, pytał czy zastał pana –podając przeważnie imię poszukiwanego kiedy zapytań;; potwierdzał swoją tożsamość, przystępował do wymiany treści rozmowy w której ukryte było hasło.

Zwracał się dalej o kupno artykułu, który w tym punkcie handlowym występował. Czy posiada pan zeszyty w cenie 4 zł za sztukę?. Zainteresowany sprzedawca odpowiadał, że są zeszyty, ale w cenie 3 zł za sztukę. Podawali już sobie spokojnie ręce, bo liczba podanych przez jednego i drugiego cen zeszytów stanowiła 7 zł. i była ustalonym hasłem.

„W wypadkach poważnych przesyłek dostarczanych na punkty albo z nich zabieranych, jak: broń, amunicja, mapy i inne, stosowano dodatkowe sprawdź? do ustalonego hasła, polegające na posiadaniu połówki tego samego banknotu przez jedną i drugą stronę.

Pomimo ustalenia sekcji łączników w sprawach pilnych i nagłych, korzystano również z wysyłania ludzi z innych grup, konspiracyjnych, o czym jeszcze mowa.

Wyglądało, to na prima aprilis, ale stało się obowiązujące, od 1 kwietnia 1940 roku nastąpiło wprowadzenie nowego czasu tzw. Letniego, przez przesunięcie do przodu zegara o godzinę. Wstawano, zatem o godzinę wcześniej rano i dzień się nam wydłużał, gdyż później nadchodził wieczór. Przedłużono w związku z tym o godzinę „godzinę policyjną” i mogliśmy chodzić do godziny 210.

6 kwietnia 1940 roku ukazuje się obwieszczenia i przekazywane są wiadomości o wymianie wszystkich pieniędzy przedwojennych polskich, na nową walutę okupacyjną wypuszczoną przez Bank Emisyjny, założony przez Niemców. Od podpisu na banknotach, prezesa tego banku Młynarskiego (Polaka) pieniądze nazywano „Młynarkami”.

Co mówiło o tej operacji między innymi rozporządzenie generalnego gubernatora z dnia 27 marca 1940 roku. W pierwszym rzędzie powiadamiało podjęciu z dniem 8 kwietnia działalności przez Bank Emisyjny w Polsce. Główną jego treścią była sprawa wymiany banknotów Banku Polskiego, na banknoty nowego banku.

Wymiana miała być prowadzona w trzech etapach:

– od 10-20 kwietnia wypłacone będą odszkodowania za złożone do depozytu banknoty 100 i 500 złotowe.

 – od 22 kwietnia do 7 maja wymiana obejmować będzie puszczone znów w obieg po ostemplowaniu banknoty 100 zł oraz banknoty 5 i 2 złotowe.

 Zaznaczono jednocześnie, że wymiany się dokona po kursie: 1 dawny złoty = 1 nowemu złotemu. Obieg obejmować będzie banknoty po 500, 100, 50, 20, 10, 5, 2 i 1 złote. Bilon wymianie nie podlegał. Nowe banknoty uzyskają charakter środków płatniczych z dniem 8 kwietnia, dawne tracą go z upływem terminu wymiany – 7 maja, względnie od 20 maja do 31 maja, a wymieniać je będą jeszcze kasy Banku Emisyjnego.

Punkty wymiany: Bark Emisyjny poza siedzibą główną w Krakowie mieć będzie oddziały tam gdzie były założone Kasy Kredytowe. Np. dla naszego w Lublinie i ponadto dodatkowo Zamość. w powiecie tj. w Biłgoraju przyznano uprawnie­nia Bankowi Rolnemu przy ul. Kościuszki.

Wymiana dawnych banknotów na „młynarki”, wywołała wśród chłopstwa powstrzymywanie się od sprzedaży, a w konsekwencji podniesienia się poziomu cen. Uderza to szczególnie w wielkie miasta.

Cena słoniny w Warszawie, wzrosła ponownie do 18-20 zł za kg., cena kartofli

do 90 gr.za kg., wzrosły wysoko ceny materiałów, konfekcji itp.

Kurs wycofywanych banknotów 100 i 300 złotowych spadł już do 35-50 zł.za 100 zł nominalnych.

Osobiście my młodzi, ani moja rodzina nie jesteśmy tą sprawą zainteresowani gdyż żyjemy z bieżących dochodów parafialnych liczących się na złotówki. Korzystam jednak z licznych okazji, jadących do Biłgoraja gospodarzy w celu dokonania wymiany posiadanych pieniędzy. Na pewno ciekawi mnie ten ruch posiadaczy większej gotówki, szukających sposobu na jej wymianę, ale również możność dokładnego dokonania przeglądu samej miejscowości po utworzeniu administracji niemieckiej, a szczególnie miejsc gdzie urzęduje gestapo, żandarmeria, policja granatowa, arbeitsamt i inne z wrogim nam ośrodkiem ukraińskim.

Część tych „mądrych spryciarzy”, mających pieniądze, już od zimy i przez trzy miesiące tego roku, ulokowała pieniądze w materiałach budowlanych, przygotowując się do odbudowania spalonych domów i w miarę możliwości zaplecza gospodarczego. Robili to, jako pierwsi Żydzi, a za nimi również i Polacy. Gdy tylko nastała wiosna rozpoczął się we Frampolu ruch budowlany.

Wracam jednak do mojego pobytu w Biłgoraju. Jestem pod budynkiem Banku Rolnego przy ul. Kościuszki i tutaj widzę wielki tłum ludzi prących na wejście do budynku. Ruch furmanek w jednym i drugim kierunku z całego powiatu czyni większe zbiorowisko, jak w cotygodniowe jarmarki. Teraz dopiero widać gdzie i w jakich rękach znajduje się gotówka –pieniądz. Jestem pierwszy raz w Biłgoraju, od pamiętnego przejazdu przez to miasto do wsi Okrągłe, gdzie odbywał się odbiór zaprzęgów i koni dla wojska, co poprzednio opisałem.

Widzę dopiero teraz zniszczenia, jakich dokonał pożar wokół rynku, aż do kościoła parafialnego. Tak jak we Frampolu, straszyły przechodniów rumowiska zwalonych kominów i zawalone ściany domów odkryte już przez stopniały śnieg.

Tutaj również widzi się próby odbudowywania zarówno domów mieszkalnych, ale również punktów handlowych.

W czasie podróży i powrocie z niej, rozwiązywały się języki ludzkie, odnośnie posiadanej gotówki.

Ponownie pokazuje się jeżdżących z handlem do Lublina, Warszawy, a nawet do Łodzi, a po czerwcu 1941 r. dojdzie i Lwów. Mówi się o tych, którzy jak to określano zbili „forsę” na wojnie. Prawda czy zawiść ludzka, trudno było ustalić, zresztą, dla jakiego celu?.

Pierwsze trzy miesiące przynosiły do Frampola wiele wiadomości z terenów GG, następnie z tych przyłączonych do Rzeszy i również przychodzące z uciekinierami przedostającymi się już przez Bug z terenów zabranych haniebnej zdradzie przez Sowietów o deportacjach na daleki wschód.

Deportacji podlegają urzędnicy państwowi i samorządowi, osadnicy rolni wraz z rodzinami.

Wywieziono w bydlęcych, wagonach -odrutowanych, wszystkich żyjących od starców do niemowląt, razem około 220 tysięcy ludzi. W tym; czasie, kiedy u nas wymiana pieniędzy i kiedy ludzie próbują wchodzić na spaleniska z odbudową swoich gniazd rodzinnych, tam za Bugiem, 13 kwietnia 1940 r. rozpoczyna się druga masowa deportacja ponad 320 tysięcy osób, głównie kobiety i dzieci, rodziny poprzednio aresztowanych lub deportowanych, mężczyzn -mężów, ojców.

W takich samych wagonach znaleźli się zagarnięci, zamożniejsi włościanie, leśnicy, gajowi, oficjaliści dworscy oraz ludność z pasów nadgranicznych. Nie była to ostatnia deportacja w tym roku, jak się później okazało. W GG- gestapo zaczęło przeprowadzać masowe aresztowania od pierwszych tygodni roku, a odbywało się to, systemem nagłej blokady ulic w miastach, a na­wet całych dzielnic. Zabierano z list wszystkich poszukiwanych lub podejrzanych. Równocześnie wprowadzono zasadę „odpowiedzialności zbiorowej”. Warszawa pierwsze miasto w Europie, które stawiało zdecydowany i zacięty opór armiom Hitlera, zapłaciło nie tylko zniszczeniem 12% budynków, ale również 60 tysiącami poległych i rannych.

Stolica Polski będzie płacić za swój bohaterski opór, przez wszystkie, miesiące trwającej okupacji w każdy jej dzień, ofiarą życia i krwią jej mie­szkańców.

Rozpoczęły swój udział” w tym strasznym terrorze i zbrodni. urządzone mordownie: w dawnym  gmachu Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego przy Alei Szucha 25, gdzie zainstalowało się gestapo-policja bezpieczeńs­twa i służba bezpieczeństwa,urządzono w suterenach i piwnicach wymyślne kazamaty badań, które doprowadzały pojmanych patriotów polskich do utraty zdrowia, trwałego kalectwa ,a najczęściej utraty życia.

Zapełniały się więzienia przy ul. Dzielnej 24/26 tzw. Pawiaku z oddziałem kobiecym -Serbią, przy ul. Daniłowiczowskiej 7 oraz ul. Rakowieckiej 7 i 3 /wiezienie Mokotowskie/.

Zarzucając aresztowanym sabotaż, napady z bronią, jej posiadanie, przynależność do tajnych organizacji, skazywano na śmierć, dokonując egzekucji po­czątkowo w Ogrodzie Saskim, a następnie w Palmirach. Miejsce to stałe się grobem skrycie mordowanych patriotów już od grudnia 1939 r.

W styczniu 1940r.na skutek dekonspiracji, w utworzonej w październiku 1939 roku organizacji konspiracyjnej „Plan”- Polska Ludowa Akcja Niepodległościowa zginęło w egzekucjach dziesiątki osób.

W całej Warszawie w miesiącach: styczeń, luty, marzec giną setki mężczyzn i kobiet.

Do wiosny z przyłączonych ziem do Rzeszy wysiedlone ponad 400 tysięcy Polaków, przeważnie ziemian, przemysłowców, zamożniejszych rzemieślników, urzędników, dziennikarzy, profesorów, nauczycieli, działaczy społecznych i politycznych, adwokatów i lekarzy.

Na tych terenach zlikwidowano szkoły, wywożono biblioteki, muzea, zamykano kościoły. Zniszczono polski folklor, kapliczki, figury, krzyże przydrożne, cmentarze, które nawet zaorywano. Zlikwidowane język polski w nabożeństw; napisy polskie nawet na chorągwiach.

Postępowano zgodnie z zaplanowanym wytępieniem polskości, dokonując całkowitej germanizacji przyłączonych obszarów polskich do Rzeszy ,co miało nastanie na przestrzeni kilku lat.

Na Lubelszczyźnie aresztowania szczególnie uderzają w zamieszkałą inteligencję w miasteczkach i miastach.

Dowódca SS i Policji Odilo Globocnik realizuje swój szatański plan unicestwienia społeczeństwa polskiego i Żydów.

Od Polaków otrzymał do funkcji generała SS przydomek „kata”, przez swoich możnowładców nazywany mianem: „jednego z najlepszych i najdzielniejszych pionierów w GG i pewnym siebie, odważnym człowiekiem czynu”. Szermując na tymi cechami jak: zawadiactwo, samodzielność, wygórowane ambicje, siłą policji i służby bezpieczeństwa przy poparciu Reichsfuhrera Himmlera sam decyduje o wszystkim nie licząc się z administracją okupacyjną. Gubernator generalny Frank ratując swoją pozycję dokonuje zmiany gubernatora dystryktu lubelskiego, uroczyście wprowadzając na to stanowisko w dniu 22 lutego 1940 r. dra Ernesta Zornera człowieka sobie zaufanego. Odilo Globocnik jeszcze długo będzie decydował o wszystkim, a za nim bęc się wlokło straszne pasmo zbrodni, pacyfikacji, wysiedleń, egzekucji, wyniszczenia Żydów zanim odejdzie z tego terenu. Do tego „kata” -„mordercy” jeszcze będziemy powracali w następnych latach.

W okresie przyjścia dra Ernesta Zornera na dystrykt lubelski, władze III Rzeszy uchylają koncepcję przygotowywaną i głoszoną, zorganizowania na tym terenie – „rezerwatu żydowskiego”.

Uznano jednak Lubelszczyznę za okręg rolniczy i najbardziej żyzny w GG i osobiście w marcu i kwietniu wizytuje go gubernator dr Zomer. Należy podkreślić, że propaganda niemiecka w sprawie wyjazdu na roboty do Niemiec dała rezultaty. W lutym wyjechało z lubelskiego 12 37: osób,
a w marcu 18250 osób. Razem z GG wyjechało 81477 osób, w tym 24756 kobiet.

Dochodzące do nas tak okropne wiadomości ze wszystkich stron, nie mają jednak wpływu na zmianę oczekiwań razem z nadchodzącą wiosną, odnośnie rozpoczęcia skutecznych, działań przez Francję i Anglię, które doprowadzą do klęski Niemiec.

Ukryte radio i prasa konspiracyjna podtrzymuje te przekonania i potęguje oczekiwania wszystkich.

Nie wszystko układa się tak dobrze, jak by nam się wydawało, w toczącej się wojnie na terenie Europy. Finowie w prowadzone wojnie z oferty „Sprzymierzonych” wysłania Korpusu Ekspedycyjnego z pomocą w walce z sowieckim najeźdźcą nie skorzystali.

O pomoc nie poprosili i 13 marca 1940 r. zgodzili się, przyjąć warunki sowie­ckie, tracąc część swojego terytorium narodowego, ale bardzo istotną: 9% – terytorium. W/g źródeł sowieckich, Finlandia straciła 60 tysięcy zabitych i 250 tysięcy rannych. Inne dane o stratach podają źródła fińskie: 25 tysięcy zabi­tych i 44 tysięcy rannych oraz po stronie sowieckiej od 120-150 tyś. zabitych.  Z Francji u dalszym ciągu przychodzą pocieszające wiadomości dotyczące odraczającego się wojska polskiego.

W końcu marca 1940 r. została zorganizowana „brygada podhalańska”, której dowódcą został płk Szyszko-Bohusz w składzie: 182 oficerów i 4696 szerego­wych, /początkowo była przewidziana co korpusu ekspedycyjnego „Sprzymierzonych dla Finlandii”.

W tym samym czasie zapoczątkowano we Francji dalszą organizację trzeciej dywizji polskiej pod dowództwem płk Zieleniewskiego, tego samego, który dowodził zgrupowaniem, które po ostatniej walce stoczonej na Zamojszczyźnie w lasach Janowskich, złożyło broń Sowietom. Jak wierny Sowieci nie dotrzymali uzgodnionych warunków kapitulacji i zarówno oficerów jak i żołnierzy internowali wywożąc w głąb Rosji. Pułkownika Zieleniewskiego wieziono przez Lwów i tutaj zakwaterowano go w jednym z hoteli. Znał osobiście Lwów mieszkając tutaj przed wojną i w nocy uciekł. Przedostał się na Węgry, a następnie wylądował aż we Francji i zgłosił się do dyspozycji gen. Wł. Sikorskiego.

Organizowano również następną czwartą dywizję pod dowództwem gen. Dreszera. Były to jednostki jeszcze bez broni, nieumundurowane, obie skupiające 10 tysięcy ludzi. Trudności występują w wyposażeniu jednostek i dziwna niezaradność władz francuskich.

Na innym terenie, bo w Syrii od kwietnia tworzy się „brygada karpacka”, d-ca płk Stanisław Kopański, w składzie: 216 oficerów i około 4000 szeregowych pochodzących z obozów internowania w Rumunii i na Węgrzech, którym udało tam przedostać przez Jugosławię, Grecję Turcję.

6 kwietnia powstaje we Francji, pierwszy polski dywizjon lotnictwa myśli­wskiego.

9 kwietnia 1940r. „Bomba wybuchła” -Niemcy w tempie szybszym, niż kto się spodziewał ruszyli na zachodzie. Rozpoczęli realizację operacji wojskowej pod nazwą „Fall Weserubung” uderzając na Danię i Norwegię. Podała o tym „prasa gadzinowa” oraz przechwyciły tą wiadomość podsłuchy radiowe. Niemcy bez wypowiedzenia wojny wtargnęli do Danii i Norwegii. W Danii nie napotkali żadnego oporu i szybko posuwali się w głąb tego. Już o godzinie 920 rząd Duński ogłosił kapitulację i do końca dnia Niemcy zajęli całą Danię. Użyto do tej operacji 31 korpus armii składający się z dwóch dywizji piechoty i jednej zmotoryzowanej brygady strzelców wspieranych przez lotnictwo. W tym samym dniu flota niemiecka wysadziła na wybrzeżu Norwegii desanty i niemal bez walki opanowały Narwik, Trondheim, Bergen i inne miasta w tym Oslo. Desant powietrzny zajął Stavanger.

[1] O Florku więcej w odrębnym materiale.

[2] Pani Janina Lankof z Tryczyńskich zginęła tragicznie 21 listopada 1941 roku we Frampolu potrącona przez ciężarówkę niemiecką jadącą z zaopatrzeniem na front, po ataku Niemców na ZSSR. Relacja Leona Kościa.

[3] Ceny za kwintal.

[4] .Był bratem sekretarza gminy w Józefowie biłg.

[5]  33 tyś. żołnierzy, w tym 7000 lotników.

[6] Syn Adama Miazgi-Połamanego.

[7]  Służył w kawalerii i został ranny w nogę, a po wyleczeniu, już do końca życia musiał posługiwać się laską.

[8] Antoni, Bolesław, Aleksander i Stanisław.

[9] Określano ją na 600 tysięcy zł.

Jubileusz Józefa Burlewicza

 

 Józef Burlewicz 1938

 

Radio PLUS Zielona Góra i Gazeta Lubuska odnotowały jubileusz 80-tych urodzin naszego brata Józefa, co przedstawiam poniżej.

Radio PLUS Zielona Góra 24.10.2018.

W dniu dzisiejszym  odbyło się spotkanie z Józefem Burlewiczem, wybitnym polskim artystą. Muzeum Ziemi Lubuskiej prezentuje 80 dzieł na 80 urodziny artysty.

Józef Burlewicz odznaczony medalem za zasługi dla Zielonej Góry!!

 

 

GAZETA LUBUSKA

Józio 80

KULTURA

W Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze: 80 obrazów na 80. urodziny mistrza Józefa Burlewicza. Co to będzie za wernisaż!

Jak mówi dyrektor MZL Leszek Kania – kurator ekspozycji wraz z Jackiem Gernatem – prace Józefa Burlewicza (rocznik 1938, absolwent krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych) zdobywały nagrody publiczności na Wystawach Złotego Grona. Kupowały je urzędy, instytucje, prywatni kolekcjonerzy.                                                                                                  Malarz przyjechał do Zielonej Góry 55 lat temu. Od 1963 r. był związany z Muzeum Ziemi Lubuskiej, gdzie najpierw dyrektor Klem Felchnerowski zlecał mu różne prace graficzne, a później w latach 70. – za dyrekcji Jana Muszyńskiego – doczekał się w MZL galerii autorskiej.

Od lat 80. Józef Burlewicz mieszka i tworzy w Gryżynie. Do dziś. Na wystawie w Galerii Nowy Wiek w MZL zobaczymy w trzech salach prace z różnych okresów twórczości malarza, ale też te najnowsze. Wernisaż – w środę, 24 października 2018 r., o 17.00. Wstęp wolny.

Artysta prosi, by zamiast przynosić kwiaty, wrzucić datki na rzecz Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.

Kurator wystawy Jacek Bernat o artyście:                                                                                   Józef Burlewicz, jedna z czołowych postaci zielonogórskiego środowiska plastycznego, funkcjonująca w zbiorowej świadomości dzięki wieloletniej działalności artystycznej i społecznej oraz istniejącej w latach 1978-1990 w Muzeum Ziemi Lubuskiej Galerii Autorskiej. Jest artystą wszechstronnym, biegłym w malarstwie olejnym, grafice, jak również w technice pastelu. Burlewicz najczęściej tworzy prace w konwencji swoistego surrealizmu, czym wyraża swoje filozoficzne i egzystencjalne refleksje, odwołując się do uniwersalnych prawideł ludzkiej mentalności, jak też niepokojów współczesności i własnego przeżywania świata. Zarówno wczesne, jak i dojrzałe obrazy artysty stanowią katastroficzne wizje świata ludzkiej kultury w stanie atrofii i schyłku. Swoim klimatem przywodzą na myśl malarstwo klasyków surrealizmu. Wiele prac z tego okresu posiada nie tylko sens egzystencjalny czy eschatologiczny, ale jest także manifestem suwerennej postawy artystycznej w ówczesnej rzeczywistości politycznej PRL-u. Później dramatyczna treść obrazów artysty ulega wyraźnemu uspokojeniu. Malarz zaczyna tworzyć wyciszone krajobrazy, które w malarski sposób demonstrują urodę otaczającego świata oraz więź łączącą człowieka z naturą i jej porządkiem. W ostatnich latach artysta podjął dialog ze swoim dotychczasowym dorobkiem, powracając do najbardziej charakterystycznych motywów (surrealistyczne krajobrazy, posągi, krucyfiksy). W pracach tych wcześniejszych dramatyzm wizji ustępuje jednak miejsca żywej, pogodnej kolorystyce oraz pełnemu wiary i nadziei przesłaniu spraw ostatecznych.

WIDEO

W środę, 24 października 2018 r., w Muzeum Ziemi Lubuskiej otwarcie wystawy jednego z najpopularniejszych zielonogórskich malarzy – Józefa Burlewicza. Proszę nie przynosić kwiatów! Zobacz dzisiejsze wydanie internetowe Gazety Lubuskiej 1/22 przejdź do galerii Wystawa „Józef Burlewicz. W 80. rocznicę urodzin” będzie czynna w Galerii Nowy Wiek Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze od 24 października 2018 r. do 13 stycznia 2019 r.

©Zdzisław Haczek/Gazeta Lubuska Pokaż miniatury.

 Jak mówi dyrektor MZL Leszek Kania – kurator ekspozycji wraz z Jackiem Gernatem – prace Józefa Burlewicza (rocznik 1938, absolwent krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych) zdobywały nagrody publiczności na Wystawach Złotego Grona. Kupowały je urzędy, instytucje, prywatni kolekcjonerzy. Malarz przyjechał do Zielonej Góry 55 lat temu. Od 1963 r. był związany z Muzeum Ziemi Lubuskiej, gdzie najpierw dyrektor Klem Felchnerowski zlecał mu różne prace graficzne, a później w latach 70. – za dyrekcji Jana Muszyńskiego – doczekał się w MZL galerii autorskiej.

Czytaj więcej: https://gazetalubuska.pl/w-muzeum-ziemi-lubuskiej-w-zielonej-gorze-80-obrazow-na-80-urodziny-mistrza-jozefa-burlewicza-co-to-bedzie-za-wernisaz/ar/13612036

 

Ja do tych informacji  chcę dołożyć od siebie kilka słów i pochwalić się obrazami, które otrzymałem od mojego kochanego brata.

Józef – Józio jest najstarszym z pośród czworga dzieci Józefa i Bogumiły Burlewiczów. Przyszedł na świat 24 października 1938 roku we Frampolu. Miał bardzo trudne dzieciństwo, ponieważ przypadało na okres II wojny światowej i okupacji hitlerowskiej w Polsce oraz trudny okres odbudowy kraju ze zniszczeń wojennych.Nie skończył jeszcze pierwszego roku życia jak wybuchła wojna. Wojna bardzo brutalna.
W pierwszych dniach wojny, 13 września 1939 roku Frampol zostaje zbombardowany. W wyniku tego bombardowania rodzina utraciła dach nad głową, ciągłe przeprowadzki i głód. W tych trudnych warunkach mieszkaniowych i higienicznych nie trudno było o zakażenie. Józio rozchorował się bardzo poważnie, mama szukała dla niego ratunku, gdzie tylko mogła, ale, jak wiadomo nie miał, kto tej pomocy dziecku udzielić. Ostatnią deską ratunku okazał się niemiecki lekarz, który wraz ze sztabem oddziału niemieckiego zatrzymał w zabudowaniach Jęczmionków położonych przy Rynku we Frampolu. Udało się mamie, mimo gęsto rozstawionych wart przedostać się do sztabu oddziału. Niemiecki dowódca widząc zrozpaczoną matkę z dzieckiem na rękach polecił lekarzowi, aby zajął się dzieckiem. Lekarz udzielił skutecznej pomocy i dał niezbędne leki dla Józia.

Rodzice z Józiem, a od stycznia 1941 roku z Izunią tułają się „po obcych kątach” do czasu wybudowania „domku”. Domku napisałem w cudzysłowie ponieważ była, to namiastka domu, który został dostawiony do ściany kamienicy Mieczysława Maciurzyńskiego.

Wywózka ojca na roboty do „Niemiec” i jego półroczna nieobecność w domu, to kolejny trudny okres w życiu rodziny. Z tymi wszystkimi problemami musiała borykać się mama i musiała zabezpieczyć w jakiś sposób utrzymanie rodzinie.

Józio naukę rozpoczyna w 1945 roku we Frampolu w Publicznej Szkole Powszechnej im. Józefa Piłsudskiego, do której uczęszcza przez następne lata. W grudniu 1949 roku w związku ze zmianą miejsca zamieszkania, (ojciec pracuje od 1944 roku w Powiatowym Spółdzielni Rolniczo-Handlowej w Biłgoraju) podejmuje naukę w piątej klasie Szkoły Ogólnokształcącej Stopnia Podstawowego w Biłgoraju. W czasie naszego zamieszkiwania w Biłgoraju miał jeden incydent,
w którym mógł stracić życie. Zimą wybrał się z kolegą, aby poślizgać się na zamarzniętej rzece, przy młynie na „Różnówce”. Lód się załamał pod nim  i Józio znalazł się w wodzie. Dobrze, że kolega, który był z nim nie spanikował i przyginając gałęzie rosnącej przy brzegu wierzby pomógł mu wydostać się z lodowatej wody. Może te fakty miał wpływ na tematykę jego późniejszych dzieł, w który często jest podejmowany temat przemijania.

Uczęszcza do tej szkoły w Biłgoraju do jej ukończenia, mimo, że młodsza trójka wraz z rodzicami przenosimy się latem 1951 roku do Frampola.

Po ukończeniu nauki w szkole podstawowej podejmuje naukę w Licem Sztuk Plastycznych w Zamościu. W liceum uczy się w latach 1952/1957.  Ze świadectw szkolnych z klas II, III i IV wynika, że był dobrym uczniem, ale chyba zbyt dużo miał opuszczonych godzin szkolnych przy nienajlepszym procencie usprawiedliwionych. Niemniej jednak ukończył liceum pomyślnie. Pamiętam ten okres dość dobrze, bo bardzo tęskniłem za starszym bratem. Odwiedziny ze względów komunikacyjnych ( jeden autobus „Autonaprawy” wiecznie przeładowany) nie były częste. Przyjazd Józia był dla mnie wielkim świętem, oczekiwałem go od samego rana. A mój braciszek wykręcał mi różne numery, ale był i jest kochany przeze mnie i nasze dwie siostry Izunię i Jadzię. Miłość ta przetrwała do dziś.

.Autoportret 56

Autoportret 1956

Po ukończeniu nauki w Licem Plastycznym udaje się na egzaminy do Krakowa. Egzaminy zdaje pomyślnie i od roku 1957 zostaje studentem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie.

Studia łączy z pracą w trakcie wakacji, ale nie zapomina o domu. Po jednym z takich wyjazdów do pracy przy malowaniu kościoła wylała mu się farba na głowę i musiał ostrzyc włosy na „zero”, po jego przyjeździe do domy do Frampola skończyło się dla mnie ostrzyżeniem do „gołej skóry”.

W latach 1957 – 1963 studiował na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, uzyskując dyplom w pracowni prof. Hanny Rudzkiej – Cybisowej.

Na studiach poznaje swoją żonę Krystynę.  Pamiątką po drugiej chyba bytności we Frampolu Krysi i Józia jest rosnący przed domem jałowiec, który zasadzony został chyba około 55 lat temu.

Krystyna Mytar Burlewicz urodziła się 9 kwietnia 1939 ·roku, ukończyła Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie na wydziale Tkaniny Artystycznej u prof. Stefana Gałkowskiego w 1964 roku i tam poznała mego brata, za którego wyszła za mąż 18 lipca 1964 roku.W tym samym roku 26 lipca tydzień po ślubie z Józefem wyjechała z Krakowa do Zielonej Góry. Pracowała w Fabryce Dywanów w Zielonej Górze, jako główny desenator. Następnie pracowała w Wojewódzkim Domu Kultury, jako kierownik Działu Amatorskiego Ruchu Artystycznego. Od 1972 roku zaczęła pracę na własny rachunek, jako plastyk przyjmowała prace zlecone na terenie całego województwa. W roku 1987 przeszła na rentę, od 1994 roku na emeryturze.

Józef z Krysią mają dwoje dzieci i trójkę wnucząt.

W latach 60. W swojej zielonogórskiej pracowni realizuje cykle zainspirowane motywami apokalipsy i kataklizmu. Świat widziana oczami artysty to taki, w którym unicestwia się podstawowe uniwersalne wartości, ludzkość staje w obliczu zagłady, niszczeją niegdyś pełne życia miasta i życiodajna natura. W obrazach dominuje nastrój lęku i niepokoju wynikającego z obawy o przyszłość ludzkości.

POMPEA I

Pompea II

W dekadzie lat 70 twórczość Józefa nawiązuje do przeszłości, obrazy „Wytrwać” (1974), „Zmierzch”(1976), „Syzyf”(1976-77) to obrazy, które powstały pod wpływem inspiracji antycznej i renesansowej, dokonuje swoistej reinterpretacji tekstów mitologicznych i rzeźby Michała Anioła „Dawid”. Poszukuje w nich odpowiedzi na odwiecznie przez twórców zadawane pytania na temat kondycji artysty, miejsca sztuki w relacji twórca – dzieło – czas.

WYTRWAĆ TO PERSIST

W latach 70. Powstają pejzaże pełne obsesyjnie powracających motywów grozy i katastrofy.
Obrazy ukazują puste przestrzenie, na których jedynym świadectwem pobytu człowieka są powbijane kołki, szubienice i rozkopane doły, uwięziony ptak. Przeważają kolory ostre, kontrastowe wobec siebie, to potęguje klimat niesamowitości, strachu i przerażenia.

storch 2

 Początek lat 80 przynosi ogromne zmiany w życiu rodziny i twórczości artysty.  Józio przenosi się do Grażyny uroczej małej miejscowości położonej wśród lasów i jezior.    Inny tryb życia i wokół panująca cisza i spokój. Wszystko, to ma duży wpływ na podejmowane w obrazach tematy, zmienia się również technika wykonywanych obrazów, coraz więcej pasteli ukazujących piękno otaczającej go przyrody.

Dom i gospodarstwo coraz bardziej absorbują Józia, a wymusza to między innymi trudna sytuacja gospodarcza w latach 80- tych, braki na rynku (kartki), sprawia, że coraz rzadziej odwiedza rodzinny Frampol. Aby utrzymać rodzinę ima się różnych zajęć oprócz malarstwa. Obydwoje z Krysią kochają zwierzęta, więc w ich domu zawsze było przynajmniej dwa psy i kilka kotów, były również inne zwierzęta (kozy, kury, kaczki, perliczki, pawie, a w domu w klatce kanarek). My w miarę możliwości odwiedzamy ich w tej samotni.

Mile wspominamy każdy nasz pobyt w Gryżynie zawsze serdecznie przyjmowani przez Krysię i Józia. Szczególnie niezapomniane grzybobrania roku 1980, kiedy i nie gorsze w innych latach, jeżeli byłem tam w sezonie grzybobrania. Każdy mój, czy nasz pobyt w Gryżynie był owocny, zawsze wyjeżdżając wiozłem ze sobą pamiątkę bardzo dla mnie miłą, obraz. A zebrała się tych obrazów przez te lata pokaźna kolekcja.

W roku 1992 otrzymałem od niego bardzo miły i kochany prezent, wspaniałą małą suczkę „sznaucerkę miniaturową – „Agusię”, która żyła z nami przez 13 lat i była naszym wiernym przyjacielem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Część mojej kolekcji obrazów, jakie dostałem od Józia:

Jezus 1970 pastel na płycie 32-26

Jezus obraz z 1970 roku.

 

adumy i afirmacji

Życie

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

79 rocznica bombardowania Frampola

13 września 2018 roku minie  79 rocznica bombardowania Frampola. O tym jakże tragicznym dniu dla Frampola pisałem kilkakrotnie na moim blogu:

Frampol 13 września 1939.

1 wrz 2017 12:41

 

Ocalić od zapomnienia.

6 wrz 2016 10:49

 

Frampol 13 września 1939 – wspomnienia mieszkańców Frampola 

7 wrz 2015 15:21

Ten, który zniszczył Frampol 13 września 1939 roku.

7 paź 2015 19:16

 

Frampol wrzesień 1939 – Wspomnienia Jerzego Czerwińskiego

5 gru 2010 09:40

Plan Frampola

Mapka Frampola, kolorem żółtym oznaczono teren zniszczeń w wyniku bombardowania i wywołanych pożarów bombami zapalającymi.

Fot. 23 Wwidok zbombardowanego Frampola

Jedyne zdjęcie bardzo dobrej jakości obrazujące we  fragmencie ogrom zniszczeń powstałych w wyniku bombardowania, a otrzymałem możliwość jego publikacji od Pana Piotra Nasiołkowskiego ze Skarżyska-Kamiennej.

Nigdy nie za wiele jest jednak, o tym mówić i przypominać szczególnie młodym pokoleniom.  79 Rocznica wybuchu wojny i bombardowania Frampola sama w sobie mówi, że coraz mniej jest ludzi, którzy te wydarzenia pamiętają i na ten temat mogą coś powiedzieć. Powiedzieć jak, to naprawdę było, a nie przedstawiać „fikcję wyssaną z palca”.

Hitlerowski najeźdźca zniszczył Frampol. Na  małą osadę przez nikogo niebronioną, „bohaterscy” lotnicy Luftwaffe bezkarnie zrzucali bomby burzące i zapalające, zabudowania  w ponad 70%, uległy spaleniu bądź zburzeniu. Większość mieszkańców Frampola straciła dorobek życia całych pokoleń.
W czasie bombardowania Frampola zginęło dwoje mieszkańców Frampola:

Wacław Miazga lat 70,                                                                                                                          Władysława Małyszek lat 48,

Oboje zamieszkiwali przy ulicy Cichej, ich gospodarstwa były położone w niedalekiej odległości od siebie. Poniosła również śmierć nieznana z nazwiska uciekinierka z Krakowa, która zginęła koło kościoła, spłonęła, ponieważ w pobliżu niej wybuchła bomba zapalająca, o czym pisał w swych wspomnieniach Jerzy Czerwiński.

Niewielkie straty pośród ludności cywilnej można zawdzięczać temu, że wcześniej na Frampol zrzucone były bomby oraz temu, że istniał punkt nasłuchu i ostrzegania ludności przed samolotami wroga i ludność ewakuowała się w pobliskie doły – wąwozy i do lasu.

Stanisław Oszust we wspomnieniach tego dnia mówił o mieszkańcu Frampola wyznania mojżeszowego, który zginął na placu pomiędzy ulicami targową i Orzechową.

W czasie bombardowania zginęli i pochowani zostali na frampolskim cmentarzu żołnierze:

Kolewski Franciszek,

Kramer Zygmunt,

Kubicz Augustyn,

ilu żołnierzy zostało rannych w czasie nalotu źródła nie podają.

To, czego nie udało się zrobić 13 września 1939 roku dokonane zostało w listopadzie 1942 roku, kiedy to cała ludność żydowska Frampola  straciła życie zamordowana na miejscu, bądź przepędzona drogą śmierci do obozów zagłady.                                                  Ludność Frampola – który przed wojną liczył 3252 mieszkańców w tym 1446 mieszkańców wyznania mojżeszowego nagle zmalała o połowę, z pośród ludności żydowskiej praktycznie nie pozostał nikt. Przy życiu pozostało kilka osób wyznania mojżeszowego ukrywanych przez lata przez ludzi, którym nie był obojętny ich los i mieli warunki, aby ich przechowywać.

Ponieśli wielkie straty również pozostali mieszkańcy Frampola, którzy przez lata okupacji poddawani byli eksterminacji. Wielu ludzi wywiezionych zostało na roboty do Niemiec, część trafiła do obozów zagłady.  Z terenu gminy wysiedlono 1299 osób z tego z samego Frampola 738, całych rodzin bądź samotnych osób.

Powracając do dnia 13 września. Data ta powinna być żywa w naszej pamięci zawsze, by nikt nie mógł powiedzieć, że o zdarzeniach, jakie nastąpiły 13 września 1939 roku nie można było mówić w domach rodzinnych. Sądzę, że obecnie mamy możliwość upamiętnienia tej tragicznej daty w naszej historii. Wnioskowałem do władz Gminy Frampol    o nadanie rondu na drodze krajowej i wojewódzkiej nazwy -imienia „13 września”, ale niestety bez skutku. Mam prośbę do władz gminy, aby została poprawiona tablica na cmentarzu z wykazem poległych żołnierzy, ponieważ zawiera ona błędne informacje.